Internetowe Archiwum Gazety Wyborczej

Inne tagi

beata antypiuk

(znalezionych: 4277171 )

  • Lepiej używać, niż mieć

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa JAROSŁAW OSOWSKI 25-03-2015

    - Liczba samochodów w Warszawie przekroczyła już milion, a w Paryżu prasa donosi, że 3 tys. aut w systemie car-sharingu pozwoliło wyeliminować aż 22,5 tys. indywidualnych. W zachodnich miastach wskaźniki motoryzacji maleją, u nas nadal rosną. Zmagamy się z korkami i zanieczyszczonym powietrzem - mówił wczoraj Łukasz Puchalski, wicedyrektor Zarządu Transportu Miejskiego, którego zespół z sukcesem wprowadził wypożyczalnie miejskich rowerów Veturilo. Teraz przygotowuje podobny system - samochody na godziny. Nie ma jeszcze dla niego swojskiej nazwy, urzędnicy używają więc angielskiego określenia "car-sharing", czyli dzielenie się autem. Od pięciu lat temat zgłębia Tamás Dombi z ZTM. Wczoraj rzucił hasło: "Używać, zamiast posiadać". - To trend, który rozwija się w wielu dziedzinach życia i car-sharing dobrze się tu wpisuje - zauważył. - Na razie liczba samochodów rośnie, choć więcej niż 60 proc. podróżujących po Warszawie korzysta z komunikacji miejskiej. To oznacza, że wiele aut najczęściej stoi całymi dniami na parkingach albo nieużywane zajmują cenną przestrzeń na ulicach. W centrum, gdzie wszystko jest pod ręką i gdzie działa świetna komunikacja miejska, tak naprawdę nie ma potrzeby posiadania samochodu. Pokażemy, że nie warto kupować drugiego auta w rodzinie czy wymieniać na nowe. Na większe zakupy, wizytę u rodziny czy nawet wieczorną randkę wystarczy je wypożyczyć. Mogą to też robić małe firmy, które chcą obniżyć koszty. Z wjazdem na buspasy Z wjazdem na buspasy System wymyślili przed 30 laty Szwajcarzy. Tam kilku sąsiadów skrzyknęło się, by używać wspólnie to samo auto. Zdaniem urzędników ZTM to przykład dla naszych deweloperów, by zamiast namawiać klientów na miejsce parkingowe za 30-40 tys. zł, przedstawiali w ofercie samochody na wynajem dla całego bloku. Według obliczeń jeden "współdzielony" może zastąpić od czterech do dziesięciu prywatnych. Tę ideę najbardziej rozwinęli Niemcy - w samym Berlinie działa dziesięciu operatorów użyczających auta, w tym kolejowy Deutsche Bahn. Tamás Dombi przedstawił szacunki, z których wynika, że wypożyczanie auta może kosztować wielu warszawiaków mniej niż kupno i utrzymywanie własnego - ubezpieczenie, opłaty za paliwo, parkowanie, naprawy czy wymiana opon dwa razy w roku. Stawki za car-sharing w miastach zachodniej Europy wynoszą ok. 30 eurocentów od minuty. Wcześniej ZTM podawał też możliwą cenę wynajmu auta w Warszawie - ok. 1 zł za kilometr jazdy. Odpadają inne opłaty (także w parkomatach), ale miasto nie będzie stratne - za parkowanie zapłaci ryczałtem operator samochodów. Na zachętę kierowcy dostaną prawo do jazdy po buspasach i ulicach zamkniętych dla ruchu indywidualnego, jak Nowy Świat czy Krakowskie Przedmieście. W ZTM zapewniają, że nie dojdzie do paraliżu - już teraz po buspasach krąży blisko 10 tys. taksówek. Docelowo w całym mieście Docelowo w całym mieście Aut na wynajem ma być początkowo 500-600. Do połowy roku ZTM ogłosi przetarg na pierwszą koncesję dla prywatnego operatora, która najpierw będzie obejmować najbardziej zurbanizowaną część Warszawy. Samochód zostawimy w dowolnym miejscu na obszarze dawnej gminy Centrum (to siedem z 18 dzielnic). Następny klient zlokalizuje go dzięki odpowiedniej aplikacji w smartfonie. Auto zamkniemy przy pomocy karty z chipem. Miasto nie zamierza dokładać do systemu nawet złotówki. Żeby obniżyć koszty, początkowo samochody na wynajem nie będą elektryczne, inaczej trzeba by instalować stacje do ładowania akumulatorów, a kierowcy musieliby zostawiać auta tylko tam. A co w sytuacji, gdy wynajmujący zastanie pusty bak? - W samochodzie będzie karta do tankowania na dowolnej stacji paliw. Rekompensatą za stracony czas będą dodatkowe darmowe minuty jazdy - odpowiada Łukasz Puchalski. W naszej części Europy system car-sharingu wprowadziły trzy miasta na Litwie: Wilno, Kowno i Kłajpeda. Porażką skończyła się próba w Budapeszcie, gdzie władze miasta nie wsparły słabego operatora. W Polsce oprócz Warszawy wypożyczanie aut przygotowuje jeszcze Wrocław. Według ZTM jest spore zainteresowanie tym systemem i operatorów, i mieszkańców. Nasz car-sharing mógłby wystartować wiosną przyszłego roku, a jego sukces zależy od tego, czy stanie się tak samo popularny jak rowery Veturilo. Jeśli tak, do Warszawy będą mogli wejść kolejni operatorzy, a car-sharing obejmie całe miasto. Stolica wprowadzi w 2016 roku wypożyczanie aut z opłatą za minutę lub kilometr jazdy. To sposób na walkę z rosnącą liczbą samochodów w Warszawie

  • HOMOFOBIA TO TEŻ NIETOLERANCJA

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa WOJCIECH KARPIESZUK, GAZETA WYBORCZA 25-03-2015

    Poruszamy bardzo ważny temat tolerancji. Co 10. dziecko w szkole jest dręczone. Każdy z nas jest inny, mamy różne charaktery. To, że ktoś inaczej wygląda, nie może być powodem nietolerancji - mówiła Ewa Gawor, dyrektorka biura bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego, w ratuszu na wczorajszej premierze filmu "Urodziny Maćka, czyli krótka historia o tolerancji". Miejscy urzędnicy wspólnie ze stołecznymi policjantami przygotowali dla uczniów szkół średnich, gimnazjalnych i podstawowych cykl różnych scenariuszy lekcji pod zbiorczym hasłem "Nie warto ryzykować". Dla starszych - o cyberprzemocy, o subkulturze kibiców, o przemocy rówieśniczej. Dla najmłodszych uczniów z klas 1-3 urzędnicy opracowali temat o tolerancji. Pomocny w szkolnej dyskusji ma być film. Tytułowy bohater Maciej urządza urodziny. Nie zaprosił Mohameda z Egiptu, bo ma ciemną skórę i nie rozumie polskiego, Kacpra, bo porusza się na wózku, Ani, bo jest biedna i nie kupi żadnego prezentu, Łukasza, bo jest otyły. Starsza siostra przekonuje Maćka, by zmienił zdanie. Mówi mu, że nie wolno traktować kogoś gorzej, bo jest inny. Urzędnicy z pomocą ekspertów znaleźli sposób, by porozmawiać z dziećmi o tak trudnym temacie jak rasizm. Brawo dla nich, że to zrobili. Ale jednocześnie nie rozumiem, dlaczego nie spróbowali znaleźć formuły, by poruszyć sprawę homofobii. Nie dociera do mnie argument dyrektor Gawor, że uczniowie w tym wieku są za mali. Nie są. Każdy rodzic wie, że dzieci już w pierwszych klasach podstawówki zaczynają używać słowa "pedał" jako wyzwiska. Być może nie rozumieją nawet jeszcze, co dokładnie ono znaczy, ale czują już, że to "coś" złego, wstydliwego. Jestem przekonany, że również z pierwszakami można, a nawet trzeba rozmawiać na ten temat, oczywiście w odpowiedni sposób. Trudno mi zrozumieć sytuację, kiedy na lekcji o tolerancji nie ma w ogóle mowy o homofobii. Zwłaszcza że jest to problem w polskiej szkole. Nauczyciele nie wiedzą, jak z nim sobie radzić. W 2013 roku Kampania przeciw Homofobii przygotowała raport w tej sprawie. Jego autorzy przeprowadzili anonimowe ankiety wśród ponad pół tysiąca homoseksualnych i biseksualnych uczniów. Prawie 73 proc. z nich odpowiedziało, że są wyzywani w szkole. Prawie połowa jest ofiarami przemocy fizycznej. 60 proc. podało, że w ich szkole temat orientacji homoseksualnej nie jest poruszany, chyba że na religii, gdzie słyszą, że homoseksualizm jest grzechem i chorobą. Podczas prezentacji raportu o swoich doświadczeniach opowiadał Jakub, wtedy uczeń Zespołu Szkół Gastronomiczno-Hotelarskich przy Majdańskiej: - Do Warszawy przeprowadziłem się dwa lata temu, bo nie chciałem się dłużej ukrywać. Gdy w szkole zapytali, czy mam dziewczynę, odpowiedziałem, że mam chłopaka. Rozniosło się od razu. Wszyscy się ode mnie odwrócili. Przezwiska "pedał", "ciota" były na porządku dziennym. Na lekcjach rzucali we mnie gumkami i długopisami. Na walentynki dostałem kartkę ze znakiem "zakazu pedałowania". To był najbardziej dramatyczny okres w moim życiu. Kiedy Jakub zgłosił się po pomoc do szkolnej pedagog, usłyszał od niej: "Po co robiłeś coming out?". Zdaję sobie sprawę, że homofobia to trudny temat. Kilka lat temu opisywaliśmy przypadek dobrego warszawskiego liceum, którego dyrektorka kazała swoim uczniom wykreślić z programu uczniowskiego festiwalu o prawach człowieka tematy poświęcone równości gejów i lesbijek. Nie chciała mieć afery w szkole. To uczniowie uświadamiali ją, że nie można mówić o prawach człowieka bez poruszania kwestii osób homoseksualnych, że prawa człowieka są jedne i nie można ich dzielić na mniej i bardziej kontrowersyjne. Nieraz słyszałem od przedstawicieli organizacji mniejszości seksualnych, że dyrektorzy boją się zapraszać ich do szkół na lekcje poświęcone tolerancji. Czego się obawiają? Nagonki obrońców moralności. Choćby dlatego tak ważne jest zielone światło z ratusza. Władze miasta właśnie straciły okazję, by to światło zapalić. A udawanie, że nie ma sprawy, to najgorsze, co można zrobić. Ratusz urządził pokazową lekcję o tolerancji, ale nie zająknął się o homofobii. To też jest problem w szkołach. Urzędnicy i nauczyciele wciąż jednak traktują ten temat jak gorący kartofel, którego lepiej nie dotykać

  • PROSZĘ PAŃSTWA, BĘDZIE WOJNA. WYJEŻDŻAM DO PERTH

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa MACIEJ NOWAK, KRYTYK TEATRALNY I KULINARNY, SMAKOSZ 25-03-2015

    Siedzieliśmy przy śniadaniu. Ja przeglądałem poranne informacje w necie, on skupiał się na konsumpcji ulubionych serdelków ze sprawdzonej podmiejskiej masarni. Z namaszczeniem obstawił talerz słoiczkami z chrzanem, pastą paprykową, musztardą i słodkim, domowym keczupem bez octu. Wsłuchiwał się z uwagą w owo słynne pierwsze pyk, po którym prawdziwi znawcy oceniają jakość serdelków. Wypiłem łyk herbaty, gdy na ekranie pojawiła się informacja, że "polskie wojsko wzywa rezerwistów w trybie natychmiastowym''. Gen. Bogusław Pacek "...tłumaczy, że ćwiczenia mogą potrwać od kilku dni do ponad miesiąca, ale najczęściej jest to kilkanaście dni (?) Dodał, że wojsko może powołać wszystkie osoby, które mają odpowiednią kategorię zdrowia''. - A ty właściwie jaką masz kategorię wojskową? - zapytałem. - Kategoria A, zdolny do służby wojskowej! - odparł spokojnie i nawet z pewną dumą. - Ja mam E z powodu braku nerki, ale ciebie mogą chapsnąć do woja. Poza tym ja już jestem dość wiekowy, a ty ledwie trzy dyszki na karku. Zapadła cisza. Przez twarz przemknął spłoszony grymas. Wyprostował kręgosłup, skupił na jedzeniu. Po chwili zabrzmiało kolejne smakowite pyk... - Ucieknę z kraju - odpowiedział z pełnymi ustami. - Jak uciekniesz? To przecież dezercja. Z armią nie ma żartów. - Ucieknę. Znajomi wyjeżdżają do Perth do Australii, to zrobiło się nawet modne. Myślę o tym od wczoraj, odkąd zobaczyłem "Nie-Boską komedię". Wszystko powiem bogu... Nawet nie zorientowałem się, że obejrzany na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych spektakl Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego ze Starego Teatru w Krakowie zrobił na nim aż takie wrażenie. Nie dał po sobie poznać. Co innego pozostali widzowie. Na sali panowała spiżowa cisza, gdy w finałowym podwójnym monologu Dorota Pomykała i Marta Nieradkiewicz opowiadały o próbie ucieczki z miasta samochodem. Zabrakło benzyny, telefony komórkowe rozładowane i nie działają już żadne ze zdroworozsądkowych słów kluczy, którymi opędzamy się od codziennych kłopotów. Bo to już nie są codzienne kłopoty. Na spotkaniu z twórcami i aktorami wiele osób mówiło o narastającym poczuciu bezradności i skrajnego przerażenia, które Strzępka i Demirski precyzyjnie opisali i wyrazili. Jakiś pan przypominał, że w 1962 roku podczas kryzysu w Zatoce Świń kupowano cukier, ktoś inny zwracał uwagę, że dobrze zaopatrzyć się w solarne ładowarki do telefonów komórkowych. No i złoto, trzeba kupować złoto! A ja znienacka zrozumiałem, dlaczego w piwnicy bloku na Opaczewskiej po śmierci dziadków znalazłem pół tony węgla i słoiki z wodą. Przecież tutaj zawsze było centralne ogrzewanie i bieżąca woda! Ale były też dawne, niewygasłe lęki przed niewypowiedzianym. Kolejnym spektaklem Warszawskich Spotkań Teatralnych była adaptacja "Morfiny" Szczepana Twardocha, przygotowana przez Ewelinę Marciniak z aktorami Teatru Śląskiego z Katowic. To opowieść o Warszawie z końca roku 1939. O nieuchwytnym momencie, kiedy z beztroskiej i rozbawionej metropolii przeistacza się w miasto zdezorganizowane i dysfunkcyjne. - Wyjeżdżam do Perth! Nie interesuje mnie polityka - powiedział po powrocie ze śląskiego przedstawienia. - Możesz się nie interesować, ale ona i tak zainteresuje się tobą. Na mieście gadają, że na Śląsku mają wziąć w tym miesiącu dziewięć tysięcy rezerwistów - mruknąłem, odkładając na bok "Siódemkę", najnowszą powieść Ziemowita Szczerka. Właśnie przeczytałem futurystyczną wizję konfliktu zbrojnego, który przetacza się przez współczesną Polskę. - Wyjeżdżam do Perth! - powtórzył. - A ja rano do Wrocławia na Przegląd Piosenki Aktorskiej. W weekend prowadzę koncert galowy, przygotowany przez Strzępkę i Demirskiego. Jego tytuł to: "Proszę państwa, będzie wojna!". Siedzieliśmy przy śniadaniu. Ja przeglądałem poranne informacje w necie, on skupiał się na konsumpcji ulubionych serdelków ze sprawdzonej podmiejskiej masarni. Z namaszczeniem obstawił talerz słoiczk

  • WARSZAWA.WYBORCZA.PL

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa MŚ, GAP 25-03-2015

    O JEDEN ZABYTEK WIĘCEJ O JEDEN ZABYTEK WIĘCEJ Powstał w pierwszej połowie lat 50. według projektu wybitnego architekta Marka Leykama. Budynek mieszczący się przy ul. Wspólnej 62, pierwotnie przeznaczony na Biuro Projektowo-Technologiczne Przemysłu Motoryzacyjnego "Motoprojekt", obecnie Ufficio Primo, właśnie został wpisany do rejestru zabytków. - Autor budynku należał do grona architektów tworzących w opozycji do obowiązującej ówcześnie doktryny socrealistycznej, a biurowiec Motoprojektu został uznany wręcz za skrajny przykład "odchylenia kosmopolitycznego" - komentuje Agnieszka Żukowska, rzeczniczka prasowa mazowieckiego wojewódzkiego konserwatora zabytków. OPEROWALI RANNĄ W TUNISIE OPEROWALI RANNĄ W TUNISIE Lekarze ze szpitala MSW przy ul. Wołoskiej przeprowadzili skomplikowaną operację stawu łokciowego Polki rannej w zamachu w Tunisie. Wystrzelona przez terrorystów kula uderzyła w łokieć kobiety i go zgruchotała. Operacja stawu to tylko jeden z etapów długiego procesu jej powrotu do zdrowia. W ramach rekonwalescencji pacjentka będzie korzystała m.in. z komory hiperbarycznej znajdującej się na terenie szpitala. Na końcu będzie mieć wstawioną protezę stawu łokciowego. W lecznicy przy Wołoskiej jest osiem osób, które zostały ranne w zamachu w Tunezji. Mają rany postrzałowe m.in. ramion, ud. O JEDEN ZABYTEK WIĘCEJ O JEDEN ZABYTEK WIĘCEJ Powstał w pierwszej połowie lat 50. według projektu wybitnego architekta Marka Leykama. Budynek mieszczący się przy ul. Wspólnej 62, pierwotnie przeznacz

  • Płyta wielka, ceny nie

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa MICHAŁ WOJTCZUK 25-03-2015

    Budynek przy Bokserskiej 36, naprzeciwko służewieckiego toru wyścigów konnych, powstał w latach 70. Początkowo działał jako hotel robotniczy, później jako tani hostel. W 2011 r. jego właściciel, Satoria Group, zafundował mu remont i przemianował go na Hostel 36. Teraz zaczyna kolejną przebudowę. - Budynek przejdzie generalny remont. Po pełnej rewitalizacji zostanie doprowadzony do stanu deweloperskiego. W inwestycji powstaną 152 mieszkania - informuje Mariusz Piasecki, dyrektor ds. rozwoju w Satoria Group SA. Remont polega na wymianie wszystkich instalacji wewnętrznych, naprawie tynków i posadzek. Obejmie również odświeżenie elewacji i naprawę terenu wokół budynku. Czy znajdą się chętni na zakup mieszkania w bloku z wielkiej płyty? W Satorii są o tym absolutnie przekonani. Bo, po pierwsze, na rynku wtórnym takie budynki cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem. A po drugie, Satoria już raz w Warszawie przeprowadziła remont budynku z wielkiej płyty. W ub.r. zakończyła przebudowę dawnego hostelu To Tu przy ul. Krasiczyńskiej na Bródnie. To również dziesięciopiętrowy blok z wielkiej płyty zbudowany w latach 70. Spośród blisko 200 mieszkań dziś w ofercie pozostało tylko ok. 30. Satoria zachwala inwestycję tym, że w 20 minut można dojść z Bokserskiej do Galerii Mokotów, w pół godziny - do zagłębia biurowego przy Domaniewskiej. Z wyższych pięter budynku widać tor wyścigów konnych, kilka kroków obok znajduje się szkoła podstawowa. - Inwestycję wprowadziliśmy do sprzedaży w poniedziałek i już mamy pierwsze rezerwacje. Wszystkie mieszkania mają funkcjonalny rozkład pomieszczeń z oddzielną, widną kuchnią. A cena całkowita jest jedną z najniższych na Mokotowie - przekonuje dyrektor Piasecki. Ceny rzeczywiście jak na tę część dzielnicy są dość umiarkowane: zaczynają się od ok. 6,1 tys. zł za m kw. Dochodzą do 7,2 tys. zł za m kw. - w nowych inwestycjach deweloperskich na Służewcu ceny zaczynają się od tego poziomu. Ale nawet rozległy remont nie jest w stanie usunąć niektórych wad bloku z wielkiej płyty. Nie ma podziemnego parkingu, a nie wszyscy mieszkańcy mogą liczyć, że zaparkują na naziemnym parkingu przy budynku. Mieszkania są niższe, niż się obecnie buduje. A na dodatek piętra mają typowo hotelowy układ - długi, wąski korytarz, po którego obu stronach znajdują się wejścia do poszczególnych mieszkań. Ten wąski hol doświetla tylko jedno okno w szczycie budynku. Ale paradoksalnie mieszkania zaprojektowane w latach 70. ub. wieku, w innym systemie gospodarczym, nieźle wpisują się w dzisiejsze oczekiwania ludzi szukających mieszkań. W inwestycji przy Bokserskiej dwupokojowe mieszkanie ma 42 m kw., trzypokojowe - 56-57 m kw. Takie właśnie metraże są najbardziej rozchwytywane w inwestycjach deweloperów. Jest bardzo dużo klientów, którzy chcą mieć jak najwięcej pokoi na możliwie małym metrażu. Bo tak jest taniej. Gdy Satoria wprowadzała do sprzedaży inwestycję na Bródnie, Marcin Jańczuk z agencji nieruchomości Metrohouse mówił "Stołecznej": - Można o wielkiej płycie powiedzieć dużo złego, ale akurat projektowanie było funkcjonalne. Trzy pokoje na 50 m kw.? Ludzie chętnie kupują takie mieszkania. Inwestycja przy Bokserskiej będzie realizowana w dwóch etapach. Na początek, do października 2015 r., powstanie 75 mieszkań dwu- i trzypokojowych od 40 do 57 m kw. oraz jedna kawalerka. Do tego czasu w drugiej części budynku wciąż jeszcze będzie funkcjonować hostel. Na jesieni zostanie zamknięty i rozpocznie się przerabianie reszty budynku na inwestycję mieszkaniową. W zasobach Satorii znajduje się jeszcze jeden zaniedbany hotel z wielkiej płyty - dwugwiazdkowy Aramis przy ul. Mangalia. Jednak firma na razie nie rozważa adaptacji tego hotelu na mieszkania. 10-piętrowy hotel przy ul. Bokserskiej przejdzie gruntowny remont. Dawne pokojowe hotelowe inwestor będzie sprzedawać jako mieszkania.

  • Kto przykryje tor na Stegnach

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa MICHAŁ WOJTCZUK 25-03-2015

    Architekci z Krakowa wygrali przetarg, proponując najniższą cenę spośród trzech oferentów - niespełna 780 tys. zł, o 130 tys. mniej, niż przewidywali urzędnicy. Przebudowę toru na Stegnach Hanna Gronkiewicz-Waltz zapowiedziała w czerwcu ub.r. Według przedstawianych wówczas planów w pierwszym etapie miała powstać lekka hala z tysiącem miejsc na trybunach. W drugiej fazie planowano modernizację istniejącego zaplecza, rozbudowę trybun o kolejne 2 tys. miejsc, a na koniec - remont kortów tenisowych i modernizację terenu ośrodka na Stegnach. Koszt inwestycji szacowano na 40 mln zł, po połowie miały ją pokryć stołeczny ratusz i Ministerstwo Sportu. Krakowska pracownia ma pięć miesięcy na przygotowanie projektu rozbiórki istniejących budynków zaplecza toru i istniejących trybun oraz opracowanie projektu budowlanego modernizacji toru z zapleczem w zakresie niezbędnym do uzyskania pozwolenia na budowę. Ma też opracować wszystkie projekty wykonawcze, projekt zagospodarowania terenu i kosztorysy inwestorskie z uwzględnieniem możliwości podzielenia inwestycji na etapy. W ubiegłym roku wiceprezydent Michał Olszewski planował, że pierwszy etap inwestycji będzie gotowy w sezonie zimowym 2016-17. - Zaraz po zakończeniu prac przez projektantów ogłosimy przetarg na wykonanie prac budowlanych. Czy podział na etapy będzie dokładnie taki, jak planowaliśmy w ub.r., i jaki będzie harmonogram prac, zdecydujemy dopiero po tym, jak dostaniemy projekt - mówi Agnieszka Kłąb ze stołecznego ratusza. Modernizację toru łyżwiarskiego na Stegnach, obejmującą m.in. przykrycie lodowiska dachem, zaprojektuje krakowska pracownia Kontrapunkt V-Projekt.

  • Ludzie lecą na ratunek wróblom

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa ROZMAWIAŁ PAWEŁ GAWLIK 25-03-2015

    ---------- ROZMOWA Z ROZMOWA Z ADAMEM TARŁOWSKIM z Towarzystwa Przyrodniczego "Bocian" ---------- PAWEŁ GAWLIK: Co się dzieje z warszawskimi wróblami? Potrzebują pilnej pomocy? ADAM TARŁOWSKI: To, że z wróblami jest źle, wiadomo już od ładnych paru lat. W Warszawie w ciągu ostatnich trzech dekad liczba wróbli zmniejszyła się o ok. 40 proc. Ale dzieje się tak nie tylko w Warszawie, ale w całej Europie. Większość dzielnic od pewnego czasu nakazuje przy remontach i ocieplaniu budynków wieszanie na nich budek, żeby wróble miały gdzie wchodzić. Problemem pozostają tereny zielone - parki i skwery. W Warszawie niemal zanikła populacja wróbla gniazdującego na drzewach. Ostatnie zostały w Ogrodzie Saskim, parku Mirowskim i Ogrodzie Krasińskich. Dlatego też przede wszystkim tam chcieliśmy powiesić budki. Stawianie budek w parkach, gdzie wróbli żyjących na drzewach już nie ma, jest bez sensu? One tam nie przyjdą? - Wróbel jest bardzo mało ruchliwy. Spotkanie go o kilometr czy dwa od miejsca urodzenia zdarza się bardzo rzadko. Choć oczywiście mogą odwiedzać parki wróble mieszkające w sąsiadujących z parkiem blokowiskach. Czemu wróble znikają z miast? Kto jest ich głównym konkurentem czy wrogiem? - Nie ma jednej przyczyny ani jednego gatunku, który je wypiera. Mylna jest też informacja, że wróble są wypierane przez mazurki - siostrzany gatunek, który potrafi gnieździć się nie tylko w mieście, ale i na skraju lasu. Wróbel nie bez powodu nazywa się "domowy". Zasiedlił Europę dzięki człowiekowi i uzależnił się od niego. Jeśli chcemy, by był koło nas, musimy mu pomóc, bo nasze zachowanie bardzo się w ostatnim czasie zmieniło. Nie używamy już transportu konnego, a wróble żywiły się resztkami pokarmu końskiego. W miastach jest coraz mniej nieużytków, gdzie mogłyby żerować na nasionach. Nie ma też rozwalonych śmieci - wszystko pakujemy bowiem do szczelnych worków. Do tego dochodzi zatykanie szpar w blokach. To uporządkowanie nie sprzyja wróblom. Mazurków jest obecnie w miastach więcej niż wróbli. Jak to zrobić, żeby nie zajęły przygotowywanych przez was budek? - Stawiamy budki w koloniach - 20 kolonii po 10 budek. Mazurki nie są tak społecznymi ptakami jak wróble, są terytorialne. Na moim budynku wiszą powieszone dla wróbli budki jedna obok drugiej. W środkowej zamieszkał mazurek i nie wpuszcza żadnych ptaków do sąsiednich. Wróble wolą mieszkać obok siebie, są społeczne. Gdyby zaś mazurek próbował zagarnąć dla siebie taką kolonię, to go przepędzą. Są bowiem silniejsze i przeganiają inne gatunki. Kto wam pomaga w tej akcji? - Zakup skrzynek sfinansował Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska. Ziarno do dokarmiania, bo w każdej kolonii instalujemy także karmnik, przekazują dzielnice Ochota i Ursynów. Warto przy okazji przypomnieć, że odpadki z ludzkiego stołu bardziej szkodzą, niż pomagają wróblom. Nie wkładajmy więc do karmników chleba. Jeśli ktoś chce się zaangażować w dokarmianie, to może dostać od nas ziarno. Towarzystwo Przyrodnicze "Bocian" stawia w Warszawie 20 kolonii budek dla wróbli. Chcą uratować populacje tych ptaków zwłaszcza w miejskich parkach.

  • Otwarcie kopert w metrze przesunięte

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa KRZYSZTOF ŚMIETANA 25-03-2015

    Chodzi o budowę dwóch kolejnych odcinków metra - na Targówek i daleką Wolę. W obie strony kolejka ma być wydłużona o trzy stacje. Przetarg na budowę tych odcinków ogłoszono w październiku. Ratusz zapowiadał wtedy, że oferty zostaną otwarte 31 marca. Już wiadomo, że to się nie uda. Ratusz ogłosił wczoraj, że otwarcie kopert zostanie przesunięte o cztery miesiące, czyli na 31 lipca. Powodem poślizgu ma być duża liczba pytań, które składają wykonawcy. Wpłynęło ich aż 1463, dotyczą specyfikacji warunków zamówienia. Dotychczas Metro Warszawskie udzieliło 122 odpowiedzi. Dodatkowo wpłynęło też siedem wniosków o przesunięcie terminu składania ofert. Oprócz tego Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska rozpatruje 400 sprzeciwów mieszkańców w sprawie budowy odcinka na Wolę. Protestują głównie mieszkańcy rejonu Górczewskiej i Płockiej, którzy mają zastrzeżenia do przebiegu podziemnej kolejki. Ratusz zakładał, że budowa obu odcinków zacznie się na początku 2016 r., a zakończy w 2019 r. Wciąż są szanse na dotrzymanie tych terminów, choć coraz mniejsze. Opóźnia się przetarg na wykonawców kolejnych odcinków II linii metra. Urzędnicy tłumaczą poślizg dużą liczbą pytań.

  • Żoliborz chce strefy płatnego parkowania

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa JAROSŁAW OSOWSKI 25-03-2015

    Stolica ma największą strefę płatnego parkowania w kraju, która od 1999 r. rozrastała się dwukrotnie. Najpierw w 2009 r. m.in. o Powiśle, Mariensztat i Nowe Miasto. Ostatnio w kwietniu 2013 r. przybyły 243 parkomaty na Muranowie, Starej Ochocie, koło Łazienek i na Pradze. Teraz działa ich ponad 1800, a na ulicach mamy ok. 35 tys. płatnych miejsc parkingowych. Służewiec zastawiony Służewiec zastawiony Co dalej? Na początku dekady ZDM zlecił opracowanie, które pokazało, gdzie wprowadzenie opłat byłoby najpilniejsze. Okazało się, że największy deficyt miejsc występuje w zagłębiu biurowym na Służewcu. Tzw. wskaźnik wykorzystania przekracza tu 100 proc. Tak jest w kwartale Wołoska - Woronicza - linia PKP - Bokserska - Postępu - Cybernetyki - Rzymowskiego. Jeśli kierowcy nie mają zarezerwowanego lub wykupionego przez pracodawcę parkingu w garażu, zostawiają auto gdzie popadnie, także na ulicach przylegających do Służewca. W sąsiednich kwartałach zajętych jest ponad 90 proc. miejsc postojowych. Sytuacja pogorszyła się, odkąd Galeria Mokotów wprowadziła opłaty za korzystanie z jej garażu przez osoby nierobiące tu zakupów. Jak pisaliśmy w lutym 2012 r., ZDM planował ustawić na Mokotowie 738 parkomatów. Oprócz Służewca także w okolicach stacji metra Pole Mokotowskie. Ciasno wokół pl. Wilsona Ciasno wokół pl. Wilsona Równie wysoki deficyt parkingowy (miejsca zajęte w 90-100 procentach) występuje w centralnej części Żoliborza. Zjeżdżają tu auta z innych dzielnic czy spoza Warszawy. Kierowcy zostawiają je za darmo na cały dzień i przesiadają się do metra. Tak jest właściwie wokół każdej stacji, także na Starych Bielanach i wokół Dworca Gdańskiego. W efekcie ci, którzy chcą podjechać na krótko, by załatwić sprawę np. w urzędzie, nie mają gdzie zaparkować. - Potrzebę ustawienia parkomatów na Żoliborzu zgłaszaliśmy władzom miasta już w 2012 r. Warunkiem miało być jednoczesne otwarcie garażu nad stacją Plac Wilsona - przypomina burmistrz dzielnicy Krzysztof Bugla. - Wtedy planowaliśmy, że parkomaty zaczną u nas działać w 2016 roku. Wczoraj informowaliśmy jednak, że do wpuszczenia samochodów nad stację metra jeszcze daleka droga. ZDM planował wstępnie, że wokół pl. Wilsona staną 333 parkomaty. Dzielnica robiła przymiarki, by zmienić organizację ruchu na niektórych ulicach, m.in. Czarnieckiego i Felińskiego. Pierwsza miała być jednokierunkowa, na drugiej początkowo planowano likwidację trawników, żeby wygospodarować dodatkowe miejsca do parkowania skośnego, ale pomysł ten na szczęście upadł. - Są obawy, że po wprowadzeniu parkomatów stracimy część miejsc parkingowych - przyznaje burmistrz Bugla. Saska Kępa też chce Saska Kępa też chce Tak było przed dwoma laty na Ochocie. Montaż parkomatów wymagał zmiany organizacji ruchu - samochody nie mogły już parkować na dziko zbyt blisko skrzyżowań czy wjazdów na posesje. Mieszkańcy, którzy wcześniej domagali się płatnej strefy w obawie przed "obcymi", nagle zaczęli protestować. Okazało się, że miejsc parkingowych może teraz nie wystarczyć nawet dla nich. - Mimo wszystko uważam, że warto było zainstalować parkomaty i dziś jestem z nich zadowolony w 95 proc. - ocenia były burmistrz Ochoty i mieszkaniec tej dzielnicy Wojciech Komorowski. Zachęca samorząd Żoliborza, by nie ustawał w wysiłkach o rozszerzenie strefy płatnego parkowania. - Na Ochocie udało nam się uporządkować negatywne zjawiska i część mieszkańców odetchnęła od naporu samochodów przyjeżdżających z innych dzielnic, które stały na naszych ulicach całe dnie. Niektórzy przesiedli się też do komunikacji miejskiej, która działa doskonale. Rozszerzanie strefy z parkomatami automatycznie przesuwa problem do sąsiednich dzielnic i osiedli. Bariery nie stanowi nawet Wisła. W połowie zeszłego roku Komitet Obywatelski Mieszkańców Saskiej Kępy napisał petycję do burmistrza Pragi-Południe z postulatem objęcia tej części miasta opłatami za postój: "W okresie dwóch lat po wprowadzeniu przez władze stolicy parkomatów na Powiślu nasze ulice zamieniły się w bezpłatny parking dla Warszawy". Warszawa czeka na Sejm Warszawa czeka na Sejm - Zlecimy dodatkowe analizy parkingowe dla Saskiej Kępy - zadeklarował wczoraj w rozmowie ze "Stołeczną" wiceprezydent Warszawy Jacek Wojciechowicz. Jednocześnie przyznał, że nie ma konkretnych terminów dalszego powiększania strefy płatnego parkowania. - Z tym jest jak z miejscami w teatrze: są lepsze i gorsze. Tak samo ceny za postój powinny być zróżnicowane w zależności od dzielnicy, a nasze stawki obowiązują tyle lat, że jak na stolicę nie są już wygórowane dla kierowców. Ostatnią podwyżkę mieliśmy w 2008 r. - stolica osiągnęła wtedy dopuszczalny limit cen za postój (3 zł za pierwszą godzinę). Rząd Donalda Tuska obiecywał, że zmieni prawo tak, by to samorządy, a nie Sejm decydowały o wysokości opłat za parkowanie, a także o dniach, kiedy obowiązują. Dziś parkomaty nie mogą działać np. w niedziele, choć wtedy w okolicach Traktu Królewskiego często trudno znaleźć wolne miejsce. Kiedy jednak Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji miało gotowy projekt nowelizacji przepisów, w mediach podniosło się larum, że samorządy będą łupić kierowców na parkowaniu tak jak na fotoradarach. Adam Sobieraj, rzecznik ZDM: - Na razie nie rozszerzymy strefy płatnego parkowania z prostej przyczyny. Dziś wysokość stawek nie odstrasza od parkowania. Brak prewencji fiskalnej przed nadmierną motoryzacją w miastach. Obecne opłaty nie pokryłyby też nakładów potrzebnych na wyznaczenie nowych miejsc postojowych, zakup parkomatów, zatrudnienie dodatkowych kontrolerów. Skupiamy się więc na wymianie obecnych parkomatów - wszystkie będą mieć klawiaturę typu QWERTY z literami jak w maszynach do pisania i komputerach. "Stołeczna" usłyszała w ratuszu opinię, że w roku wyborczym nie ma co liczyć na zgodę rządu i Sejmu, by samorządy mogły podwyższyć stawki parkingowe. Jeśli stanie się to w 2016 r., to musi upłynąć wiele miesięcy do uchwały rad dzielnic i Rady Warszawy. Potem ZDM potrzebuje nawet roku na przygotowania do montażu nowych parkomatów. Najwcześniejszy możliwy termin to 2017 r., potem mamy kolejny rok wyborczy. Czy i kiedy będzie więcej parkomatów? Ratusz planował je na biurowym Służewcu, w 2016 r. oczekuje ich burmistrz Żoliborza, bo samochody z innych dzielnic blokują miejsca mieszkańcom.

  • Jak się dostać do wybranego gimnazjum

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa MAŁGORZATA ZUBIK 25-03-2015

    Każdy uczeń ma zapewnione miejsce w gimnazjum rejonowym z tego względu, że nauka w gimnazjach jest obowiązkowa. W Warszawie jednak tylko część kandydatów składa podania wyłącznie do gimnazjum rejonowego (mniej niż jedna trzecia). Jest w czym wybierać. W mieście działa 113 gimnazjów publicznych i ok. 80 niepublicznych. Wśród nich są szkoły cieszące się znakomitą opinią: słynące ze wspierania uczniów zdolnych, sukcesów w konkursach kuratoryjnych. Są gimnazja prowadzące klasy sportowe i dwujęzyczne. Gimnazja oferują też klasy profilowane, z dodatkowymi lekcjami wybranych przedmiotów, z autorskimi i innowacyjnymi programami, np. z matematyki, angielskiego albo polskiego z elementami teatru. Do tego zajęcia pozalekcyjne. Szczegółowa oferta wszystkich gimnazjów publicznych będzie dostępna od 1 kwietnia, w dniu kiedy uczniowie napiszą sprawdzian szóstoklasisty. W tym roku podstawówki publiczne kończy 12 829 uczniów. W niepublicznych jest 550 szóstoklasistów. 1. Kryteria rekrutacji 1. Kryteria rekrutacji Każde gimnazjum ma własną punktację, która obowiązuje uczniów przyjmowanych spoza rejonu. Ale już w przyszłym roku wszędzie będą jednolite kryteria ustalone przez Radę Warszawy. 2. Sprawdzian i świadectwo 2. Sprawdzian i świadectwo Szkoły punktują z reguły te same osiągnięcia. Zwracają uwagę przede wszyskim na sprawdzian szóstoklasisty. W tym roku wygląda on inaczej niż w latach poprzednich. Uczniowie będą pisać sprawdzian w dwu częściach: nie tylko z języka polskiego i matematyki, ale też po raz pierwszy z języka obcego nowożytnego. Wyniki będą wyrażone w procentach. Na zaświadczeniu wydanym przez Okręgową Komisję Egzaminacyjną będą podane cztery wyniki: ogólny z części pierwszej, szczegółowe wyniki z języka polskiego oraz z matematyki. Do tego wynik z części drugiej, czyli z języka obcego. Uwaga Ale liczyć będą się też: oceny z wybranych przedmiotów, zwykle z pięciu: polskiego, matematyki, przyrody, historii z wiedzą o społeczeństwie i języka obcego (im wyższa ocena, tym więcej punktów), ocenę z zachowania (jedne szkoły punktują zachowanie co najmniej dobre i lepsze, inne dają tyle punktów, ile wynosi ocena), średnią wszystkich ocen na świadectwie szkoły podstawowej, świadectwo z wyróżnieniem (liczba punktów w zależności od szkoły), osiągnięcia w konkursach kuratoryjnych, ale też innych: konkursach wiedzy, artystycznych, sportowych (gimnazja określają np. maksymalną liczbę punktów za konkursy, niezależnie od ich liczby), wolontariat, działalność na rzecz środowiska szkolnego (z wpisem na świadectwie, dodatkowe 1-2 pkt). Uwaga! Uczniowie, którzy zdobyli tytuł laureata w konkursach przedmiotowych o zasięgu wojewódzkim i ponadwojewódzkim, są przyjmowani do gimnazjów w pierwszej kolejności. Wyjątek to klasy sportowe. Trzeba wykazać się dobrym zdrowiem i przejść próbę sprawności fizycznej. 3. Adres rekrutacji 3. Adres rekrutacji Szóstoklasiści będą pisać sprawdzian na zakończenie nauki w szkole podstawowej 1 kwietnia. Na ten sam dzień Biuro Edukacji zapowiada uruchomienie strony, na której można będzie przeglądać ofertę wszystkich miejskich gimnazjów w Warszawie: www.gimnazja.edukacja.warszawa.pl Można tam sprawdzić, które gimnazjum jest tym rejonowym (inaczej obwodowym), w zakładce "szkoła obwodowa". Pod tym adresem odbędzie się też elektroniczna rekrutacja: wypełnianie wniosku o przyjęcie do szkoły, ułożenie listy szkół (począwszy od tej najbardziej pożądanej), tu sprawdzimy, do której szkoły dostało się dziecko. 4. Skąd wziąć login i hasło 4. Skąd wziąć login i hasło Od 30 marca do 10 kwietnia uczniowie klas szóstych w miejskich podstawówkach w Warszawie będą otrzymywać od wychowawców loginy i hasła do systemu elektronicznej rekrutacji. Loginem będzie PESEL kandydata, hasło wygeneruje szkoła. 5. Gdzie złożyć podanie 5. Gdzie złożyć podanie Między 13 kwietnia a 8 maja (do godz. 16) zaplanowano czas na składanie podań: najpierw logowanie się w systemie, uzupełnienie wniosku (do szkoły poza rejonem) lub zgłoszenia (do szkoły rejonowej) wypełnianie i drukowanie wniosku lub zgłoszenia, podpisanie wypełnionego dokumentu (przez ucznia i rodziców lub opiekunów prawnych), złożenie w szkole pierwszego wyboru, czyli w gimnazjum z pierwszego miejsca na liście. Uwaga! Szóstoklasiści, którzy uczą się poza Warszawą oraz w szkołach niepublicznych, muszą założyć konta w systemie samodzielnie. Trzeba wybrać opcję "zarejestruj się" i wpisać PESEL, imię i nazwisko, system podpowie, co zrobić dalej. Nie ma ograniczeń, jeśli chodzi o liczbę wybieranych szkół. Urzędnicy przypominają jednak, że warto wpisać na listę gimnazjum rejonowe, nawet jeśli nie jest to szkoła marzeń. Na wypadek gdyby rekrutacja do innych gimnazjów się nie powiodła. Nie ma rekrutacji do konkretnych klas. Nabór odbywa się teraz do "jednego worka" i formalnie dopiero potem następuje podział na klasy. W zeszłym roku wyglądało to tak, że zanosząc wniosek do szkoły, można było zaznaczyć, na której klasie kandydatowi zależy najbardziej. 6. Gimnazjum pierwszego wyboru 6. Gimnazjum pierwszego wyboru To szkoła marzeń, pierwsza z top listy. Wiele osób zastanawia się, jaką strategię wybrać, układając listę gimnazjów. Sukces zależy przede wszystkim od tego, ile punktów uzbiera kandydat. Ale i od tego, ile punktów mają inni kandydaci, którzy starają się o to samo gimnazjum. 7. Klasy sportowe i dwujęzyczne: dodatkowy sprawdzian 7. Klasy sportowe i dwujęzyczne: dodatkowy sprawdzian Uczniów, którym zależy na klasie dwujęzycznej, czeka sprawdzian uzdolnień językowych. Zaplanowano go na 14 maja o godz. 8.15. Trzeba zgłosić się do jednego gimnazjum z oddziałem dwujęzycznym, tego, które kandydat umieścił najwyżej na liście. Gimnazja honorują wzajemnie wyniki sprawdzianu. Ogłoszenie wyników sprawdzianu nastąpi trzeciego dnia (licząc dni robocze) od daty jego przeprowadzenia, do godz. 16. Szóstoklasistów, którzy wybierają klasę sportową, czeka próba sprawności fizycznej. Uczeń musi zgłosić się do każdego z gimnazjów, do których kandyduje, bo każda szkoła organizuje własny test. Termin: między 18 a 23 maja. Dokładną datę i godzinę sprawdzianu trzeba ustalić w każdej ze szkół. Wyniki będą ogłoszone trzeciego po sprawdzianie, do godz. 16 (licząc dni robocze). 8. Oddziały integracyjne 8. Oddziały integracyjne Uczniowie, którzy mają orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego i starają się o miejsce w oddziale integracyjnym, muszą do wniosku o przyjęcie do gimnazjum dołączyć orzeczenie z poradni pedagogiczno-psychologicznej. Kopię orzeczenia trzeba złożyć we wszystkich gimnazjach z listy szkół, do której uczeń kandyduje. Kandydaci będą rekrutowani indywidualnie. 9. Kryteria szkolne 9. Kryteria szkolne Niektóre gimnazja stosują tzw. szkolne, czyli szczególne kryteria, punktując osiągnięcia wyjątkowe, np. konkursy artystyczne, działalność w samorządzie szkolnym. I tylko w tych szkołach można ustalić, czy uczniowi należą się punkty. Aby to zrobić, w terminie od 11 maja do 1 lipca do godz. 13 trzeba udać się do każdego gimnazjum stosującego "kryteria szkolne" i pokazać dokumenty, dyplomy, potwierdzenia osiągnięć wymagane przez szkołę. 10. Zmiana wybranego gimnazjum 10. Zmiana wybranego gimnazjum Między 22 a 24 czerwca (do godz. 16) można zmienić decyzję. Szóstoklasiści już wiedzą, jakich ocen spodziewać się na świadectwie, czy sprawdzian poszedł im dobrze. Ci, którzy próbowali sił na sprawdzianie predyspozycji językowych czy teście sprawności fizycznej, też już mają wyniki. Teraz można na nowo ułożyć listę gimnazjów: jakieś wykreślić, inne dopisać trzeba pójść do gimnazjum pierwszego wyboru i złożyć tam pismo z prośbą o anulowanie wniosku lub zgłoszenia do gimnazjum, wprowadzić zmiany do systemu (zmienić kolejność szkół, usunąć lub dodać nowe), wydrukowany wniosek lub zgłoszenie podpisać i zanieść do gimnazjum pierwszego wyboru. 11. Pora sprawdzić, co w systemie 11. Pora sprawdzić, co w systemie Do 26 czerwca (do godz. 9) można sprawdzić, czy w systemie rekrutacji są prawidłowe oceny ze świadectwa i wyniki sprawdzianu szóstoklasisty oraz inne osiągnięcia (np. z konkursów). O błędach trzeba poinformować szkołę podstawową. To nauczyciele w tej szkole wprowadzają informacje o swoich wychowankach i oni korygują nieścisłości. Uwaga! Błędy zauważone po godz. 9 26 czerwca trzeba zgłosić w gimnazjum pierwszego wyboru. Szóstoklasiści, którzy nie uczą się w publicznych szkołach w Warszawie, samodzielnie wpisują do systemu oceny ze świadectwa, wyniki sprawdzianu i informacje o osiągnięciach. Trzeba to zrobić między 26 czerwca (od godz. 9) a 1 lipca (do godz. 12). 12. Z dokumentami do gimnazjum 12. Z dokumentami do gimnazjum Jeśli uczeń wybrał gimnazjum rejonowe, zanosi tam oryginalne dokumenty: świadectwo z podstawówki oraz zaświadczenie o wynikach sprawdzianu szóstoklasisty. Jeśli kandydat wybrał gimnazjum spoza rejonu, wówczas do szkoły z pierwszego miejsca na liście musi zanieść kserokopie świadectwa, wyniku sprawdzianu oraz innych wymaganych dokumentów. Do wglądu trzeba przedstawić oryginały dokumentów. Trzeba też sprawdzić w systemie poprawność wprowadzonych danych i status wniosku. Błędy zgłaszamy w gimnazjum pierwszego wyboru. Czas na dostarczenia dokumentów: od 26 czerwca (od godz. 9) do 1 lipca (godz. 15). 13. Czy rekrutacja się udała? 13. Czy rekrutacja się udała? 6 lipca można sprawdzić, do którego gimnazjum uczeń został zakwalifikowany. Informacja powinna być w systemie od godz. 13, o tej porze listy powinny być też wywieszone w szkołach. 14. Jeszcze jedna wizyta w gimnazjum 14. Jeszcze jedna wizyta w gimnazjum Bez tego rekrutacji nie można uznać za zakończonej. Aby potwierdzić chęć uczęszczania do gimnazjum, do którego zakwalifikował się uczeń, trzeba dostarczyć do szkoły oryginały dokumentów. Termin mija 7 lipca o godz. 15. Uwaga! Jeśli kandydat nie złoży dokumentów, nie zostanie przyjęty do tego gimnazjum. 15. Finał 15. Finał 8 lipca godz. 14 - można sprawdzić listę z nazwiskami przyjętych uczniów w gimnazjum albo zalogować się do systemu i upewnić się, czy uczeń został przyjęty. 16. Rekrutacja na bis 16. Rekrutacja na bis 8 lipca po wywieszeniu list przyjętych w tych gimnazjach, które nie zapełnią wszystkich miejsc, będzie prowadzona rekrutacja uzupełniająca. Informacja o wolnych miejscach pojawi się w systemie elektronicznej rekrutacji. ---------- Jutro: lista gimnazjów publicznych i niepublicznych z wynikami egzaminów gimnazjalnych W gimnazjach dni otwarte: można spotkać się z nauczycielami, obejrzeć pracownie, sprawdzić, jakie klasy planowane są na wrzesień. Rekrutacja zacznie się 13 kwietnia, a jej efekty poznamy w lipcu.

  • Dionizyjscy technicy z Gardzienic

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa DOROTA WYŻYŃSKA, ROZMAWIAŁA DOROTA WYŻYŃSKA 25-03-2015

    Ośrodek Praktyk Teatralnych "Gardzienice" pokaże w Teatrze Polskim dyptyk teatralny: "Oratorium Pytyjskie" oraz "Ifigenię w Taurydzie". W piątek, w Międzynarodowy Dzień Teatru, odbędzie się też premiera albumu "Staniewski - Gardzienice - Antyk" z fotografiami Krzysztofa Bielińskiego oraz otwarcie wystawy poświęconej słynnemu teatrowi spod Lublina. ---------- ROZMOWA Z ROZMOWA Z Włodzimierzem Staniewskim szefem zespołu ---------- DOROTA WYŻYŃSKA: To już piąta rezydencja Gardzienic w Warszawie. Co znaczą dla teatru te spotkania ze stołeczną publicznością? WŁODZIMIERZ STANIEWSKI: Jest dreszczyk emocji, ale bez katastroficznych wizji, bez bólu głowy i bez oczekiwania na cud. Wiemy, że przyjdzie dużo młodzieży, bilety dobrze się sprzedają. Mamy nadzieję, że tak jak poprzednio widzowie uznają, że to jest przynajmniej "coś innego" od warszawskich produkcji. Jesteśmy dionizyjskimi technikami. Przyjeżdżamy, robimy swoje i wyjeżdżamy. Nie udało się stworzyć stałego miejsca w Warszawie dla Gardzienic. Pamiętam, jak kilka lat temu zabiegał pan o nie. - Nie zabiegałem. Chyba w 2007 czy 2008 roku Gardzienice się skończyły. Ciągłe próby rugowania nas ze skromnej wówczas siedziby, napady, walenie głową w mur w walce o dotacje, akcja z zakładaniem na terenie naszej placówki manewrowego ośrodka policyjnego przekroczyły próg wytrzymałości. Ogłosiłem exodus. Zapraszały nas do siebie Wrocław, Kraków i Warszawa. W Warszawie na SWPS-ie roztoczono bardzo kuszące perspektywy: miałem założyć Drama Departament i mieć studio po fabryce cewek. Mieliśmy zrewoltować życie teatralne Warszawy. Władze uczelni ogłaszały wszem i wobec radosną wieść, ogłaszała ją pani prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz i... skończyło się jak zawsze. Tymczasem pana zespół od ponad roku działa w odremontowanym Europejskim Ośrodku Praktyk Teatralnych "Gardzienice". - W odremontowanym? W podniesionym z ruin i zgliszcz. Wydarzenie o tyle ważne, że dające satysfakcję, iż ulotny kapitał teatru zaprocentował wskrzeszeniem ze zmarłych cząstki dziedzictwa narodowego. Kamień jest solidniejszym depozytariuszem pamięci niż teatralne przedstawienie. Ogłosiliśmy też i "ograliśmy" otwarcie nowej perspektywy, perspektywy mantycznej. Z udziałem wspaniałych umysłów ze świata. Wkrótce ukaże się bardzo unikatowa książka na ten temat. Czasy są takie, że teatr powinien stać się miejscem rozważań o przyszłości, a nie zlewnią wynaturzonych egoizmów. Do Warszawy przywiezie pan dyptyk teatralny: "Oratorium pytyjskie" oraz "Ifigenię w Taurydzie ". Dlaczego zdecydował się pan połączyć te dwa tytuły? - Bo oba są wieszcze, delfickie, pytyjskie. W "Oratorium..." dajemy teksty Siedmiu Mędrców z Delf z VI w p.n.e., które były ryte na kamiennych stellach, przewożonych po całym świecie jak elementarne kompendia filozofii i poezji. Są to lapidaria, które przez niemal dwa tysiące lat należały do ABC kultury całego antycznego świata. Niektóre patetyczne, inne paradoksalne, przewrotne i sensualne. Ciekawie wpisują się w dzisiejsze genderowe debaty. W drugiej części "Oratorium..." pojawia się wieszczka Pytia, która wchodzi w stany proroczego szału, wyśpiewując przepowiednie uznane za autentyczne zarówno przez tragediopisarzy, przez Herodota, jak i innych historyków starożytności. Teksty użyte w spektaklach nawiązują do współczesności. W "Ifigenię w Taurydzie " akcja dzieje się na Krymie, tam gdzie osadził ją Eurypides. Pierwsze prezentacje miały miejsce w 2011 roku. Już wtedy mówiliśmy w tym spektaklu o aneksji Krymu przez Sowietów. Intryga opiera się na konfrontacji tych tzw. światłych i tych tzw. barbarzyńców, czyli Europy z Azją. Warszawskim pokazom towarzyszy - promocja albumu o Gardzienicach. Pamiętam czasy, kiedy niechętnie decydował się pan na fotoreporterów i kamery telewizyjne podczas prób spektakli, wtajemniczał pan w świat swojego teatru tylko wybrańców. Jak wyglądała współpraca z fotografem Krzysztofem Bielińskim? - Krzysztof Bieliński uzyskiwał od czasu do czasu pozwolenie na fotografowanie. Spotkania rozłożyły się na trzy lata. Bieliński jest wyjątkowym fotografem i mam nadzieję, że jego "raport z oblężonego miasta", dla tych "którzy lubią bajki, a nie zabawę w zabijanie", zostanie dobrze przyjęty. Będzie jeszcze jedno wydarzenie - otwarcie mojej Pracowni Ekologii Teatru na Wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego, dzięki wspaniałomyślności profesorów Jerzego Axera i Krzysztofa Rutkowskiego. Odbędzie się też wieczór poświęcony Wandzie Dynowskiej (we wtorek 31 marca w Instytucie Teatralnym) według mnie jednej z najwybitniejszych Polek XX wieku. Odnalazłem w Indiach miejsce jej pochówku i usilnie zabiegam o przywrócenie Dynowskiej należnej pozycji w panteonie wielkich polskich postaci. Z Indii na tę okazję przyleci reżyserka Sujata Sett, żeby pokazać zwiastun filmu o Dynowskiej, zrobionego dla tamtejszej telewizji. ---------- Ośrodek Praktyk Teatralnych "Gardzienice" pokaże w Warszawie dyptyk teatralny: "Oratorium pytyjskie" oraz "Ifigenię w Taurydzie". Piątek, sobota, niedziela (27, 28, 29 marca) o godz. 19 w Teatrze Polskim (ul. Karasia 2), bilety: 60 zł. W piątek o godz. 18 w Teatrze Polskim odbędzie się również promocja albumu "Staniewski - Gardzienice - Antyk" z fotografiami Krzysztofa Bielińskiego oraz otwarcie wystawy. Program wizyty Gardzienic w Warszawie - www.teatrpolski.waw.pl. - To lapidaria, które przez niemal dwa tysiące lat należały do ABC kultury antycznego świata. Niektóre patetyczne, inne paradoksalne, przewrotne i sensualne - mówi Włodzimierz Staniewski przed wizytą Gardzienic w Warszawie.

  • ZAPROSZENIA

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa RED 25-03-2015

    DZIŚ DZIŚ Premiera książki o modzie PRL-u Premiera książki o modzie PRL-u To pierwsza taka reporterska książka - o projektantach, modzie polskiej i "ciuchach", o polskich twórcach za żelazną kurtyną. Dziś o godz. 18 w galerii Zachęta (pl. Małachowskiego 3) odbędzie się spotkanie z Aleksandrą Boćkowską, autorką książki "To nie są moje wielbłądy. Moda PRL-u" (wyd. Czarne). Rozmowę poprowadzi Karolina Sulej. Wstęp wolny. Wystawa Michała Bartłomowicza Wystawa Michała Bartłomowicza W Galerii lokal_30 (ul. Wilcza 29a/12) otwarcie wystawy Michała Bartłomowicza "Cargo Cult: Copy and Imitation". Ekspozycja składa się z serii prac ukazujących warsztat twórczy artysty, którego podstawowymi elementami są kopia i imitacja. Bartłomowicz posługuje się techniką kolażu, która powstała z fragmentów fotografii przypadkowo zebranych z książek czy gazet, następnie kserowanych, modyfikowanych i zestawianych. Wystawę można oglądać do 7 kwietnia, wernisaż dziś o godz. 18. Książka o projektowaniu graficznym Książka o projektowaniu graficznym "VeryGraphic Polish Designers of the 20th Century" to kolejny z cyklu anglojęzycznych albumów poświęconych polskiemu designowi. Premiera dziś o godz. 18 w Super Salonie w klubie Miłość (ul. Kredytowa 9). Udział wezmą: redaktor książki Jacek Mrowczyk, historyczka designu Agata Szydłowska i Piotr Rypson - wicedyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie. DZIŚ DZIŚ Premiera książki o modzie PRL-u Premiera książki o modzie PRL-u To pierwsza taka reporterska książka - o projektantach, modzie polskiej i "ciuchach", o polskich twórcach za żelazną kurtyną.

  • Basen się wyprowadza

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa PAWEŁ GAWLIK 25-03-2015

    - Jedynym powodem tej decyzji są zbyt wygórowane oczekiwania finansowe wynajmującego, nieadekwatne do charakteru prowadzonej przez nas działalności kulturalnej. Złożony przez nas wniosek o obniżenie czynszu niestety nie spotkał się ze zrozumieniem i pozytywną odpowiedzią Związku Harcerstwa Polskiego, do którego lokal należy - piszą w oświadczeniu właściciele klubu. Podkreślają, że przez dwa i pół roku działalności przeprowadzili kompletny remont lokalu. - Cały czas pozostajemy otwarci na porozumienie z właścicielem lokalu i liczymy na zmianę stanowiska Związku Harcerstwa Polskiego - dodają na zakończenie. Ale Monika Kubacka, rzeczniczka ZHP, zwraca uwagę, że klub reprezentowany przez spółkę Art Basen podpisał umowę najmu trzy lata temu. - Zobowiązania wynikające z umowy: wysokość czynszu, opłat eksploatacyjnych oraz stan techniczny lokalu był najemcy doskonale znany. Związek Harcerstwa Polskiego zmuszony był wypowiedzieć spółce umowę najmu, ponieważ spółka ta od września 2014 roku nie płaciła należnego czynszu za najem lokalu. Pomimo wielokrotnych rozmów i spotkań Art Basen nie przedstawił ZHP żadnego konstruktywnego sposobu uregulowania ciążących na nim należności. W chwili obecnej spółka korzysta z lokalu oraz wszelkich mediów bezumownie, koszty tej działalności ponoszone są przez ZHP - dodaje Monika Kubacka. Tylko do końca maja działać będzie znany klub Basen przy ul. Konopnickiej. Poszło o czynsz. Według klubu - zbyt wysoki. Według właściciela - niezapłacony.

  • W Polonii klimat fajny, wyniki jeszcze nie

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa PIOTR WESOŁOWICZ 25-03-2015

    KOSZYKÓWKA. Polonistki sezon wcześniej grały w II lidze, były bliskie awansu, ale decydujący mecz przegrały. PZKosz docenił jednak projekt odbudowy "Czarnych Koszul" i zaprosił zespół do I ligi. Polonia skorzystała, płacąc 5 tys. zł. - W pierwszym sezonie chcemy się po prostu utrzymać - zapowiadała wówczas Katarzyna Dulnik, była znakomita zawodniczka Polonii, obecnie trenerka zespołu. W drużynie znalazły się zawodniczki doświadczone, w przeszłości grające nawet na poziomie ekstraklasy (Natalia Małaszewska, Monika Maj) oraz te, które wyróżniały się w II lidze - w Polonii i innych lokalnych zespołach (Sylwia Machowicz, Iwona Gawryszewska, Izabela Błajda). Wyniki słabsze... Wyniki słabsze... Sezon Polonia zaczęła od dwóch porażek, ale entuzjazm wokół zespołu rósł, przyszły też zwycięstwa. Jednak tylko 6 w 18 meczach - za mało, by grać w grupie walczącej o awans. W słabszej grupie pozycja wyjściowa "Czarnych Koszul" była dobra, z większością drużyn warszawianki miały dodatni bilans, ale utrzymać się nie zdołały. Seria porażek sprawiła, że Polonia znalazła się na dole tabeli. W ostatniej kolejce mogła się jeszcze uratować, wygrała wysoko z najsłabszym SMS ŁKS Łódź, ale jej miejsce w tabeli uzależnione było od wyniku meczu KKS Olsztyn z Karkonoszami Jelenia Góra. Zwycięstwo gospodyń zepchnęło "Czarne Koszule" na przedostatnią, oznaczającą spadek pozycję. - To był dla nas naprawdę trudny rok - podsumowuje Dulnik. - Dość późno zaczęłyśmy przygotowania, długo nie byłyśmy gotowe do rywalizacji na tym poziomie. Faktem jest jednak, że i sytuacja w drugiej rundzie nam nie pomogła. Rzadko zdarza się, że cztery drużyny na koniec sezonu mają tyle samo punktów i decydują małe punkty. Rywalizacja o utrzymanie była zacięta. Pomijając ŁKS, który nie wygrał ani jednego meczu, aż cztery drużyny zakończyły sezon z 26 punktami. - W poprzednich sezonach do pozostania w lidze starczyło pięć-sześć zwycięstw. Nam nie wystarczyło osiem - dodaje trener. Dulnik liczy jednak, że jej drużyna w I lidze pozostanie. - Ekstraklasa najpewniej zostanie poszerzona i wówczas z naszej ligi nikt nie spadnie. Liczymy na to. Mamy dobry, niezwykle waleczny zespół, który wystarczy tylko trochę wzmocnić, by grać lepiej - mówi Dulnik. - Sezon jeszcze trwa i na razie nie wiadomo, jaki kształt będą miały przyszłoroczne rozgrywki - mówi jednak dyrektor wydziału rozgrywek PZKosz Adam Romański. Ale dodaje: - Jeśli chodzi o Polonię, to niezwykle doceniam jej pracę i zaangażowanie. Szkoda byłoby, gdyby ten projekt upadł. ...organizacja lepsza ...organizacja lepsza Lepiej niż na boisku Polonia zaprezentowała się pod względem organizacyjnym. Nowa liga to bowiem niejedyna nowość, która przed sezonem zaszła w Polonii. Pod koniec czerwca wybrano nowy zarząd Stowarzyszenia Koszykówki Kobiecej Polonia Warszawa niezależnego od MKS. Prezesem została właśnie Dulnik, a jednym z członków wieloletni dyrektor fundacji Maratonu Warszawskiego Marek Tronina. Nowe władze znalazły sponsorów i stworzyły wokół koszykarek pozytywną atmosferę. Mecze, nawet mimo kolejnych porażek, rozgrywane były w pełnej, choć niewielkiej hali, kibice dopingowali zespół i angażowali się w jego życie - organizowali akcje charytatywne, z ich pomocą powstał kalendarz z zawodniczkami, z którego dochód przeznaczono na dzieci z domów dziecka, fani sami zaproponowali też, że za wstęp na mecze będą płacić. Na początku sezonu wchodzili za darmo. Duża w tym zasługa Troniny, który do koszykarskiej drużyny trafił zniechęcony współpracą z Polonią piłkarską. Tronina, prywatnie wieloletni sympatyk Polonii oraz entuzjasta budowania drużyny w modelu społecznościowym, przeniósł swoje pomysły na salę koszykarską. Razem z Dulnik, która stała się twarzą drużyny, stworzyli ciekawy projekt, w który zaangażował także członków stowarzyszenia Wielka Polonia. - Zaczęliśmy od zmiany filozofii pracy i sposobu myślenia - powiedział Tronina. - Przyjęliśmy, że nie zaczniemy od zbierania pieniędzy z nadzieją, że za nimi przyjdą ludzie. Uznaliśmy, że stworzymy zespół ludzi, za którymi przyjdą pieniądze. Ich przejściowe kłopoty finansowe nie odstręczą. Stworzyliśmy też fajny klimat i dobrą atmosferę. To ona przyciągnęła ludzi na trybuny - dodał. Tronina przyznał także, że w zaangażowaniu kibiców Polonii w drużynę koszykarską oraz zbudowaniu wokół niej pozytywnej atmosfery pomogły mu problemy sekcji piłkarskiej. - Tam dobra atmosfera została brutalnie zduszona przez jakieś układy, zależności. Ludzie nabrali do tej sytuacji obrzydzenia. Tymczasem w koszykówkę gra drużyna, gdzie jest zdrowy, niezależny podmiot. U nas zadziałał efekt entuzjazmu, otwartości - stwierdził. Czy w przyszłym sezonie Polonia będzie się rozwijać w I lidze? AZS UW piąty AZS UW piąty Dużo lepiej niż Polonia spisał się w rozgrywkach pierwszej ligi AZS Uniwersytetu Warszawskiego. W pierwszej fazie sezonu koszykarki trenera Macieja Gordona zwyciężyły w aż 16 z 18 spotkań i pewnie wygrały grupę A z drużynami z centralnej i północnej Polski. Drugą fazę, w której znalazło się po pięć najlepszych zespołów z grup A i B, AZS UW zaczął od dwóch zwycięstw, ale przegrał osiem ostatnich spotkań. Ostatecznie warszawianki zajęły piąte miejsce z bilansem 9-9 - do play-off o awans do TBLK zakwalifikowały się cztery zespoły. Po serii porażek akademiczki kończą sezon rozczarowaniem, ale z drugiej strony wynik z poprzednich rozgrywek poprawiły o dwie pozycje. Na dodatek wciąż mają szansę na sukces - pod koniec maja AZS UW będzie gospodarzem Akademickich Mistrzostw Polski, w którym broni złota. Koszykarki Polonii zajęły miejsce spadkowe, ale liczą, że w I lidze pozostaną. Organizacyjnie mają za sobą udany rok.

  • Legii zabrakło agresji

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa KONRAD FERSZTER 25-03-2015

    PIŁKA NOŻNA. Jeden - tyle punktów na sześć możliwych zdobyli piłkarze Legii w dwóch ostatnich meczach ligowych. Spotkaniach ważniejszych niż pozostałe ze względu na historię (Wisła) i obecną tabelę (Lech). Legioniści, jak wynika ze statystyk świadczących o waleczności, podeszli do nich bez takiej determinacji jak rywale i ich spora przewaga nad poznaniakami stopniała do trzech punktów. Najpierw Legia w ostatniej minucie uratowała u siebie remis 2:2 z Wisłą po samobójczym trafieniu rywala. W niedzielę w Poznaniu piłkarze Henninga Berga przegrali 1:2 po sekwencji błędów po godzinie gry. - Wydaje mi się, że mistrzów Polski zgubiła nie tylko słabsza forma, ale i zbyt duża pewność siebie - uważa były zawodnik stołecznej drużyny Maciej Murawski. Ale Legii w obu przypadkach zabrakło też - a może przede wszystkim - agresji. Wyraźnie pokazują to nie tylko wypowiedzi liderów zespołu, którzy bagatelizowali wagę obu spotkań, ale przede wszystkim liczby. Ze statystyk dwóch ostatnich spotkań wynika, że to Wiśle i Lechowi w prestiżowych rywalizacjach bardziej zależało na wygranej. Świadczą o tym m.in. faule, które w meczach drużyn o wyraźnej różnicy poziomów mogą być wyrazem bezradności piłkarzy słabszych. Ale akurat w spotkaniach z Wisłą i Lechem różnic między Legią a rywalami widać nie było, więc faule mogą świadczyć o determinacji. Krakowianie przy Łazienkowskiej faulowali 21 razy, lechici w meczu w Poznaniu - 16-krotnie (statystyki pochodzą z serwisu InStatscout.com). Oba zespoły przekraczały przepisy częściej niż ich średnia w sezonie (po 15 fauli). Legia? Z Wisłą piłkarze Berga faulowali ledwie 10 razy, a z Lechem - tylko sześciokrotnie. To bardzo mało, zważywszy na średnią z sezonu przekraczającą 14 fauli na mecz. Jeśli przykład fauli, który ma świadczyć o większej ambicji i waleczności, jest dwuznaczny, można podeprzeć się obserwacjami dotyczącymi wślizgów. Tych warszawianie wykonali 31 z Wisłą i 24 z Lechem, co mniej więcej odpowiada ich średniej z rozgrywek (27 wślizgów na mecz). Ale rywale znów byli agresywniejsi - krakowianie przed tygodniem przy Łazienkowskiej wślizgami atakowali gospodarzy aż 48-krotnie, o 19 więcej niż ich średnia. Równie korzystnie statystyki prezentują się przy analizie gry poznaniaków, którzy zanotowali 41 wślizgów - o dziewięć więcej od własnego średniego wyniku z obecnego sezonu. Skuteczność tych wślizgów? Wisła i Lech przerywały akcje legionistów z 56-proc. skutecznością. Legia? Przeciwko krakowianom było to 45 proc., w starciu z poznaniakami - 50. - Dla każdego zespołu mecze przeciwko warszawianom są szczególnie istotne. Ponadto okoliczności obu ostatnich spotkań były jeszcze ciekawsze niż zazwyczaj. Wisła z nowym trenerem chciała udowodnić, że zbyt wcześnie ją skreślono. Lech, chociaż w słabszej dyspozycji, musiał gonić Legię w tabeli - tłumaczy Murawski. I dodaje: - To mogło uśpić czujność mistrzów Polski. Ich wygodna pozycja w tabeli także nie wpływała szczególnie mobilizująco. Teoretycznie mogli spodziewać się łatwych przepraw, a na boisku rzeczywistość okazała się zdecydowanie inna. Mimo okoliczności łagodzących klubowi z takimi aspiracjami momenty takich słabości nie przystoją. Legia agresywnie grać potrafi, co demonstrowała w fazie grupowej Ligi Europy. Drużyna Berga należała do najczęściej faulujących drużyn w rozgrywkach. - To kwestia przyzwyczajenia do ostrzejszej gry w Polsce - tłumaczył statystykę Norweg. Czy warszawianie przypomną sobie o tym w najbliższym meczu z Piastem Gliwice? O sytuacji koszykarek Polonii Warszawa przeczytasz na s. 15 ---------- 55 fauli 55 fauli w dwóch ostatnich meczach popełnili piłkarze Legii. Dla porównania, Wisła i Lech, z którymi mierzyli się warszawianie, łącznie przepisy przekraczali aż 89 razy ---------- W meczach z Wisłą i Lechem mistrzowie Polski popełnili mniej fauli i wykonali mniej wślizgów od rywali. Poza błędami w defensywie i asekuracyjnym nastawieniem to kolejny minus w grze Legii.

  • Andrzej Duda wyciąga zwietrzałe euro

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza RENATA GROCHAL 25-03-2015

    Politycy PO są przekonani, że Andrzej Duda próbuje przekierować kampanię prezydencką na temat wejścia Polski do strefy euro, by odciągnąć uwagę opinii publicznej od nieprawidłowości w SKOK-ach. PiS od lat rozpinał nad nimi parasol ochronny. - PiS próbuje przykryć SKOK-i, ale to się nie uda. Nikt dziś nie mówi, że wejdziemy zaraz do strefy euro, bo gospodarka i państwo muszą być na to przygotowane. Ale po to się ścigamy z najlepszymi w Europie, żeby kiedyś w tym ekskluzywnym klubie być - podkreśla szef klubu PO Rafał Grupiński. W Pałacu Prezydenckim mówią, że Komorowski nie da się wciągnąć w tę debatę, chociaż uważa, że kraj byłby w strefie euro bezpieczniejszy - zarówno ekonomicznie, jak i biorąc pod uwagę sytuację na Wschodzie. Był kiedyś za szybkim przystąpieniem do strefy euro, ale w 2013 roku na posiedzeniu Rady Gabinetowej ujawnił się duży rozdźwięk między nim a rządem. Okazało się, że ówczesny premier Donald Tusk i minister finansów Jacek Rostowski są przeciwnikami szybkiego przyjęcia euro, a to rząd będzie podejmował decyzję. - Tusk wykorzystał kryzys w strefie euro jako pretekst, by nie przeprowadzać koniecznych reform, bo to mogłoby kosztować go spadki w sondażach. A Rostowski większość życia spędził w Wielkiej Brytanii, która jest poza strefą euro, z natury był przeciwny wspólnej walucie - mówi nasz rozmówca w pałacu. Także premier Ewa Kopacz powtórzyła wczoraj, że "przyjmiemy euro wtedy, kiedy sytuacja będzie najlepsza dla Polski, a strefa euro upora się z własnymi problemami". Prezydencki doradca Roman Kuźniar, którego PiS atakuje za wypowiedź z 2012 roku, że realną datą przyjęcia euro jest 2016 rok, mówi, że termin ten jest nieaktualny. Polska wciąż nie spełnia kryteriów potrzebnych do przyjęcia unijnej waluty. - Dopóki nie spełnimy kryteriów, dopóty debata o tym, "kiedy do euro", jest jałowa. A ponieważ wypełnienie kryteriów zajmie co najmniej dwa lata [w tym okresie Polska musi być w tzw. korytarzu walutowym, w którym kurs złotego będzie ściśle powiązany z kursem euro], to dopiero wtedy będzie można rozważyć sytuację w strefie euro i dyskutować poważnie o dacie - zastrzega Kuźniar. Dodaje, że ekonomiści są zgodni, że samo spełnienie kryteriów wzmocni konkurencyjność polskiej gospodarki. Poza tym do przyjęcia euro jest konieczna zmiana konstytucji, a do tego trzeba dwóch trzecich głosów. Bez PiS nie da się tego zrobić, a PiS jest przeciwko. Andrzej Duda straszy, że po wprowadzeniu euro ceny w Polsce znacząco wzrosną. Cena jabłek miałaby spuchnąć z 2,49 zł do 5,31 zł, a pomidorów z 4,99 zł do 9,02 zł. Jednak ekonomiści zwracają uwagę, że na Litwie, która przyjęła euro w styczniu 2015 roku, skokowego wzrostu cen nie było. Według kandydata PiS przystąpienie do strefy euro będzie można rozważać wtedy, gdy zarobki w Polsce będą tak wysokie jak na zachodzie Europy. - Jeżeli Andrzej Duda jako europoseł zarabia w euro, to jestem ciekaw, w jakiej walucie trzyma oszczędności, czy dostając wynagrodzenie w euro, szybciutko przyjeżdża do Polski i tutaj wymienia je w banku na złotówki, bo się boi, że euro jest niepewną walutą - wyśmiewa ten argument prof. Kuźniar. Rafał Grupiński uważa, że strasząc euro, Duda pokazuje, jak antyeuropejską partią jest PiS. - Polska podpisała traktat akcesyjny, w którym zobowiązaliśmy się do przyjęcia euro. Jeśli jakaś partia wypowiada się przeciwko traktatowi, to znaczy, że opowiada się za wystąpieniem Polski z Unii Europejskiej. A to już jest granie na moskiewskich instrumentach - mówi Grupiński. Jego zdaniem przygotowania Polski do wejścia do strefy euro potrwają minimum cztery-pięć lat. Kandydat PiS Andrzej Duda straszy, że Bronisław Komorowski chce szybkiego wejścia do strefy euro, przez co ceny poszybują w górę. Jednak ani rząd, ani prezydent do euro się nie spieszą.

  • Obwodnica? Nie, dziękujemy!

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza MICHAŁ FRĄK 25-03-2015

    Każdy, kto przed 2009 rokiem jeździł choć trochę po Polsce, wie, co to Krośniewice. Tu krzyżowały się dwie najważniejsze drogi krajowe - jedynka znad morza w góry i dwójka - ze wschodu na zachód. Setki tysięcy samochodów ciągnące tymi szlakami spotykały się na ciasnym skrzyżowaniu w centrum czterotysięcznego miasta. - Gdybyśmy rozmawiali wtedy, nie słyszałby pan, co teraz mówię - wspomina Julianna Herman, burmistrz Krośniewic. Siedzimy w jej gabinecie. Okna wychodzą na ulicę Poznańską, którą jechało się do stolicy Wielkopolski. Są otwarte, ale hałasu nie słychać. Teraz ulica jest ślepa - na końcu stoi barierka ze znakiem "zakaz poruszania". Podobnie odcięto ulicę Toruńską, którą kiedyś jechało się nad morze. Na Poznańskiej została jeszcze stacja benzynowa Orlen. Jej szef z tęsknotą wspomina czasy, gdy obok ciągnął sznur samochodów. - Paliwo jeszcze jakoś schodzi, ale na sklepie jest tragedia - mówi. Samochody jeżdżą dziś biegnącą 250 metrów dalej obwodnicą. To ona wzięła na siebie ruch północ - południe i wschód - zachód. Z obwodnicy nie ma zjazdu, więc do Krośniewic zaglądają tylko ci, którzy muszą. Na ulicach - cały rok - bezruch. Światła na skrzyżowaniach wyłączone. Krośniewice wymarły Krośniewice wymarły Na głównym placu przed kościołem posadzono rośliny. - Wcześniej nic nie chciało rosnąć - mówi burmistrz. Korek w Krośniewicach miewał nawet dziesięć kilometrów. Latem sięgał aż do Karczmy w Miłosnej. Jej ogromny parking zastawiony był zawsze tirami. Dziś na placu nie ma żadnego, a i osobówek raptem kilka. Od menedżera karczmy o obwodnicach niczego dobrego nie usłyszę. - Obroty spadły o 70 proc. Żeby się ratować, postawiliśmy na wesela i komunie. Startujemy w przetargach na catering, jeździmy z usługami do Warszawy, Poznania i Wrocławia. Musimy walczyć o przetrwanie. Zdania w mieście są podzielone. - Wolałam, kiedy obwodnicy nie było - mówi kobieta sprzątająca ulicę. - Teraz jest lepiej - nie zgadza się koleżanka. - U mnie w domu ciągle trzęsły się szyby. - Za cicho i za spokojnie - mówi młody mężczyzna. - Kiedyś ludzie tu się zatrzymywali, coś kupowali. A teraz? Po co ktoś miałby do nas przyjechać? W 2007 roku miasteczko miało 4,6 tys. mieszkańców. Pięć lat później jest mniej niż 4 tys. Tomasz Marciniak, były radny, woli miasto takim, jak jest teraz. Ale przyznaje, że nie wszyscy są zadowoleni. - Niektórzy mówią, że Krośniewice wymarły. Autostrada i wędliny Autostrada i wędliny Tego boją się w Jeżowie. To mała miejscowość między Łodzią a Warszawą. Przez centrum biegnie droga krajowa nr 72. Kiedyś mieszkańcy pomstowali na tysiące tirów i osobówek. W planach rozwoju gminy obwodnica pojawiła się już w 1985 roku. 27 lat później otworzono autostradę z Łodzi do Warszawy. Wybierają ją kierowcy, którzy wcześniej przejeżdżali przez Jeżów. W mieście to widać. Na stacji benzynowej Szejk, która jeszcze niedawno tętniła życiem, pusto. Bar zamknięty, wejście zagradza metalowy płot. Klientów mało. Na krótkim odcinku ulicy Piotrkowskiej są cztery sklepy z wędlinami. - Bo jesteśmy wędliniarskim zagłębiem - chwali się Krzysztof Orłowski, przewodniczący Rady Gminy Jeżów. Pod firmowe sklepy lokalnych producentów co jakiś czas podjeżdża auto na obcych numerach rejestracyjnych. Najwięcej na łódzkich, jest też sporo z Warszawy i Rawy Mazowieckiej. - Zawsze, przejeżdżając, robię zapasy. Mają naprawdę dobry towar - mówi mężczyzna, którego żona pakuje tyle wędlin, jakby wyprawiała wesele. Małżeństwo zostawia w sklepie ponad 200 zł. Sprzedawczyni wspomina czasy sprzed autostrady. - Kupujących było więcej. Mieliśmy przecież takich klientów, którzy do pracy w Warszawie dojeżdżali z Łodzi codziennie. Sama już nie wiem Sama już nie wiem Podczas ostatniej sesji Rady Gminy Jeżów głosowano nad przyjęciem nowego planu zagospodarowania przestrzennego - z obwodnicą. Orłowski: - Zaczęliśmy się zastanawiać, czy jest ona nam rzeczywiście potrzebna. Już teraz ruch jest niewielki. A jeśli ją zbudują, już nikt tędy nie będzie przejeżdżał. Jak poradzą sobie nasze sklepy? - W centrum jest gęsta zabudowa, dzieci chodzą do szkoły. Z tego punktu widzenia lepiej, żeby obwodnica była. Ale to tylko jedna strona medalu - przyznaje Anna Szeligowska, wójt Jeżowa. - Sama już nie wiem... Wątpliwości nie mają ani w sklepach, ani na stacji benzynowej. - Dla nas obwodnica to będzie koniec - mówią na stacji. - Nikomu nie będzie chciało się zjeżdżać, by kupić kiełbasę. O tym, czy będzie obwodnica czy nie, Jeżów nie zdecyduje sam. Plany gminy muszą zgadzać się z tym, co planuje zarząd województwa. Więc władze Jeżowa złożą wniosek o wykreślenie obwodnicy z planów zagospodarowania województwa łódzkiego. - Dla nas to byłby już koniec - mówią na stacji benzynowej i w sklepach. Jeżów, gmina w Łódzkiem, złoży zarządowi województwa propozycję wykreślenia nowego objazdu z planów zagospodarowania

  • SIEMONIAK WOJNY NIE BĘDZIE, POLSKA JEST BEZPIECZNA

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza ROZMAWIAŁA RENATA GROCHAL 25-03-2015

    RENATA GROCHAL: Czy prezydent Komorowski, dzieląc Polskę na radykalną i racjonalną, liczy, że to mu przyniesie zwycięstwo, tak jak PiS w 2005 roku, gdy przeciwstawił Polskę solidarną liberalnej? TOMASZ SIEMONIAK, WICEPREMIER, SZEF MON: To, co proponuje prezydent Komorowski, wiąże się z prawdziwym podziałem, który mamy w Polsce. To jest podział, który wynika z oceny 25 lat naszej wolności. Racjonalna ocena jest taka, że ostatnie 25 lat było pozytywne, wystarczy się rozejrzeć dookoła, jak Polska wyglądała 25 lat temu, a jak wygląda teraz. Wiele jest jeszcze do zrobienia, ale wszyscy ci, którzy mówią, że trzeba podnieść Polskę ze zgliszcz, gospodarka przestała istnieć, armia nie istnieje, a prawo trzeba napisać od nowa, reprezentują populistyczny radykalizm. Oferują cudowne recepty na szybką poprawę, a przecież wszystko, co dobre, osiąga się ciężką, codzienną, żmudną pracą. Oczywiście kampania wyborcza ma swoje prawa i padają w niej obietnice. Warto, aby były racjonalne. A w polityce zagranicznej na czym polega ta opozycja: racjonalizm versus radykalizm? - Racjonalny interes Polski to nasza silna obecność w NATO i Unii Europejskiej, radykalizm to złudzenie, że istnieje jakaś trzecia droga dla Polski. Dla niektórych będzie to tęsknota za specjalnymi relacjami z Rosją, dla innych mrzonki o różnych europejskich projektach obronnych. Gwarancją naszego bezpieczeństwa jest NATO, silna obecność USA w Polsce i Europie. Nie wolno tego rozmywać, nawet na potrzeby kampanii wyborczej. Czy Komorowski jest kandydatem establishmentu, Polski sytej i zadowolonej, jak mówi PiS? - To nieprawda. Jeśli Komorowski ma 70 proc. zaufania, popiera go blisko połowa wyborców, to ile może liczyć ten establishment, jeden procent? Prezydenta popierają i wybierają zwykli ludzie. To, że jest pięć lat prezydentem, reprezentuje Polskę, narzuca pewien wizerunek, choćby to, że prezydent mieszka w Belwederze, jest przedstawicielem władzy. Ale czy Andrzej Duda, w przeszłości wiceminister, poseł, a teraz europoseł, nie jest z establishmentu? Jest. Tak samo jak Janusz Palikot, Adam Jarubas, chyba najmniej Magdalena Ogórek. Ale już, używając - moim zdaniem nieprawdziwego - podziału, że jest Polska sytych i zadowolonych, to pani Ogórek na pewno też do tej Polski należy. Krzysztof Gawkowski z SLD proponuje inny podział: Polska postępowa vs. Polska zaściankowa. Mówi, że PO i prezydent przez osiem lat nie załatwili sprawy in vitro, związków partnerskich, a konwencję antyprzemocową odkładali dwa lata. - Główną okolicznością była zmiana przywództwa w PO. Premier Ewa Kopacz postanowiła zmierzyć się z tymi problemami i je w końcu załatwić. Ale nie podjęła tych działań ze względu na kampanię prezydencką, po prostu zawsze uważała je za ważne. Decyzję w sprawie in vitro przyspieszyło zamieszanie w klinice w Zachodniopomorskiem, gdzie w wyniku pomyłki podczas zapłodnienia pozaustrojowego matka urodziła nie swoje biologicznie dziecko. Okazało się, że trudno dalej funkcjonować bez regulacji. Oczywiście jest pytanie, czy to wpływa na kampanię prezydencką. Sądzę, że to się wpisuje w koncepcję Polski racjonalnej, która załatwia istotne problemy Polaków. Notowania Ewy Kopacz poszybowały w górę - zyskał rząd, a zaufanie do premier wzrosło w stosunku do lutego o 7 pkt proc. To efekt decyzji w sprawie in vitro i konwencji antyprzemocowej? - Polacy przekonali się do przywództwa Ewy Kopacz i do tego, że jest osobą, która nie owija w bawełnę, mierzy się z prawdziwymi problemami. Tak jak w przeszłości w sprawie szczepionek, tak w sprawie protestów rolników i górników, in vitro czy konwencji antyprzemocowej nie boi się działać i podejmować decyzje. To bardzo dobry przywódca na trudne czasy. Dlaczego prezydent ucieka od debaty na temat przyjęcia euro? Bo większość społeczeństwa jest przeciwna euro? - Prezydent mówił wiele razy, że celem Polski powinno być przyjęcie euro. Ale nie można abstrahować od rzeczywistości; dziś nie spełniamy kryteriów, to wymagałoby zmiany konstytucji, najwcześniejszy termin przyjęcia wspólnej waluty to 2019-20 rok. To kiedy rozmawiać o ważnych sprawach, jeśli nie w kampanii wyborczej? - W czasie kampanii trzeba rozmawiać o poważnych sprawach, ale nie w klimacie marketingowych sztuczek w stylu "Bronkomarket" z cenami w euro. Na pewno prezydent odniesie się do tej sprawy. Ale politycy nie powinni odrywać się od rzeczywistości. Kilka tygodni temu byłem na Litwie, która wprowadziła euro i ceny nie wzrosły. Warto, żeby debata na temat euro była rzetelna, bo argument, że wprowadzimy euro, wtedy, kiedy Polacy będą zarabiali tyle, ile się zarabia w UE, jest demagogiczny. Głównym kryterium powinny być długofalowe korzyści dla naszej gospodarki, i z tego punktu widzenia należy podejmować decyzję o terminie przyjęcia euro. Słyszałam, że ludzie zaczepiają pana na ulicy i pytają, czy będzie wojna. Co pan im odpowiada? - Od roku to jest stały temat w rozmowach, zarówno z obcymi ludźmi na ulicy, jak i ze znajomymi, sąsiadami. Pytają mnie, czy będzie wojna i czy jesteśmy bezpieczni. Ta obawa się nasila od czasu kijowskiego Majdanu. Odpowiadam, że wojny nie będzie i że Polska jest bezpieczna, bo mamy własne zdolności obronne i jesteśmy w NATO. Ta czerwona linia między NATO i resztą świata jest bardzo wyraźnie zakreślona. Putin nie odważy się zaatakować NATO, bo byłoby to skrajnie nieodpowiedzialne z jego punktu widzenia. NATO jest wielokrotnie silniejsze od Rosji. Rosja ma potencjał militarny, broń jądrową, natomiast jest słabsza. Pamiętajmy, że Rosja to jest gospodarka wielkości Włoch i liczba ludności nieco większa niż Japonii. Nie można lekceważyć Rosji, ale nie można też wpadać w panikę. Powinniśmy dbać o własną obronę, dbać o NATO, by budowało stałą obecność w Polsce. Czy ćwiczenia wojskowe w Sochaczewie z użyciem amerykańskich rakiet Patriot to była odpowiedź na rozmieszczenie iskanderów w obwodzie kaliningradzkim? - To operacja "Atlantic Resolve" podjęta przez USA, polegająca na ciągłych ćwiczeniach i rotacyjnej obecności wojskowej w Polsce i Europie Wschodniej. Praktyczne potwierdzenie słów prezydenta Obamy z placu Zamkowego, gdy mówił o zobowiązaniach sojuszniczych USA wobec Polski. Przejazd amerykańskich żołnierzy z Estonii przez Łotwę, Litwę i Polskę do Niemiec to demonstracja siły? - Oni rotują swoje oddziały w państwach nadbałtyckich. Wymiana części żołnierzy ćwiczących jest też okazją do tego, by pokazać opiniom publicznym tych krajów, że amerykańscy żołnierze są gotowi działać w tej części Europy. Ilu jest dziś żołnierzy amerykańskich w Polsce? - Ta liczba się zmienia każdego dnia, w zeszłym roku w Polsce ćwiczyło 7 tys. żołnierzy wojsk sojuszniczych, z czego większość to byli Amerykanie. W tym roku w sumie będzie 10 tys. W tej chwili ćwiczy w Polsce ponad 400 żołnierzy z USA i 220 z Kanady. Czy zamach w Tunezji może być pretekstem dla części państw UE, np. Włoch czy Hiszpanii, by przenieść zainteresowanie Unii z Ukrainy na walkę z terroryzmem islamskim? - Zamach w Tunezji jest bardzo tragiczny, dla nas szczególnie, bo zginęli w nim Polacy, natomiast z punktu widzenia Zachodu dużo wcześniej uwaga była mocno skupiona na Bliskim Wschodzie, Afryce Północnej, tzw. Państwie Islamskim, wcześniej na Al-Kaidzie. Nie ma takiego zagrożenia, że nagle ktoś powie: nie zajmujmy się Ukrainą. Wewnątrz NATO podejście jest takie: nie licytujmy się, które zagrożenia są ważniejsze, tylko zajmujmy się wszystkimi, i my też tak do tego podchodzimy. Zamach w Tunezji pokazuje, że terroryzm o korzeniach islamskich jest jednym z najpoważniejszych problemów świata. Przecież to, co się dzieje w Syrii - egzekucje zakładników, i to, co się dzieje w Jemenie, ma podobną podstawę. Dla nas Tunezja to jest pokazanie, że wojna z terroryzmem jest także naszą sprawą, całego cywilizowanego świata. Dlaczego Radosław Sikorski wyszedł przed szereg w sprawie liczby ofiar zamachu w Tunisie? - Nie posądzam go o złe intencje. Wszyscy byli w dużych emocjach, gdy napływały informacje z Tunisu, można się było obawiać, że liczba ofiar będzie większa. Nigdy nie warto się spieszyć w takich sytuacjach z przekazywaniem niepewnych wiadomości. PO ma więcej korzyści z tego, że Sikorski jest marszałkiem, czy więcej problemów z powodu jego wpadek? - Sikorski jest dobrym marszałkiem Sejmu, ale dobrej codziennej pracy zwykle nie widać. To dobrze, że tak doświadczony polityk jest marszałkiem Sejmu. To ważna rola także w kontaktach międzynarodowych. Czy można z jednej strony izolować Putina, a z drugiej, jak chce premier Włoch, wciągać go w walkę z terroryzmem islamskim? - To jest bardziej dylemat Stanów Zjednoczonych. To USA prowadzą globalną politykę i są w stanie ocenić rolę Rosji, np. w rozmowach z Iranem czy w kwestiach uregulowania konfliktu w Syrii, gdzie Rosja ma duże wpływy. Wypowiedź premiera Włoch odebrałem raczej jako szukanie uzasadnienia dla jego wizyty w Moskwie niż jako praktyczne działanie. On mówił, że chce rozmawiać z Putinem o Libii, która jest rozsadnikiem terroryzmu, ale widać, że ta globalna rozmowa rosyjsko-amerykańska jest bardzo trudna. Nawet jeszcze przed kryzysem ukraińskim nie dawała nadziei na postęp, np. w Syrii, gdzie mamy ponad 200 tys. ofiar i brak perspektyw na rozwiązanie konfliktu. Rosja chciałaby powrotu do dwubiegunowego świata, w którym kiedyś spotykał się Breżniew z Carterem, a świat wstrzymywał oddech, bo tam rozdawano karty. Ale świat się od tego czasu zmienił. Główne pytanie jest takie, czy Rosja jest gotowa do tego, by prowadzić obliczalną politykę, bo Amerykanie i Zachód bardzo się rozczarowali Rosją. Po polityce resetu i zaufania nie ma śladu. Myśli pan, że Rosja jest gotowa, gdy jej ambasador straszy Duńczyków bronią jądrową, jeśli dołączą do projektu tarczy antyrakietowej? - To są elementy wojny propagandowej. Dla Rosjan niestety tego typu działania stały się normalną polityką. Oni zaczęli uznawać, że demonstracje siły militarnej lub straszenie użyciem siły są przedłużeniem polityki. Szkoda, że niektórzy polscy politycy rezonują wtedy posądzeniami wobec prezydenta Komorowskiego, premier Kopacz i ministrów o straszenie wojną. To absurd. Przykład rosyjskich pogróżek wobec Danii jest tu bardzo wymowny. Nikt w Polsce nie chce wojny ani nią nie straszy. Rosja to jest gospodarka wielkości Włoch i liczba ludności nieco większa niż Japonii. Nie można lekceważyć Rosji, ale nie można też wpadać w panikę

  • CYTAT NA ŚRODĘ

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza OSCAR WILDE 25-03-2015

    Czasami myślę, że Bóg, tworząc człowieka, przecenił nieco swoje możliwości. Czasami myślę, że Bóg, tworząc człowieka, przecenił nieco swoje możliwości.

  • GŁODNY WILK W ŚWIĘTYM MIEŚCIE

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza DOROTA STEINHAGEN (GAZETA WYBORCZA) 25-03-2015

    Częstochowa, kampania przed jesiennymi wyborami samorządowymi. Jarosław Kaczyński przyjeżdża ze wsparciem dla kandydata PiS na prezydenta, bo czas zakończyć "lewacki eksperyment" w duchowej stolicy Polski. O Krzysztofie Matyjaszczyku jest jak najgorszego zdania, poznał go w Sejmie. - Osoby o tak skrajnych poglądach i skrajnych zachowaniach w parlamencie nie było, a jeśli już, to niewielu - mówi. Czym mu się Matyjaszczyk tak naraził jako poseł, nie wyjaśnia. Śląska europosłanka PiS Jadwiga Wiśniewska uważa, że chodzi o komisję śledczą ds. nacisków, w której zasiadał Matyjaszczyk. - Bardzo bezczelnie sobie poczynał podczas przesłuchania pana prezesa - twierdzi. Matyjaszczyk jako pierwszy zadawał pytania i od razu wypalił: - Zbierał pan haki na polityków opozycji? Częstochowianie nie posłuchali rad prezesa, że zasługują "na nieporównanie więcej" niż prezydent Matyjaszczyk, i wybrali go na drugą kadencję. Wciąż jest jednym z młodszych prezydentów polskich miast, a Częstochowa to nadal największe miasto rządzone przez członka SLD. Mieszkańców czekają kolejne cztery lata "gorszących ekscesów lewicowych władz" (za szefem częstochowskiego PiS posłem Szymonem Giżyńskim). Najgorsze są miejskie dopłaty do in vitro, które Matyjaszczyk wprowadził jako pierwszy prezydent polskiego miasta, a dopiero za jego przykładem wdrożył je także premier Donald Tusk dla niepłodnych par w całej Polsce. W 2010 roku Matyjaszczyk kampanię prezydencką oparł głównie na antyklerykalizmie częstochowian. Po wyborach uznał, że plecami do Kościoła odwrócić się nie może. Podczas uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej w jednej z parafii krążył z kadzidłem, bo go do tego wskazał proboszcz, a zdumieni działacze Sojuszu przekazywali sobie tę informację z ust do ust. Kościoła osobiście atakować nie musi, ma do tego ludzi, którzy proponują wprowadzenie podatku od pielgrzymów albo żądają, by Jasna Góra modliła się ciszej, bo jej nagłośnienie słychać w całym mieście. Przez cztery lata pierwszej kadencji Matyjaszczyk podatku od pielgrzymów nie wprowadził, ale za to podczas ostatniej kampanii wyborczej twierdził, że to może niezły pomysł, ale nie od pielgrzymów, tylko od turystów, i nie podatek, ale opłatę miejscową. Partyjny aparatczyk Partyjny aparatczyk Do słuchaczy: radnych, przedsiębiorców, dziennikarzy zwraca, się per "wy". Trudno podejrzewać, że to u czterdziestojednolatka forma postpezetpeerowskich "towarzyszy", raczej skracanie dystansu. Socjaldemokratyczny luz nie oznacza, że chętnie mówi o prywatnych sprawach. Żony Sylwii na miejskie imprezy nie zabiera, prędzej można go spotkać z dwójką dzieci. Nawet w wieczór wyborczy zwycięstwo świętuje w gronie partyjnych kolegów. Do SLD Matyjaszczyk wstąpił zaraz po powstaniu partii, w 1999 r. - Z powodu ludzi, którzy tworzyli Sojusz w Częstochowie - tłumaczy. Czyli przede wszystkim Jarosława Marszałka i Zbigniewa Niesmacznego, przyjaciół z czasów studiów na Politechnice Częstochowskiej, z którymi działał w organizacjach studenckich i z którymi z pasją żeglował. Wkrótce do lewicowo-żeglarskiego grona dołączył także Marek Balt, dziś poseł SLD i baron śląskiego Sojuszu. Niesmaczny od kilku kadencji jest częstochowskim radnym, a Marszałek pierwszym zastępcą prezydenta Matyjaszczyka. Matyjaszczyk, gdy wstępował do Sojuszu, miał 25 lat, właśnie skończył studia - budownictwo. Pierwszą pracę dała mu ówczesna lewicowa poseł i prezydent Częstochowy Ewa Janik. Prowadził jej biuro poselskie. Jako poselski asystent zatrudnił się na część etatu w firmie, która na zlecenie miasta budowała w Częstochowie cmentarz komunalny. Zdobył doświadczenie konieczne do uzyskania uprawnień budowlanych i w starostwie powiatowym - powiatem częstochowskim współrządziła lewica - został zastępcą naczelnika wydziału administracji architektoniczno-budowlanej. Ze starostwa odszedł w 2007 r., bo został posłem. W 2010 r. z Wiejskiej w Warszawie przeniósł się do częstochowskiego magistratu. Matyjaszczyk już w 2005 r. starał się o mandat poselski. Zaczął od próby zajęcia pierwszego miejsca na liście kandydatów zamiast swojej byłej szefowej Ewy Janik. Wtedy po raz pierwszy ujawnił naturę "młodego, głodnego wilka". - Dowiedziałam się, że do Wojciecha Olejniczaka, który rządził wtedy SLD, przyjeżdżają moi młodzi koledzy z Częstochowy i przekonują, że najwyższy czas, by partia postawiła na młodych czyli Matyjaszczyka na jedynce - opowiada Ewa Janik. Ona miała wtedy 57 lat, Matyjaszczyk - 31. Ostatecznie Olejniczak zrobił sondę wśród członków częstochowskiego Sojuszu, kto powinien otwierać listę, i wyszło, że Ewa Janik. Ale dwa lata później Matyjaszczyk był już szefem SLD w Częstochowie. Janik nie sprawdzała, jakie miejsce by jej przypadło na liście. Nie kandydowała. Jurne politycznie chłopaki dzielą frukta Jurne politycznie chłopaki dzielą frukta Na skwerze obok magistratu na ławce przysiadł prezydent Matyjaszczyk ze swoim zastępcą i przyjacielem Marszałkiem. Ale to Marszałek coś prezydentowi klaruje, a z boku wygląda, jakby mu udzielał instruktażu. W politycznych kręgach Częstochowy panuje przekonanie, że najważniejsze decyzje w mieście podejmuje Marszałek. A relacje prezydenta z Baltem? - Gdyby nie prezydentura Matyjaszczyka, Balta poza Częstochową w ogóle by nie było, bo za swoje stanowisko śląskiego barona SLD warszawskim i śląsko-zagłębiowskim partyjnym kolegom zapłacił z konta Matyjaszczyka: wiceprezydenturami i synekurami w miejskich spółkach - ocenia Giżyński. W poprzedniej kadencji Matyjaszczyk z innych regionów województwa śląskiego importował dwóch wiceprezydentów, a śląscy działacze znaleźli się w radach nadzorczych miejskich spółek. Działacze z Warszawy także zarabiają w Częstochowie, co może oznaczać, że częstochowska lewica ma ogólnokrajowe plany. Już po wyborach samorządowych nazwiska Matyjaszczyka i Balta padały w ramach poszukiwania lewicowego kandydata na prezydenta Polski. Obaj panowie zgodnie sugerowali, że Leszek Miller nie powinien skupiać w swoim ręku przywództwa w partii i klubie parlamentarnych, a do tej drugiej funkcji świetnie by się nadał Balt. - Jurne politycznie chłopaki z lewicy dzielą frukta w całej Polsce - ocenia polityk opozycyjny wobec SLD. - Prezydent Częstochowy daje zarobić ojcu prezydenta Będzina w radzie nadzorczej częstochowskiej spółki, prezydent Będzina do nadzorowania spółki w Będzinie angażuje żonę posła Marka Balta i tak się to kręci. Mechanizm zdradził burmistrz Piotr Guział z Ursynowa, organizator referendum przeciw prezydent Warszawy, który opowiedział "Wyborczej", jak u niego zjawił się prezydent z Częstochowy z prezydentem Będzina z ofertą miejsca w radzie nadzorczej tej samej będzińskiej spółki, w której zasiada Ewelina Balt. Tłumaczyli, że to w ramach rekompensaty strat finansowych Guziała ponoszonych z winy Hanny Gronkiewicz-Waltz. Lokalnie podział fruktów też trwa. Firma, w której pracuje radny Niesmaczny, za blisko 15 tys. zł miesięcznie prowadzi księgowość miejskiej hali sportowo-widowiskowej wybudowanej za unijne pieniądze. Żona Matyjaszczyka ma nową, lepiej płatną pracę: jest wiceprezesem w jednej z częstochowskich spółdzielni mieszkaniowych. Lewicowi działacze za miejskie dotacje rozdawane w ramach tzw. inicjatyw lokalnych akurat przed wyborami organizowali festyn za festynem z honorowym udziałem walczącego o reelekcję prezydenta. Na pikniku z okazji zakończenia najdroższej od lat inwestycji drogowej w mieście bawili się wyłącznie kandydaci SLD. - To przypadek - przekonywał Matyjaszczyk. Na razie popierają Ogórek Na razie popierają Ogórek Miesiąc temu Aleksander Kwaśniewski w wywiadzie dla "Wyborczej" orzekł: - Lewica ma dwóch bardzo interesujących ludzi w samorządach, którzy w przyszłości mogą stanąć na jej czele. Jeden to jest Robert Biedroń, prezydent Słupska, drugi to Krzysztof Matyjaszczyk - 40-letni lewicowiec, po raz drugi wybrany na prezydenta w świętym mieście Częstochowa. - To miłe, że polityk tego kalibru tak o mnie mówi - ocenia Matyjaszczyk. - Na razie realizuję kontrakt z mieszkańcami Częstochowy. Nieoficjalnie słychać, że "młode wilki" z Częstochowy szykują jakieś nowe otwarcie polityczne w maju - po wyborach prezydenckich, ale co konkretnie? Nie wiadomo. Na razie Matyjaszczyk i jego koledzy popierają Magdalenę Ogórek zgodnie z rozkazem Leszka Millera. Twierdzi, że rządzić powinny "młode głodne wilki, bo syte lwy nie polują". Na razie z grupą rówieśników z Sojuszu "trzyma władzę" w Częstochowie. Co dalej? Aleksander Kwaśniewski widzi w Krzysztofie Matyjaszczyku potencjalnego szefa nowej zjednoczonej lewicy

Polecane

  • Własny, przestronny, z ogródkiem

    Kupno domu kilku-, a zwłaszcza kilkudziesięcioletniego, niesie ze sobą spore ryzyko Jak i co sprawdzać kupując dom? Na co zwracać...

  • Sprawa z Poznania zwaliła mnie z nóg. Ale to incydent

    Rozmowa z Danutą Gadziomską * Karol Dolecki: Jak pani skomentuje to, co się stało w Poznaniu? Danuta Gadziomska: Bez wątpienia p...

  • Minus 79 sądów rejonowych

    Minister sprawiedliwości mimo protestów sędziów, PSL-u i opozycji podpisał rozporządzenie likwidujące 79 małych sądów rejonowych ...

  • Kradli pod nosem szefa

    Z kasy Biura Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Katowicach wyparowało co najmniej pół miliona złotych. Z tego powodu kierująca...

  • W SKRÓCIE

    Porodówka w remoncieOddział położniczy w szpitalu Biziela przechodzi gruntowny remont. - Wymieniana jest instalacja elektryczna,...

  • Bez muzycznych mielizn

    Po dwóch latach pojawi się na jedynym koncercie w gdyńskim Uchu wrocławska formacja Robotobibok, jeden z najważniejszych zespołów...

Polecane tematy

Inne artykuły

Ręce, które tną
Wenta, ludzie i zwierzęta
Targi edukacyjne z wybuchającym wulkanem
Skuteczny bojkot
Jak komisarz, to... tylko w Warszawie
SPROSTOWANIE
Kok na bal
Dziewięćstraconych miesięcy
Spotkanie w autobusie
Wiersz w tramwaju
Katyńskie cmentarze
PYTANIA O PRAWA KLIENTA
Psy - jak jest w Mediolanie
Wieści z miasta
48 godzin i wchodzimy
Polsko-izraelscy partnerzy spotkają się w Lublinie
LIST OTWARTY HENRYKA ADASIEWICZA DO PROF. JACKA KUBISSY
Warsztaty o skarbach Pomorzan czy pływanie?
Mundury odparzały nas nieszkodliwie
Komunikacja w sylwestra i Nowy Rok
Prezent Włókniarza
15 lipca 1976
Już mogą mrozić szampany
ZAGRODA TUCHOLSKA WIADOMOŚCI PIERNIKOWE
KRÓTKO
Po 12 latach przerwy
List tygodnia
Eksperyment: mama i praca
Modraszek znów lata
Śląska batuta
PRZYSŁOWIE NA DZIŚ
W DROGĘ DO KRAKOWA
Nienawiść
Są modni i szczęśliwi
Wirtuoz z Niemiec i kielecki chór
Pogorzelcy do psychologa
Mogło być gorzej
W PSL jak w komediach Mrożka
Nowy hipermarket
[bez tytułu]
Jakie muzeum
Kabaretowo z Klubem Nauczyciela
Amerykanka wyleczy harfą
Strzał w nogę bankowca
Wstążki i szałwia
Iskiereczka mruga
Duży limit cierpliwości
PRACA DLA CIEBIE
SZERMIERCZE WIEŚCI
Fuzja brzmień prosto z Wilna
KRAJ W SKRÓCIE
Las przekaźników
Czas Na KrĘgle
Powstańcy ze starych albumów
WYBIERZ SPORT
Czy wojewoda grozi lekarzom?
Dżem z czereśni z octem balsamicznym i pieprzem
Angielski dyrektor filharmonii i festiwalu
[bez tytułu]
Policja ostrzega i radzi, jak nie dać się okraść