Internetowe Archiwum Gazety Wyborczej

Inne tagi

beata antypiuk

(znalezionych: 4297988 )

  • Smutna historia wielkich artystek

    [ TAH RP ] - Ale Historia IGOR RAKOWSKI-KŁOS 25-05-2015

    ---------- KOBIETY I SZTUKA ŚRODA 19:55, CZWARTEK 15:30 - ODC. 1. | POLSAT VIASAT HISTORY SERIAL DOKUMENTALNY | WIELKA BRYTANIA 2014 | REŻ. JOHN HODGSON ---------- Angelica Kauffmann, XVIII-wieczna szwajcarska malarka, miała nie lada dylemat do rozstrzygnięcia: szkic przedstawiający starożytnego Greka bez realistycznie zaznaczonego krocza jest niepełnowartościowy. Z drugiej strony, malując je, narazi się na niewybredne komentarze, bo skąd szanowana kobieta miałaby znać anatomiczne szczegóły męskiego ciała. Ważniejsza reputacja czy sumienie artysty? To jeden z problemów, z którymi przed wiekami zmagały się artystki, o których w trzyczęściowym serialu opowiada prof. Amanda Vickery, historyk z Uniwersytetu Queen Mary w Londynie. Wymyślony przez nią serial pokazuje losy kobiet, które mimo niechęci męskiego otoczenia miały odwagę i wytrwałość, żeby wejść w świat sztuki i w nim przetrwać. Kobiety nie tylko nie mogły się kształcić w szkołach dla artystów i prezentować swoich prac, ale nie wolno im było nawet samodzielnie spacerować po ulicach. Ich aktywność miała całkowicie się wyczerpywać domowym zaciszu, gdzie powinny co najwyżej zająć się wyszywaniem. Feministyczna historia sztuki nowożytnej zaczyna się w renesansowych Włoszech. W Bolonii tworzyła Properzia de? Rossi (1490-1530), której rzeźby można oglądać w głównej świątyni miasta - bazylice św. Petroniusza. Jednak niedługo po tym sukcesie jeden z konkurentów tak skutecznie rozsiewał plotki o jej rozwiązłości, że dobrze zapowiadająca się kariera zakończyła się w szpitalu dla ubogich, gdzie de? Rossi zmarła w wieku 40 lat. Dwie dekady później Giorgio Vasari, autor słynnych "Żywotów najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów", umieścił ją w swym zestawieniu 142 wielkich artystów. Ubolewał przy tym, że nie miała W renesansie kobiece talenty rozkwitały głównie w klasztorach, gdzie mniszki mogły oddawać się sztuce, której z wyjątkiem innych zakonnic nikt nie oglądał. Do dziś w stołówce w klasztorze we Florencji można oglądać długie na siedem metrów przedstawienie "Ostatniej Wieczerzy" - jedyne, które kiedykolwiek namalowała kobieta. Oprócz gabarytów zwraca uwagę w tym obrazie coś jeszcze - apostołowie i Chrystus mają kobiece rysy. Plautilla Nelli (1524-88), twórczyni tego dzieła, nie mogła bowiem skorzystać z męskich modeli. Pomijanie kobiet przybierało czasem wymyślne formy. W 1768 r. otwarta została Królewska Akademia Sztuk Pięknych w Londynie, a wśród 34 jej założycieli znalazły się dwie kobiety: Mary Moser i Angelica Kauffmann. Wszystkie osoby zostały uwiecznione na obrazie przedstawiającym lekcję malarstwa. Mężczyźni dyskutują, przyglądają się półnagim modelom, oglądają farby - a co robią obie malarki? Nic. Ich twarze umieszczono na portretach zawieszonych na ścianie. W Londynie w 1842 r. otwarto wreszcie pierwszą kobiecą szkołę projektowania. Po sześciu latach jej siedziba została przeniesiona w okolicę pełnej szynków i księgarń z pornografią, sztuka kobiet nie zasługiwała bowiem na prestiżowe miejsce. Amanda Vickery swoją opowieść kończy na współczesnych artystkach. Karin Larsson wprawdzie porzuciła karierę malarki, ale zajęła się projektowaniem. Jej styl, łączący szwedzki folklor z innowacyjnymi rozwiązaniami, zainspirował twórców sieci Ikea. Ostatnią bohaterką jest Georgia O?Keeffe, gigantka amerykańskiego malarstwa. W połowie lat 90., dziewięć lat po jej śmierci, powstało muzeum poświęcone tylko jej twórczości. ---------- KOBIETY I SZTUKA ŚRODA 19:55, CZWARTEK 15:30 - ODC. 1. | POLSAT VIASAT HISTORY SERIAL DOKUMENTALNY | WIELKA BRYTANIA 2014 | REŻ. JOHN HODGSON ---------- Angelica Kauffmann, XVIII-wieczna s

  • STACJA KOSMICZNA MIR

    [ TAH RP ] - Ale Historia BARTOSZ T. WIELIŃSKI 25-05-2015

    Gdy rozległ się dźwięk alarmu, dr Jerry Linenger ledwie drgnął. Ten sam dźwięk co ranek budził ich ze snu i zdążył się już do niego przyzwyczaić. W ustach czuł jeszcze smak barszczu i kawioru, którymi jakieś pół godziny wcześniej raczył się podczas kolacji. Amerykanin szybko się pożegnał i ruszył do modułu Spektr kontynuować swoje eksperymenty medyczne. Natomiast Aleksandr Łazutkin udał się do modułu Kwant, by wymienić pojemnik z nadchloranem litu w generatorze tlenu wykorzystywanym wtedy, gdy w stacji znajdowało się więcej niż trzech ludzi i Electron, wielki generator uwalniający tlen w procesie elektrolizy wody, nie wystarczał. Po podgrzaniu do kilkuset stopni nadchloran litu także uwalniał tlen, a litrowy kanister wystarczał, by przez dobę zapewnić tlen dodatkowej osobie. Wymiana stanowiła czynność rutynową. Pali się! Pali się! Tymczasem alarm nie milkł, więc Linenger ruszył w kierunku głównego modułu - zdawał sobie sprawę, co się dzieje. Na widok ciągnących się nad podłogą smug dymu włosy stanęły mu dęba: w stacji Mir pędzącej z prędkością 27 tys. km/godz. 390 km nad Ziemią wybuchł pożar. Gdy Amerykanin dotarł do Kwantu, kanister przypominał pudełko fajerwerków - wysoki na 60 cm płomień topił metalowy stelaż generatora, a kawałki stopionego metalu unosiły się w powietrzu. O wiele gorszy był dym, który w stanie nieważkości powinien stać w miejscu, ale na Mirze powietrze mieliły wentylatory i dym rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Walerij Korzun, dowódca stacji, chwycił za gaśnicę, lecz w stanie nieważkości piana, zamiast przylepić się do płonącego kanistra i zdusić ogień, spływała z jego krawędzi. - Przygotować statki do ewakuacji! - krzyknął. Tyle tylko, że w stacji było czterech Rosjan, Amerykanin i Niemiec, a do dyspozycji mieli trzyosobowego Sojuza, statek kosmiczny, którym dowożono na Mir załogę i zaopatrzenie. Dostęp do śluzy, do której zacumował drugi Sojuz, blokował ogień. Amerykańscy eksperci w centrum kontroli lotów NASA nie mieli pojęcia, co się dzieje na Mirze, bo ich rosyjscy koledzy z Gwiezdnego Miasteczka pod Moskwą nie przekazali im informacji. Widzieli już kosmiczny pożar, który dwukrotnie wybuchał w stacji Salut, ale został ugaszony, natomiast na Mirze buchał ogień, który topił stal. Ważąca 130 t stacja, od dziesięciu lat największy sztuczny satelita Ziemi, była szczytowym osiągnięciem radzieckiej myśli technicznej. 24 lutego 1997 r. wydawało się, że jej żywot zbliża się ku końcowi. Czerwona gwiazda kosmiczna Czerwona gwiazda kosmiczna - Teraz mi chyba wierzycie, że jestem w kosmosie? - spytał Leonid Kizim, 45-letni kosmonauta, po wykonaniu salta i zawiśnięciu w powietrzu. Radzieccy telewidzowie nie mieli wątpliwości, że Kizim unosi się w stanie nieważkości. 15 lutego 1986 r. razem z Władimirem Sołowjowem jako pierwsza załoga przycumowali do Mira, ósmej i najnowocześniejszej radzieckiej stacji orbitalnej. Start rakiety Proton, która wyniosła ich na orbitę, był ostatnią misją trzymaną w tajemnicy przed społeczeństwem - agencja TASS poinformowała o niej dopiero wtedy, gdy statek Sojuz-TM bez problemów znalazł się w kosmosie. A potem kosmonauci wystąpili w telewizji. Wiosną 1986 r. zachodnie media donosiły, że na niebie pojawiła się czerwona gwiazda - Mir na Zachodzie nie miał konkurencji. Do stacji, będącej długim na 13 m cylindrem, podczepiono dwa wielkie panele baterii słonecznych. Wewnątrz Kizim i Sołowjow mieli własne kabiny z rozkładanym biurkiem, śpiworem i iluminatorem oraz zamykaną łazienką. W porównaniu z poprzednimi stacjami przebywali w luksusie. Ich pierwsze zadanie polegało na rozładowaniu dwóch bezzałogowych statków Progress, które przywiozły zaopatrzenie. Półtora miesiąca później załoga wsiadła do Sojuza, którym przybyła z Ziemi, i ruszyła do odległej o 2,5 tys. km stacji kosmicznej Salut 7 umieszczonej na orbicie cztery lata wcześniej. Przewinęło się przez nią pięć załóg. Kizim i Sołowjow mieli zabrać wszystko, co mogłoby się przydać na Mirze, w tym specjalistyczny spektrometr. Mieli też dokończyć rozpoczęte na Salucie eksperymenty, a wyniki i próbki zabrać na Mir. Po kolejnych sześciu tygodniach zapakowali do Sojuza prawie 0,5 t materiałów. Opuszczony Salut spłonął w atmosferze Moduły Mira Moduły Mira - Do tej pory prowadziliśmy działalność eksperymentalną, teraz rozpoczynamy produkcję seryjną - mówił rosyjski kosmonauta oprowadzający zachodnich dziennikarzy po Gwiezdnym Miasteczku. Mir miał był wielkim i rozbudowywanym laboratorium - do rdzenia z kabinami załogi mogło przycumować sześć wystrzelonych osobno modułów. W 1987 r. w kierunku stacji poleciał moduł Kwant-1 wyposażony w teleskopy do obserwacji kosmosu w ultrafiolecie i detektory promieniowania rentgenowskiego i gamma. Pięciometrowy moduł kierowany przez komputer i radar przycumował do rufy stacji. Ale choć porty dokujące Kwanta i stacji przylgnęły do siebie, wskaźniki pokazywały, że manewr nie skończył się pomyślnie, więc kosmonauci wyszli na zewnątrz, by zbadać, co się stało. Między portami dokującymi odkryli jedną z toreb z fekaliami, które po wypełnieniu wyrzucano z toalety w próżnię. Po wyjęciu torby dokowanie zakończyło się pomyślnie. Kolejny, 12-metrowy moduł Kwant-2 przycumował do dziobu stacji jesienią 1989 r. Rok później Mir powiększył się o 20-tonowy moduł Kristal, a później o moduły naukowe Spektr i Priroda. Stacja przybrała kształt wielkiego hydrantu upstrzonego panelami baterii słonecznej, w jej laboratoriach można było badać kosmos i Ziemię, hodować rośliny, tworzyć stopy. Oprócz modułów w stacji dokowały Sojuzy dowożące załogi i Progressy z zaopatrzeniem. W Moskwie planowano, że komunikację z Mirem będą też utrzymywać Burany, radzieckie promy kosmiczne podobne do amerykańskich wahadłowców. Inne zadanie polegało na testowaniu możliwości ludzkich, bo planując podróże międzyplanetarne, naukowcy musieli wiedzieć, jak człowiek znosi stan nieważkości w długim czasie. Roczny pobyt na Mirze miał dać wyobrażenie o zachowaniu się kosmonauty podczas lotu na Marsa. Woda, tak jak podczas długiego lotu, krążyła w obiegu zamkniętym. Wydzielaną przez kosmonautów parę wodną skraplały specjalne urządzenia, a uzyskaną w ten sposób wodę wykorzystywano później do picia. Wodę prysznicową po zużyciu filtrowano i używano ponownie, oczyszczano nawet mocz, którym potem napełniano zbiorniki w generatorach tlenu. Stacja miała jeden poważny feler - powstała za późno. Gdy w połowie lat 70. zapadła decyzja o budowie Mira, ZSRR był supermocarstwem, ale kiedy udało się w końcu stację umieścić na orbicie, kraj trząsł się w posadach, a dla ostatniego radzieckiego przywódcy Michaiła Gorbaczowa program kosmiczny nie stanowił priorytetu. Księżycowa porażka Księżycowa porażka 3 lipca 1969 r. na kosmodromie Bajkonur zapaliły się silniki rakiety N-1. Mierzące ponad 100 m i ważące 2,7 tys. t monstrum miało zawieźć bezzałogowy statek kosmiczny Zond na orbitę Księżyca, by rozpoznać miejsca do lądowania. Gdyby ta misja się powiodła, następna N-1 miała zawieźć dwuosobową załogę i jednoosobowy lądownik księżycowy. Gdy osiem lat wcześniej na orbitę wszedł statek kosmiczny z Jurijem Gagarinem na pokładzie, wydawało się, że Amerykanie nie zdołają dotrzymać ZSRR kroku w podboju kosmosu, tymczasem w 1969 r. mieli już Księżyc w zasięgu ręki i Sowieci podjęli desperacką próbę, by nie dać się wyprzedzić. N-1 po raz pierwszy wystartowała 21 lutego 1969 r. i eksplodowała po 3 min lotu. 3 lipca kolejna N-1 zwaliła się na wyrzutnię, a eksplozja znajdujących się w zbiornikach tysięcy ton paliwa miała moc odpowiadającą mniej więcej połowie mocy bomby atomowej zrzuconej na Hiroszimę. Dwa tygodnie później dwaj Amerykanie stanęli na Księżycu. W tej sytuacji Kreml przestał przykładać wagę do lądowania człowieka na Księżycu. Amerykanie mieli zostać pobici na polu stacji orbitalnych prowadzących wielostronne badania. - Kosmos ma służyć dobru ludu, nauce i gospodarce narodowej - ogłosił w październiku 1969 r. radziecki przywódca Leonid Breżniew. Salut Gagarinowi Salut Gagarinowi Idea budowy miasteczka unoszącego się na orbicie okołoziemskiej narodziła się na długo, zanim pierwsze rakiety przekroczyły granice stratosfery, ale rzeczywistość okazała się mniej obiecująca. Pierwsza stacja orbitalna wystrzelona 19 kwietnia 1971 r. miała ledwo 20 m długości. Jeszcze na kilka dni przed startem nazywała się Zorja, nazwę zmieniono jednak na Salut, by oddać cześć Gagarinowi, który 27 marca 1968 r. zginął w katastrofie lotniczej. Salut 1 przypominał cztery przylegające do siebie cylindry różnej wielkości. Główny przedział o średnicy 4 m służył jako jadalnia, miejsce do spania i pracy. Znajdowały się tam dwa teleskopy, kamery do obserwowania Ziemi, miniaturowa szklarnia służącą do eksperymentów na roślinach, bieżnia, lodówki oraz toaleta. Panował więc chaos, który wziął się stąd, że wnętrze stacji projektowali konstruktorzy, którzy pracowali nad misją księżycową i nie mieli wielkiego rozeznania, co może być potrzebne naukowcom. Kadłub stacji powstawał w ramach wojskowego programu "Ałmaz" (Diament) w latach 60. Sowieci zaczęli prace nad stacją załogową mającą za pomocą teleskopów szpiegować Zachód. Filmy ze zdjęciami wracałyby na pokładach statków kosmicznych cumujących do stacji albo w kontenerach zrzucanych z niej do atmosfery. Ale skoro Breżniew mówił teraz o programie pokojowym i naukowym, w kadłubie musiały się znaleźć inne urządzenia. - Sowiecki program kosmiczny jest zawsze krok do przodu - irytował się Wernher von Braun, jeden dyrektorów NASA, twórca rakiety kosmicznej Saturn V, a w czasie wojny niemieckich rakiet V-2. Salut 1 poleciał w kosmos bez załogi, kosmonauci mieli doń dotrzeć trzy dni później Sojuzem, ale cumowanie zakończyło się fiaskiem, misję przerwano i po dobie spędzonej w kosmosie wrócili na Ziemię. Kolejny Sojuz wystartował w czerwcu. Tym razem dokowanie zakończyło się sukcesem i Gieorgij Dobrowolski, Wiktor Pacajew oraz Władisław Wołkow zaczęli życie na orbicie. Okazało się wówczas, jak niepraktyczne jest wyposażenie stacji, gdzie w stanie nieważkości najprostsze czynności wymagają większego wysiłku i czasu. - Bierzesz do ręki jeden przedmiot, drugi odlatuje - mówili kosmonauci. Eksperymentów astronomicznych nie można było prowadzić, bo z teleskopu nie dało się zdjąć osłony, bieżnia się psuła, więc kosmonautom pozostało głównie obserwowanie, jak słabo w stanie nieważkości rosną rośliny, oraz udział w transmitowanych konferencjach prasowych. Ale misja okazała się wielkim sukcesem propagandowym, zwłaszcza że spędzili na orbicie 23 dni, ustanawiając rekord długości lotu. Niestety, 29 czerwca 1971 r. podczas powrotu kapsuła Sojuza rozszczelniła się, zanim statek wszedł w atmosferę, a kosmonauci się udusili. - Bardzo tęsknimy za Ziemią - brzmiała ich ostatnia wiadomość nadana tuż przed odcumowaniem. Skylab kontra Saluty Skylab kontra Saluty Po tej tragedii na Salut 1 nie poleciała już nowa załoga, stację kilka miesięcy później zrzucono z orbity. Tymczasem Amerykanie też nie próżnowali i 14 maja 1973 r. rakieta Saturn wyniosła na orbitę stację Skylab trzykrotnie pojemniejszą od Saluta 1. Pierwsza załoga dotarła do niej po dziesięciu dniach statkiem Apollo, takim samym jak wykorzystywane w lotach na Księżyc. W stacji pracowały trzy amerykańskie załogi, które przeprowadziły wiele doświadczeń, a ostatni astronauci opuścili stację na początku 1974 r. Skylab służyłby pewnie długie lata gdyby nie to, że niespodziewanie orbita stacji zaczęła się obniżać i Amerykanie nie byli w stanie uratować jej przed wejściem w atmosferę. 11 lipca 1979 r. szczątki stacji spadły na australijskie pustkowie. W tym czasie ZSRR wysyłał w kosmos kolejne Saluty, w tym wojskowe z 23-milimetrowymi działkami, które testowano, strzelając do innych satelitów. Pierwsze misje kończyły się jednak niepowodzeniem - zawodziły stacje i porty dokujące, do których załogowe Sojuzy nie były w stanie zacumować. Breżniew zabronił wysyłać do stacji kosmonautów nie-uczestniczących wcześniej w misji kosmicznej. - Prowadzimy wielkie przedsięwzięcie naukowe i nieustannie ulepszamy Saluty - zapewniali kosmonauci podejmujący zachodnich dziennikarzy w Gwiezdnym Miasteczku. Salut 6, wystrzelony 29 września 1977 r., utrzymał się na orbicie pięć lat, a przez stację przewinęło się 16 załóg, w tym kilka międzynarodowych. W jednej z nich, na przełomie czerwca i lipca 1978 r., był Mirosław Hermaszewski, pierwszy i jedyny dotąd Polak w kosmosie. Dokowanie nie było jedynym problemem. Podczas misji pierwszej zmiany Saluta 6 z pojemnika uciekły muszki owocowe, których używano do eksperymentów. Gdy w trakcie lotu jednemu z kosmonautów zmarł ojciec, psychologowie postanowili mu o tym nie mówić, by nie obniżać jego morale. Kosmonaucie, którego rozbolał ząb, poradzono jedynie, by płukał usta gorącą wodą. W 1983 r. na Salucie 7 kosmonauci musieli wyjść w przestrzeń kosmiczną, by załatać nieszczelny zbiornik z paliwem. Rok później trzyosobowa załoga przeżyła zbiorową halucynację - wszyscy zobaczyli pomarańczową chmurę otaczającą stację. Tłumaczono to stresem i niedotlenieniem. Ostatnia załoga stacji musiała wracać na Ziemię w trybie awaryjnym, bo dowódca Władimir Wasjutin dostał wysokiej gorączki. Ile zniesie Romanienko Ile zniesie Romanienko - Proszę skończyć to bezsensowne gadanie. To nam przeszkadza - powiedział do pracującej w programie kosmicznym biolożki kosmonauta Jurij Romanienko, którego załoga zmieniła na Mirze Kizima i Sołowjowa. Był grudzień 1987 r. Romanienko spędził w kosmosie 11 miesięcy, ustanawiając nowy rekord, i właśnie przygotowywał się do powrotu, gdy biolożka dopytywała z Ziemi, czy zabrał próbki z eksperymentów. Kosmonauta nie wytrzymał, a jego zachowanie uzmysłowiło ekspertom, że długi pobyt w kosmosie bardziej obciąża umysł niż ciało. Po zbadaniu kości Romanienki stwierdzono utratę wapnia, ale nie były to poważne zmiany, natomiast jego zachowanie na orbicie budziło zastrzeżenia psychiatrów. Zbyt często wybuchał złością. - Nikt nie miał pojęcia, jak reaguje człowiek, który spędził w kosmosie 300 dni. Traktowaliśmy go jak dziecko - wspominali później uczestnicy programu pracujący na Ziemi. Ale nie zawsze to działało, ponieważ Romanienkę straszliwie męczyła rutyna, poczucie izolacji i nuda. Na Mirze pobudkę oznajmiał sygnał dźwiękowy o ósmej rano czasu moskiewskiego. Załoga miała dwie godziny na toaletę i śniadanie, potem dwie godziny spędzała na bieżniach i w specjalnych skafandrach z obciążeniem równoważącym brak grawitacji. W ten sposób kosmonauci bronili się przed zanikiem mięśni. Sześć, potem pięć godzin poświęcali pracy, a przez resztę czasu mieli wolne. Romanienko pisał w kabinie wiersze, rozmawiał z kolegą, brał udział w telekonferencjach z Ziemią, ale jego stan się pogarszał. W kosmosie miał spędzić rok, lecz misję skrócono mu do 11 miesięcy - na Ziemi bali się, że zwariuje. Kosmos nie jest najważniejszy Kosmos nie jest najważniejszy Potem radziecki, a następnie rosyjski program kosmiczny zaczął cierpieć na brak funduszy. Prom kosmiczny Buran w kosmos poleciał raz, 15 listopada 1988 r., i bez załogi. Kolejne loty, w tym z cumowaniem do Mira, zostały odwołane, a w epoce gorbaczowowskiej pierestrojki coraz głośniejsze stawały się postulaty, by program kosmiczny zamknąć. Ale w Moskwie zdali sobie sprawę, że na Mirze można zarabiać, i Sojuzy zaczęły wozić do stacji naukowców z Francji, Wielkiej Brytanii, Japonii; Rosjanie próbowali nawet sprzedać miejsce reklamowe na kombinezonach kosmonautów. Za pieniądze w kosmicznych laboratoriach przeprowadzali eksperymenty zlecone przez zachodnie uczelnie, w warunkach nieważkości tworzyli kryształy i stopy. Stację uratowali przed likwidacją Amerykanie. Gdy pierwszy moduł Mira znalazł się na orbicie, w USA szykowano odpowiedź - amerykańska stacja kosmiczna Freedom (Wolność) miała być większa i bardziej zaawansowana technologicznie. Ale projekt nieustannie zmieniano, Kongres skąpił pieniędzy i w końcu NASA uznała, że lepiej skorzystać z istniejącej stacji, na co zresztą naciskał Biały Dom. Czyż jest lepszy dowód na koniec zimnej wojny niż pobyt amerykańskich astronautów na pokładzie rosyjskiej stacji orbitalnej? Na Mir trzeba było tylko wysłać moduł z portem dokującym umożliwiającym cumowanie amerykańskiemu wahadłowcowi. Jako pierwszy w lutym 1995 r. do stacji zbliżył się wahadłowiec Discovery, by sprawdzić, czy wszystkie systemy działają. 22 marca 1995 r. do stacji przycumował Atlantis z dwoma rosyjskimi kosmonautami, którzy przejęli stację od kolegów wracających wahadłowcem na Ziemię. Czekał na nich pierwszy amerykański członek załogi stacji Norman Thagard, który przyleciał w marcu Sojuzem. Wcześniej przeszedł to samo szkolenie co rosyjscy kosmonauci. Pachnie jak kosmos Pachnie jak kosmos Pierwsze, co zaskoczyło Jerry?ego Linengera, gdy na początku stycznia 1997 r. jako czwarty Amerykanin przeszedł z wahadłowca na Mir, to zapach. - Dziwny, ale nie całkiem nieprzyjemny - mówił. Stacja lekko śmierdziała spalenizną, Rosjanie mówili mu, że to zapach kosmosu. Dziwiło go też zachowanie Rosjan, którzy na Ziemi wydawali się mili i sympatyczni, a w kosmosie zamieniali się w lodowatych służbistów z zaciętym wyrazem twarzy. Podobne zdanie mieli amerykańscy kontrolerzy, którzy ścinali się z rosyjskimi kolegami o wszystko. Po 12 latach na orbicie stacja była mocno zużyta: w rurkach systemu chłodzenia pojawiały się dziury, przez które sączyło się chłodziwo, a mikrobiolodzy przestrzegali, że w wielkim tempie mnożą się grzyby i inne mikroorganizmy - pod koniec lat 90. naliczono aż 140 gatunków, które nie tylko zagrażały mieszkańcom, ale także przyspieszały korozję stacji. Linengerowi nie podobało się też, że był traktowany jak gość. Dwóch Rosjan zajmowało się utrzymaniem stacji, wykonując ciężką pracę fizyczną, a on w spokoju prowadził eksperymenty. W końcu wyjednał w NASA zgodę, by mógł pomagać kolegom. Amerykańscy kontrolerzy bacznie śledzili każdy jego krok, natomiast Rosjanie dawali swoim wolną rękę. Pożar kanistra z nadchloranem litu, który wybuchł w 24 lutego 1997 r., wygasł sam po kwadransie, nikt też nie zatruł się dymem. Ale szczęście zaczęło opuszczać stację. W marcu zepsuły się generatory tlenu, nawaliło chłodzenie, system stabilizowania położenia stacji na orbicie i Mir przez kilka minut dryfował w kosmosie. Później o mały włos nie doszło do kolizji z transportowym Progressem, który w trakcie dokowania wymknął się spod kontroli. W czerwcu 1997 r., gdy w stacji był już następca Linengera - John Foale, dokowanie Progressa znowu się nie udało - tym razem uderzył w stację, powodując, że ta zaczęła się w niekontrolowany sposób obracać. W kadłubie modułu Spektr, który przyjął na siebie uderzenie, powstała wielka dziura, przez którą uciekało powietrze. Załoga zdołała odciąć moduł i opanować stację, ale Amerykanie mieli już dość psującego się Mira. Do stacji wahadłowce cumowały jeszcze trzykrotnie po to, by pomóc Rosjanom ją opróżnić przed zrzuceniem z orbity. Moskwa jeszcze przez kilkanaście miesięcy próbowała znaleźć sponsora, który pomoże utrzymać Mir przy życiu. Były plany sprzedaży stacji albo założenia na jej pokładzie orbitalnego studia telewizyjnego. Bezskutecznie. 21 marca 2001 r. po północy czasu londyńskiego, gdy na Mirze nie było już nikogo, kontrola naziemna włączyła silnik przycumowanego do stacji Progressu. Czynność tę w ciągu kilku godzin powtórzono dwukrotnie. O 6 resztki stacji wpadły do Pacyfiku w pobliżu wysp Fidżi. Korzystałem z książki Roberta Zimmermana "Leaving Earth: Space Stations, Rival Superpowers, and the Quest for Interplanetary Travel" Umieszczony w 1986 r. na orbicie okołoziemskiej Mir miał ponownie dać Związkowi Radzieckiemu prowadzenie w wyścigu kosmicznym z Ameryką i dostarczyć bezcennych doświadczeń dla przyszłych wypraw na Marsa. Stacja przetrwała pożar, kolizję oraz upadek komunizmu.

  • TYDZIEŃ W HISTORII (25-31.05)

    [ TAH RP ] - Ale Historia PIOTR NEHRING (DZIENNIKARZ ?GAZETY WYBORCZEJ?) 25-05-2015

    25.05.1895 r. Wilde jest winny 25.05.1895 r. Wilde jest winny Dwa lata ciężkich robót za kontakty homoseksualne - usłyszał tamtego dnia Oscar Wilde. 41-letni wówczas autor "Portretu Doriana Graya" trafił do podlondyńskiego więzienia Reading, a pobyt w tym zakładzie odbił się na jego zdrowiu. Po wyjściu z więzienia Irlandczyk zmienił nazwisko i opuścił Wielką Brytanię, a już w 1900 r. umarł w Paryżu. Wilde był biseksualistą, w 1884 r. ożenił się z Constance Lloyd, z którą miał dwóch synów. Miał też kilku kochanków, w tym lorda Alfreda Douglasa, którego ojciec, John Sholto Douglas markiz Queensberry, publicznie znieważył poetę i pisarza, ogłaszając, że ten jest sodomitą. Wilde oskarżył markiza o zniesławienie, ale przegrał. 6 kwietnia 1895 r. został aresztowany i oskarżony o karalny wówczas homoseksualizm. 26.05.1921 r. Bitwa pod św. Anną 26.05.1921 r. Bitwa pod św. Anną Zakończyły się krwawe walki w rejonie Góry św. Anny - pięciodniowe starcie okazało się największą bitwą III powstania śląskiego. Wybuchło w nocy z 2 na 3 maja 1921 r. po przegraniu przez Polskę plebiscytu w sprawie przynależności Górnego Śląska (20 marca 1921) i przedstawieniu przez Komisję Międzysojuszniczą projektu przyznania Niemcom trzech czwartych obszaru plebiscytowego. Niemcy bardzo chcieli zająć wzniesienie dające kontrolę nad strategicznymi drogami, ale bitwę uważa się za nierozstrzygniętą. Wprawdzie Polacy oddali Górę św. Anny, lecz nie pozwolili, by Niemcy przerwali ich front. Dzięki III powstaniu Rada Ambasadorów korzystniej podzieliła Górny Śląsk, przyłączając do Polski 29 proc. jego obszaru i 46 proc. ludności. Po polskiej stronie znalazła się też większość przemysłu. 27.05. 1937 r. Brama do San Francisco 27.05. 1937 r. Brama do San Francisco Otwarty został Golden Gate Bridge łączący San Francisco z hrabstwem Marin. Przerzucony nad zatoką San Francisco most wiszący uchodzi za najsłynniejszą tego typu konstrukcję świata. Propozycja budowy mostu padła w 1918 r., ale specjaliści uznali, że jest to przedsięwzięcie zbyt skomplikowane technicznie. Trzy lata później z konkretnym pomysłem wystąpił Joseph Bermann Struss, założyciel firmy budującej mosty i autor blisko 400 ich projektów. Budowa mostu pod jego kierunkiem zaczęła się w 1933 r. i pochłonęła 27 mln ówczesnych dolarów, a długi na 2737, 4 m (z czego główne przęsło ma 1280 m) Golden Gate przez blisko 30 lat był najdłuższym wiszącym mostem świata. Każda z lin, na których wisi most, ma 93 cm średnicy, a każda z wież wytrzymuje obciążenie 95 tys. t. Most malowany jest na charakterystyczny kolor znany jako międzynarodowy kolor pomarańczowy. 28.05.1972 r. Włamanie do Watergate 28.05.1972 r. Włamanie do Watergate Do waszyngtońskiego kompleksu Watergate, gdzie miał siedzibę sztab wyborczy Demokratów, włamali się ludzie znani jako "hydraulicy". Trzy tygodnie później, 17 czerwca, pięciu "hydraulików" zostało przyłapanych na zakładaniu podsłuchu w sztabie Demokratów. Tak zaczęła się afera, która doprowadziła do pierwszej w USA dymisji prezydenta. Komitet na rzecz reelekcji podejmował nielegalne operacje przeciw opozycji i wprawdzie w 1972 r. republikanin Richard Nixon łatwo pokonał demokratę George?a McGoverna, ale nici afery prowadziły do Gabinetu Owalnego, co zmusiło go do ustąpienia 9 sierpnia 1974 r. Kluczową rolę w demaskacji odegrali Bob Woodward i Carl Bernstein z "Washington Post" wspierani przez wiceszefa FBI Marka Felta znanego do 2005 r. jako "Głębokie Gardło". 29.05.1920 r. Ofensywa Budionnego 29.05.1920 r. Ofensywa Budionnego 11 dni po owacyjnym powitaniu w Warszawie wracającego z frontu marszałka Piłsudskiego 1. Armia Konna Siemiona Budionnego zaatakowała w rejonie Kijowa. Początkowo została powstrzymana, ale już na początku czerwca przełamała pozycje polskie i inicjatywa przeszła w ręce bolszewików, ale 10 czerwca generał Edward Rydz-Śmigły wycofał swe oddziały z Kijowa. Siły polskie cofały się pod naporem 1. Armii Konnej i innych jednostek, a sytuacja pogorszyła się, gdy 4 lipca na północy rozpoczęła się ofensywa Michaiła Tuchaczewskiego. Budionny ruszył na Lwów, a w chwili, gdy trwała już Bitwa Warszawska, nie zdążył wesprzeć Tuchaczewskiego. Ten po wojnie oskarżył Budionnego i komisarza Frontu Południowego Józefa Stalina o niewykonanie rozkazu, robiąc sobie z nich śmiertelnych wrogów. 30.05.1876 r. Ukaz emski 30.05.1876 r. Ukaz emski W tym tajnym dokumencie wydanym w niemieckim uzdrowisku Bad Ems car Aleksander II zakazał nie tylko używania nazwy Ukraina, ale również drukowania książek, broszur, prasy i przekładów w "narzeczu małoruskim", czyli po ukraińsku. Dodatkowo zabronił wwożenia do Rosji wszelkich wydawnictw wydrukowanych po ukraińsku, wystawiania ukraińskich spektakli, nakazał, aby naukę w szkołach elementarnych prowadzić wyłącznie po rosyjsku, by wymienić tylko część restrykcji. Car wydał ten ukaz wskutek donosu wicekuratora kijowskiego okręgu szkolnego, który w 1874 r. poinformował go o istnieniu ruchu filoukraińskiego mającego rzekomo za cel doprowadzenie do powstania państwa ukraińskiego. Ukaz emski został formalnie uchylony w 1907 r. 31.05.1962 r. Egzekucja Eichmanna 31.05.1962 r. Egzekucja Eichmanna "Niech żyją Niemcy! Niech żyje Argentyna! Niech żyje Austria! Byłem posłuszny prawom wojny i mojemu krajowi. Jestem gotowy. Panowie, wkrótce się spotkamy, taki jest los wszystkich ludzi. Całe życie wierzyłem w Boga i umieram, wierząc w Niego". Tak brzmiały ostatnie słowa skazanego przez Izraelczyków na śmierć Adolfa Eichmanna, "logistyka Holocaustu". 56-letni Eichmann, Austriak z pochodzenia, nie przyjął przepaski na oczy. Po egzekucji ciało zostało spalone, a prochy rozrzucone nad Morzem Śródziemnym. Długo mylił pogoń, ale w końcu w maju 1960 r. izraelski wywiad dopadł go w Argentynie. Izraelczycy porwali go, a następnie odurzonego narkotykami przewieźli samolotem linii El Al do Jerozolimy, gdzie stanął przed sądem. 25.05.1895 r. Wilde jest winny 25.05.1895 r. Wilde jest winny Dwa lata ciężkich robót za kontakty homoseksualne - usłyszał tamtego dnia Oscar Wilde. 41-letni wówczas autor "Portretu Doriana Graya" tr

  • Potwór z Münsterbergu

    [ TAH RP ] - Ale Historia ADAM LESZCZYŃSKI 25-05-2015

    21 grudnia 1924 r. około godziny 13 przerażony i zakrwawiony młody człowiek przybiegł na posterunek policji w małym mieście Münsterberg (dziś Münsterberg nazywa się Ziębice) na Dolnym Śląsku. Dwudziestoletni czeladnik stolarski (według innych źródeł robotnik kamieniarski) Vincenz Olivier uciekł śmierci niemal spod ostrza. Na początku nikt nie chciał uwierzyć w jego historię. Olivier przyjechał do miasta dzień wcześniej, przenocował w schronisku, a potem poszedł żebrać po domach, by zdobyć pieniądze na dalszą podróż. Kraj zwany teraz Republiką Weimarską nadal pogrążony był w kryzysie po przegraniu I wojny światowej, rewolucji i przejściu hiperinflacji. Od blisko dekady wielu Niemców wciąż przymierało głodem, a na dobre jedzenie stać było tylko zamożnych. W kraju, tak uporządkowanym i dostatnim za czasów cesarza Wilhelma II, roiło się teraz od włóczęgów i żebraków. Olivier trafił do domu przy Teichstrasse 10 (stoi on nadal, tyle że przy ulicy Stawowej 10), gdzie mieszkał Karl Denke, samotnik cieszący się opinią niezbyt lotnego dziwaka, ale też solidnego i pobożnego drobnomieszczanina. Od małżeństwa Voigtów zajmującego sąsiednie mieszkanie Olivier dostał 20 fenigów, natomiast Denke zaprosił go do siebie i obiecał, że da mu kolejne 20 fenigów, jeżeli pomoże mu napisać list do brata. W propozycji nie było nic dziwnego. W tamtej epoce wielu gorzej wykształconych ludzi dyktowało innym listy, bo jeśli nawet radzili sobie z czytaniem, to pisanie szło im zwykle gorzej. Olivier usiadł zatem przy stole i pochylił się nad kartką, a Denke stanął z tyłu i dyktował. Treść listu nie należała do życzliwych, jako że bracia nie przepadali za sobą, i kiedy dyktujący list wypowiedział słowa: "Adolf, ty tłusty bebechu", Olivier wybuchnął śmiechem i odwrócił się w stronę gospodarza. Ten ruch uratował mu życie, bo w tym właśnie momencie Denke zadał mu cios zaostrzoną motyką (lub, jak chcą inne źródła, kilofem). Gdyby uderzył, tak jak zamierzał, czyli w tył głowy, zabiłby ofiarę jednym ciosem. Olivier rozpoczął walkę o życie i chociaż napastnik był mężczyzną postawnym i silnym, zdołał wyrwać mu z ręki zakrwawione narzędzie i wybiec za drzwi. Biegnąc, rzucił narzędzie niedoszłego mordu sąsiadowi i popędził na policję, a Denke biegł za nim, krzycząc, że włóczęga chciał go okraść. Szelki z ludzkiej skóry Szelki z ludzkiej skóry - Karl Denke i mord? To śmieszne - miał powiedzieć komendant posterunku. Policjanci nie wiedzieli, komu dać wiarę: Denkego znali od lat i uważali go za uczciwego mieszczucha, który wspiera biedaków, zapraszając ich nawet do domu i proponując nocleg. Na wszelki wypadek zamknęli Oliviera w celi, sprowadziwszy uprzednio lekarza, by opatrzył mu rany, ale zatrzymali i Denkego - nic jeszcze nie podejrzewali, miał tylko zaczekać w areszcie na wyjaśnienie sprawy. Kiedy 21 grudnia o godzinie 21.30 policjant Palke zajrzał do celi, Denke był już martwy. Gazety, na których podstawie opisała tę sprawę historyk Lucyna Biały, donosiły, że powiesił się na chustce do nosa. Według raportu policyjnego, do którego dotarł dokumentalista Krzysztof Miękus, powiesił się na własnych szelkach, których mu policjanci nie zabrali. Szelki, jak się okazało, zrobiono z ludzkiej skóry. Następnego dnia krewni samobójcy zwrócili się do władz o wydanie zwłok. Dopiero w Wigilię policjanci poszli do mieszkania Denkego, żeby zabezpieczyć jego skromny, jak sądzili, majątek. Münsterberscy stróże prawa zajmujący się na co dzień drobnymi kradzieżami i pobiciami ujrzeli tam prawdziwy horror - w mieszkaniu i w szopie znaleźli beczki, kadzie i słoje z ludzkim mięsem. Jak wykazały badania przeprowadzone w Breslau (tak wówczas nazywał się Wrocław), pochodziło ono od trzech ofiar. Policjanci znaleźli też maszynę do produkcji mydła i oczyszczone kości ludzkie przygotowane do przeróbki. Odkryli również piły i siekiery służące do ćwiartowania, stos zakrwawionych ubrań i kolekcję dokumentów ofiar. Słoiki z sosem śmietanowym Słoiki z sosem śmietanowym Według raportu policyjnego w czasie wizji lokalnej w domu Denkego w niewielkiej drewnianej beczce w solnym roztworze znaleziono 15 kawałków ludzkiego mięsa ze skórą: Oprócz beczułki policjanci ujrzeli też trzy średniej wielkości słoiki wypełnione sosem śmietanowym, w którym znajdowało się częściowo pokryte skórą (owłosioną) ludzkie mięso pochodzące prawdopodobnie z pośladków. Jeden ze słoików został w połowie opróżniony, co - zdaniem policji - wskazywało, że Denke zjadł część na krótko przed aresztowaniem. W szopie na podwórku znaleźli większą beczkę pełną wygotowanych kości oczyszczonych ze ścięgien i resztek mięsa - ustalono, że należą co najmniej do trzech różnych osób. Odkryli także, że Denke pozbywał się szczątków ofiar w różnych zakątkach miasteczka, np. w małym stawie obok domu zabójcy znaleziono niekompletną ludzką nogę, a w miejscowym lesie - fragmenty szkieletów. W 2008 r. mieszkańcy Ziębic opowiadali Krzysztofowi Miękusowi, że jeszcze w latach 50. XX wieku w ogrodzie i w parku miejskim znajdowano ludzkie kości. Ślady na kościach Ślady na kościach Raport policyjny wylicza pedantycznie kości przesłane do laboratorium kryminologicznego: Na kościach znajdowały się ślady cięcia siekierą i piłą, a lekarze sądowi ustalili, że należały do co najmniej ośmiu różnych osób, w wieku od około 16 do ponad 40 lat. W mieszkaniu Denkego śledczych czekały kolejne makabryczne odkrycia - w dwóch blaszanych pudełkach z napisami "pieprz" i "sól" oraz w trzech papierowych torebkach po pieprzu znaleźli 351 ludzkich zębów, częściowo posegregowanych według rozmiarów i w dobrym stanie. Niektóre zostały wyrwane wiele lat wcześniej, co sugerowało, że Denke zabijał od bardzo dawna. Znaleźli także trzy pary szelek, które nosił sam zabójca i które zostały wykonane z ludzkiej skóry. Zabezpieczono także narzędzia, którymi Denke zabijał i ćwiartował ofiary: trzy siekiery, dużą piłę do cięcia drzew, piłę do drewna, kilof i trzy noże. Piłami, jak wykazały badania, ciął także drewno. Tajemnica Karla Denkego Tajemnica Karla Denkego Dlaczego mordował? Czy był kanibalem? Mimo obfitości znalezionych dowodów odpowiedź na te wszystkie pytania brzmi: dokładnie nie wiadomo. Co nie znaczy, że śledczy nic nie ustalili. Karl Denke urodził się w 1870 r. we wsi nieopodal Münsterbergu i od dzieciństwa uchodził za nieco ograniczonego umysłowo: w szkole należał do najgorszych uczniów, jako nastolatek regularnie uciekał z domu i był doprowadzany z powrotem przez policję. Kiedy w 1895 r. umarł ojciec Denkego, gospodarstwo odziedziczył starszy brat, który spłacił Karla, a ten za uzyskane pieniądze kupił w Münsterbergu gospodarstwo i ogród. Ponieważ radził sobie słabo i stopniowo tracił majątek, musiał w końcu sprzedać tę nieruchomość, a za uzyskane pieniądze nabył dom przy Teichstrasse 10. W latach powojennej nędzy przyszło mu sprzedać też dom, ale nie wyprowadził się, lecz został jednym z lokatorów. Na piętrze nad Denkem mieszkała rodzina kupca Gabriela, obok - rodzina nauczyciela Voigta. Utrzymywał się z handlu starymi ubraniami i mięsem, które według oficjalnej wersji miał dostawać od brata, zamożnego chłopa. Chodził od domu do domu i sprzedawał skórzane paski, szelki, sznurowadła. Nie miał przyjaciół, nie utrzymywał kontaktów z kobietami (w miasteczku sądzono, że miał skłonności homoseksualne). Uchodził za dobrego człowieka pomagającego żebrakom i włóczęgom. - Nie wiadomo, dlaczego zabijał - mówi Miękus. - Być może zaczęło się od odrzucenia przez kobietę, która mogła także się stać jego pierwszą ofiarą. Nic nie wskazuje jednak, żeby jego zbrodnie miały podtekst seksualny. Nie ma bezpośrednich dowodów, że zjadał ciała ofiar, być może też częstował nowe ofiary mięsem poprzedników. Prawdopodobnie Denke mordował dla pieniędzy: sprzedawał szelki ze skóry, mydło z kości zabitych przez siebie ludzi i podroby mięsne. Ponoć miał straganik z mięsem na targu w Breslau. Ile osób zabił? Ile osób zabił? Dokumentował swój proceder, ale lista jest niekompletna. W pokoju zabójcy znaleziono dużą liczbę dokumentów - dowodów tożsamości i różnego rodzaju pokwitowań na nazwiska różnych osób, a także zestaw luźnych kartek papieru, na których wypisał nazwiska 30 mężczyzn i kobiet z datą przed każdym, zapewne datą śmierci. Przy numerze 31 znajdowała się tylko data. Zapiski Denkego były chronologiczne, a numeracja zaczynała się dopiero od 11 i jak stwierdza się w raporcie policyjnym: Pierwsza data na tej liście to 21 lutego 1909 r., natomiast ostatecznie z imienia i nazwiska zidentyfikowano 20 osób, wszystkie raczej ubogie, o niskim statusie społecznym - robotnicy, rolnicy, ślusarze, malarze, piekarze, także kowal i cukiernik. Tymczasem wspomniana wyżej Lucyna Biały szacuje liczbę ofiar Denkego na blisko 40 mężczyzn i kobiet. - Ofiary były najprawdopodobniej żebrakami i włóczęgami, którym Denke proponował schronienie i nocleg - sądzi Miękus. - Jego dom znajdował się pomiędzy rynkiem miasteczka i dworcem kolejowym wybudowanym pod miastem. Mógł pójść sobie na dworzec, wynaleźć tam jakiegoś ubogiego podróżnego, którego nikt potem specjalnie nie szukał. Co wiedzieli sąsiedzi? Wydaje się, że Denke nie krył się zbytnio, skoro wiadra z zakrwawioną wodą nosił do rzeki, która dziś nazywa się Oława, a kadzie z ludzkim mięsem trzymał w szopie na podwórku. Sąsiedzi zeznali, że wprawdzie słyszeli odgłosy rąbania i piłowania, ale niczego nie podejrzewali. Czy naprawdę w małym mieście - w którym ludzie dużo wiedzą o sobie nawzajem - nikt nigdy nie dziwił się, dlaczego Denke zakopuje kości w miejskim lasku? Zdaniem Miękusa Olivier zapewne nie był też pierwszą ofiarą, która uciekła Denkemu, ale wcześniejsze nie zgłosiły się na policję, a sąsiedzi mordercy im nie pomogli. Już w 1922 r. policja ustaliła, że sąsiedzi rozmawiali z poranionym żebrakiem twierdzącym, iż zaatakował go Denke. Człowiek ten nie poszedł jednak na policję, bo bał się aresztu i wyroku za włóczęgostwo będące wówczas wykroczeniem karanym więzieniem. Rzeźnik z Hanoweru, wampir z Düsseldorfu Rzeźnik z Hanoweru, wampir z Düsseldorfu W całej sprawie opinię publiczną bodaj najbardziej zbulwersowało to, że Denke jeździł do Breslau, by pokątnie handlować tam "peklowaną wieprzowiną bez skóry". Prasa informowała o "epidemii nerwowych chorób żołądkowych", a masarze i rzeźnicy zanotowali chwilowy spadek obrotów. Władze starały się uspokoić sytuację, tłumacząc, że sprzedaż ludzkiego mięsa jest niemożliwa ze względu na częste kontrole, także wśród pokątnych handlarzy. Szybko wyciszono również informacje prasowe o "potworze z Münsterbergu". - Ważny jest także kulturowy kontekst sprawy - zwraca uwagę Miękus. - Ówczesne Niemcy przechodziły przez okres fascynacji teoriami eugenicznymi, które w skrajnej wersji głosiły konieczność "ulepszenia" gatunku ludzkiego przez eliminację niepożądanych osobników. Należało usuwać z niego żebraków, włóczęgów i psychicznie chorych. Równocześnie Niemcy przechodziły w tym czasie całą epidemię seryjnych mordów i czytelnik gazet mógł pomyśleć, że za fasadą mieszczańskiego społeczeństwa czyhają mroczne potwory. 4 grudnia 1924 r. rozpoczął się proces Friedricha Haarmanna nazywanego przez gazety "rzeźnikiem z Hanoweru", zabił bowiem blisko 50 osób, młodych chłopców, z którymi utrzymywał kontakty seksualne, a ich mięso sprzedawał na targach. Haarmann, który, jak się okazało, był także informatorem policji i przez długi czas pomagał jej w śledztwie w swojej własnej sprawie, został skazany na śmierć i ścięty w 1926 r. Inny głośny w latach 20. seryjny morderca, Peter Kürten z Düsseldorfu, zamordował dziewięć osób, również na tle seksualnym. Kürten odznaczał się tym, że wypijał krew ofiar, więc nazywano go wampirem. Ta czarna seria pasowała do obrazu kraju, który po przegranej wojnie stacza się w otchłań upadku. Szalejąca hiperinflacja, zubożenie, utrata terytoriów na rzecz Polski i Francji, liberalizm erotyczny Republiki Weimarskiej, plaga seryjnych mordów - wszystko to znaczną część konserwatywnego społeczeństwa utwierdzało w przekonaniu, że potrzebny jest silny przywódca, który zaprowadzi porządek i przywróci państwu utraconą potęgę. Przywódcą tym okazał się Adolf Hitler. A co się stało z czeladnikiem, który uciekł Denkemu spod motyki lub kilofa? Prawo nie okazało mu łaski - w styczniu 1925 r. został skazany na dziesięć dni aresztu za włóczęgostwo i wyrok odsiedział w całości. Dziękuję Krzysztofowi Miękusowi za udostępnienie materiałów (m.in. tłumaczenia raportu policyjnego w sprawie Denkego). Korzystałem także z artykułu Lucyny Biały "Z ciemnych kart historii Ziębic - masowy morderca i kanibal Karl Denke", Litteraria, t. XXXII, Wrocław 2001, oraz z książki Marii Tatar "Lustmord. Sexual Murder in Weimar Germany", Princeton 1995. Policyjne zdjęcia z kolekcji prof. Tadeusza Dobosza udostępnił Krzysztof Miękus W pierwszej połowie lat 20. Niemcom przyszło się zmagać nie tylko z powojenną nędzą i hiperinflacją - do tych i innych nieszczęść doszła jeszcze kolejna plaga: prawdziwy wysyp seryjnych morderców. Ówcześni czytelnicy gazet znad Renu i Odry mogliby pomyśleć, że czyhają na nich mroczne potwory.

  • Felek Zdankiewicz był chłopak morowy

    [ TAH RP ] - Ale Historia JAKUB CHEŁMIŃSKI 25-05-2015

    Mimo sędziwego wieku ma bujną, siwą czuprynę na głowie, długą, białą brodę, świetny wzrok, znakomity słuch, trochę jeno kuśtyka, bo ma zbolałe i obrzmiałe nogi od wieloletniego siedzenia po "numerach" Felek Zdankiewicz był chłopak morowy Tak zaczynała się ballada o słynnym złodzieju, którą niegdyś śpiewała warszawska ulica. Na stare lata Felek odcinał kupony od złodziejskiej sławy, za drobną opłatą lub poczęstunek opowiadając o swoich złodziejskich i bandyckich dokonaniach. Najczęściej na Kercelaku, wolskim bazarze, albo w pobliskich knajpach. Słuchaczy nie brakowało, bo legenda króla złodziei była już wówczas ugruntowana - urodzony ponoć w latach 50. XIX stulecia Felek zaczął na nią wcześnie pracować. W szkole doliniarzy W szkole doliniarzy Jego ojciec był ślusarzem w zakładach Lilpop, Rau i Loewenstein, matka prowadziła sklep z wiktuałami w kamienicy hrabiego Branickiego przy Książęcej. Nieźle sytuowana rodzina mogła mu zapewnić wychowanie i wykształcenie, ale chłopak nie garnął się do nauki. Wagarował, chodził łowić ryby w stawach w Łazienkach Królewskich i tam też zapewne poznał Zielińszczaków - braci ze złodziejskiej rodziny, którzy wyuczyli go fachu. W XIX-wiecznej Warszawie istniało prawdopodobnie kilka szkół złodziei, nauka w nich trwała zazwyczaj dwa lata i bywała brutalna. Na przykład jeden z "przedmiotów" polegał na biciu adepta, co miało go uodpornić, by podczas przesłuchania nie wsypał kompanów. Przyszli kieszonkowcy uczyli się także pisania, podstaw rachunkowości i przede wszystkim doskonalili się w sposobach kradzieży, trenując m.in. na manekinach. Pierwsze szlify absolwenci zdobywali na bazarach albo w tłocznym wówczas Ogrodzie Saskim, gdzie po raz pierwszy wpadł młody Felek - podczas kradzieży złotej szpilki od krawata rosyjskiemu urzędnikowi. Od tej pory jego kartoteka pęczniała. Żołnierz i dezerter Żołnierz i dezerter Ale sława Zdankiewicza doliniarza, jak slangowo nazywano kieszonkowca, nie wyszłaby zapewne poza spelunki Mariensztatu, gdyby nie upomniała się o niego armia rosyjska. 21-letni Felek, który mieszkał z kochanką Michaliną Wieczorkowską przy mariensztackiej ul. Bednarskiej, został powołany i trafił do pułku stacjonującego w Rydze, dużym mieście, w którym z powodzeniem mógł kontynuować swój wyuczony zawód. Kradł razem ze znajomym z Warszawy Szajką Blumbergiem, złodziejem szufladkarzem, czyli specjalistą od wyciągania pieniędzy z kas sklepowych, gdy sprzedawca zajmował się czymś innym. Dzięki tym łupom Felek i Szajka płacili łapówki przełożonym, zyskując w zamian lżejszą służbę, a także inne względy. W Rydze Zdankiewicz podobno miał romans z żoną oficera, i to ponoć dzięki niej dostał znany z ballady "urlop sześciotygodniowy", rzadką wówczas przerwę w odbywaniu służby wojskowej. Niestety, po przyjeździe do Warszawy gorzko się rozczarował, bo Michalina znalazła sobie już kolejnego kochasia, i złodziej ze złamanym sercem przez sześć tygodni urlopu bankietował z kumplami po warszawskich melinach. Do pułku już nie wrócił. A przed policją, która zaczęła szukać dezertera, ukrył się na Pradze, gdzie z kolejnym wspólnikiem działał jako lipkarz czyli złodziej wkradający się do mieszkań przez lipko, to znaczy otwarty lufcik w oknie. Zajęcie to wymagało niezwykłej sprawności fizycznej, jako że lipkarze wspinali się do lufcików nawet na najwyższych kondygnacjach. Zbrodnia i kara Zbrodnia i kara Kariera złodziejska szła mu jak najlepiej, ale nie mógł zapomnieć o ukochanej i często ją odwiedzał - podczas jednej z wizyt czekali na niego żandarmi, a ulica dopowiedziała potem legendę, że to Michalina wydała im Zdankiewicza. Prawdopodobnie jednak żandarmi rutynowo sprawdzali adresy, pod którymi mógł się pojawić. Trafił do aresztu, ale nikt go nie przeszukał, a miał ukryty nóż. W trakcie przesłuchania wyciągnął majcher i najpierw zamordował nim śledczego, a potem, wybiegając na korytarz, jeszcze dwóch żandarmów. I uciekł. Historia zabójstwa i ucieczki z komisariatu wydaje się mało prawdopodobna, choć Henryk Lange, przedwojenny szef brygady kradzieżowej warszawskiego urzędu śledczego, w wydanej po wojnie książce "Alarm w Cedergrenie", zwracał uwagę, że rosyjscy żandarmi uzbrojeni byli wówczas jedynie w noże i drewniane pałki. W latach 30. Lange poznał Zdankiewicza i pisząc wspomnienia, przytoczył jego relację, wedle której Felek miał odjechać z miejsca zbrodni dorożką, jednak kozacy go dopadli i trafił tym razem do pojedynczej celi osławionego X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej. Dostał wyrok śmierci, ale Iosif Hurko, generał-gubernator warszawski w latach 1883-94, zmienił go na dożywotnią katorgę. Dalszych losów króla złodziei nie sposób zweryfikować, można jedynie polegać na jego opowieściach, pamiętając, że miał duże skłonności do konfabulacji. Wraz z grupą 360 katorżników został przetransportowany do Moskwy, a stamtąd via Odessa statkiem na wyspę Sachalin na Oceanie Spokojnym. Rejs trwał 97 dni, a na pokładzie prócz zwykłych rzezimieszków byli więźniowie polityczni, do których Zdankiewicza zaliczył jego biograf Herman Czerwiński, podnosząc, że przecież nie zabił on żandarmów z chęci zysku. Pierwsze 12 lat katorgi Zdankiewicz spędził rzekomo w pojedynczej celi przykuty do ściany łańcuchami, później pracował w kopalni węgla i ślusarni, aż w końcu uciekł z trzema kompanami na ukradzionym czółnie. Mieli dryfować po lodowatym morzu przez 17 dni, żywiąc się mięsem zmarłego kompana. Ta opowieść robiła na słuchaczach wrażenie, zwłaszcza kiedy Felek mówił: - Mnie to nie robi różnicy, smakuje jak coś w rodzaju cielęciny. Z powrotem w Warszawie Z powrotem w Warszawie Wylądowali na japońskiej wyspie, skąd po odpoczynku wrócili na Syberię, a następnie przedostali się do Mandżurii. Zdankiewicz chętnie odwiedzał większe miasta, gdzie mógł utrzymać się z kradzieży na bazarach - tamtejsi chłopi sprzedający płody rolne zysk trzymali w przytroczonych woreczkach, tak samo jak niegdyś okradani przez niego rolnicy handlujący na Kercelaku. W końcu związał się z jakąś szajką, by po dwóch latach uciec z fortuną ukradzioną jej hersztowi. Dzięki skradzionym pieniądzom wyrobił sobie dokumenty weterana wojny japońsko-rosyjskiej i w 1912 r. wrócił do Warszawy. Opowiadał, że kupił tu kamienicę i otworzył restaurację przy Marszałkowskiej, ale oszukany przez kochankę załamał się i wszystko roztrwonił. Opowieści tego typu snuł na stare lata, zapewniając słuchaczy, że nawet je spisał, ale manuskrypt skradli mu koledzy po fachu. Fantazje bandyty Fantazje bandyty W książce "Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy" Stanisław Milewski pisze, że niewiele w tym wszystkim prawdy: Na balladę tworzącą legendę Felka mogły się złożyć życiorysy kilku złodziei opisywanych przez bulwarówki. Na przykład Icka Goldsteina, który ponoć już jako dziecko noszone na rękach przez ojca wyciągał przechodniom portfele na bazarach. Albo Ludwika Fryderyka Lejmana, przez lata nieuchwytnego złodzieja ujętego dopiero w szynku przy ul. Mostowej, gdzie zwabiła go podstawiona przez policję kobieta. To zdarzenie prawdopodobnie dało początek powtarzającemu się w miejskich balladach motywowi złodzieja zdradzonego przez kochankę. O samym Zdankiewiczu w prasie zrobiło się głośno w 1928 r., gdy został oskarżony o współudział w zabójstwie 60-letniej handlarki Józefy Wrześniewskiej. Okradł ją i zamordował 25-letni Władysław Strzelczyk, zdun, który naprawiał u niej piec. Zwłoki powiesił na haku od lampy, aby upozorować samobójstwo. W śledztwie Strzelczyk twierdził, że do zbrodni namówił go Zdankiewicz, ale w sądzie wszystko odwołał. Przypuszczalnie nie chciał publicznie oskarżać nestora złodziei, 72-letniego wówczas Zdankiewicza. Ten dostał tylko trzy lata za paserstwo, a po odsiadce znów opowiadał swoje historie. Zmarł kilka lat później w przytułku dla starców. BALLADA O FELKU BALLADA O FELKU Felek Zdankiewicz był chłopak morowy. Przyjechał na urlop sześciotygodniowy. . Ojra, tarira ojra, Tarira ojra, Tarira raz, dwa, trzy. . Urlop się kończy, czas do wojska wrócić, Ale Felusiowi żal koleżków rzucić. . Ojra, tarira ojra... . Nie tak koleżków, jak swojej kochanki, U której przebywał wieczory i ranki. . Ojra, tarira ojra... . Wreszcie go schwytali grudnia trzynastego I go zawieźli do biura śledczego. . Ojra, tarira ojra... . A z biura śledczego wypuścić nie chcieli, Felka Zdankiewicza pod kluczyk zamknęli. . Ojra, tarira ojra... . Lecz Feluś nie gapa i już nóż otwiera, Przebił Czajkowskiego, na Fuchsa naciera. . Ojra, tarira ojra... . Ledwie wyskoczył za bramę ratusza, Siada do dorożki, na Warszawę rusza. . Ojra, tarira ojra... . A w tej dorożce miał czasu troszkę. I kazał się zawieźć aż na Czerniakowskie. . Ojra, tarira ojra... . A z Czerniakowskiej do domu swojego, Żeby opowiedzieć Mańce coś nowego. . Ojra, tarira ojra,... . " Połóż się, Feluś, boś ty niewyspany". . Ojra, tarira ojra... . Kładzie się Feluś do snu kamiennego, A kochanka jego do biura śledczego. . Ojra, tarira ojra... . " Felka Zdankiewicza na łóżku schwytajcie". . Ojra, tarira ojra... . Panowie agenci prędko pospieszyli, Felka Zdankiewicza skuwkami nakryli. . Ojra, tarira ojra... . Jedzie kibitka wąską ulicą, A koledzy jemu szczęścia, zdrowia życzą. . Ojra, tarira ojra... . " Czy wy mojej Mańce życie darujecie?". . Ojra, tarira ojra... . " I tę twoją Mańkę smykiem posuniemy!". . Ojra, tarira ojra... . Młoda Felusiowa już w grobie spoczywa, A my na to konto kropniem sobie piwa. . Ojra, tarira ojr... Balladę o nim zna jeszcze wielu warszawiaków i niewarszawiaków, a wykonuje ją każda szanująca się kapela uliczna. To dzięki niej dawny król warszawskich złodziei stał się herosem miejskiego folkloru, choć prawda o nim poważnie odbiega od legendy.

  • Bunt na "Bounty"

    [ TAH RP ] - Ale Historia PAWEŁ SMOLEŃSKI 25-05-2015

    Niespełna 30-metrowa fregata zwodowana w 1784 r. w angielskiej stoczni Blaydes Shipyard i uzbrojona w kilkanaście dział na początku nazywała się "Bathia", potem dopiero została przemianowana na "Bounty". Imię to można przełożyć jako "nagroda" lub "szczodrość", choć przyszłość miała pokazać, że zamustrowanie na "Bounty" nie było wyróżnieniem, a już z pewnością nie nagrodą. Dowódca fregaty należącej do floty Jego Królewskiej Mości nazywał się William Bligh, urodził się w nadmorskim Plymouth w 1754 r., jednym z największych portów Wielkiej Brytanii, co niejako skazywało go na służbę w marynarce. Był - jeśli wierzyć konterfektom - łysiejącym mężczyzną o zaciętej twarzy, ostrym nosie i lekko zapadniętych policzkach. Z taką fizjonomią mógłby w filmach grozy grywać psychopatów. W czasach, o których piszemy, miał trzydzieści parę lat i ogromne doświadczenie żeglarskie, bo wcześniej jako nawigator uczestniczył w trzeciej wokółziemskiej wyprawie kapitana Jamesa Cooka (1776-79). Bligh, marynarz z pewnością znakomity, nie miał talentu do współpracy z ludźmi, a dyscyplinę wymuszał karami i nawet na tle bardzo surowych kapitanów swojej epoki wydawał się radykalnym wyjątkiem. O dziesięć lat młodszy Fletcher Christian, oficer marynarki, został wychowany w morskiej tradycji imperium - jego ojciec, który również służył we flocie, pochodził z wyspy Man na Morzu Irlandzkim. Bligh i Christian znali się bardzo dobrze - zanim weszli na pokład "Bounty", ten drugi bywał w domu swojego dowódcy, który podobno traktował go jak syna. Służba pod Blighem Służba pod Blighem "Bounty" wypłynął z Anglii 23 grudnia 1787 r., a jego celem była polinezyjska wyspa Tahiti na Oceanie Spokojnym - miał stamtąd przywieźć do Anglii, a potem do Ameryki sadzonki drzewa chlebowego, rośliny pokrewnej morwie, rodzącej jadalne owoce podobne do figi. Uznano, że chlebowiec rozwiąże problem wyżywienia czarnych niewolników harujących na północnoamerykańskich plantacjach. Brak łatwego do zdobycia pożywienia, praca ponad siły, śmierć od chorób i z wyczerpania sprawiały, że plantacje prosperowały coraz gorzej i drzewo chlebowe miało temu zaradzić. Służba na XVIII-wiecznych statkach i okrętach, zwłaszcza w Royal Navy, często niewiele się różniła od niewolniczej orki na plantacjach - zdarzało się, że kandydaci na żeglarzy byli porywani i zmuszani do służby, a zasady obowiązujące na pokładzie wyznaczał drakoński kodeks morski oparty na zapisach pochodzących z czasów króla Ryszarda Lwie Serce, czyli mających wówczas ok. 600 lat. Powiadał on m.in., że Armatorzy prywatni musieli płacić marynarzom za służbę, natomiast okręty i statki królewskie skąpiły na żołdzie, a załogi nie- rzadko kompletowano z kryminalistów i portowych rzezimieszków. Zwierzchnicy Williama Bligha uznali, że tylko kapitan o bardzo ciężkiej ręce poradzi sobie z taką załogą podczas długiego i niebezpiecznego rejsu. Niesnaski i konflikty na "Bounty" zaczęły się niemal pierwszego dnia rejsu, a kapitan Bligh okazał się wyjątkowo surowy i okrutny. Każde przewinienie karał biciem - chodził z kijem nazywanym "dziewięć kocich ogonów", zakończonym metalowym okuciem oraz rzemieniami, i osobiście okładał nim marynarzy. Kilka uderzeń "kocimi ogonami" powodowało zdarcie skóry z pleców, a Bligh często wymierzał karę kilkudziesięciu batów. Fatalną atmosferę na "Bounty" podsycała marna dieta pozbawiona świeżego jedzenia oraz skąpe racje zatęchłej słodkiej wody. Kapitan nie oszczędzał wyższych szarż - rugał oficerów najgorszymi słowami w obecności załogi, a nawet bił, więc część z nich nie chciała z nim jeść przy wspólnym stole. Na dodatek wyszło na jaw, że znany z chytrości Bligh postanowił sobie dorobić, i kiedy "Bounty" stał jeszcze w porcie, ukradł z ładowni kilka kręgów sera, wysłał je żonie, a o przywłaszczenie jedzenia oskarżył kilku oficerów i marynarzy. Zdaniem historyków badających losy "Bounty" Fletcher Christian był zdyscyplinowanym oficerem, podziwiał Bligha i zamierzał pozostać wobec niego lojalnym, ale w końcu i on stracił serce do kapitana. Niebezpieczny postój... Niebezpieczny postój... Kiedy wreszcie "Bounty" osiągnął Tahiti, sytuacja na pokładzie mogłaby się poprawić, zwłaszcza że okręt czekał dłuższy postój, przybyli bowiem w porze kwitnienia drzew chlebowych, co uniemożliwiało transport sadzonek do Anglii. Tymczasem Bligh nadal zachowywał się tak, jakby chciał podsycić nienawiść i myśl o buncie. Nie zezwalał załodze na zejście na ląd, więc marynarzy trawiła pokładowa nuda, a na ich plecy spadały razy "kocich ogonów", co skrupulatnie odnotowywano w dzienniku pokładowym. Wreszcie po 160 dniach pobytu u brzegów Tahiti na "Bounty" załadowano sadzonki chlebowca i 4 kwietnia 1789 r. Bligh nakazał powrót do Anglii. Pod koniec kwietnia kapitan uznał, że ktoś skradł kilka orzechów kokosowych składowanych między armatami, i rozpoczął poniżające przesłuchania marynarzy. Kiedy w końcu padło na Fletchera Christiana, ten spytał: - Chyba nie uważa mnie pan za tak podłego, by myśleć, że to ja ukradłem pańskie kokosy? - Tak właśnie myślę, przeklęty psie! - wrzasnął Bligh. ...i bunt ...i bunt Spiskowcy poczekali do czwartej nad ranem następnego dnia. 28 kwietnia kilkunastu marynarzy z Christianem na czele wtargnęło do kajuty Bligha, by wraz z wiernymi mu 17 oficerami i marynarzami wsadzić go do szalupy, którą opuszczono na wodę. Jak dotąd kapitan zawdzięczał życie Christianowi, a szanse na to, że łódź dopłynie do stałego lądu, były znikome. Buntownicy zaopatrzyli szalupę w zapasy żywności i wody na mniej więcej tydzień, sekstant, kompas i zegarek kieszonkowy, ale mapy zostawili sobie. Najbliższym miejscem kontrolowanym przez Europejczyków, do którego mogli dotrzeć nieszczęśnicy, był holenderski wówczas Timor odległy o ponad 3618 mil morskich (6701 km). Bligh i jego ludzie dopłynęli do wyspy Tofoa w archipelagu Tonga, aby zdobyć zapasy żywności i słodkiej wody, i zostali zaatakowani przez tubylców - w czasie walki zginął kwatermistrz John Norton. Później nie próbowali już zatrzymywać się na kolejnych mijanych wyspach, o których wiedzieli, że żyją tam ludożercy. Dzięki swym znakomitym umiejętnościom nawigacyjnym Bligh dokonał rzeczy, zdawało się, niemożliwej - 15 czerwca 1797 r., po 48 dniach żeglugi, w trakcie której nie omijały ich sztormy, szalupa dotarła do Timoru. Jedynym, który nie przeżył tego rejsu, okazał się zabity na Tofoa Norton, choć później, w oczekiwaniu na transport do Wielkiej Brytanii w porcie Batawia (dziś Dżakarta), prawdopodobnie na malarię zmarło jeszcze kilku ludzi z załogi szalupy. Podczas żeglugi Bligh pisał pamiętniki, a kiedy wydobrzał, wyruszył do Anglii, gdzie został przyjęty na dworze, uzyskał audiencję królewską i stał się bohaterem wyobraźni zbiorowej. Wystawiono o nim nawet sztukę "Piraci, czyli niedole kapitana Bligha". Za buntownikami ruszył pościg złożony z okrętów "Pandora" i "Resolution". Tymczasem "Bounty" popłynął na Tahiti, stamtąd na archipelag Tubuai i znów na Tahiti. Christian nie całkiem panował nad załogą złożoną z rzezimieszków i przestępców, więc na Tahiti pozbył się części ludzi (marynarze mordowali się między sobą, część zabili Tahitańczycy, niektórzy zostali ujęci przez ścigających ich Brytyjczyków). Z wyspy uprowadził 11 kobiet i sześciu mężczyzn, kozy, kury, świnie i wyszedł w morze w rejs zakończony na pewnej skalistej wyspie. Azyl na Pitcairn Azyl na Pitcairn Przez wieki Pitcairn była niezamieszkaną wyspą wulkaniczną porzuconą na Oceanie Spokojnym, gdzieś w połowie drogi między Nową Zelandią i Ameryką Południową. Odkryli ją mieszkańcy Polinezji, najpewniej wyspiarze z Mangarevy (o czym świadczą współczesne wykopaliska), ale nie założyli tam trwałych osad. Europejscy żeglarze dotarli do Pitcairn w 1767 r. Brytyjskim statkiem "Swallow" dowodził kapitan Philip Carteret, ale jego marynarze nie zeszli na ląd odstraszeni bardzo wysokim pływem i mocną falą przyboju. Sterczącą z morza wyspę pierwszy dostrzegł nastoletni chłopak, syn majora Pitcairna - stąd jej nazwa. "Bounty" dotarł do Pitcairn 15 stycznia 1790 r. (wcześniej marynarze Fletchera Christiana próbowali znaleźć schronienie na wyspach: Cooka, Tonga i Fidżi). Po przeniesieniu dobytku na ląd Christian nakazał spalić statek, skazując siebie oraz swoich towarzyszy na dożywotni pobyt na wyspie. Wkrótce dopadła ich choroba polarna zwana też chorobą łodzi podwodnej, która z grubsza polega na tym, że ludzie zmuszeni do długotrwałego życia w małych i zamkniętych społecznościach skaczą sobie do oczu. Żyjąc w permanentnym strachu przed pościgiem i zemstą, marynarze "Bounty" i porwani Tahitańczycy popadali w szaleństwo, pędzili alkohol z nieznanych roślin, upijali się, miewali zwidy, ciągnęli losy, by odebrać sobie żony. Ktoś w przypływie szaleństwa skoczył do morza, ktoś inny zmarł na astmę, ktoś znów na nie wiadomo co. Kobiety próbowały uciec z wyspy na własnoręcznie zbudowanej tratwie, ale kiedy zamiar się wydał, jeden z Brytyjczyków zamordował swoją tahitańską żonę. Wybuchła też nienawiść między Brytyjczykami a Tahitańczykami - biali przeciw ciemnoskórym. W końcu Tahitańczycy ukradli broń i uciekli w głąb wyspy, obiecując zemstę. I rzeczywiście, kiedy wrócili, wybili prawie wszystkich białych, a Fletcherowi Christianowi roztrzaskali głowę siekierą, gdy karczował las. Nikt z osiadłych na Pitcairn nie miał pojęcia, że Wielka Brytania porzuciła zamiar ukarania buntowników, okręty wysłane na poszukiwanie "Bounty" zatonęły, a kilku pojmanych wcześniej buntowników sąd uniewinnił. Nie zdawali sobie też sprawy z tego, że we Francji wybuchła rewolucja i Londyn ma na głowie poważniejsze problemy niż bunt na "Bounty". W 1808 r. do brzegów Pitcairn dobił statek wielorybniczy "Topaz" zwabiony łuną nad bezludną ponoć wyspą; jego załoga odkryła Brytyjczyka Aleksandra Smitha, 11 tahitańskich kobiet i 19 dzieci. Smith powiedział wielorybnikom, że jest buntownikiem z "Bounty". Australijski "Kaligula" Australijski "Kaligula" Nim "Topaz" odkrył osadę na Pitcairn, kapitan William Bligh zdążył wziąć udział w bitwie pod Kopenhagą stoczoną 2 kwietnia 1801 r. przez Royal Navy z flotą duńsko-norweską, podczas której dowodził okrętem "Glatton". Ta bitwa w ogóle nie powinna się odbyć z powodu rozkazów Londynu, a jednak admirał Horatio Nelson ją wygrał. Bligh musiał się wykazać, skoro - choć nie tylko z tego powodu - został potem jednym z gubernatorów Nowej Południowej Walii. Pojawił się w Australii w 1806 r., by ukrócić tam korupcję, zdzierstwo i bezprawie panujące w kolonii zasiedlonej przez więźniów i nadzorujących ich żołnierzy. Funkcjonariusze wojskowego Korpusu Nowej Południowej Walii kradli na potęgę, skupując wpływające do australijskich portów towary, by sprzedawać je po paskarskich cenach. Herbata, cukier oraz rum, którymi płacono również skazańcom, stały się fundamentem ich szybko rosnących fortun. Z powodu swej brutalności Bligh zyskał przezwisko "Kaligula" - od szalonego i okrutnego cesarza Rzymu. Kradł bydło, budował posiadłości za publiczne pieniądze, chował do swojej kieszeni zysk wypracowany na plantacjach, wykorzystywał pracę więźniów, oszukiwał żołnierzy, którym zamiast w gotówce płacił żołd w czekach możliwych do zrealizowania tylko w Anglii. Zmuszał też osadników do wyburzania domów, choć wydawane przez jego urzędy pozwolenia budowlane kosztowały fortunę, a w biurach kolonii zatrudniał tylko posłusznych sobie potakiewiczów. Rebelia wybuchła 26 stycznia 1808 r. Buntownicy zaatakowali siedzibę gubernatora, wywlekli Bligha kryjącego się pod łóżkiem - despota i złodziej został oskarżony o naruszenie własności prywatnej, przejmowanie cudzych majątków, niedostatki w kasie oraz zastraszanie mieszkańców i podległych sobie urzędników. Trafił pod klucz. Przez rok William Bligh przebywał w więzieniu buntowników. Zgodził się w końcu odpłynąć do Anglii, lecz po drodze zmienił zdanie i kazał zawinąć do Sydney, gdzie knuł, jak odzyskać władzę gubernatorską. Rząd uznał, że sporu nie da się rozwiązać, i odwołał Bligha. Potomkowie buntowników Potomkowie buntowników Jeszcze parę dekad temu wyspa Pitcairn, owiana legendą "Bounty", przedstawiała się jako terytorium ubogie i zależne materialnie od brytyjskiej metropolii, ale też jako raj na ziemi bez policji, bo nie ma tam przestępstw. A jednak na tej rajskiej wyspie, gdzie żyje około pół setki mieszkańców, na ogół potomków marynarzy "Bounty" i porwanych Polinezyjczyków, nie działo się dobrze. O przestępstwach seksualnych wiedzieli wszyscy Pitcairneńczycy, ale tolerowali je albo po prostu o nich nie mówili. Aż czara się przelała. Zostali skazani w wyniku zeznań pitcairneńskich kobiet, które uciekły na Nową Zelandię i tam odważyły się wyjawić prawdę. Sąd puścił mimo uszu argumenty adwokata gwałcicieli, gdy ten mówił: - Proszę o wyrozumiałość w imieniu swoich klientów, a także całej społeczności. Wyroki skazujące najsilniejszych mężczyzn będą oznaczały śmierć wspólnoty. Wyspa bez nich nie przetrwa. Proponuję, by oskarżeni złożyli publiczne przeprosiny, a pokrzywdzone kobiety otrzymały rekompensatę finansową. Po trwającym miesiąc procesie oskarżeni zostali skazani za wielokrotne gwałty i "zachowania nieobyczajne". Musieli sami sobie wybudować więzienie, które nazwali hotelem, i uzyskali pozwolenie na odbywanie kar w warunkach aresztu domowego. Buntownik i szwarccharakter Buntownik i szwarccharakter Kultura wiele skorzystała na buncie na "Bounty". Pierwszym, który opisał historię Bligha i Christiana, był francuski pisarz Juliusz Verne, który za 300 franków kupił prawa autorskie do opowiadania "Buntownicy z ?Bounty?" od swojego znajomego, geografa Gabriela Marcela (jego zapiski nigdy nie ukazały się drukiem). Opowieści o "Bounty" utrwaliły stereotyp, w którym kapitan William Bligh jest bezapelacyjnym szwarccharakterem, Fletcher Christian zaś romantycznym buntownikiem walczącym o wolność. O ile w pierwszym przypadku to prawda, o tyle drugi jest co najmniej wątpliwy. Bo jak umiłowanie wolności Christiana ma się do porwania Tahitańczyków i późniejszych, despotycznych, nieludzkich i rasistowskich porządków panujących na wyspie Pitcairn? Ale czemu się dziwić? We wszystkich czterech ekranizacjach epopei "Bounty" Fletchera Christiana gra ktoś od początku do końca szlachetny i pozytywny, np. hollywoodzki amant Clark Gable, młody Marlon Brando czy Mel Gibson, natomiast w postać kapitana Williama Bligha wciela się Trevor Howard, wielki aktor o posępnej twarzy, lub Anthony Hopkins, po latach pasujący jak ulał do postaci kanibala Hannibala Lectera z "Milczenia owiec". Korzystałem z "Buntowników z ?Bounty?" Juliusza Verne?a, "Jutro przypłynie królowa" Macieja Wasielewskiego i oficjalnej strony internetowej wyspy Pitcairn Kapitan był wyjątkowo okrutny. Każde przewinienie karał biciem - chodził z kijem nazywanym "dziewięć kocich ogonów", zakończonym metalowym okuciem oraz rzemieniami, i okładał nim marynarzy. Kilka uderzeń "kocimi ogonami" powodowało zdarcie skóry z pleców, a dowódca często wymierzał kilkadziesiąt batów.

  • Dekada gierkowska jak żywa

    [ TAH RP ] - Ale Historia PIOTR NEHRING 25-05-2015

    Próba kupienia taczki zajęła mi godzinę. Owa taczka znajdowała się na placu magazynu za dwiema zamkniętymi na kłódkę bramami i nie wolno jej było zobaczyć przed zapłaceniem ("takie zarządzenie kierownika"). Więc najpierw wypełnianie formularzy w biurze (5 sztuk Przygoda z taczką miała miejsce w maju 1980 r. Może z większą jeszcze fascynacją śledziłem perypetie pisarza z samochodem, o których wspomina w różnych miejscach tomu. Koszmar ten tym bardziej był dla mnie interesujący, że Szczepański stał się nieszczęśliwym posiadaczem skody S100, auta, które w podobnym czasie nabył mój ojciec. Ale nasza skoda prawie się nie psuła, podczas gdy model, który trafił się pisarzowi, zepsuty był już w chwili odbioru w Polmozbycie. Później nawalał z nieubłaganą regularnością, bardzo często na szosie, i psuł się również podczas wycieczki do Grecji w 1978 r. Opis greckich wakacji państwa Szczepańskich z namiotem i kempingowaniem jest świetnym źródłem dla badaczy ówczesnej rzeczywistości nie tylko peerelowskiej. W Atenach po wyjściu z muzeum Naturalnie dziennik ten nie jest jedynie opisem kłopotów dnia codziennego "cudownych lat" Edwarda Gierka, lecz także niezwykle bogatą, wielopłaszczyznową relacją dotyczącą najprzeróżniejszych aspektów życia tamtej epoki. Dowiadujemy się mnóstwo o stosunkach panujących w Związku Literatów Polskich. Zarówno w warszawskiej centrali, którą trzęśli wieloletni prezes Związku Jarosław Iwaszkiewicz oraz wiceprezes Jerzy Putrament, jak i w oddziale krakowskim ZLP, macierzystym dla Jana Józefa Szczepańskiego, gdzie z kolei miał on do czynienia m.in. z Władysławem Machejkiem. Oj, nie wypada dobrze w zapiskach autora "Dziennika" ten partyjny literat, podczas wojny partyzant GL i AL, który może najbardziej znany jest ze słów: "Stawiam pół litra, bo od dziś będziemy całować katolików w d...", wypowiedzianych na wieść o wyborze kardynała Wojtyły na papieża. Znacznie sympatyczniej, o dziwo, jawi się inny partyjny literat zamordysta Jerzy Putrament: Jeszcze fragment dotyczący cenzury oraz Aleksandra Lutzego-Birka wspomnianego przez nas niedawno w numerze "Ale Historia" poświęconym Piłsudskiemu. Inżynier Lutze-Birk należał do Organizacji Bojowej PPS, wytwarzał bomby używane przez bojowców PPS i wziął m.in. udział w napadzie na pociąg z pieniędzmi pod Bezdanami w 1908 r. Pisze Szczepański: Te zapiski to kolejna perła w naszej literaturze dziennikowej. Dla historyków, badaczy literatury i zwykłych moli książkowych. ---------- DZIENNIK. TOM IV. 1973-1980 JAN JÓZEF SZCZEPAŃSKI Wydawnictwo Literackie 2015 Wydany w tym roku czwarty tom dzienników Jana Józefa Szczepańskiego obejmujący lata 1973-80 jest lekturą pasjonującą z wielu powodów. Ja, czytając ten opasły tom, szczególną uwagę zwracałem na opisy rzeczywistości PRL lat 70., którą jako ówczesny nastolatek pamiętam całkiem dobrze.

  • W KSIĘGARNI

    [ TAH RP ] - Ale Historia RED 25-05-2015

    JEDNOSTKA 731. OKRUTNE EKSPERYMENTY W JAPOŃSKICH LABORATORIACH WOJSKOWYCH. RELACJE ŚWIADKÓW JEDNOSTKA 731. OKRUTNE EKSPERYMENTY W JAPOŃSKICH LABORATORIACH WOJSKOWYCH. RELACJE ŚWIADKÓW HAL GOLD Wydawnictwo UJ 2015 Koszmar zaczął się w 1932 r., gdy po zajęciu przez Japończyków Mandżurii w obozie Hong-Ma koło Harbinu powstało pierwsze doświadczalne laboratorium bakteriologiczne. Japończycy zaczęli tam przeprowadzać okrutne doświadczenia na chińskich więźniach, a potem jeńcach wojennych innych nacji. Tysiące zginęły w mękach. Jednostka 731 zajmowała się przygotowywaniem broni bakteriologicznej, a nazwisko głównego zbrodniarza brzmi Shiro Ishii. Ten japoński doktor Mengele, tak jak i jego niemiecki odpowiednik, nie poniósł kary i umarł we własnym łóżku w 1959 r. W DOLINIE KRÓLÓW. HOWARD CARTER I ODKRYCIE GROBOWCA TUTANCHAMONA W DOLINIE KRÓLÓW. HOWARD CARTER I ODKRYCIE GROBOWCA TUTANCHAMONA DANIEL MEYERSON Prószyński i S-ka 2015 Każdy, kto choć trochę interesuje się historią, kojarzy nazwisko Howard Carter. W 1922 r. ten brytyjski archeolog dokonał jednego z największych odkryć w dziejach archeologii, odnajdując grobowiec faraona Tutanchamona. W egipskiej Dolinie Królów odnaleziono 64 wykute w skale grobowce, ale tylko jeden nie został splądrowany przez starożytnych rabusiów - Tutanchamona właśnie. Oprócz mumii zmarłego w 1323 r. p.n.e. władcy Carter znalazł wspaniałe zabytki egipskiej cywilizacji. KARTA 83/2015 KARTA 83/2015 Ośrodek Karta 2015 "Łódź 1945. Stolica zastępcza" to temat przewodni nowego kwartalnika "Karta". Obok Krakowa zajęta przez Sowietów 19 stycznia 1945 r. Łódź była jedynym dużym i niezniszczonym miastem w granicach powojennej Polski. Straszliwie ucierpieli łodzianie - mordowani i wypędzani przez Niemców. Do mocno wyludnionego miasta od razu zaczęli wracać jego mieszkańcy, wysiedleńcy ze Wschodu, warszawiacy - do końca 1945 r. napłynęło 200 tys. ludzi. Łódź stała się głównym ośrodkiem kulturalnym, bo tu przez jakiś czas działały kluczowe instytucje kulturalne, naukowe i administracyjne i tu też zjechało wielu przedstawicieli elity kulturalnej. TYLNYMI DRZWIAMI. CZARNY RYNEK W POLSCE 1944-1989 TYLNYMI DRZWIAMI. CZARNY RYNEK W POLSCE 1944-1989 JERZY KOCHANOWSKI W.A.B. 2015 "Czarny rynek istniał tu zawsze. Na terenach polskich rozkwitł po raz pierwszy podczas I wojny, gdy Rosjanie w 1914 r. ogłosili ścisłą prohibicję, a Niemcy w 1915 r. wprowadzili reglamentację i odcięli miasta od zaopatrzenia ze wsi. W czasie II wojny handlarze już tylko dopracowali metody przewozu i korupcji stosowane podczas I wojny" - mówił niedawno "Ale Historia" autor "Tylnymi drzwiami...". Jak pisze na początku książki, Książka jest też do nabycia w formie e-booka na Publio.pl ROK ZEROWY. HISTORIA ROKU 1945 ROK ZEROWY. HISTORIA ROKU 1945 IAN BURUMA PWN 2015 Autor, Holender pracujący w USA, znany jest polskiemu czytelnikowi z wydanej u nas książki o zamordowaniu w 2004 r. przez islamskiego ekstremistę reżysera Theo van Gogha. Najnowszą książkę Buruma poświęcił wydarzeniom roku 1945, od którego świat liczy nową erę - powojenną. To m.in. opis euforii panującej po zwycięstwie, zemsty, głodu, czarnego rynku. Zaopatrzenie dostarczane przez aliantów było za małe, by przeciętny mieszkaniec Europy czy Japonii mógł się obyć bez ogromnej sieci nielegalnych dostaw, a główną walutę stanowiły papierosy. Książka jest też do nabycia w formie e-booka na Publio.pl JEDNOSTKA 731. OKRUTNE EKSPERYMENTY W JAPOŃSKICH LABORATORIACH WOJSKOWYCH. RELACJE ŚWIADKÓW JEDNOSTKA 731. OKRUTNE EKSPERYMENTY W JAPOŃSKICH LABORATORIACH WOJSKOWYCH. RELACJE ŚWIADKÓW HAL GOLD Wydawn

  • Pijany jak...

    [ TAH RP ] - Ale Historia MARTA GRZYWACZ 25-05-2015

    Przewodnicy po zamku w Gniewie opowiadają turystom anegdotę o hetmanie polnym koronnym Jerzym Sebastianie Lubomirskim, który podczas potopu po bitwie ze Szwedami w 1657 r. przejął zamek i wtrącił najeźdźców do lochu. Kilku jeńców postanowiło uciec, przebili się przez ścianę, ale zamiast na zewnątrz trafili do piwnicy z beczkami z winem i uznając najwyraźniej, że z ucieczką można poczekać, zajęli się ich opróżnianiem. Kiedy otrzeźwieli, trafili przed oblicze hetmana Lubomirskiego, lecz ten, pochodząc bądź co bądź z narodu, który za kołnierz nie wylewał, wykazał się zrozumieniem i darował im karę. Podobno był nawet rozbawiony, kiedy usłyszał od niedoszłych uciekinierów, że przez cały czas pili jego zdrowie. Szwedzkie upodobanie do alkoholu nie jest tajemnicą, a winą za tę narodową przypadłość Szwedzi obarczają ponoć Rosjan, z którymi wiele wojowali i od których mieli nie tylko nauczyć się picia na umór, ale także pędzenia bimbru. A przecież już wikingowie lubili piwo i miody pitne, a ich potomkowie w XV w. nauczyli się destylować kilkudziesięcioprocentowy alkohol. Trzy wieki później wódka była w Szwecji tak popularna, że Jan Chrzciciel Albertrandi, polski jezuita i historyk, który odwiedził ten kraj w 1789 r., pisał o rodzinie zasiadającej do obiadu i czerpiącej alkohol łyżkami ze wspólnej misy, w której pływały kawałki chleba i mięsa. Zwyczaj nadużywania mocnych trunków dotyczył nie tylko mężczyzn, ale też kobiet i dzieci. Cios w bimber Cios w bimber W czasach Oświecenia Szwecja była krajem rolniczym, ale miasta rozwijały się prężnie, a ich mieszkańcy zaczynali doceniać sztukę, architekturę i naukę. W 1739 r. powstała Szwedzka Akademia Nauk, a pracę urodzonego na początku wieku lekarza i przyrodnika Karola Linneusza "Systema Naturae" - o klasyfikacji biologicznej gatunków - dostrzegła cała oświecona Europa. Już wtedy Szwedzi jeździli po solidnych, utwardzanych drogach, mieli sprawną sieć pocztową, a król Gustaw III wręczał medale za budowanie murowanych domów. Co prawda kraj nawiedzały od czasu do czasu epidemie dżumy i ospy, ale w 1756 r. po raz pierwszy dzieci dostały eksperymentalne szczepionki, a 14 lat później lekarze odważyli się je podać także królewskim potomkom. Kraj pod rządami "oświeconego despoty", jak nazywano Gustawa III (panował od 1771 do 1792 r.), prosperował znakomicie i tylko rosnący wśród Szwedów alkoholizm spędzał władcy sen z powiek. Nie jemu pierwszemu. Z piciem bez opamiętania próbowała walczyć już ponad 100 lat wcześniej lubiąca męskie stroje i rozrywki królowa Krystyna, ale w 1766 r. król Adolf Fryderyk usunął wszelkie restrykcje w kwestii produkcji alkoholu, co doprowadziło do tego, że prywatne destylarnie miało właściwie każde gospodarstwo. Po wstąpieniu na tron Gustaw III apelował, żeby nie marnować zboża i ziemniaków na pędzenie alkoholu, bo w kraju panuje nieurodzaj, a kiedy jego odezwa nie przyniosła skutku, zarządził konfiskatę wszystkich urządzeń do produkcji bimbru i zlikwidował 180 tys. destylarni. Odtąd wyrób i sprzedaż wódki miały się stać domeną państwa. Alkohol na uspokojenie żab Alkohol na uspokojenie żab Na wieść o królewskiej konfiskacie w kraju doszło do rebelii - Szwedzi, mający już za sobą 300 lat doświadczeń w destylowaniu spirytusu z ziemniaków, zbóż, a nawet celulozy drewnianej, nie zamierzali poddać się bez walki. Jednak prawo pędzenia bimbru w domu przywrócono dopiero w 1798 r., sześć lat po śmierci Gustawa III, który zmarł na skutek ran odniesionych w zamachu na jego życie. Każde gospodarstwo mogło odtąd wytwarzać, sprzedawać i transportować alkohol, pod warunkiem że zapłaci stosowny podatek zależący od wielkości gospodarstwa. Płacić musieli go nawet ci, którzy nie pędzili bimbru. Taka polityka wręcz zachęcała do produkcji alkoholu, jeśli nie dla siebie, to na sprzedaż. Najpopularniejszym trunkiem powstającym w domowych destylarniach był brännvin ("palone wino") przypominający brandy oraz aquavit, do którego w zależności od regionu dodawano zioła - kozieradkę, lubczyk, kmin, cynamon. I brännvin, i aquavit okazywały się dobre na wszystko - w XV w. wierzono, że przywracają życie zmarłym (aqua vitae - to po łacinie "woda życia"). Nawet jeśli z biegiem czasu ta wiara nieco przygasła, wódka wciąż stanowiła podstawowe lekarstwo na wiele dolegliwości. Jedna z pacjentek doktora Linneusza skarżyła się, że w brzuchu ma trzy żaby, które wyraźnie rechocą. Nie zastosowała się jednak do zaleconej przez niego kuracji picia dziegciu, lecz wolała kurować się brännvinem, który - jak twierdziła - miał na żaby działanie uspokajające. Wódka była także lekarstwem na nieśmiałość w rozmowach z damami, więc żeby sobie dodać odwagi, mężczyźni pili ją przed obiadem, zakąszając śledziami i serami. Wkrótce zwyczaj zakąszania tak się zadomowił, że na stołach pojawiało się coraz więcej przystawek: marynowany łosoś, ikra z sielawy, klopsy, kiełbasy, gęsie piersi. A im więcej przystawek, tym więcej brännvinu. Bezdyskusyjne było także rozrywkowe działanie alkoholu, a poza tym picie usprawiedliwiano chłodną i nieprzyjazną aurą Północy. - Wódka przynależy do szwedzkiego klimatu - mówił w 1818 r. w parlamencie pastor i kaznodzieja Carl Rabe. - Jest korzystna dla spracowanego człowieka, którego członki są zmęczone po pracy; konieczna dla tych, którzy z powodu złego odżywiania kartoflami z solą muszą wytężać swoje siły, aby żonie i dzieciom zapewnić ubogie utrzymanie. I dlaczego odmawiać tej pracującej klasie kilku chwil wytchnienia? Co daje picie do upadłego Co daje picie do upadłego "Chwile wytchnienia" liczone w miesiącach i latach doprowadziły do tego, że naród zaczęły trapić choroby. Jak podaje Laurie Thompson w artykule "Sweden and alcohol" opublikowanym w "Swedish Book Review", w XIX w. przeciętny Szwed wypijał 22 l alkoholu rocznie, a jeśli odliczyć dzieci i osoby niegustujące w mocnych trunkach, wychodziło ok. 2-3 l na tydzień. W Szwecji drastycznie więc wzrosła śmiertelność, rodziło się coraz mniej dzieci, ludzie żyli krócej niż kiedyś. Powoli zaczęto to wiązać z nadużywaniem alkoholu. Już Linneusz w swoich pismach ostrzegał, że picie w dużych ilościach wiąże się z pewnym ryzykiem, ale dopiero w 1849 r. szwedzki lekarz Magnus Huss (1807-90) jako pierwszy dokonał klasyfikacji chorób, które powodował alkohol. To właśnie on był autorem terminu "alkoholizm" dla określenia "przewlekłej, nawracającej choroby spowodowanej nieograniczonym spożywaniem alkoholu w ciągu długiego czasu, która powodowała szereg zaburzeń systemu nerwowego: psychicznych, sensorycznych i motorycznych". Być może Huss słyszał o pracach Benjamina Parsonsa, angielskiego kaznodziei, który w 1840 r. głosił w kazaniach, że "alkohol to niszczyciel, a wszystkie osoby ogarnięte szaleństwem, jakie spotkałem w życiu, piły codziennie". Parsons sporządził listę 42 chorób, które jego zdaniem powodował alkohol; były tam m.in.: zapalenie mózgu i nerek, kołtun, wysypka, mania i podagra. Dopiero jednak w 1960 r. amerykański fizjolog Elvin Morton Jellinek sformułował tezę, że alkoholizm sam w sobie jest chorobą stanowiącą zagrożenie zarówno dla chorego, jak i społeczeństwa. W latach 70. XIX w. w szwedzkich miastach na 1000 mężczyzn powyżej 20. roku życia z powodu alkoholizmu umierało 64. Odpowiadał za to także styl picia Szwedów - pito na umór, często bez okazji, w samotności. Sprzedawcy wódki, łączcie się! Sprzedawcy wódki, łączcie się! Pierwsze restrykcje dotyczące picia alkoholu pojawiły się w Szwecji już w XV w., ale z uwagi na to, że mocny alkohol traktowano także jako składnik prochu strzelniczego - chodziło więc nie tyle o trzeźwość Szwedów, ile o ograniczenie zużycia zboża potrzebnego do celów wojskowych. W XVIII w. sytuacja uległa zmianie. W mieście Växjö lekarze, konserwatywni ziemianie, działacze społeczni i sufrażystki doszli do wniosku, że społeczeństwo trzeba otrzeźwić, i w 1819 r. założyli pierwsze towarzystwo abstynenckie. Kolejne powstawały we wszystkich szwedzkich miastach, picie stało się grzechem, niepicie zaczęło świadczyć o moralności, a żadna szanująca się partia polityczna nie śmiałaby powiedzieć, że nie popiera walki z alkoholizmem. W 1855 r. wprowadzono zakaz prywatnej produkcji alkoholu, który był jednak nagminnie łamany, więc władze Göteborga (Gothenburg) wpadły na nowatorski pomysł: przyznały koncesję na sprzedaż alkoholu tym, którzy przystąpili do korporacji i zgodzili się czerpać zyski na poziomie 5 proc. rocznie, a resztę odprowadzać do kasy miasta. Zebrane w ten sposób fundusze zaczęły zasilać biblioteki, muzea, parki i budynki użyteczności publicznej. Za przykładem Göteborga poszło wiele innych szwedzkich miast, a nawet Szkocja, gdzie puby zrzeszone w systemie göteborskim nosiły w skrócie nazwę The Goths. Król wódki Król wódki Kiedy w XIX w. ruchy nawołujące do trzeźwości w Skandynawii, ale też w innych regionach Starego Kontynentu i Ameryki zaczęły odgrywać coraz większą rolę, w Szwecji pewien pomysłowy przedsiębiorca w 1879 r. opracował nową metodę destylowania alkoholu - rektyfikację. Jego wielokrotnie destylowana wódka, która - jak zachwalał - wytwarzana była jedynie z zimowej odmiany pszenicy i wody pochodzącej z tylko jednego źródła głębinowego, zaczęła robić furorę. Lars Olsson Smith nie miał przy tym zamiaru podporządkowywać się ograniczeniom obowiązującym w Sztokholmie i nie wystąpił o koncesję na sprzedaż swoich trunków w stolicy. Zamiast tego przeniósł produkcję na wyspę Reimersholme, gdzie władza Sztokholmu nie sięgała, a ewentualnym kupującym oferował darmowy prom tam i z powrotem. Nowatorskie posunięcie marketingowe przyniosło mu taki sukces, że został okrzyknięty "królem wódki". Pod koniec wieku Smith zaczął eksportować swój trunek i stał się bogaczem, jednak zbyt duży rozmach inwestycyjny spowodował, że stracił całą fortunę. Potem znowu ją odzyskał i ponownie stracił. Kiedy umarł w 1913 r., był bez grosza. Spadkobiercom zostawił tylko długi, procesy sądowe i pełne goryczy listy, ale marka Absolut, którą stworzył, przetrwała do dziś. Pieczątka za picie Pieczątka za picie Jeszcze za życia Smitha, w 1911 r., czyli sześć lat wcześniej niż w Stanach Zjednoczonych, w Szwecji powołano komisję rządową mającą przygotować ustawę o prohibicji. Zanim jednak doszło do narodowego referendum w tej sprawie, na arenie walki o trzeźwość narodu pojawił się Ivan Bratt - lekarz i członek towarzystwa abstynenckiego, który jako alternatywę wobec prohibicji zaproponował w 1914 r. indywidualną kontrolę spożycia alkoholu. Przekonał do swojego pomysłu Sztokholm i w 1919 r. system Bratta zaczął obowiązywać w całym kraju. Bratt podchodził do problemów z piciem naukowo, widząc w nim zagrożenie raczej dla zdrowia niż moralności. Miał przy tym poparcie lekarzy, dziennikarzy i liderów partii socjalistycznych. Według systemu Bratta dorosły mieszkaniec Szwecji powyżej 25. roku życia, który chciał kupić wino, wódkę czy mocne piwo, musiał okazać motbok - osobistą książeczkę, w której zapisywano i potwierdzano pieczątką każdy litr kupionego alkoholu. I nie wolno mu było przekroczyć limitu przyznanego na osobę. Nie wszyscy mogli dostać motbok będący usankcjonowaną przez państwo zgodą na picie. Zależało to od dochodu, zamożności, płci i pozycji społecznej. O ile samotne kobiety mogły liczyć na przyznanie ograniczonego limitu na zakup alkoholu, o tyle mężatka nie dostawała już własnego motboka, jeśli posiadał go mąż. Mężczyźni i zamożniejsi obywatele mieli wyższe limity i tym samym prawo do picia większej ilości alkoholu niż kobiety i biedacy, a podejrzani o alkoholizm nie dostawali motboków w ogóle. Próba przekroczenia limitu skutkowała odebraniem książeczki. 31 grudnia 1948 r. przeciętny miesięczny limit zakupu alkoholu na osobę wynosił 1,82 l, ale kiedy system Bratta okazał się skuteczny - zmniejszyła się liczba śmiertelnych przypadków spowodowanych piciem, a sprzedaż alkoholu zmalała - limit spożycia alkoholu przyznany przez państwo wzrósł do 3 l na osobę miesięcznie. Prohibicji mówimy: Nej! Prohibicji mówimy: Nej! Ivan Bratt nazywany jest człowiekiem, który uratował Szwecję przed prohibicją - wprowadzenia całkowitego zakazu sprzedaży alkoholu domagały się już od połowy XIX w. partie socjalistyczne i środowiska Kościołów protestanckich lub sekt religijnych. Wreszcie 22 sierpnia 1922 r. przeprowadzono referendum w sprawie prohibicji, która obowiązywała u sąsiadów: w Finlandii, Norwegii i na Islandii, a także w USA. Tego, że nie tylko nie ograniczy pijaństwa, ale spowoduje również rozwój przemytu alkoholu i wzrost przestępczości - nikt raczej nie przewidywał. Tuż przed głosowaniem przeciwnicy prohibicji, którzy uważali, że wystarczy tylko perswazja, i zwolennicy, którzy woleli twarde prawo, walczyli na płomienne przemówienia i plakaty. Jeden z nich przedstawiał pijanego mężczyznę, który padł na schodach przed domem tuż przed żoną otwierającą mu drzwi. Widniejące u dołu hasło nawoływało: "Wieczór wypłaty. Głosuj na tak!". Paradoksalnie podczas dyskusji: pić czy nie pić, spożycie alkoholu drastycznie spadło i wydawało się, że referendum w ogóle nie będzie potrzebne. - Przeprowadzono je jednak - twierdzi szwedzki historyk Lennart Johansson - żeby zapobiec konfliktom na szczytach władzy, a decyzję zostawić społeczeństwu, które najwyraźniej uznało, że system Bratta wystarczy do kontrolowania pijaństwa. Zwolennicy prohibicji przegrali 49,3 proc. do 50,7 proc. Alkohol z państwowej sieci Alkohol z państwowej sieci Alkoholizm, a nawet tylko "inklinacja do nielegalnej sprzedaży alkoholu" jako zachowania aspołeczne stały się w latach 30. XX w. podstawą do przymusowej sterylizacji, którą Szwecja prowadziła w ramach eugeniki. Ta pseudonauka zakładała, że dzięki systemowi kontroli urodzeń można stworzyć człowieka zdrowego, silnego, o określonym wyglądzie i "czystego rasowo". Szwecja przez ponad 40 lat (1934-77) prowadziła politykę przymusowej albo wymuszonej szantażem sterylizacji wyrzutków społecznych, chorych psychicznie czy ubogich. Forsowała ją w parlamencie głównie Szwedzka Socjaldemokratyczna Partia Robotnicza i dopiero w latach 90. XX w. wyszło na jaw, że przez te 40 lat wysterylizowano w Szwecji z różnych powodów 63 tys. osób. Podobne programy prowadziły także USA, Szwajcaria, Holandia, Australia, Kanada i nazistowskie Niemcy. W 1955 r. w szwedzkiej polityce antyalkoholowej nastąpił przełom - zrezygnowano z systemu Bratta i jego motboków. Każdy mógł wypić tyle alkoholu, ile chciał, niemniej monopol na jego wyrób i sprzedaż przeszedł w ręce państwa. Wódkę, wino i piwo zaczęto sprzedawać jedynie dorosłym powyżej 20. roku życia, po bardzo wysokich cenach i tylko w specjalnej sieci sklepów skupionych w Systembolaget, otwartych do godziny 18 i nieczynnych w weekendy. Można tam było kupować tylko pojedyncze butelki (żadnych sześciopaków), a okazji typu "Kup |1 puszkę, a drugą dostaniesz za połowę ceny" zakazano. Żadnego produktu nie wolno było faworyzować, co skutkowało m.in. tym, że nie schładzano piwa, bo trzeba byłoby chłodzić każdą butelkę, a to wiązało się z dużymi kosztami. Z kolei restauracje, które dostały zgodę na sprzedaż alkoholu, mogły go serwować tylko z jedzeniem, a napoczętej butelki klient nie mógł ze sobą zabrać. Dochodziło do sytuacji, kiedy klienci zamawiali proste posiłki, np. jedno jajko, którego nie jedli. Mimo że sklepów Systembolaget było bardzo niewiele - dziś jest ich około 420 na 10 mln Szwedów - to jednak rezygnacja z racjonowania alkoholu systemem Bratta spowodowała, że pito trzykrotnie więcej, a do 1960 r. przypadki delirium tremens wzrosły ze 160 za czasów motboków do 700 rocznie. Dziś Szwedzi piją nieco mniej niż reszta Europy - około 11 l na mieszkańca rocznie (w Europie jest to średnio 13 l). Systembolaget i wysokie ceny powodują, że aby się napić, jeżdżą za granicę albo przemycają alkohol. Ich samochody wjeżdżające na prom ważą czasem o pół tony więcej, niż powinny, ale wejście Szwecji do Unii Europejskiej znacznie osłabiło czujność celników. Podróżujący po Szwecji turysta z łatwością dostrzeże natomiast małe domki letniskowe pobudowane na wysepkach na jeziorach, z dala od miast. Rzadko służą one wypoczynkowi, są to raczej prywatne bimbrownie, w których starym zwyczajem pędzi się brännvin na własne potrzeby. Proceder jest co prawda zakazany, ale Szwedzi trzymają sztamę i się nie denuncjują. Szwedzki styl picia wódki? Na umór i nierzadko w samotności. Od ponad 150 lat kolejne szwedzkie rządy walczą o to, żeby obywatele pili mniej, ale nigdy nie wprowadziły prohibicji.

  • Teleturniej wszech czasów

    [ TAH RP ] - Ale Historia RADOSŁAW NAWROT 25-05-2015

    Stanisława Ryster zawsze siadała na fotelu nieco na ukos, zakładała nogę na nogę, chwytała włącznik, którym przełączała na zmianę muzykę w słuchawkach graczy, i zaczynała czytać pytanie. Gdy kończyła, następowało zwykle coś, co we współczesnej telewizji jest niedopuszczalne: cisza, bo na odpowiedź uczestnicy mieli nawet dwie i pół minuty. Czasem, gdy minął już czas na zastanowienie się, rozpromieniony zawodnik natychmiast udzielał prawidłowej odpowiedzi. Ale zdarzało się, że w tej ciszy tężał i widać było, iż z każdą sekundą dochodzi do niego coraz bardziej wyraźnie myśl: "Tyle lat starań i wszystko na marne". W długiej kolejce do gry W długiej kolejce do gry Od 1962 r. przez kolejne 44 lata teleturniej "Wielka gra" ściągał w weekendy przed ekrany - najpierw co miesiąc, a od połowy lat 70. co dwa tygodnie - wielomilionową widownię. Aż w lipcu 2006 r. ówczesny prezes TVP Bronisław Wildstein zdjął go z ramówki jako symbol peerelowskiej telewizji. Uczestnicy i miłośnicy teleturnieju protestowali, słali petycje, grozili pozwami, Wildstein musiał nawet odpowiadać na sejmową interpelację. Tłumaczył, że spadła oglądalność teleturnieju, i pewnie rzeczywiście tak było, bo emisję przesuwano na coraz mniej atrakcyjne godziny - z godz. 17 na przed 15, a potem po 10.30. Jeden z uczestników teleturnieju, prawnik z Łodzi, stwierdził, że telewizja złamała publiczne przyrzeczenie, gdyż wiele osób, które przebrnęły przez eliminacje, czekało w kolejce na swoją grę. Niektórzy może nawet i kilkanaście lat, bo procedura związana z udziałem była skomplikowana. Najpierw przyjeżdżało się do Warszawy na eliminacje odbywające się w budynku TVP przy ul. Woronicza (a z czasem w pobliskiej szkole). Składały się z dwustopniowego testu z pytaniami znacznie trudniejszymi od padających potem na wizji. Na przykład uczestnicy eliminacji z tematu "Zwierzęta kopytne świata" musieli wiedzieć, ile pierścieni na rogach miał ridbok górski, a specjaliści od Piastów - za ile grzywien srebra książę Konrad I głogowski uzyskał od biskupa wrocławskiego uwolnienie od nałożonej klątwy. Uczestników, którzy uzyskali najlepszy wynik, Stanisława Ryster zapraszała na występ w telewizji, przy czym kolejność z reguły ustalała sama. Wszyscy marzyli o tym, żeby się załapać do pierwszej pary, zdarzało się bowiem, że testy przechodziło wiele osób i redaktor Ryster formowała z nich nawet kilkanaście par. Te z dalszymi numerkami nie miały szans na szybkie pojawienie się w telewizji i musiały czasem czekać latami. Najważniejszy dzień życia Najważniejszy dzień życia W eliminacjach startowali urzędnicy, kierowcy, prawnicy i nauczyciele, mniej było inżynierów i lekarzy. W większości zgłaszali się pasjonaci, dla których nagroda pieniężna stanowiła tylko dodatek, bo największą frajdą była możliwość sprawdzenia się - opowiadał uczestniczący w proteście Wojciech Goliat, jeden z laureatów. Niektórzy z uczestników wygrywali kilkanaście razy. Rekordzista Jan Wolniakowski z Kokoszek pod Poznaniem, pracownik poznańskiej Fabryki Łożysk Tocznych, aż 18-krotnie w tematyce związanej z literaturą. Twierdził, że ma pamięć fotograficzną, zapamiętuje wszystko, co przeczyta i zobaczy. Twórcy teleturnieju nie faworyzowali ludzi o wiedzy encyklopedycznej, ale raczej stawiali na hobbystów, którzy stali się specjalistami w jakiejś dziedzinie, nierzadko dorównującymi ekspertom układającym pytania. - To był jedyny teleturniej, na który publiczność przychodziła z własnej woli, a nie z łapanki - mówiła Stanisława Ryster. - Na trybunach nie było wrzasków czy sterowanego aplauzu. "Wielka gra" łączyła wiedzę z rozrywką i nieomal hazardem. Potrafiła wytworzyć napięcie wokół specjalistycznej wiedzy. Dla wielu wygranie "Wielkiej gry" było wielkim marzeniem. W filmie "Najważniejszy dzień życia" z 1974 r. reporter Polskiego Radia pyta o ten dzień na ulicy przechodniów, a jedną z zaczepionych jest Melania Kicała grana przez Ryszardę Hanin. Mieszka z wnukiem, córką i zięciem, typowym małżeństwem warszawskich intelektualistów, którzy sprowadzają babcię do roli kury domowej i nie widzą w niej partnerki do rozmów innych niż dotyczących tego, co będzie na obiad. Melania zgłasza się do gry z tematu "Mity greckie". - Jak panu powiem, że najważniejszy dzień mojego życia to 28 stycznia 1973 r., to się pan pewnie uśmieje. Wtedy wygrałam "Wielką grę" - mówi. Szał teleturniejów Szał teleturniejów "Wielką grę " sprowadził do Polski Ryszard Serafinowicz (używał też imienia Zbigniew), krewny słynnego poety Jana Lechonia z grupy Skamander. W początkach polskiej telewizji był największym specjalistą od teleturniejów, i to on w 1962 r. wystarał się o licencję programu "Double Your Money" emitowanego wówczas z sukcesami w Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy kopiowali z kolei amerykański "The $64,000 Challenge", który w latach 1955-58 bił w USA rekordy oglądalności, aż zmiotła go afera, kiedy się okazało, że przed nagraniem uczestnikom po cichu przekazywano odpowiedzi na pytania. O tym jednym z największych skandali w dziejach telewizji opowiada film "Quiz Show" Roberta Redforda z Johnem Turturro w roli laureata. Ryszard Serafinowicz słusznie założył, że także w Polsce kibicowanie odpowiadającym na pytania zawodnikom będzie się cieszyło wielkim zainteresowaniem. To były w polskiej telewizji złote czasy teleturniejów - pierwszy, "Krzyżówka z papugą", TVP pokazywała od 1958 r. niemal równolegle z wysypem tego typu programów w telewizjach zachodnich. "Paradę kłamców i blagierów" Serafinowicz uruchomił w 1960 r., a prowadziła ją Joanna Rostocka. Występowała ona także w półgodzinnym teleturnieju "Śladami Pitagorasa", który pojawił się rok później, a do którego zagadki układał Bogdan Miś, matematyk, znany dziennikarz i propagator nauki. W 1961 r. wielkim hitem stał się teleturniej "Kółko i krzyżyk" wymyślony w całości przez Serafinowicza - nagrodą był czarno-biały telewizor Belweder, marzenie wielu Polaków. Kosztował 7 tys. zł - mniej więcej trzy średnie pensje. Z czasem pojawiły się kolejne teleturnieje: "Drzewko mądrości" dotyczące wydarzeń na świecie, "Wiem wszystko" dla omnibusów oraz "21" na licencji amerykańskiej, wykorzystujący zasady gry w oczko. I wreszcie teleturniej "20 pytań", w którym należało odgadnąć hasło po zadaniu prezenterowi maksymalnie 20 pytań. Ten ostatni został zdjęty we wrześniu 1962 r. w atmosferze skandalu, bo uczestniczący w nim matematycy wymyślili algorytm umożliwiający odgadnięcie hasła po 18 pytaniach - zastosowali tzw. metodę bisekcji polegającą w uproszczeniu na zadawaniu pytań zawężających obszar poszukiwań do coraz mniejszych fragmentów słownika. Serafinowicz myślał, czym zastąpić "20 pytań", i wtedy wpadł na pomysł, by kupić licencję "Double Your Money". Teleturniej dotarł do Polski okrężną drogą, z Włoch, i został nazwany "Wielka gra". Wszystko, tylko nie sport Wszystko, tylko nie sport Teleturniej został wyemitowany po raz pierwszy w listopadzie 1962 r. i z miejsca przebił wszystkie inne. Główna wygrana, którą Serafinowicz długo negocjował z Radiokomitetem, wynosiła 25 tys. zł, czyli stanowiła mniej więcej równowartość średnich zarobków rocznych. Telewizja nadawała program - początkowo na żywo - raz w miesiącu, w ostatnią niedzielę zarezerwowaną dla tego typu rozrywek. Na początku jeden uczestnik, obowiązkowo niezwiązany zawodowo z tematem, zamknięty w szklanej kabinie, ze słuchawkami na uszach, odpowiadał na pytania z wybranej dziedziny: historii, geografii, literatury, muzyki, sztuki, z czasem także zoologii, marynistyki, a nawet kosmologii. Nigdy w "Wielkiej grze" nie pojawił się sport - mimo apeli jego pasjonatów. Władza tylko trzykrotnie narzuciła tematy politycznie poprawne: "Historia gospodarcza w 30-leciu PRL", "Polityka zagraniczna PRL w latach 1945-1980" i "Kultura w 40-leciu PRL". Jednak gdy oglądalność "Wielkiej gry" osiągnęła szczyt, nagle okazało się, że Ryszard Serafinowicz musi z Polski wyjechać. Urodzony w 1924 r. dziennikarz pochodził z Wileńszczyzny, w czasie wojny był członkiem grup szturmowych Szarych Szeregów, a potem żołnierzem słynnego oddziału "Agat" (później "Pegaz", a podczas powstania warszawskiego - "Parasol") stworzonego przez Kierownictwo Dywersji (Kedyw) Komendy Głównej Armii Krajowej. Oddział przeprowadzał najtrudniejsze akcje, najsłynniejszą - udany zamach na Franza Kutscherę, szefa SS i Gestapo w dystrykcie warszawskim Generalnego Gubernatorstwa - 1 lutego 1944 r. (Serafinowicz nie brał w niej udziału). Ale nie za akowską przeszłość popularny prezenter musiał opuścić Polskę, lecz z powodu antysemickiej nagonki rozpoczętej przez władze w 1968 r. Tyle że Serafinowicz miał korzenie tatarskie, a nie żydowskie. Jan Lechoń (czyli tak naprawdę Leszek Serafinowicz), kuzyn ojca Ryszarda, posługiwał się herbem Pobóg nadanym Tatarom żmudzkim osadzonym w kraju w epoce jagiellońskiej. W 1969 r. Serafinowicz wyjechał do Włoch, a następnie do Kanady, gdzie objął sekcję polską Radia Kanada. Zmarł na białaczkę trzy lata po wyjeździe z kraju. Hrabina Joanna Hrabina Joanna Redakcją teleturniejów, choć formalnie nadal szefował jej Serafinowicz, jeszcze przed jego wyjazdem zaczęła kierować Joanna Rostocka - blondwłosa gwiazda telewizyjnego ekranu, sanitariuszka z powstania warszawskiego i hrabianka (z domu Melentowiczówna). I choć była żeńskim rodzynkiem w redakcji, to męski skład posługiwał się nawet przy niej dość ordynarnym językiem. Nie mogąc tego znieść, ustawiła kiedyś w redakcji dzban, do którego za każde przekleństwo należało wrzucić 5 zł. Jak wspomina na swoim blogu Bogdan Miś (Bogdan.wordpress.com), dzban zabrała, gdy któregoś dnia Serafinowicz powitał go publicznie słowami: - W związku z twoją wczorajszą wypowiedzią chcę ci powiedzieć, drogi kolego: psi narząd płciowy ci między pośladki oraz podobny w grób w miejsce krzyża i żeby mi się to, mamusia twoja lekko się prowadziła, więcej nie powtórzyło. Od wyjazdu Serafinowicza to właśnie Rostocka stała się twarzą "Wielkiej gry". Telewidzowie lubili ją m.in. za okazywanie na wizji emocji - zdarzało się jej podskakiwać z radości, gdy ktoś wygrał. W grudniu 1970 r. I sekretarzem PZPR został Edward Gierek, który szefem Radiokomitetu mianował Macieja Szczepańskiego, redaktora naczelnego "Trybuny Robotniczej". Za jego czasów telewizja bardzo się zmieniła, na Zachodzie kupiono nowoczesny sprzęt, zaczęła się też m.in. produkcja programów rozrywkowych wzorowanych na emitowanych w zachodnich stacjach. Przede wszystkim jednak TVP realizowała główne zadanie, czyli chwaliła politykę partii, stając się główną tubą gierkowskiej "propagandy sukcesu". W telewizji Szczepańskiego Polska wyglądała jak potęga gospodarcza i kraj ludzi szczęśliwych - w czerwcu 1976 r. szef Radiokomitetu osobiście potępił z ekranu uczestników protestów robotniczych w Ursusie i Radomiu. Szczepańskiego, miłośnika wystawnych imprez, safari i żeglarstwa, nazywano na Woronicza "Krwawym Maćkiem", bo dokonał czystki, wyrzucając z telewizji ponad 400 osób. Prezenter pogody Czesław Nowicki, zwany "Wicherkiem", wyleciał za zapowiedziane na 1 maja "burze nadchodzące ze wschodu". Witold Zadrowski z programu "Parnasik" - za puszczenie przemówienia Józefa Piłsudskiego w dniu wizyty radzieckiego przywódcy Leonida Breżniewa. A Joanna Rostocka została zwolniona za wisiorek. Stanisława przejmuje ster Stanisława przejmuje ster O tym zwolnieniu przy Woronicza krążyły legendy. Według jednej z wersji zdecydowała uroda Rostockiej, w której zakochał się członek ekipy realizującej "Wielką grę". Odrzucony zazdrośnik podobno podczas emisji teleturnieju w maju 1973 r. zrobił zbliżenie na jej szyję, na której znajdował się wisiorek z krzyżykiem. W każdym razie Szczepański go zobaczył. Miałem ten naszyjnik w ręku. Jest to wisiorek, w którego kształcie na siłę można się dopatrywać podobieństwa do krzyżyka. Pokazałem mu Po zwolnieniu Rostockiej "Wielką grę" zaczęła prowadzić Stanisława Ryster, która czytała uczestnikom pytania przez 33 lata. Prowadziła program twardą ręką. - Skończyło się - powiedziała kiedyś do zawodników - przychodzenie do ludzi do domów w niedzielę w porze obiadowej bez marynarki lub żakietu u pań. Kto ich nie ma, nie wystąpi! Teleturniej przeszedł gruntowne zmiany, za którymi stał Wojciech Pijanowski, specjalista od gier logicznych i teleturniejów. W późniejszych latach tworzył lub współtworzył znane programy i teleturnieje, m.in. "Jarmark", "Koło fortuny", "Magię liter" czy "1000 pytań". Wymyślił też formułę "Wielkiej gry", która obowiązywała od połowy lat 70. aż do ostatniej emisji programu. W teleturnieju startowało dwóch zawodników, którzy musieli odpowiedzieć na 20 lub więcej pytań, jeśli pojedynek pozostawał nierozstrzygnięty. Zwycięzca już samotnie walczył w kolejnych etapach aż do finału, odpowiadając na dziewięć pytań trzech ekspertów, a następnie wybierając pytania z koła (Pijanowski najwyraźniej je lubił). Gdy przebrnął przez te wszystkie etapy, odzywały się fanfary. Nagrywany odcinek obejmował maksymalnie trzy tematy, choć trzeci często się nie mieścił. Bywało, że pojedynek okazywał się nierozstrzygnięty, wtedy należało rozegrać go ponownie. Pojawiały się też reklamacje. Szczególnie niewdzięczna była rola rezerwowego, np. gracza, który po eliminacjach dostał od Stanisławy Ryster numerek trzeci - musiał przyjechać na nagranie z pełną świadomością, że raczej nie zagra. Przypadki, by rezerwowy wszedł do gry, zdarzały się sporadycznie, np. gdy jeden z zawodników zasłabł przed wejściem do studia, ktoś miał wypadek albo spóźnił mu się pociąg. Sam startowałem w "Wielkiej grze" kilka razy, przeżyłem wszystkie możliwe sytuacje: przebrnąłem przez eliminacje, byłem rezerwowym, zremisowałem w pojedynku jeden na jednego, odwoływałem się i w końcu wygrałem. Z tematu "Fauna wysp". Pierwszy prowadzący "Wielką grę" musiał wyjechać z Polski podczas antysemickiej nagonki w 1968 r. Jego następczyni wyleciała z pracy za wisiorek w kształcie krzyżyka, który nosiła na wizji. Ostatecznie słynny teleturniej zniknął z ekranów, bo prawicowemu prezesowi TVP kojarzył się z minionym systemem.

  • WARTO OBEJRZEĆ

    [ TAH RP ] - Ale Historia RED 25-05-2015

    ARKADY FIEDLER - CZŁOWIEK BEZ PASZPORTU ARKADY FIEDLER - CZŁOWIEK BEZ PASZPORTU PIĄTEK 14:50 | TVP HISTORIA | FILM DOKUMENTALNY, POLSKA 2013 Arkady Fiedler (1894-1985) odbył około 30 wypraw do Ameryki Północnej i Południowej, Afryki i Azji Południowo-Wschodniej. Napisał 32 książki, które ukazały się w 23 językach w przeszło 10-milionowym nakładzie. Film opowiada o mało znanych losach popularnego pisarza i podróżnika. Wybuch drugiej wojny zastał go w podróży po drugiej stronie globu. Gdy w 1949 r. wrócił do Polski, okazało się, że jego książki nie pasują do socrealistycznej sztancy. Z synami urodzonymi w Londynie i żoną Włoszką niemówiącą po polsku nie miał za co żyć. ROCKY BALBOA, TAJNA BROŃ REAGANA ROCKY BALBOA, TAJNA BROŃ REAGANA SOBOTA 22:00 | PLANETE+ | FILM DOKUMENTALNY, FRANCJA 2014 Czy popkultura wpłynęła na wynik zimnej wojny? Czy film, w którym jest więcej ciosów niż dialogów, może być filmem politycznym? Dimitri Kourtchine, Rosjanin od ponad 30 lat mieszkający w Paryżu, uważa, że tak. Tłumaczy to na przykładzie kinowego przeboju z 1985 r. "Rocky 4". Amerykański bokser grany przez Sylvestra Stallone jedzie do ZSRR, by stoczyć walkę z radzieckim człowiekiem maszyną. Ich pojedynek staje się starciem dwóch ideologii, a zwycięstwo Rocky?ego ma propagandowy wydźwięk. KOCHAĆ CZY NIENAWIDZIĆ KOCHAĆ CZY NIENAWIDZIĆ PONIEDZIAŁEK 23:45, WTOREK 13:15 | TVP HISTORIA | FILM DOKUMENTALNY, POLSKA 2008 W latach 1947-53 do Australii przyjechało około 65 tys. polskich emigrantów. Pierwsze dwa lata spędzili w obozach na Tasmanii, pracując po 10 godzin dziennie, by zdobyć prawo do ubiegania się o prawo stałego pobytu. Wspólne trudy skonsolidowały na lata australijską Polonię. DUOMO - KATEDRA W SERCU FLORENCJI DUOMO - KATEDRA W SERCU FLORENCJI ŚRODA, 15.55, PIĄTEK 22.00 | FOKUS TV | FILM DOKUMENTALNY, USA 2013 Wspaniałą kopułę florenckiej katedry Santa Maria del Fiore zaprojektował Filippo Brunelleschi (1377-1446), rzeźbiarz, inżynier i wizjoner, który znalazł sposób na to, by do jej budowy nie stosować rusztowań. Technologia była tak nowatorska, że nikt nie umiał jej skopiować. Udało się to dopiero w czasach rewolucji przemysłowej. MOJA AMERYKA BĘDZIE TUTAJ MOJA AMERYKA BĘDZIE TUTAJ CZWARTEK 14:20, PIĄTEK 0:05 | TVP HISTORIA | FILM DOKUMENTALNY, POLSKA 1992 Zygmunt Warszawer stracił w Holocauście całą rodzinę, a przeżył dzięki polskim sąsiadom, którzy ukrywali go przez dwa lata. Po wojnie mógł wyjechać do Nowego Jorku, ale pozostał w Polsce. Co tydzień dwa dni spędzał u przyjaciół, którzy go ocalili. Film jest zapisem jednego z takich wyjazdów. BERLIN NA PODSŁUCHU BERLIN NA PODSŁUCHU CZWARTEK 23:00 | DISCOVERY HISTORIA | FILM DOKUMENTALNY, WIELKA BRYTANIA 2011 Rok 1954, trwa zimna wojna. Amerykanie i Brytyjczycy wykopali 500-metrowy tunel pod Berlinem, by podłączyć się pod kabel telefoniczny łączący radzieckie dowództwo z Kremlem. Alianci nie wiedzieli, że zostali namierzeni i przez trzy lata otrzymywali spreparowane informacje dezinformujące ich służby. BANK LADY BANK LADY SOBOTA 18:00 | ALE KINO | FILM KRYMINALNY, NIEMCY 2013 Gisela Werler (1934-2003) wspólnie z mężem dokonała 19 napadów na bank. Wcześniej, do 30. roku życia, mieszkała z rodzicami i pracowała w fabryce dywanów. Nieoczekiwana miłość sprawiła, że banalne życie zamieniła na los wspólniczki rabusia ściganego przez policję. ARKADY FIEDLER - CZŁOWIEK BEZ PASZPORTU ARKADY FIEDLER - CZŁOWIEK BEZ PASZPORTU PIĄTEK 14:50 | TVP HISTORIA | FILM DOKUMENTALNY, POLSKA 2013 Arkady Fiedler (1894-1985) odbył około 30 wypraw do Ameryk

  • WYDARZENIA W SKRÓCIE

    [ DLO KA ] - Strony Lokalne Katowice LUK 25-05-2015

    Śmierć w lokalu wyborczym Śmierć w lokalu wyborczym 80-letnia kobieta, która przyszła wczoraj zagłosować, zasłabła w lokalu wyborczym. Jak informuje Rafał Domagała, rzecznik cieszyńskiej policji, do zdarzenia doszło ok. 17.30. 80-letnia mieszkanka miejscowości Kowale w powiecie cieszyńskim zasłabła i straciła przytomność, jeszcze zanim zdążyła pobrać kartę do głosowania. - Osoby, które były w lokalu, natychmiast podjęły akcję reanimacyjną, wezwano też pogotowie. Kobiety nie udało się jednak uratować - informuje Domagała. Lokal wyborczy w Kowalach był zamknięty od 17.30 do 19. W związku z tym Państwowa Komisja Wyborcza zdecydowała o przedłużeniu tam głosowania o półtorej godziny. Z tego powodu wydłużyła się także cisza wyborcza w całym kraju. Śmierć w lokalu wyborczym Śmierć w lokalu wyborczym 80-letnia kobieta, która przyszła wczoraj zagłosować, zasłabła w lokalu wyborczym. Jak informuje Rafał Domagała, rzecznik cieszyńskiej policji, do

  • Druga tura wyborów przebiegała spokojnie

    [ DLO RA ] - Strony Lokalne Radom TOMASZ DYBALSKI 25-05-2015

    - Duży ruch zrobił się przed godz. 11. Momentami tworzą się kolejki po odbiór kart do głosowania, ale to nas cieszy, że wyborcy głosują - mówiła Monika Grzyb, przewodnicząca komisji nr 48 na Ustroniu. W tym samym lokalu po godz. 13 głos oddała premier Ewa Kopacz. Tym razem nie powiedziała nic dziennikarzom, zasłaniając się ciszą wyborczą. Do urn szły całe rodziny, a wyborcy zgodnie mówili, że spełniają swój obowiązek. - Przyszliśmy z dziećmi, żeby uczyć je tego, że głosować trzeba. Do tego wrzucenie karty do urny to dla nich frajda - mówili po głosowaniu pani Monika i pan Grzegorz. Do południa frekwencja w Radomiu była najniższa w regionie i wynosiła 13,47 proc. Ruch w lokalach wyborczych zrobił się po południu. I o godz. 17 frekwencja wyniosła 40,31, czyli była dużo wyższa niż w czasie pierwszej tury (dwa tygodnie temu - 32,56 proc.). Najwięcej wyborców do godz. 17 poszło do urn w Klwowie (51,34 proc.) i Odrzywole (50,04 proc.), najniższa frekwencja była w Solcu nad Wisłą (33,33 proc.) i w Chotczy (33,35 proc.). ---------- Więcej na radom.wyborcza.pl Lokale wyborcze zostały otwarte o godz. 7, ale radomianie tłumnie zaczęli chodzić do urn przed południem.

  • Pati Cze z big-bandem Mundana

    [ DLO RA ] - Strony Lokalne Radom RED 25-05-2015

    Dziś piąty koncert z cyklu "Radomscy muzycy z big-bandem Mundana". Tym razem z Mundaną wystąpi Pati Cze, czyli Patrycja Kawęcka-Czerska, niezwykle zdolna wokalistka, która zaprezentuje się w swoim popowo-jazzowym repertuarze. Koncert odbędzie się w NOT (ul. prof. Krukowskiego 1, dawna Struga 7A), początek o godz. 18. Wstęp wolny. Dziś piąty koncert z cyklu "Radomscy muzycy z big-bandem Mundana". Tym razem z Mundaną wystąpi Pati Cze, czyli Patrycja Kawęcka-Czerska, niezwykle zdolna wokalistka, która zaprezentuje się w swoim po

  • Legia wymęczyła zwycięstwo

    [ DLO SZ ] - Strony Lokalne Szczecin 25-05-2015

    O zwycięstwie Legii w Szczecinie zdecydował błąd obrony Pogoni. W 76. min nieporozumienie obrońców z bramkarzem sprawiło, że Orlando Sa dostał piłkę przed pustą bramką i musiał to wykorzystać. To była jedyna bramka meczu. Szczecinianie na tle mistrzów Polski zaprezentowali się dobrze. Imponowali zaangażowaniem i wysokim pressingiem. Relacja i zdjęcia na szczecin.wyborcza.pl O zwycięstwie Legii w Szczecinie zdecydował błąd obrony Pogoni. W 76. min nieporozumienie obrońców z bramkarzem sprawiło, że Orlando Sa dostał piłkę przed pustą bramką i musiał to wykorzystać. To był

  • NFZ nie słucha wyroków

    [ DLO KA ] - Strony Lokalne Katowice JUDYTA WATOŁA 25-05-2015

    Centrum św. Łukasza w Częstochowie otrzymało kontrakt na oddział noworodkowy i położniczy. W momencie kiedy NFZ podpisywał z nim umowę, twierdził, że spełnia wszystkie wymogi, w tym jako szpital, który nie ma oddziału intensywnej terapii, ale ma stanowisko wyposażone w sprzęt do ratowania życia i zapewnia chorym transport do szpitala, który ma intensywną terapię. Wymóg ten dotyczy zarówno dorosłych, jak i noworodków. Intensywna terapia powinna się znajdować nie dalej niż w sąsiednim powiecie. Problem w tym, że oddziałów intensywnej terapii noworodków jest w województwie tylko siedem. Jest więc jasne, że nie wszystkie z kilkudziesięciu porodówek w województwie mają taki oddział w sąsiedztwie, zwłaszcza że śląski NFZ uznaje, iż sąsiedni powiat to tylko taki, z którym się graniczy. NFZ tolerował i nadal toleruje tę sytuację. Wyjątkiem jest Centrum św. Łukasza, z którym zerwał umowę bez wypowiedzenia. Centrum św. Łukasza miało wprawdzie umowę ze szpitalem w Radomsku, w którym jest intensywna terapia. NFZ uznał jednak, że skoro Częstochowa (miasto na prawach powiatu) nie graniczy z powiatem radomskim, ponieważ oddziela je powiat częstochowski (ziemski), to taka umowa się nie liczy. Tomasz Kołodziejski, szef Centrum św. Łukasza, poskarżył się centrali NFZ. Na próżno. Kołodziejski oddał sprawę do sądu. Wstępny wyrok zapadł 28 sierpnia 2014 roku. Sąd Rejonowy w Katowicach uznał, że wypowiedzenie umowy było nieskuteczne, ponieważ to na Funduszu spoczywa ustawowy obowiązek zawierania umów na intensywną terapię. Każdy oddział, który ma taki kontrakt z NFZ, nie może odmówić przyjęcia pacjenta w stanie nagłym, jeśli tylko ma wolne miejsca. Jeśli nawet podpisał umowę z innym szpitalem na przyjmowanie jego pacjentów, to i tak nie może trzymać dlań pustych łóżek, kiedy innym trzeba ratować życie. NFZ złożył apelację. Napisał w niej, że sąd pierwszej instancji nie rozpoznał istoty sprawy. Sąd drugiej instancji uznał jednak ten zarzut za chybiony i oddalił apelację. Po pierwsze dlatego, że NFZ nie wymagał w trakcie konkursu umowy gwarantującej chorym z Centrum miejsca na intensywnej terapii w innym szpitalu. Po drugie, nawet jeśli przyjąć, że taka umowa była konieczna, to w ocenie sądu wystarczyła umowa ze szpitalem w Radomsku, bo sąsiednie powiaty zgodnie ze słownikową definicją to powiaty położone blisko siebie, ale niekoniecznie ze sobą graniczące. - Rozwiązanie umowy z Centrum Położniczym "było więc i jest nieskuteczne" - argumentował sędzia, ogłaszając wyrok. Od dwóch miesięcy Kołodziejski domaga się w śląskim NFZ odnowienia kontraktu. Fundusz jest gotów zawrzeć z nim ugodę co do odszkodowania, ale o kontrakcie słyszeć nie chce. "Określenie ?Śląski NFZ nie wykonuje wyroków sądowych? jest bezpodstawne" - odpowiada nam w mailu Małgorzata Doroś, rzeczniczka śląskiego NFZ. I wyjaśnia: "Nie ma przesłanek do twierdzenia, że sąd ustalił nieważność rozwiązania umowy (...) Oczywiste jest, że umowa została wypowiedziana w sposób wiążący. Spór między śląskim NFZ a Centrum dotyczy odszkodowania, a nie ewentualnego ?przywrócenia" umowy, ponieważ została ona wypowiedziana, podkreślam raz jeszcze, w sposób skuteczny". Kołodziejski rozkłada ręce: - To brzmi jak udowadnianie, że białe jest czarne. Nie zamierza jednak ustępować. Złożył już zażalenie w centrali NFZ. Rozwiązanie przez śląski NFZ umowy z Centrum św. Łukasza było nieskuteczne - orzekł sąd. Wyrok jest prawomocny, ale Fundusz ani myśli się do niego stosować.

  • Kierowcy nie zauważają czerwonego światła

    [ DLO KA ] - Strony Lokalne Katowice EWA FURTAK 25-05-2015

    Chodzi o skrzyżowanie bielskich ulic: Warszawskiej, Kwiatkowskiego i Sarni Stok. Codziennie tysiące samochodów przejeżdżają tamtędy w drodze do Katowic. W 2013 roku doszło tam do 40 zdarzeń drogowych, w tym do kilku wypadków. W zeszłym roku takich zdarzeń było tam 26. Wśród kierowców miejsce to uchodzi za jedno z bardziej niebezpiecznych w całym mieście. Główną przyczyną stłuczek i wypadków na tym skrzyżowaniu jest to, że niektórzy kierowcy wjeżdżają na nie na czerwonym świetle. - Przejeżdżając tamtędy, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Nigdy nie wiadomo, czy ktoś się nie zagapi i nie wyjedzie nagle człowiekowi przed maskę - mówi bielszczanin Krzysztof Marek. W sieci można znaleźć filmy, na których zarejestrowano kierowców łamiących przepisy na tym skrzyżowaniu. Na jednym został nawet uwieczniony... radiowóz. Sprawą zajął się radny Bronisław Szafarczyk. Złożył w tej sprawie interpelację na ostatniej sesji rady miejskiej. Jego zdaniem tak duża ilość zdarzeń może świadczyć o nieprawidłowych rozwiązaniach z zakresu geometrii skrzyżowania, złym oznakowaniu bądź wadliwym systemie sygnalizacji świetlnej. Chce, by władze miasta zleciły przeprowadzenie audytu bezpieczeństwa ruchu drogowego i podjęcie kroków zmierzających do poprawy sytuacji w tym miejscu. Tomasz Ficoń, rzecznik prasowy bielskiego urzędu miasta, mówi, że liczba zdarzeń na tym skrzyżowaniu spada. - Najczęstszą przyczyną jest faktycznie to, że kierowcy wjeżdżają tam na czerwonym świetle. Ale nie wynika to z błędnych rozwiązań. Po prostu kierowcy łamią przepisy - mówi Ficoń. Dodaje, że Generalna Inspekcja Transportu Drogowego ustawi tam najprawdopodobniej fotoradar rejestrujący kierowców przejeżdżających na czerwonym świetle. Takie urządzenia dosyć dobrze się sprawdzają. - Będziemy się starali zdobyć duże unijne pieniądze na zintegrowany system zarządzania ruchem. Obejmie on także ten region, a jednym z modułów ma być właśnie bezpieczeństwo - mówi Ficoń. ---------- Więcej na bielskobiala.wyborcza.pl Jedno z najruchliwszych bielskich skrzyżowań uchodzi wśród kierowców za szczególnie niebezpieczne. Dochodzi tam do kilkudziesięciu zdarzeń drogowych rocznie.

  • Pianą w metan

    [ DLO KA ] - Strony Lokalne Katowice JACEK MADEJA 25-05-2015

    Co jakiś czas ratownicy wykonują przecinki, żeby sprawdzić, w jakim stanie jest główny chodnik, który zawalił się podczas wstrząsu. - Trwają prace w chodniku badawczym. Gotowa jest tama odgradzająca go od zachodu, w trakcie wykonywania są przegrody w dowierzchni centralnej, przestrzeń między nimi zostanie wypełniona pianą. Pozwoli to utrzymać stężenie metanu w wartościach dopuszczalnych dla wejścia ludzi - podał wczoraj Wojciech Jaros, rzecznik Katowickiego Holdingu Węglowego. Trwają poszukiwania dwóch górników, którzy nie wyjechali na powierzchnię po wstrząsie w kopalni Wujek-Śląsk. Do rejonu ściany, gdzie mogą się znajdować, zostało jeszcze 130 metrów.

  • Udany powrót Villqista

    [ DLO KA ] - Strony Lokalne Katowice MARTA ODZIOMEK 25-05-2015

    Kilka lat temu Villqist dał się odkryć jako twórca eksplorujący tematykę Górnego Śląska i dbający, by dostrzegana była na arenie ogólnopolskiej. Najpierw wyreżyserował film "Ewa" dotykający problemu prostytucji wśród żon górników. Potem w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej zrealizował głośną "Miłość w Königshütte". Razem z "Wyborczą" powołał cieszący się popularnością konkurs na jednoaktówkę po śląsku, stając się pierwszym orędownikiem sztuk pisanych w gwarze. No ale nie możemy przecież nie pamiętać o tej naznaczonej "skandynawskim klimatem" twórczości dramatopisarza, z których to porównań zresztą on sam nieustannie się wyśmiewa. Ale coś jest na rzeczy. Jego bohaterowie o obcych imionach pozamykani w dusznych pokojach szamocą się z rzeczywistością, do której są nieprzystosowani. Dzięki takim sztukom właśnie zasłynął nie tylko w Polsce, ale i w Europie. Podobnie rzecz ma się w przypadku "Chłopca z łabędziem", gdzie Villqist portretuje stany psychiczne dwóch kobiet zmagających się z codziennością. Jest ona dla nich trudna, albowiem obydwie siostry cierpią z powodu zaburzeń psychicznych. Hagen z każdym dniem poddaje się agorafobii i niechęci do innych. Arni jest nadaktywna, dziecinna i ufna. Bohaterki skonstruowane są na zasadzie kontrastu - starsza wycofała się z życia, już nawet nie wychodzi, młodsza chce je czerpać garściami, ale nikt nie nauczył jej, jak to czynić bez krzywdzenia siebie samej. Mieszkają w dużym pustym mieszkaniu po rodzicach. Pewnego dnia siostry odwiedza kobieta. Kim jest, nie zdradzę, gdyż jej persona ostatecznie staje się dla widza pewnym zaskoczeniem. Choć ten, kto śledzi uważnie zachowanie gościa, szybko połapie się, o co chodzi. Najlepsze i tak moim zdaniem wydarza się w pierwszej godzinie tej psychodramy, w której popis aktorskiego talentu prezentują Violetta Smolińska jako Hagen oraz Ewa Kutynia w roli Arni. Palma pierwszeństwa należy się Smolińskiej, która znakomicie operuje swoim warsztatem, wygrywając na twarzy najmniejszy nawet grymas, modulując głos, robiąc dyskretne gesty swoim ciałem. Aktorka miała do zagrania potężny kawał dobrze napisanej przez Villqista roli kobiety rozchwianej psychicznie, którą istniejące w głowie demony zepchnęły na margines społeczny. Ewa Kutynia nie ustępuje swojej scenicznej partnerce na krok, ale pamięta się ją mniej, ponieważ rola Arni momentami jest zawieszona. Niemniej aktorka poradziła sobie równie świetnie, mistrzowsko kreując wpierw rozgorączkowanie, a następnie otępienie swojej bohaterki. Obie dawno nie miały okazji tak się zmęczyć na teatralnych deskach, chwała więc reżyserowi za to, że umożliwił im ten powrót, choć z pewnością był on okupiony ciężką pracą. Najmniej przekonująco wypadła w roli trzeciej kobiety Grażyna Bułka, która momentami niebezpiecznie dryfowała w stronę groteski. O czym jest "Chłopiec z łabędziem"? O marzeniach, które nie mogą być spełnione. Samodzielności, która jest trudna, bo wymaga podejmowania decyzji, a nie każdy to potrafi. Tęsknocie za zwykłą codziennością, która jak bufor chroni przed szaleństwem. Szaleństwie, które eliminuje, skazując na dotkliwą samotność. Myślę, że jest to udany powrót Villqista do Teatru Śląskiego. Bez fajerwerków, ale z dbałością o detale, gdyż o nie właśnie w tym wszystkim chodzi. Siadajcie więc blisko, wpatrujcie się w aktorki i słuchajcie, co i w jaki sposób mówią. Dajcie się uwieść ich szeptom i krzykom. ---------- Kolejne pokazy "Chłopca z łabędziem" w Teatrze Śląskim w czwartek 28 maja i piątek 29 maja. Bilety: 30-35 zł Najnowszy spektakl Ingmara Villqista w Teatrze Śląskim jest kameralny, ale pełen emocji. Koncertowo zagrany przez aktorki wcielające się w bohaterki "Chłopca z łabędziem".

  • Pierwsza pomoc, tai-chi i zumba

    [ DLO RA ] - Strony Lokalne Radom RED 25-05-2015

    Wczoraj na placu przed Corazzim odbył się III Piknik Zdrowia. Uczono, jak udzielać pierwszej pomocy. Pobierano też krew i zapisywano do Rejestru Potencjalnych Dawców Szpiku. Odbyły się pokaz jazdy na wózkach inwalidzkich i nauka wykonywania ćwiczeń tai-chi i zumby. Posłuchać można było muzyki, prezentowały się m.in. orkiestra wojskowa i Grandioso. Zdjęcia na radom.wyborcza.pl Wczoraj na placu przed Corazzim odbył się III Piknik Zdrowia. Uczono, jak udzielać pierwszej pomocy. Pobierano też krew i zapisywano do Rejestru Potencjalnych Dawców Szpiku. Odbyły się pokaz jazdy na

Polecane

  • Własny, przestronny, z ogródkiem

    Kupno domu kilku-, a zwłaszcza kilkudziesięcioletniego, niesie ze sobą spore ryzyko Jak i co sprawdzać kupując dom? Na co zwracać...

  • Sprawa z Poznania zwaliła mnie z nóg. Ale to incydent

    Rozmowa z Danutą Gadziomską * Karol Dolecki: Jak pani skomentuje to, co się stało w Poznaniu? Danuta Gadziomska: Bez wątpienia p...

  • Minus 79 sądów rejonowych

    Minister sprawiedliwości mimo protestów sędziów, PSL-u i opozycji podpisał rozporządzenie likwidujące 79 małych sądów rejonowych ...

  • Kradli pod nosem szefa

    Z kasy Biura Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Katowicach wyparowało co najmniej pół miliona złotych. Z tego powodu kierująca...

  • W SKRÓCIE

    Porodówka w remoncieOddział położniczy w szpitalu Biziela przechodzi gruntowny remont. - Wymieniana jest instalacja elektryczna,...

  • Bez muzycznych mielizn

    Po dwóch latach pojawi się na jedynym koncercie w gdyńskim Uchu wrocławska formacja Robotobibok, jeden z najważniejszych zespołów...

Polecane tematy

Inne artykuły

Ekstraliga to nie wszystko
Windykator ratuje zbiory
Kraków jak w banku
PROKURATURA O PROMINENCKIM OSIEDLU W JAROCINIE / Polana źle sprzedana
Mistrz motywacji z Obic
KARTKA Z KALENDARZA / 11 MARCA
KTO KŁAMIE?
Pół nocy zgniłych dźwięków
Amerykański superwtorek
Nowy stary rektor
Ta książka zmieniła ich życie
Agora kultury Partnerstwa
Spór o pomnik
Przyjaciele z wysypiska
Kot na walentynki
Czekamy na pierwszych honorowych profesorów oświaty
DWA WIEŻOWCE
Carpaccio i sałatka
Ruszą z posad bryłę świata?
Gdzie się skarżyć
rast... a dobrze
OBRAZKI WYBORCZE
Marszałek Stelmachowski opowiada o pobycie na Łotwie
Rodzeństwo na kontrakcie
Na Agrykoli i w Szczęśliwicach
Twarz Ireny Karel
Zniszczone auto
Rutyna
Linia 56 od soboty jeździ częściej
Hej ho, hej ho do Polski by się szło
Made in Bieszczady
Nie tylko wyczynowcy
Agroturystyczna kaczka / MILÓWKA. Gość z Brukseli nie dojechał
Jan Paweł II - polityk i dyplomata
Antoni Kolczyński "Kolka"
KONKURS / Sylwester w Nowym Jorku!
Lekarzy na razie nie słucha
Tadeusz Kuduk w Parku Zdrojowym
Fałszywy świadek w procesie policjanta
URZĘDNIK ROZBROJONY
Widziała, ale nie rozpoznała
GOSPODARKA W SKRÓCIE
KRÓTKO
Nasz bezbłędny
ZAPROSZENIA. DZIŚ
Opóźniona weryfikacja
150 biletów
Krzyżak nie nasz
Katowickie lotnisko reklamuje się w Krakowie
Czym obdarować młodą parę?
FOTOFELIETON
"NIECH ŻYJE BAL!"
ZAPROSZENIA. DZIŚ
DEPESZE
W Fajsławicach
Mów mi czarodziej
Czy absolutorium to już wyższe wykształcenie
Stołeczna Telefoniczna Opinia Publiczna 41 05 75
Prezydent pomoże
Był lubiany, jest poszukiwany / POLICJA. Człowiek z lotusa