Internetowe Archiwum Gazety Wyborczej

Inne tagi

beata antypiuk

(znalezionych: 4218053 )

  • Akademia dalej od Sulejówka

    [ DLO WA ] - Strony Lokalne Warszawa BARTEK KUBIAK 17-09-2014

    PIŁKA NOŻNA. Mistrzowie Polski chcieliby w Sulejówku wybudować ośrodek treningowy z siedmioma boiskami. Dla radnych Sulejówka to za mało. W poniedziałek burmistrz Arkadiusz Śliwa dostał opinię komisji finansów, która sprzeciwiła się powstaniu Akademii Piłkarskiej Legii. O powstaniu centrum treningowego radni mieli dyskutować w czwartek, ale sprawa nie została wpisana w porządek obrad. - Skoro Komisja uznała, że propozycja Legii jest niesatysfakcjonująca, to nie ma nad czym debatować - przyznaje Śliwa. - Nadal jesteśmy zainteresowani ofertą mistrzów Polski, ale nie na takich warunkach jak dotychczas. Radni chcą wydzierżawić ziemię, a nie oddać ją w użytkowanie wieczyste - tłumaczy burmistrz. Legia ma nadzieję, że dostanie tereny wokół stadionu Victorii w użytkowanie wieczyste (ok. 100 tys. zł rocznie), o płaceniu za dzierżawę nie chce słyszeć. I nie chodzi o oszczędności - klub jest w stanie wybudować ośrodek za 40 mln zł tylko dzięki kredytowi bankowemu, który dostanie jedynie przy umowie użytkowania wieczystego. W Sulejówku obawiają się jednak, że w momencie np. niewywiązywania się z płatności kredytów i upadłości Akademii teren obciążony hipotekami wróci do miasta. - Dla Sulejówka to nie jest ryzykowna inwestycja - przekonuje Mioduski. - Według umowy, jeśli z jakichś powodów przez 18 miesięcy nie uda nam się zrealizować projektu, to oddamy miastu tereny w takim samym stanie, jak je dostaliśmy. - Nie jesteśmy w stanie tej inwestycji zrealizować inaczej. To musi być współpraca partnerska, oparta na wzajemnym zaufaniu i zrozumieniu. Akademia Legii to nie jest projekt komercyjny, tylko w znacznej mierze społeczny - dodaje właściciel Legii. Okazuje się, że do inwestycji nie do końca przekonani są też mieszkańcy. - Dostałem ostatnio mail od starszej pani, która uważa, że w tym miejscu powinien znajdować się park, a nie zamknięty ośrodek piłkarski - mówi Śliwa. Co na to Legia? - Nie zbudujemy twierdzy. Obiekty sportowe i rekreacyjne chcemy udostępniać mieszkańcom. Zapuszczony, dziki las zamienić w publiczny, uporządkowany park. Mieszkańcy Sulejówka powinni zdawać sobie sprawę, że na tym terenie nie powstanie nic innego. Są to tereny z przeznaczeniem na rekreację, więc nie ma praktycznie żadnych szans na pozyskanie innego inwestora - tłumaczy Mioduski, który zapowiada też wybudowanie m.in. ogólnodostępnego orlika, placu zabaw, alejek i ścieżki zdrowia. Mistrzom Polski zależy na szybkim rozpoczęciu budowy, tak by otworzyć Akademię w 2016 r., na obchody stulecia klubu. Legia negocjuje z władzami Sulejówka od kilku miesięcy, przygotowała projekt, ale sprawa stanęła w miejscu. - Rozumiem, że w listopadzie mamy wybory samorządowe i politycy są skupieni na czymś innym, ale to okazja do pokazania, że projekt, który jest dobry dla mieszkańców, może być wspierany ponad politycznymi podziałami. Nie możemy czekać z decyzją aż do wyborów - uważa Mioduski. Akademia jest oczkiem w głowie kolejnych właścicieli i prezesów Legii, ale od 14 lat młodzi piłkarze trenują na jednym boisku przy ulicy Łazienkowskiej. Czy w końcu to się zmieni? Jeśli ośrodek treningowy nie powstanie w Sulejówku, klub zapowiada, że zbuduje go w innym miejscu. W czerwcu w grę wchodziły Lesznowola i Stare Babice. - Ostatnio dostaliśmy kilka bardzo poważnych propozycji od okołowarszawskich gmin, które zapraszają Akademię Legii, rozumiejąc, że jest to dla nich olbrzymia szansa - mówi Mioduski. - Dla nas wciąż wiele argumentów przemawia za Sulejówkiem, bo łączą nas z tym miastem więź historyczna i dobre doświadczenia. Jeśli jednak nie porozumiemy się z radnymi, to nasza druga drużyna się stamtąd wyprowadzi. Sulejówek nie tylko będzie musiał pokrywać kilkumilionowe koszty utrzymania stadionu Victorii, ale też straci główne źródło wpływów. Mamy jednak nadzieję, że tak się nie stanie i interes publiczny okaże się ważniejszy od interesów partyjnych - kończy właściciel Legii. Jesteśmy zainteresowani ofertą Legii, ale nie na takich warunkach - mówi burmistrz Arkadiusz Śliwa. - Zapuszczony las zamienimy w publiczny, uporządkowany park - przekonuje Dariusz Mioduski.

  • Z MOSKWĄ TRUDNO WYGRAĆ

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza TOMASZ BIELECKI (GAZETA WYBORCZA, BRUKSELA) 17-09-2014

    Petro Poroszenko był zaangażowany w eurorewolucję, która wybuchła na Majdanie jesienią 2013 r. po decyzji Wiktora Janukowycza, by odłożyć na nieokreśloną przyszłość podpis pod umową stowarzyszeniową z UE. Poroszenko, już jako prezydent, miał do niedawna nadzieję, że zdoła wyprzeć zbrojnych rebeliantów ze wschodu Ukrainy. Kijów domagał się od Zachodu, by uznał ich wręcz za terrorystów. Jednak teraz Poroszenko poczuł się zmuszony, by wskutek gróźb Kremla spuścić z tonu w obu tych kwestiach. Po pierwsze, najważniejsza część umowy z UE, którą ratyfikowała wczoraj Ukraina i Parlament Europejski, została odroczona o ponad rok. Przepisy o strefie wolnego handlu i o reformach gospodarczych mają bowiem wejść w życie dopiero w styczniu 2016 r. Po drugie, wielu "terrorystów" z Donbasu - na mocy ustawy przyjętej wczoraj w Kijowie - zapewne stanie się wkrótce uznawanymi przez Ukrainę gospodarzami sporej części tego regionu. Co więcej, po grudniowych wyborach samorządowych będzie im tam wolno tworzyć nawet swoje "milicje ludowe". Brakuje tylko - oby do tego nigdy nie doszło - przyznania rosyjskiej armii statusu sił pokojowych, by Donbas stał się klasyczną strefą konfliktu "zamrożonego" na życzenie Kremla. Jak niegdyś gruzińska Osetia lub Abchazja. Poroszenko poszedł na ustępstwa, bo nabrał przekonania, że wojna z Rosją na wschodzie Ukrainy jest nie do wygrania. Gdy ukraińska armia przyduszała rebeliantów, to Moskwa wprowadziła na Ukrainę kilka tysięcy swych żołnierzy, by ratować protegowanych. "Tego kryzysu nie da się rozwiązać na drodze militarnej" - zadeklarował w zeszłym tygodniu Poroszenko, po raz pierwszy publicznie powtarzając frazę, którą Angela Merkel i François Hollande wygłaszają od miesięcy. To jedno zdanie oznacza, że z podopiecznymi Kremla (a zatem i z Kremlem) w Donbasie trzeba się dogadywać. Zachodnie sankcje przeciw Moskwie mają raczej powstrzymać ją przed rozszerzaniem granic tzw. Noworosji. Ale Zachód porzucił nadzieje na rychłe wyprowadzenie rebeliantów z Doniecka czy Ługańska. Sposób zamrożenia konfliktu był tematem rozmów Poroszenki z Merkel, Hollande?em i Obamą półtora tygodnia temu na szczycie NATO w Walii. Ukrainiec usłyszał tam, że nie ma co liczyć na poważną pomoc Zachodu w dozbrajaniu ukraińskiej armii, co mogło tylko ugruntować jego gotowość do ustępstw w Donbasie. Ale zarazem Europa i Unia zapewniły Kijów, że będą go wspomagać gospodarczo. I bronić przed naciskami Putina, dla którego "zamrożony konflikt" jest przecież narzędziem do destabilizacji całej Ukrainy. Po to, by w przyszłości łatwiej podporządkować ją sobie gospodarczo, a zatem zwasalizować. Handlowa - odroczona do 2016 r. - część umowy z UE to nie tylko znoszenie ceł, ale też reformy na rzecz państwa prawa, m.in. uzdrawianie sądownictwa gospodarczego i wprowadzanie przejrzystych reguł zamówień publicznych, by ukrócić korupcję. Już dziś możemy być pewni, że Kreml zrobi wiele, by wejście w życie tej umowy odroczyć po raz kolejny - na rok 2017, 2020, na święty nigdy. Zachód nie może na to pozwolić. "Ukraina to Europa!" - przecież Ukraińcy pod flagami Unii demonstrowali i ginęli na Majdanie. Petro Poroszenko był zaangażowany w eurorewolucję, która wybuchła na Majdanie jesienią 2013 r. po decyzji Wiktora Janukowycza, by odłożyć na nieokreśloną przyszłość podpis pod umową stowarzyszeniową

  • OSTATNI TAKI KAPITALISTA

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza MAGDALENA ŚRODA (FILOZOF, ETYK) 17-09-2014

    XIX-wieczny kapitalizm, czyli wolny rynek bez interwencjonizmu państwowego, ma żarliwego obrońcę w postaci Leszka Balcerowicza. Czytam w internecie fragmenty książki i słucham czasem pana profesora, nie wierząc własnym oczom i uszom, że przy takiej inteligencji i wiedzy można w tak dogmatyczny sposób wyrażać poglądy, które pretendują do naukowych, choć dziś trudno powiedzieć, czy ekonomii jest bliżej do nauki, czy do metafizyki. Jak twierdzi Balcerowicz, jego poglądy są "logiczne", "dowiedzione empirycznie", osadzone w niezbitych faktach, w przeciwieństwie do poglądów oponentów, którzy są po prostu ignorantami, a jeśli mają jakąś "wiedzę", to jest ona "zła", bo fragmentaryczna, czerpana "z pojedynczych książek", w szczególności z powieści Dickensa oraz filmów. Oponenci to moralizatorzy, "skruszeni gangsterzy", "wielbiciele kolektywizmu" i "antyliberalna młodzieżówka z "GW"". Wszyscy żyją z krytyki kapitalizmu, która nie ma żadnego uzasadnienia empirycznego, ale akurat dobrze sprzedaje się w mediach, bo jest na nią popyt. A dlaczego jest? Na narkotyki też jest - twierdzi profesor. I - jak można sądzić - równie szkodliwy. W świecie Balcerowicza wolny rynek wydaje się alfą i omegą życia społecznego i cywilizacji. Jego XIX-wieczna postać jest najbardziej czysta i efektywna, a każda próba jej deformacji poprzez interwencję państwa przynosi zacofanie i kryzysy, co obserwowaliśmy wielokrotnie i obserwujemy obecnie. Każdy bowiem, kto myśli, że do ostatniego kryzysu przyczyniła się ludzka chciwość czy brak nadzoru nad rynkami finansowymi, jest - jak rozumiem - "intelektualnym tandeciarzem" lub marksistą, co na jedno wychodzi. Przyczyną każdego ekonomicznego kryzysu i społecznego zła jest nadmierna interwencja państwa. Im jej więcej, im więcej polityki, zwłaszcza socjalnej, tym większy kryzys. Upraszczając, można powiedzieć: zaczyna się na zasiłkach, a kończy na łagrach, bo totalitaryzm nie jest niczym innym jak najgroźniejszą postacią kryzysu kapitalizmu. Równie spójnie Balcerowicz przedstawia przyczyny biedy. Bierze się ona albo ze złego ustroju zakazującego przedsiębiorczości, albo z alkoholizmu, albo z "pułapek socjalnych". W każdym przypadku winne jest państwo, które albo radykalnie upolitycznia rynek, albo niepotrzebnie zajmuje się alkoholikami (powinny to robić organizacje pozarządowe, takie jak Anonimowi Alkoholicy), albo prowadzi zasiłkową politykę socjalną i dlatego ludzie nie szukają pracy lub nie chcą być bardziej produktywni, co przecież jest ich przeznaczeniem i sensem życia. Tylko wolny rynek uratuje biedaków (i - jak można się domyślić - poetów, artystów, nauczycieli, uczonych, wykluczonych), a wszelkie próby "spychania odpowiedzialności za zwalczanie biedy i patologii na państwo są przejawem wygodnej znieczulicy". W uzupełnieniu tej dziwnej wizji świata można tylko dorzucić kilka tez antropologiczno-teologicznych: przedsiębiorczość jest istotą człowieka, konsumpcjonizm jego celem, wzajemna rywalizacja - najważniejszą "więzią" społeczną, wzrost gospodarczy - wyznacznikiem dobrego życia wspólnoty, wolny rynek - bogiem, czysty kapitalizm - rajem. A profesor Balcerowicz - ostatnim takim kapitalistą. XIX-wieczny kapitalizm, czyli wolny rynek bez interwencjonizmu państwowego, ma żarliwego obrońcę w postaci Leszka Balcerowicza. Czytam w internecie fragmenty książki i słucham czasem pana profesora,

  • Belka i Sienkiewicz nie popełnili przestępstwa

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza MARIUSZ JAŁOSZEWSKI 17-09-2014

    Stenogram z nielegalnie podsłuchanej rozmowy opublikowało "Wprost". Warszawska prokuratura wszczęła śledztwo, gdy na Marka Belkę, szefa NBP, i ministra Bartłomieja Sienkiewicza donieśli poseł Zbigniew Ziobro, SLD i prywatne osoby. Lider SP sugerował, że politycy przekroczyli uprawnienia, umawiając się w restauracji na zmiany w prawie umożliwiające finansowanie deficytu budżetowego przez NBP. W zamian według doniesienia Ziobry miał być odwołany ówczesny minister finansów Jacek Rostowski. Prokuratura nie dopatrzyła się jednak w rozmowie znamion czynu zabronionego i śledztwo umorzyła. Wcześniej prokuratorzy przesłuchali m.in. Belkę i Sienkiewicza; sprawdzili też proces legislacyjny. Prokuratura doszła do wniosku, że potrzeba zmian w ustawie o NBP była zgłaszana przez departamenty NBP od 2007 r., czyli już kilka lat przed podsłuchaną rozmową. W uzasadnieniu umorzenia czytamy: "Projekt zmian do ww. ustawy został przyjęty w dniu 18 marca 2013 r., a więc kilka miesięcy przed zarejestrowaną rozmową. W projekcie tym znalazł się również zapis umożliwiający obrót papierami wartościowymi poza operacjami otwartego rynku. Zmiana ta podyktowana była potrzebą dostosowania przepisów ustawy do prawa unijnego, a nadto do uchwały Rady Polityki Pieniężnej z grudniu 2008 r. przewidującej możliwość dokonywania tego rodzaju zakupów w uzasadnionych przypadkach". Wniosek? Belka i Sienkiewicz nie mogli wpływać na zmiany w ustawie o NBP. Prokuratorzy stwierdzają też, że nie znaleźli dowodów na to, że premier wiedział o ich spotkaniu. Donald Tusk nie był przesłuchiwany, bo uznano, że jest to zbędne. Prokuratura umorzyła wczoraj śledztwo w sprawie treści rozmowy prezesa NBP i ministra spraw wewnętrznych.

  • KRAJ W SKRÓCIE

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza PW, PAP, KNYSZ, PIOT 17-09-2014

    WOJSKO. Zginął polski żołnierz w Afganistanie WOJSKO. Zginął polski żołnierz w Afganistanie Plutonowy Rafał Celebudzki, żołnierz brygady wsparcia Korpusu Północ-Wschód zginął w zamachu w Afganistanie. Dwóch innych polskich żołnierzy jest lekko rannych. Ich życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. To 44. polski żołnierz, który zginął w czasie misji afgańskiej. Wczoraj o 5.45 czasu polskiego zamachowiec w pobliżu ambasady USA wjechał w konwój wojsk NATO. Plutonowy Rafał Celebudzki, który prowadził jeden z pojazdów, zginął w eksplozji. Miał 38 lat. Zostawił żonę i dwójkę dzieci, była to jego druga misja zagraniczna. INSTYTUT SPRAW PUBLICZNYCH. Nagroda Zimowskiego dla Jagielskich INSTYTUT SPRAW PUBLICZNYCH. Nagroda Zimowskiego dla Jagielskich Wojciech i Grażyna Jagielscy odebrali wczoraj nagrodę im. Jerzego Zimowskiego. Przyznaje ją Instytut Spraw Publicznych od 2008 r. za działalność publicystyczną, badawczą lub społeczną np. na rzecz imigrantów i uchodźców. Tym razem jest "dowodem zrozumienia, że wielkim pasjom towarzyszą wielkie wyrzeczenia i poświęcenie osób najbliższych". Wojciech Jagielski był przez 21 lat korespondentem wojennym w "Gazecie Wyborczej", obecnie pracuje w PAP. Opisywał Afrykę i Azję. Grażyna Jagielska w książce "Miłość z kamienia" opisała swoje przeżycia żony korespondenta wojennego. Zimowski był wiceministrem spraw wewnętrznych w latach 1990-1996, był też związany z ISP. SEJM. Konwencja wróci jednak pod obrady SEJM. Konwencja wróci jednak pod obrady W przyszłą środę Sejm zajmie się konwencją Rady Europy o zwalczaniu przemocy wobec kobiet. To wczorajsza decyzja Ewa Kopacz, marszałkini Sejmu, która właśnie tworzy rząd. W zeszłym tygodniu ta sama Kopacz zdjęła konwencję z porządku obrad. Formalnie na wniosek PiS (bo konwencja ingeruje w instytucje małżeństwa), a tak naprawdę na prośbę konserwatystów PO (podobnie jak PiS twierdzą, że konwencja zagraża tradycyjnej rodzinie). Wczoraj Kopacz tłumaczyła na posiedzeniu prezydium, że zdjęła konwencję tylko na jedno posiedzenie. - Inaczej to pamiętam - mówi nam wicemarszałkini Wanda Nowicka - ale bez względu na to, czym się Ewa Kopacz kierowała, to dobra decyzja. Konwencja zobowiązuje państwa m.in. do zapewnienia oficjalnej infolinii dla ofiar przemocy, odpowiedniej liczby schronisk, ośrodków wsparcia, procedur przesłuchań policyjnych. PLATFORMA OBYWATELSKA. Atak na biuro w Warszawie PLATFORMA OBYWATELSKA. Atak na biuro w Warszawie Agresywny mężczyzna we wtorek rano prysnął gazem w twarz recepcjonistce w biurze Platformy Obywatelskiej przy ul. Wiejskiej w Warszawie. 32-letni mieszkaniec Torunia został obezwładniony przez ochroniarzy. Policji powiedział, że "nie chciał nikogo skrzywdzić, ale chciał, żeby było o nim głośno". Przyznał się, że to on rok temu prysnął gazem pieprzowym na Kubę Wojewódzkiego, kiedy wychodził ze stacji radiowej, w której wówczas pracował. Policja sprawdza, czy torunianin mówi prawdę czy też jest mitomanem. WOJSKO. Zginął polski żołnierz w Afganistanie WOJSKO. Zginął polski żołnierz w Afganistanie Plutonowy Rafał Celebudzki, żołnierz brygady wsparcia Korpusu Północ-Wschód zginął w zamachu w Afganistanie

  • Falstart narodowców

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza MICHAŁ WOJTCZUK 17-09-2014

    - Konferencja z powodów organizacyjnych została odwołana. Nowy termin? Będziemy państwa informować - powtarzał we wtorek Robert Winnicki, jeden z liderów RN dziennikarzom pod warszawskim szpitalem im. Świętej Rodziny. Konferencja miała dotyczyć prezentacji komitetu Warszawa dla Rodziny, który miał wystartować w wyborach do Rady Warszawy. Komitet mieli utworzyć narodowcy wspólnie z radykalnymi przeciwnikami aborcji i środowiskami związanymi z portalem Fronda. Na konferencji jako przewodniczący komitetu poparcia dla Warszawy dla Rodziny miał wystąpić prof. Bogdan Chazan, ginekolog, do niedawna dyrektor szpitala im. Świętej Rodziny, który stał się ikoną prawicy, gdy odmówił przeprowadzenia legalnej aborcji i nie chciał wskazać pacjentce innego szpitala, gdzie mogłaby usunąć ciążę. O komitecie pod patronatem prof. Chazana napisaliśmy w "Wyborczej" we wtorek. Jeszcze wczoraj Robert Winnicki na Facebooku pisał: "W wyborach do rady miasta Warszawy RN będzie wystawiał kandydatów w ramach szerszej koalicji środowisk katolickich, prorodzinnych i patriotycznych". Jedną z kandydatek komitetu do Rady Warszawy miała być m.in. Małgorzata Terlikowska, żona Tomasza Terlikowskiego, ultrakonserwatywnego publicysty. Jeszcze w poniedziałek pytana o to przez "Wyborczą" odpowiadała "bez komentarza". Ale kilka godzin później opublikowała bardzo ostre oświadczenie: "Jest prawdą, że chciałam wesprzeć komitet związany z profesorem Chazanem. (...). Jednak gdy zobaczyłam, że szlachetną ideę zawłaszczają, posługując się kłamstwami, chłopcy z Ruchu Narodowego, poinformowałam (...), że wycofuję się z jakiejkolwiek formy wsparcia (...)". Narodowcy winę za rozpad komitetu przerzucają na "Wyborczą". Na portalu polskaniepodlegla.pl przekonują, że z Frondą skłócił ich nieprecyzyjny cytat podany w "Wyborczej". W pierwszej, internetowej wersji tekstu na podstawie rozmów z narodowcami napisaliśmy, że prof. Chazan sam również wystartuje do Rady Warszawy. Potem informację sprostowaliśmy, podając, że jego rola ma się sprowadzać do patronowania, ale sam startować nie zamierza. Ale w tym samym oświadczeniu na portalu narodowcy przyznali, że między nimi a Frondą już od dawna iskrzy, bo "już od dłuższego czasu prowadzi batalię skierowaną w Ruch Narodowy". Wspólny komitet narodowców i radykalnych przeciwników aborcji pod patronatem prof. Bogdana Chazana jeszcze nie zaczął działać, a już się rozpadł. Antyaborcjonistów poróżniły z Ruchem Narodowym sprawy ambicjonalne i "Gazeta Wyborcza".

  • Muzeum Katynia w Cytadeli

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza JERZY S. MAJEWSKI 17-09-2014

    - Uroczystość to symboliczne zakończenie pierwszego etapu budowy nowej siedziby Muzeum Katyńskiego w Cytadeli Warszawskiej - zapowiada Lech Wojciechowski z Kancelarii Prezydenta. Przemówi prezydent. Chwilę później w towarzystwie delegacji zejdzie do mrocznego wnętrza baterii barkowej i właśnie tam odsłoni tablicę. - To wydarzenie bez precedensu - podkreśla z kolei Zbigniew Wawer - dyrektor Muzeum Wojska Polskiego. - Udział w uroczystości ambasadorów ponad 20 krajów to po latach symboliczne zwycięstwo Polski, która pokonana została we wrześniu 1939 r. Z drugiej zaś strony - manifestacja solidarności w obliczu obecnych wydarzeń na Wschodzie. Muzeum Katyńskie jest oddziałem Muzeum Wojska Polskiego. - Zostało powołane w 1993 r., co było wypełnieniem woli środowisk katyńskich i tych, którzy po dziesięcioleciach kłamstw na temat Katynia chcieli upamiętnić te zbrodnie - mówi dyr. Wawer. Podkreśla, że muzeum od samego początku utrzymuje MON i ściśle współpracuje ze środowiskiem Rodzin Katyńskich oraz Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Pod projektem budowy muzeum podpisał się Bronisław Komorowski, który w tym czasie był szefem MON. Prace przy budowie nowej siedziby muzeum zaczęły się w październiku 2013 r. Znajdzie się ona w ogromnej kaponierze cytadeli - tak nazywana jest potężna ceglana budowla przylegająca do wału obronnego cytadeli, służąca pierwotnie do ostrzeliwania fosy, podejść i międzypól. Projekt aranżacji muzeum został wyłoniony w konkursie rozstrzygniętym 8 kwietnia 2010 r. - Autorem narracji, plastycznej ekspozycji oraz instalacji zewnętrznych jest Jerzy Kalina - mówi Zbigniew Wawer i tłumaczy, że muzeum ma stać się miejscem pamięci i dokumentowania zbrodni katyńskiej, a także placówką edukacyjną, skonstruowaną w taki sposób, by dotrzeć do młodych ludzi. - Zbrodnia katyńska zostanie przedstawiona zarówno w kontekście europejskiej i światowej historii oraz polityki, jak i z perspektywy pojedynczego człowieka - poszczególnych oficerów i ich rodzin, ludzi uwikłanych w procesy dziejowe XX w. Chcemy pokazać nie tylko jak zbrodnia przebiegała, ale też jak do niej doszło - zapowiada dyrektor. Ekspozycja zajmie dwie kondygnacje kaponiery. Wypełni ją m.in. 26 tysięcy przedmiotów wydobytych z mogił polskich oficerów wojska i policji zamordowanych przez NKWD. Dziś ujrzymy pierwszą z odsłoniętych tablic. Otwarcie całej nowocześnie pomyślanej ekspozycji planowane jest równo za rok - 17 września 2015 r. - W murach budowli wzniesionej przez Rosjan po upadku powstania listopadowego po to, by terroryzować Warszawę, teraz znajdzie się rodzaj narodowego sanktuarium - słyszymy w Kancelarii Prezydenta. Prezydent odsłoni dziś tablicę upamiętniającą zamordowanych w Katyniu. Stanie się to w 75. rocznicę agresji sowieckiej na Polskę.

  • Pomocy potrzebują też ludzie

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza ANNA MALINOWSKA, EWA FURTAK 17-09-2014

    Aneta i Jarosław Motakowie od lat pomagają na Śląsku psom, kotom i koniom. Założyli fundację SOS dla Zwierząt. Znajdy, ofiary wypadków czy barbarzyństwa przewożą do swego schroniska w Chorzowie. Cały czas jest co robić. Dzwoni kobieta, że firma ochroniarska wyprowadziła się i zostawiła w kojcu w centrum Katowic dwa kundelki. Ona psy dokarmia, ale widzi, że są chore. Motakowie jadą na miejsce, zabierają czworonogi, organizują pieniądze na leczenie. Dla jednego z nich znajdują dom. Za chwilę jadą do Będzina. Ktoś zadzwonił, że przed domem leży zakrwawiony pies. Zwierzę jest potwornie skatowane. Motakowie zapewniają lekarzy, operację. Ktoś wyrzucił psa z okna. Jarosław jedzie na miejsce. Z Tychów płyną apele: właściciel likwiduje stadninę koni i zwierzęta mogą iść na rzeź. Motakowie zbierają pieniądze i wykupują dwa konie. Jarosław nie ma już czasu na pracę zawodową - dotąd był taksówkarzem. Aneta ledwo godzi fundację z pracą w dziale administracyjnym na Uniwersytecie Śląskim. Z fundacji nie biorą pensji. Finansowo wspiera ich pracujący syn i rodzina. Zwierzęta ratują z pieniędzy od sponsorów i jednego procentu z podatków. W sierpniu Aneta musi iść do szpitala. Lekarze usuwają jej nowotwór. W tym samym czasie schronisko Motaków odwiedzają przedstawiciele powiatowego inspektoratu weterynarii. Wnioski kontroli zwalają z nóg. Psy trzymane w ciemnych pomieszczeniach. W ciasnych klatkach z zalegającymi odchodami. Niektóre są skrajnie wychudzone. W schronisku brud i nieład. Kilka koni bardzo wychudzonych. Jeden nie jest w stanie wstać. - Wcześniej to miejsce prowadzone było wzorowo. Wszystko wskazuje na to, że obowiązki fundację przerosły - ocenia Joanna Pokorska, powiatowy lekarz weterynarii w Katowicach. W schronisku było miejsce dla 40 psów, a mieszkała ponad setka. Ciągle ktoś podrzucał nowe. Ciągle ktoś dzwonił. Więcej czasu zabierało zajmowanie się zwierzętami niż szukanie sponsorów. Motakowie, by polepszyć warunki, zaczęli schronisko rozbudowywać. Jarosław Motak: - W dniu kontroli miał przyjść elektryk. Wolontariusze wprowadzili część zwierząt do jednego pomieszczenia. Wcześniej w nim nie posprzątali. Od lat pomagają nam więźniowie z Zakładu Karnego w Wojkowicach. Tym razem trafili się tacy, którzy w ogóle nie pracowali. Wszystkiego nie jestem sam w stanie zrobić. To nie jest przyjemna robota To nie jest przyjemna robota Joanna Zaremba z działającej w całej Polsce fundacji For Animals stoi murem za Motakami. - Robili, ile mogli. A trudno znaleźć bardziej wyczerpujące zajęcie niż pomaganie zwierzętom. To praca bez końca, w którą trzeba włożyć mnóstwo czasu i pieniędzy. Bez względu na to, ile się włoży, ciągle jest za mało. Z mężem Wojciechem założyli fundację dziewięć lat temu. Wysterylizowali ponad tysiąc kotów, dla setek zwierząt znaleźli nowe domy. - Czuję jednak, że się wypaliliśmy. Nie mamy sił, żeby to dalej ciągnąć. Zastanawiamy się nad zakończeniem działalności. Nie chcemy się w tym zatracić. Zaremba mówi, że znalezienie kogoś do pomocy graniczy z cudem. Wolontariuszy nie ma. Jeśli już ktoś się znajdzie, przychodzi parę razy i rezygnuje. Sprzątanie kuwet, podawanie leków i szorowanie podłóg środkami odkażającymi to nie jest przyjemna robota. W kilka osób nie sposób tego ogarnąć. Permanentnie się nie dosypia, nie ma czasu na prywatne życie czy przyjemności. Pomaganie zwierzętom to też nieustanne zamartwianie się tym, jak spłacić w lecznicach rosnące długi. Gminy nie są chętne do wspierania takiej działalności. - System nie działa - uważa Zaremba. Świata nie zbawimy Świata nie zbawimy Po kontroli w Chorzowie koń w najgorszym stanie został przewieziony do prywatnej stadniny w Gliwicach. - Jeszcze w schronisku trzeba było podnosić go przy pomocy strażaków. Był potwornie wygłodzony. Wynik badania białek pokazuje permanentne niedożywienie - mówi Maciej Lubina, właściciel hodowli. Przyznaje, że całą sytuacją jest zszokowany. - Znam fundację SOS dla Zwierząt od lat. Po tym, jak wygląda ten koń, widać, że sama miłość do zwierząt nie wystarczy. Jacek Bożek, szef ekologicznego Klubu Gaja z Bielska-Białej, mówi, że pomagać rozsądnie może tylko ten, kto sam jest szczęśliwy, ma stabilne finanse, udane życie rodzinne i zawodowe. Taka osoba nie będzie porywała się z motyką na słońce, nie weźmie sobie na głowę rzeczy, które ją dobiją. - Pomagając, i to niezależnie od tego, czy chodzi o ludzi czy o zwierzęta, musimy bardzo uważać, żeby nie zrobić krzywdy sobie i swoim bliskim. Całego świata nie zbawimy. Człowiek nieszczęśliwy, zagoniony, zadłużony i sfrustrowany niewiele może. Bożek mógłby przytoczyć wiele przykładów, gdy pomaganie zwierzętom przerosło ludzi. Kilka lat temu został poproszony o pomoc mieszkance niewielkiej miejscowości na Żywiecczyźnie. Kobieta ratowała kota za kotem. Bożek pojechał na miejsce. Do dzisiaj wspomina widok, jaki tam zastał. Wykształcona 40-latka ze śladami dawnej urody na twarzy mieszkała w tragicznych warunkach na terenie posesji swoich byłych teściów. Kotów miała ponad 20. Chudych i brudnych od własnych odchodów. - Nie miała złych intencji. Chciała pomagać. Tylko nie miała ani odpowiedniej wiedzy, ani warunków, ani pieniędzy - mówi Bożek. Anna Bator, psycholog z katowickiego wydziału zamiejscowego Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, mówi, że w każdym z nas tkwi chęć pomagania. Samo pomaganie jest dobrze postrzegane przez społeczeństwo. Ludzie podejmujący się pomocy zwierzętom nie zawsze jednak zdają sobie z sprawę z tego, ile to będzie wymagało czasu, pieniędzy, zaangażowania, jaki to wielki stres. - Czasem bywa tak jak z bałaganem w domu. Nie odłożymy książki na półkę, potem nie odwiesimy kurtki na wieszak. Nie wiadomo kiedy zrobimy nieporządek, a potem potworny bałagan, którego nie zauważamy. Ale zauważy to każda osoba z zewnątrz - tłumaczy Bator. Jak pomóc pomagającym Jak pomóc pomagającym Katarzyna Piekarska, była posłanka z SLD, przyznaje, że zwierzętami często zajmują się ludzie niezaradni. - Jedna z mieszkanek Warszawy, starsza pani, poprosiła mnie ostatnio o interwencję. W domu ma kilkanaście kotów. Wcześniej dostawała z magistratu dotację na opiekę. W tym roku nie. Zapytała mnie, co ma zrobić z kotami. Sytuacja jest dramatyczna, bo nie utrzyma ich z własnej emerytury. Nikt nie poinformował jej wcześniej, że gminne dotacje nie są dane na zawsze, że trzeba szukać innych źródeł pieniędzy. Piekarska dodaje, że opieka nad zwierzętami to też pole do nadużyć. - Z ciekawości sprawdziłam, kto zamiast pani emerytki dotację dostał. Jedna z fundacji ma piękną, kolorową stronę. Mnóstwo zdjęć. Chwali się, że w zeszłym roku wysterylizowała 300 kotów. Sprawdziłam. Adres fundacji był mieszkaniem osoby prywatnej. Podszyłam się pod właścicielkę kota i przez internet poprosiłam o sterylizację. I zaczął się problem. Bo fundacja nie była w stanie nawet podać adresu, pod którym mogą przyjąć kota. Mam wrażenie, że samorządy w ogóle nie kontrolują organizacji, którym przekazują pieniądze. Jak zauważa Tomasz Pietrzykowski, prawnik, były wojewoda śląski i autor książki "Spór o prawa zwierząt", dobra wola i szlachetne intencje społeczników często nie idą w parze z ich rzeczywistymi możliwościami. - Kiedy rozpoczyna się taką działalność, uruchamia się dynamika, nad którą w pewnym momencie ludzie tracą kontrolę. Trudno przecież nie reagować na kolejne zgłoszenia, odmawiać przyjęcia zwierząt z braku miejsca. Były wojewoda uważa, że problem z fundacjami zwierzęcymi, które przestały sobie radzić, będzie istniał tak długo, jak długo nie będzie odpowiedniej kontroli nad dopływem bezdomnych zwierząt. - Jesteśmy cały czas w sytuacji kogoś, kto uparcie próbuje napełnić wodą podziurawione naczynie. Bez radykalnego ograniczenia źródeł bezdomności - chipowania, sterylizacji, kontroli gmin nad losem poszczególnych zwierząt - problemy ze schroniskami będą stale powracać. Zdaniem Piekarskiej entuzjazm społeczników kończy się wraz z pozostawieniem ich samym sobie. - Nie mamy w kraju sensownego systemu wolontariatu. Uczniowie w szkołach dostają dodatkowe punkty za aktywność społeczną. To przydatne jest przy ocenie za zachowanie. Mój syn jest w trzeciej klasie gimnazjum. Gołym okiem widziałam, że kiedy potrzebowali ocen, wszyscy w klasie stali się bardzo aktywni. To zachowanie wymuszone. Jeśli uczeń wolontariusz idzie pomagać w schronisku tylko ze względu na punkty, czy to jest prawdziwa pomoc? Piekarska dodaje, że teraz piłka jest po stronie państwa. Dla fundacji powinny być organizowane szkolenia - z księgowości, pozyskiwania funduszy. - Schroniska powinny być też stale kontrolowane, nie tylko przez weterynarzy. Nie chodzi o wymierzanie kar. Odpowiedzialność winna być też po stronie kontrolujących. Kiedy pojawia się problem, obie strony wspólnie pracują nad jego rozwiązaniem. Jeszcze zanim zwierzęta zaczną głodować. Druga szansa dla przytuliska Druga szansa dla przytuliska Fundacja SOS dla Zwierząt dostała drugą szansę. Po pierwszej kontroli prezydent Chorzowa zlecił przeprowadzenie kolejnej. Kilka dni temu schronisko odwiedzili urzędnicy. Tym razem zwierzęta były nakarmione, cały azyl - posprzątany. Motakowie zostali zobligowani do zmniejszenia liczby psów. Z ponad setki ma ich zostać 40. Dla wszystkich muszą znaleźć domy - i nie mogą przyjąć następnych zwierząt. Urzędnicy sprawdzą schronisko jeszcze raz pod koniec września. Wtedy zapadnie decyzja: co dalej? Coraz częściej opieka nad bezdomnymi czworonogami przerasta samych opiekunów.

  • PRZYZWYCZAJMY SIĘ DO PANI PREMIER

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza PAWEŁ WROŃSKI 17-09-2014

    Ten rząd jest przecież tylko na rok - to zdanie często powtarzane odnośnie do rządu Ewy Kopacz jest zapewne jednym z największych błędów. Wiele bowiem wskazuje na to, że będzie to nie rząd tymczasowy, ale rząd, który będzie chciał wygrać wybory parlamentarne 2015 r. i rządzić dalej. Ewa Kopacz zaś ma wszelkie szanse, by zostać kolejną przewodniczącą PO. Skąd takie przekonanie? W końcu każdy rząd powstaje nie po to, by przetrwać rok, ale by wygrać wybory. Być może wynika to z analogii historycznej. Na myśl przychodzi bowiem technokratyczny rząd Marka Belki, który powstał po odejściu Leszka Millera w 2004 r. i miał jedynie doprowadzić SLD do końca kadencji. Sytuacja Platformy Obywatelskiej jest inna. Donald Tusk zszedł z ringu niepokonany. Przenosi się ze stanowiska premiera na prominentny urząd w Unii Europejskiej. Nowy rząd powstaje pod patronatem jego i prezydenta. To, że w układaniu rządowych personaliów pomaga Kopacz odchodzący premier, wydaje się prawdopodobne i będzie w początkowym okresie sprawowania władzy atutem, przynajmniej w wewnętrznych rozgrywkach. Kopacz ma szansę stworzyć stosunkowo trwałą konstrukcję prezydent - premier. Prezydenta Komorowskiego przez dłuższy czas uważano za polityka, który został prezydentem z woli Donalda Tuska. Teraz wychodzi na plan pierwszy. To Komorowski będzie decydował o sprawach zagranicznych i polityce obronnej. Taki rząd będzie miał jasny cel i przesłanie - wobec sytuacji na Ukrainie, imperialnych ambicji Władimira Putina, konieczne jest wewnętrzne wzmocnienie państwa, wzrost wydatków na obronność i system obronny kraju. To program, który odbiera tlen opozycji - szczególnie Prawu i Sprawiedliwości. Zagrożenie to już dostrzegł Jarosław Kaczyński, próbując przelicytować prezydenta w wojenno-patriotycznej retoryce. Jednak w tej sytuacji może mówić: więcej, mocniej, ale przecież nie inaczej. Nie można tej polityki zanegować, bo byłoby to połknięcie własnego języka. Łatwiej już tę retorykę zwalczać z pozycji SLD i PSL. Tandem K2 - Komorowski i Kopacz - jest skazany na współpracę. Sukces premier Kopacz to większe szanse prezydenta Komorowskiego w wyborach. Wybór prezydenta Komorowskiego na drugą kadencję to większe szanse wyborcze Platformy kierowanej przez Kopacz. Zbyt gorliwe są zapowiedzi zarówno samego Tuska, jak i jego współpracowników, że po wyjeździe do Brukseli były premier porzuci Platformę Obywatelską, by w nie uwierzyć. Zapewne Platforma liczy na model sprawowania władzy w stylu Jana Pawła II, który choć przebywał w Watykanie, to miał wiele do powiedzenia w polskim Kościele. Z drugiej strony, to Ewa Kopacz będzie prymasem PO, który może się ogrzewać w blasku jego chwały i w ostateczności do opinii ojca założyciela odwoływać. Ryzykowny manewr - posadzenie szefa MSZ Radosława Sikorskiego na stanowisku marszałka Sejmu - daje mu pozycję silnego rezerwowego, do którego wszak politycy PiS będą musieli przez zęby zwracać się "panie marszałku", a nie "sługusie Rosji". Pozostaje pytanie, czy społeczeństwo polubi doktor Ewę, kiedy już znudził mu się "sympatyczny chłopak z sąsiedztwa", który przez ostatnie siedem lat dorósł i stał się "zimnym graczem o wilczych oczach". Platforma Obywatelska w ciągu ostatnich dwóch lat "autorskich" rządów Donalda Tuska wiele straciła ze swojej popularności. W ciągu roku Ewa Kopacz ma bardzo dużo do odrobienia, ale wszystkie atuty w ręku. Ten rząd jest przecież tylko na rok - to zdanie często powtarzane odnośnie do rządu Ewy Kopacz jest zapewne jednym z największych błędów. Wiele bowiem wskazuje na to, że będzie to nie rząd tymczasowy

  • 19 WRZEŚNIA 1993

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza PW 17-09-2014

    POWRÓT KOMUNY POWRÓT KOMUNY Cztery lata po przełomie 1989 r. wybory wygrywa postkomunistyczny SLD. W siedzibie Sojuszu, który świętował wiktorię, pojawił się Jerzy Urban z potężną butelką szampana. Fotoreporterom pokazał język. Poseł Stefan Niesiołowski mówił w Sejmie, że dzwonią do niego przerażeni ludzie i pytają, czy komuna wróciła. Wybory rozpisał prezydent Lech Wałęsa z powodu niespodziewanego obalenia koalicyjnego rządu Hanny Suchockiej przez "Solidarność". Kampania wyborcza 1993 r. była długa, bardzo brutalna, a walka toczyła się głównie w obozie "Solidarności". KPN i związkowcy krytykowali "złodziejską prywatyzację". Porozumienie Centrum szermowało hasłem dokończenia dekomunizacji i lustracji. "Solidarność", ale także lewica krytykowały skutki planu Balcerowicza. Karol Modzelewski - związany wówczas z Unią Pracy - pisał, że plan Balcerowicza "nie przeżył próby życia". Ostatecznie oprócz SLD (171 mandatów) największy sukces w historii osiągnęło PSL - 132 mandaty. Z solidarnościowych partii jedynie Unia Demokratyczna wprowadziła 74 posłów. Nie weszły do Sejmu Kongres Liberalno-Demokratyczny, w którym coraz większą rolę odgrywał Donald Tusk, oraz Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego. POWRÓT KOMUNY POWRÓT KOMUNY Cztery lata po przełomie 1989 r. wybory wygrywa postkomunistyczny SLD. W siedzibie Sojuszu, który świętował wiktorię, pojawił się Jerzy Urban z potężną butelką szampana. F

  • MNIEJ BIEDY W POLSCE. WINA TUSKA?

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza ADAM LESZCZYŃSKI (GAZETA WYBORCZA) 17-09-2014

    Niemiecka Fundacja Bertelsmanna opublikowała w poniedziałek obszerny raport o sprawiedliwości społecznej w krajach Unii. Polska bardzo awansowała w unijnym rankingu. W poprzednim raporcie, z 2008 r., byliśmy na ostatnim miejscu, dziś jesteśmy w środku, na 16. pozycji. Wyprzedzamy m.in. Słowację, Węgry, Irlandię, Portugalię, Hiszpanię i Włochy. Raport chwali rząd Tuska za skuteczną politykę społeczną. Czy słusznie? Metodologia Metodologia Jak wiadomo, statystyka może udowodnić prawie wszystko. Raport Bertelsmanna został jednak starannie przygotowany. Porównywał kraje pod względem 27 wskaźników, dane czerpiąc głównie z Eurostatu oraz EU-SILC (czyli statystyk Unii Europejskiej dotyczących dochodu i warunków życia). W przypadku zapobiegania biedzie oceniano m.in. liczbę bezwzględną i odsetek obywateli zagrożonych biedą i wykluczeniem społecznym, odsetek ludzi żyjących w gospodarstwach domowych, w których jest przynajmniej jedna osoba bezrobotna. Uwzględniono bezrobocie młodzieży i osób starszych, liczbę osób otrzymujących płacę minimalną oraz zatrudnionych na umowach tymczasowych. Niektóre kategorie, które trudno ująć w liczbach, oceniało stu ekspertów z całej Europy, np. politykę rodzinną. Dane są więc pewne i dają podstawy do porównań między krajami. Nam się poprawiło, ale u innych pogorszyło Nam się poprawiło, ale u innych pogorszyło Te wskaźniki przeliczano według jednolitego algorytmu, tak aby w każdej kategorii kraj ocenić w punktach - od 0 do 10. Polski wskaźnik wyniósł 5,36; powyżej 7 oceniono cztery kraje: Szwecję, Finlandię, Danię i Holandię. Wszystkie są dużo od nas bogatsze, ale też znane na całym świecie z aktywnej socjaldemokratycznej polityki społecznej. Polska wyprzedziła prawie wszystkie kraje postkomunistyczne w kategorii zapobieganie biedzie (Rumunia została tu wyceniona na zaledwie 1,08). Wyjątkiem są Czechy, które radzą sobie z tym równie dobrze jak Niemcy. Najwięcej do nadrobienia mamy według raportu Bertelsmanna w dziedzinie zdrowia. W innych kategoriach mamy przyzwoite średnie europejskie wyniki. Nie ma się czego wstydzić. Imponujący polski awans od 2008 r. nie wynika jednak tylko z tego, że w Polsce się poprawiło. Także z tego, że w prawie wszystkich innych krajach Unii wskaźniki badane przez Bertelsmanna się pogorszyły w stosunku do 2008 r. Nawet lider, Szwecja, stracił 0,05 punktu (my zyskaliśmy prawie punkt). W raporcie bardzo wyraźnie widać skutki światowego kryzysu, który zaczął się w 2008 r. i trwa do tej pory. Kraje najbardziej dotknięte kryzysem przeżyły także załamanie w polityce społecznej. Najbardziej ucierpiały Grecja (spadek na ostatnie miejsce w rankingu, poniżej Rumunii), Hiszpania, Irlandia i Włochy. Widać także wyraźne pogorszenie się warunków życia na Węgrzech. Wina Tuska? Wina Tuska? Awans i spadek kraju w takiej statystyce zależy od polityki rządu - ale nie tylko od tego, czy rząd reformuje szkoły, system emerytalny czy służbę zdrowia. Ogromne znaczenie ma ogólny stan gospodarki. Jeżeli PKB spada o kilkanaście procent i więcej (jak w Grecji i Hiszpanii), nawet najbardziej lewicowi politycy muszą drastycznie ciąć wydatki na politykę społeczną. Bezrobocie także powoduje wzrost biedy i patologii społecznych. Polski sukces wynika więc w znacznej mierze z tego, że udało nam się uniknąć w kryzysie recesji, a innym nie (chociaż bezrobocie u nas wzrosło i liczba biednych także; dopiero w zeszłym roku te trendy się odwróciły). Dlatego raport Bertelsmanna można odczytywać jako pochwałę polityki społecznej siedmiu lat rządów Tuska, ale także jego polityki gospodarczej. Potwierdza także to, co powszechnie sądzą Polacy (i co ujawniło się m.in. w sondażu TNS Polska dla "Wyborczej" na 25-lecie wyborów 4 czerwca 1989 r.): to system ochrony zdrowia budzi w Polsce najwięcej niezadowolenia i brak poprawy w tej sferze jest najdotkliwszy. Warto pamiętać, że średnia wieku w Polsce rośnie - a im starszy jest statystyczny Polak, tym częściej musi chodzić do lekarza i tym bardziej jakość opieki zdrowotnej staje się dla niego kryterium oceny polityków. Dużo pracy jeszcze przed nami Dużo pracy jeszcze przed nami Do europejskiej czołówki - krajów o najwyższej jakości życia i najbardziej sprawiedliwych społecznie - nadal Polsce bardzo daleko. Według raportu GUS "Ubóstwo w Polsce 2013" odsetek osób żyjących w naszym kraju poniżej granicy ubóstwa skrajnego (to jedna z kilku różnych miar biedy, oznaczająca minimum biologicznej egzystencji) wyniósł w 2012 r. 6,8 proc. To nadal ogromna rzesza ludzi - znacznie ponad 2 mln Polaków, czyli więcej niż cała populacja Estonii. Odsetek biednych w Polsce zmniejszał się bardzo od czasu naszego wejścia do Unii. Trwało to do kryzysu - i od tego czasu właściwie przestało się poprawiać. Być może ci, którzy są nadal biedni, to nasza polska "podklasa" - ci, którzy z różnych względów (niskiego wykształcenia, dziedziczonego bezrobocia itp.) tkwią w pułapce biedy i bez specjalnych programów państwa ani oni, ani ich dzieci się z niej nie wyrwą. Dorównaliśmy do europejskiej średniej w rankingu sprawiedliwości społecznej - ale żeby osiągnąć poziom Szwecji czy Holandii, potrzeba wielu lat pracy. Czego nie ma w statystykach? Czego nie ma w statystykach? W raporcie Bertelsmanna nie ma bardzo ważnej informacji: subiektywnej oceny tego, czy żyje się w kraju sprawiedliwym społecznie. A ma ona ogromne znaczenie polityczne. W przywoływanym sondażu na 25-lecie niepodległości Polacy niemal jednomyślnie (80-90 proc.) oceniali, że różnice w Polsce w dochodach i majątku są zbyt duże. Paradoksalnie, jest więc możliwe, że Polska może być krajem obiektywnie bardziej sprawiedliwym społecznie niż dziesięć lat temu, ale ze społeczeństwem sfrustrowanym i postrzeganą przez nie niesprawiedliwością. Niemiecka Fundacja Bertelsmanna opublikowała w poniedziałek obszerny raport o sprawiedliwości społecznej w krajach Unii. Polska bardzo awansowała w unijnym rankingu. W poprzednim raporcie, z 2008 r.,

  • SYTUACJE POGRANICZNE

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza JANUSZ A. MAJCHEREK * 17-09-2014

    Byłoby głęboko frustrujące, gdyby z konfliktu na wschodniej Ukrainie w innych państwach wyciągnięto wniosek: jeśli chcesz uniknąć problemów z mniejszościami narodowymi, to wypędź je lub poddaj wynarodowieniu. Wschodnia Ukraina czy Krym nie są wyjątkowymi, lecz typowymi przykładami państwowego pogranicza na dawnym terytorium sowieckim z dominującą ludnością rosyjskojęzyczną i prorosyjską. Od Osetii i Abchazji przez Gagauzję i Naddniestrze aż do Łatgalii i Narwy ciągną się wokół obecnych granic Rosji obszary, których przynależność państwowa jest zagrożona przez prorosyjskie tęsknoty. Te zaś są wynikiem nie tylko narodowej świadomości, lecz także długotrwałej indoktrynacji w wielkoruskim duchu, a przede wszystkim kształcenia w rosyjskim języku, czyniącego z tych ludzi podatnych odbiorców rosyjskiej propagandy. To też nic nowego. Po I wojnie światowej podobna sytuacja zapanowała na pograniczu państwowym obejmującym tereny dawnej Rzeszy i Austrii. Niemieckojęzyczna ludność zamieszkująca te obszary, ukształtowana przez niemiecką kulturę, manifestowała chęć przyłączenia do Niemiec, dając argumenty rewindykacyjnym żądaniom Republiki Wei- marskiej, a potem Hitlera. To w Sudetach, Prusach Wschodnich czy Gdańsku miały one szczególnie żarliwych zwolenników. Po spowodowanej tymi roszczeniami II wojnie światowej stwierdzono, że jedynym sposobem uniknięcia w przyszłości podobnych problemów z niemieckojęzyczną ludnością będzie jej wysiedlenie z Polski, Czechosłowacji i innych państw. Dziś możemy ubolewać nad tragicznymi okolicznościami tych wypędzeń, ale wówczas - na podstawie wcześniejszych doświadczeń - uznano je za jedyne wyjście. Czy to usprawiedliwia obecne gnębienie Polaków na Wileńszczyźnie przez obecne władze Litwy albo traktowanie rosyjskojęzycznych mieszkańców Łotwy przez jej władze jak obywateli drugiej kategorii? Oczywiście nie, ale wyjaśnia ich motywy, oparte na doświadczeniach przeszłości. A jednak wniosek o wynarodawianiu i wysiedlaniu jako najskuteczniejszych metodach radzenia sobie z mniejszościami byłby pochopny. Cała Europa usiana jest obszarami narodowego, etnicznego i kulturowego pogranicza, lecz Unia Europejska rozwiązuje wynikające stąd problemy inaczej - przez przyznanie grupom narodowym, etnicznym i kulturowym praw niezależnych od państwowej przynależności. Dyrektywa stąd płynąca byłaby więc taka: stwórz mniejszościom u siebie warunki nie gorsze niż w kraju, z którego dominującą kulturą się utożsamiają, a przestaną marzyć o przyłączeniu do niego. I to działa. Postępy integracji europejskiej zmniejszyły liczbę i intensywność konfliktów na wewnątrz-unijnych pograniczach międzypaństwowych. Im mniejsze znaczenie mają granice, tym mniej ważne się staje, po której ich stronie mieszkasz. Szkopuł w tym, że Rosja nie tylko do Unii Europejskiej nie należy, ale wręcz traktuje ją jak wroga. Nie tylko nie respektuje stosowanych w UE rozwiązań, ale właśnie przebieg granic swoich wpływów uważa za kwestię fundamentalną. Gotowa jest prowadzić wojny o to, po której stronie tej granicy mieszkają jej pobratymcy. To jednak powód nie tylko, by nie przyjmować tej samej logiki stref wpływów, lecz także, by ją odrzucić i odmówić rywalizacji w tej kategorii. ---------- * JANUSZ A. MAJCHEREK - profesor w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego. Byłoby głęboko frustrujące, gdyby z konfliktu na wschodniej Ukrainie w innych państwach wyciągnięto wniosek: jeśli chcesz uniknąć problemów z mniejszościami narodowymi, to wypędź je lub poddaj wynaro

  • Ukraina bliżej czy dalej Unii?

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza TOMASZ BIELECKI (BRUKSELA) 17-09-2014

    - Nie wiem, czy się radować... Nie wiem, czy dzisiaj trzeba się śmiać czy raczej płakać - wyznała Rebecca Harms, niemiecka przywódczyni Zielonych i jedna z największych przyjaciół Ukrainy w Parlamencie Europejskim. Ratyfikacja umowy między UE i Ukrainą, na którą zgodzili się we wtorek europosłowie i ukraińska Rada Najwyższa, formalnie zamyka Kijowowi drogę do przystąpienia do kremlowskiej Unii Celnej złożonej obecnie z Rosji, Białorusi i Kazachstanu. Ale decyzja, by odwlec wejście w życie najważniejszej, handlowej części tej umowy (DCFTA) aż do stycznia 2016 r., to duże ustępstwo na rzecz Kremla. I wielkie ryzyko, że Moskwa będzie naciskać na dalszą zwłokę lub wręcz na renegocjacje tego tekstu. - Czy mamy jakąś pewność, że za rok treść tej umowy się nie zmieni? Co tak naprawdę wejdzie w życie w styczniu 2016 r.? - pytała Harms. Niezadowolenia nie krył też europoseł Jacek Saryusz-Wolski (PO), który od początku pilotował umowę w Parlamencie Europejskim. - Obawiam się, że odroczenie zachęci Rosję do dalszych agresywnych kroków na Ukrainie - przestrzegał. Jednak europosłowie starali się nie psuć solennej oprawy równoczesnych głosowań nad ratyfikacją w Strasburgu i Kijowie. Można je było oglądać dzięki połączeniu wideo między oboma parlamentami. - Żaden naród nie zapłacił tak wysokiej ceny za prawo do bycia Europejczykiem. Atmosfera, która panuje dziś w sali Rady Najwyższej, przypomina mi rok 1991, kiedy zdobyliśmy niepodległość - powiedział ukraiński prezydent Petro Poroszenko. Zaraz potem podpisał ustawę ratyfikacyjną. A ukraińscy parlamentarzyści przyjęli kolejną uchwałę - "O wyborze europejskim Ukrainy" - z deklaracją, że Kijów będzie dążyć do członkostwa w UE. Pod presją Moskwy Pod presją Moskwy Decyzję o odroczeniu porozumienia DCFTA, które pierwotnie miało wejść w życie już z początkiem listopada, podjęto w piątek w Brukseli w wyniku rokowań komisarza UE ds. handlu Karela De Guchta, ukraińskiego ministra spraw zagranicznych Pawła Klimkina oraz rosyjskiego ministra rozwoju gospodarczego Aleksandra Ulukajewa. Rosjanie twierdzą, że strefa wolnego handlu między Unią i Ukrainą miałaby zgubne skutki dla ich gospodarki, choć w rzeczywistości jedyną ich stratą byłaby stopniowo rosnąca konkurencja unijnych towarów dla rosyjskich produktów na rynku ukraińskim. Moskwa groziła, że w razie ratyfikacji umowy wypowie Ukrainie wojnę handlową na pełną skalę. Domagała się renegocjacji tekstu, a przelęknieni wizją bankructwa Ukraińcy - jak przekonują nasi rozmówcy w Brukseli - byli gotowi do zmian w umowie, choć raczej za pomocą aneksów do głównego tekstu. Ze względów prestiżowych było to jednak trudne do przełknięcia dla Brukseli, która od miesięcy przekonywała Kreml, że zmiana umowy jest niemożliwa ze względów prawnych. Skończyło się zatem "tylko" na odroczeniu. Ale Ulukajew obiecał, że pomimo ratyfikacji w Kijowie wojny handlowej nie będzie. UE na osłodę obiecała Ukraińcom, że do końca 2015 r. przedłuży jednostronne uchylenie ceł na bardzo wiele ukraińskich towarów, co zresztą robi już od czerwca. To ma prawie taki efekt, jakby Unia jednostronnie stosowała porozumienie DCFTA. Specjalne prawa dla Donbasu Specjalne prawa dla Donbasu Także we wtorek ukraiński parlament zatwierdził na wniosek Poroszenki ustawę o specjalnym statusie dla Donbasu; na razie na trzy lata. Rejony Donbasu, które obecnie zajmują prorosyjscy rebelianci - czyli obszar zamieszkany przed wojną przez ok. 10 proc. obywateli Ukrainy - wyłonią swoje władze lokalne w przedterminowych wyborach samorządowych zapowiedzianych na 7 grudnia. Samorządy, których mandat nie będzie mógł być skrócony przed upływem czteroletniej kadencji, będą uczestniczyć w mianowaniu szefów prokuratur i sądów. Zyskają prawo do tworzenia "milicji ludowych", a także do nawiązywania - bliżej niesprecyzowanej - "współpracy ponadgranicznej" z samorządami w Rosji. Rebelianci prócz winnych ciężkich przestępstw zostali objęci amnestią. Na odbudowę Donbasu będzie łożyć Kijów. Grudniowe wybory w miastach i powiatach, gdzie rządzą rebelianci, najpewniej wyłonią - jak wskazują krytycy Poroszenki w Kijowie - władze lokalne złożone prawie wyłącznie z separatystów. A ich oddziały staną się legalnymi "milicjami ludowymi". Nawet teraz pomimo rozejmu umacniają tam swój stan posiadania - we wtorek zajęli budynek polskiego konsulatu w Doniecku (nikt tam od kilkunastu tygodni nie pracował) i najwyraźniej usiłują wyrwać lotnisko pod miastem z rąk ukraińskiej armii. Groźne ustępstwa? Groźne ustępstwa? Decyzje Poroszenki o odwleczeniu DCFTA oraz o specjalnym statusie dla Donbasu ostro krytykuje Julia Tymoszenko, która widzi w nich "zagrożenie dla niepodległości Ukrainy". Choć premier Arsenij Jaceniuk na razie stara się nie eksponować różnic z Poroszenką, jego najbliższe otoczenie nie kryje obaw co do gołębiej linii prezydenta. Zanosi się na to, że ustępstwa Kijowa będą jednym z najgorętszych tematów kampanii przed październikowymi wyborami do Rady Najwyższej. W Kijowie już zrobiło się gorąco. Tuż po wczorajszych głosowaniach pod parlamentem zebrały się tłumy niezadowolonych. Zniszczyli ogrodzenie, w ruch poszły świece dymne i petardy. Doszło do przepychanek między demonstrantami a milicją. Jeden z deputowanych Partii Regionów, uznawanej za prorosyjską, został wepchnięty do śmietnika. Ukraina i Parlament Europejski ratyfikowały umowę stowarzyszeniową UE - Ukraina, ale jej najważniejsza część nie wejdzie w życie przed 2016 r. Kijów daje autonomię rebeliantom z Donbasu.

  • Bitwa o szkockie zdrowie

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza MACIEJ CZARNECKI 17-09-2014

    Debatę o lecznictwie podgrzały rewelacje BBC i "The Herald". Dziennikarze dotarli do poufnego raportu menedżerów szkockiej służby zdrowia z 6 sierpnia. Wynika zeń, że w szkockim budżecie na zdrowie w latach 2015-17 zabraknie 400-450 mln funtów. Powodem są m.in. rosnące koszty leków i starzejąca się populacja. "Z uwagi na nowe wyzwania utrzymanie obecnego modelu opieki nie jest już możliwe" - stwierdza dokument i wprost mówi o koniecznych oszczędnościach w wysokości ok. 3,5 proc. budżetu szkockiej służby zdrowia. Tymczasem publicznie szkoccy politycy zapowiadają ochronę obecnego systemu, a nawet zwiększenie wydatków. Takie obietnice trafiają w lewicowej Szkocji na podatny grunt i są jednym z głównych argumentów za niepodległością. Dlatego unioniści są wściekli. - Premier autonomii Alex Salmond i wicepremier Nicola Sturgeon oszukiwali nas - grzmiał wczoraj Alistair Darling, lider kampanii "Lepiej razem". - Okazuje się, że planują ściąć budżet na zdrowie o 450 mln funtów, ale chcieli trzymać to w tajemnicy do czasu referendum. To odrażające - powiedział Darling. Salmond przypomniał jednak, że szkocki parlament Holyrood przegłosował niedawno zwiększenie tegoż budżetu z 11,9 mld funtów do 12,7 mld funtów. Jego zdaniem dokument mówi po prostu o potrzebie "zwiększenia wydajności" systemu służby zdrowia wobec rosnących kosztów - bez obniżenia standardów. Sturgeon dodała jeszcze, że plany dotyczą status quo, a nie niepodległości. Jeśli ludzie zagłosują na "tak", przekonuje szkocki minister zdrowia Alex Neil, kraj "przestanie marnować pieniądze na broń nuklearną i system westminsterski, w tym Izbę Lordów, i zamiast tego skoncentruje się na potrzebach Szkocji". Czyli, możemy się domyślać, właśnie na służbie zdrowia. Niepodległościowcy od dawna straszą, że jeśli Edynburg zostanie w Zjednoczonym Królestwie, szkockie szpitale padną ofiarą planowanych przez torysów cięć i prywatyzacji. Czy mają rację? Brytyjski think tank Institute for Fiscal Studies (IFS) wyliczył, że jeśli brytyjski program oszczędnościowy będzie wdrażany zgodnie z planem, obecny budżet Szkocji rzeczywiście skurczy się o 10,5 proc. Ale, zauważa IFS, reszta Wielkiej Brytanii odczuje cięcia jeszcze bardziej. Poza tym, jeśli Edynburg dostanie szerszą autonomię - Westminster obiecuje, że tak - będzie mógł podnieść podatek dochodowy. Zwyżka o 1 proc. pozwoli podnieść budżet szkockiej służby zdrowia aż o 4. A prywatyzacja? Torysi twierdzą, że wcale nie prywatyzują służby zdrowia, bo dalej jest powszechna, bezpłatna i finansowana z podatków. Ale faktem jest, że coraz częściej jednak powierzają prowadzenie przychodni czy szpitali firmom. Na razie głównie rodzimym, ale związki zawodowe alarmują, że negocjowane między USA a UE porozumienie o wolnym handlu otworzy rynek dla amerykańskich gigantów. Salmond obiecuje, że niepodległa Szkocja nie ratyfikuje tej umowy. Wczoraj b. laburzystowski premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown stwierdził jednak, że już obecnie szkocki parlament ma dość uprawnień, by ochronić publiczną służbę zdrowia. Cameron oraz liderzy brytyjskich laburzystów i liberalnych demokratów Ed Miliband i Nick Clegg wprost przyrzekli wczoraj Szkotom, że ich parlament "będzie miał ostatnie słowo w kwestii wydatków na zdrowie". Salmond odparł jednak, że w istocie nie zaoferowali nic konkretnego. Dyskusja o lecznictwie może okazać się kluczowa dla referendum, bo największymi przeciwnikami niepodległości są ludzie powyżej 65. roku życia, których ten temat żywo obchodzi. Trzy z czterech ostatnich sondaży wskazują, że Szkoci raczej zagłosują na "nie" (54 do 46, 53 do 47 i 51 do 49). Jednak czwarty daje zwycięstwo niepodległościowcom (54 do 46). Bukmacherzy też dają większe szanse unionistom. Betfair jest tak pewny, że Szkoci zagłosują na "nie", że już zaczął wypłacać pieniądze tym, którzy obstawili taki scenariusz. Z drugiej strony, donosi "The Independent", brytyjskie banki po cichu przewożą do Szkocji miliony funtów na wypadek, gdyby Szkoci zagłosowali na "tak" i zaczęli masowo wypłacać z bankomatów funty. Głosowanie odbędzie się w czwartek. Na ostatniej prostej przed referendum w Szkocji tematem stała się służba zdrowia. Zwolennicy secesji straszą jej prywatyzacją i cięciami, jeśli nie będzie rozwodu z Londynem.

  • ŚWIAT W SKRÓCIE

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza NOT. MIH, PAP, AP 17-09-2014

    EUTANAZJA DLA SKAZANEGO BELGA EUTANAZJA DLA SKAZANEGO BELGA Belgijski sąd przyznał prawo do eutanazji skazanemu za morderstwo i gwałty mężczyźnie, który w więzieniu spędził blisko 30 lat. Lekarze uznali, że stan psychiczny 52-letniego Franka Van Den Bleekena nie poprawi się. Nie jest on w stanie kontrolować swych skłonności i nie ma szans wyjścia na wolność. - Nie chce opuścić więzienia, by nie ryzykować, że będą kolejne ofiary - powiedział adwokat skazanego. Po tej decyzji sądu także 15 innych skazanych na wieloletnie więzienie wystąpiło o eutanazję. TURECKI PREZYDENT GROZI AGENCJOM TURECKI PREZYDENT GROZI AGENCJOM Prezydent Recep Tayyip Erdogan stwierdził we wtorek, że jeśli agencje ratingowe nie zrewidują ocen ryzyka inwestycyjnego w Turcji, to poleci premierowi, by zakończył z nimi współpracę. Fitch i Moody?s negatywnie oceniają perspektywy stabilności politycznej w Turcji. W przeszłości rząd wyprosił już z kraju agencję Standard and Poor?s, z których ocenami się nie zgadzał. ONZ: SYRYJSKI REŻIM GŁÓWNYM WINNYM ŚMIERCI CYWILI ONZ: SYRYJSKI REŻIM GŁÓWNYM WINNYM ŚMIERCI CYWILI - Syryjski rząd jest winny śmierci większości cywili, którzy giną każdego dnia - powiedział we wtorek Paulo Sérgio Pinheiro, szef ONZ-owskiej komisji badającej zbrodnie wojenne. Podkreślił, że armia prezydenta Baszara al-Asada celowo atakuje cywili. Stwierdził jednocześnie, że ekstremiści z Państwa Islamskiego sieją "śmierć i zniszczenie". Od początku trwającej trzy lata wojny domowej w Syrii zginęło ponad 190 tys. osób. EUTANAZJA DLA SKAZANEGO BELGA EUTANAZJA DLA SKAZANEGO BELGA Belgijski sąd przyznał prawo do eutanazji skazanemu za morderstwo i gwałty mężczyźnie, który w więzieniu spędził blisko 30 lat. Lekarze uzn

  • Nieprawomyślna wystawa o II RP

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza ANDRZEJ POCZOBUT (GRODNO) 17-09-2014

    Wystawa poświęcona życiu Białorusinów w II Rzeczypospolitej, otwarta 12 września w Muzeum Państwowym w położonym pod Mińskiem Zasławlu, po czterech dniach została zamknięta. Oficjalny powód - naruszenie przepisów przeciwpożarowych. Tak tłumaczył w wywiadzie dla białoruskiego portalu Tut.By szef działu ideologii Mińskiego Komitetu Wykonawczego Rusłan Truchan. Jednak organizator wystawy historyk Ihar Melnikau nie ma wątpliwości, że prawdziwym powodem było niezadowolenie służb ideologicznych, które uznały treść ekspozycji za niesłuszną. - Muzeum odwiedził Truchan i oświadczył, że wystawa ma zostać usunięta, gdyż poniża ZSRR - powiedział "Wyborczej" Melnikau. Wystawa "Białoruska Atlantyda. Historia zachodniej Białorusi w czasach międzywojennych" opowiadała o życiu Białorusinów w II Rzeczypospolitej i o ich udziale w szeregach Wojska Polskiego w kampanii wrześniowej 1939 roku. - Unikałem ocen, przedstawiałem jedynie fakty. Wydarzenia przedstawiałem z punktu widzenia Białorusinów, którzy byli obywatelami II Rzeczpospolitej. Jak się okazało, nawet fakty są dla władz problemem - mówi Melnikau. Wystawa opowiadała m.in. o represjach, jakim zostali poddani Białorusini po aneksji terenów II Rzeczypospolitej przez ZSRR. Najprawdopodobniej właśnie ten wątek spowodował gwałtowną reakcję białoruskich służb ideologicznych. Dziś ani dyrekcja muzeum, ani urzędnicy państwowi nie chcą rozmawiać o wystawie, która była otwarta jedynie przez kilka dni. Sam Melnikau ingerencję służb ideologicznych tłumaczy niechęcią białoruskich władz do wszystkiego, co jest związane Polską. W białoruskich muzeach państwowych 20-lecie międzywojenne sprowadza się do nieustającej walki Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi z "polskimi panami". Symbolicznej wymowy nabiera to, że wystawę w Zasławlu zamknięto na dzień przez obchodami rocznicy wkroczenia armii ZSRR na tereny Polski 17 września. Rocznica ta jest na Białorusi nazywana Dniem Zjednoczenia. Choć nie jest oficjalnym świętem państwowym, lokalne władze organizują jej obchody. - Co się dziwić zamknięciu wystawy, skoro u nas nadal czci się NKWD? - komentuje znany białoruski historyk Ihar Kuźniacou, autor szeregu monografii poświęconych komunistycznym represjom na Białorusi. 11 września w miejscowości Lida uroczyście odsłonięto marmurową tablicę z nazwiskami funkcjonariuszy NKWD, którzy zginęli w walkach z Armią Krajową. Tablica zawisła na budynku rejonowej komendy milicji, gdzie w latach 1944-47 znajdowała się siedziba specjalnego sztabu do zwalczania polskiej partyzantki na terenach zachodniej Białorusi. - Wydarzenia, które się tu rozegrały w latach 1944-47, są częścią historii białoruskiej milicji. W surowych powojennych latach pracownicy milicji dali dowód męstwa i odwagi, a ich bohaterstwo nie zostało zapomniane - oświadczył, odsłaniając tablicę, minister spraw wewnętrznych Ihar Szuniewicz. - W białoruskich podręcznikach historii wydarzenia września 1939 roku czy powojenne lata są przedstawiane dokładnie tak, jak to było przedstawiane w ZSRR. Dlatego dla władz NKWD jest dobre, a Białorusini, którzy walczyli w szeregach Wojska Polskiego, są źli - mówi "Wyborczej" Kuźniacou. Białoruskie władze nadal czczą NKWD i zwalczają pamięć o Białorusinach, którzy walczyli w szeregach Wojska Polskiego we wrześniu 1939 roku.

  • Spadek z darowizną

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza PIOTR SKWIROWSKI 17-09-2014

    Wiele osób myśli tak: moje dziecko potrzebuje mieszkania, po co ma więc czekać na spadek po mnie, mogę mu podarować mieszkanie już teraz, za życia, sama kupię sobie małą kawalerkę. Albo odwrotnie, to dziecko namawia rodziców na darowiznę, bo nie może czekać na spadek. I jeszcze: on przepisuje mieszkanie na swoją konkubinę, bo się boi, że jeśli ciężko zachoruje i umrze, to ona zostanie bez dachu nad głową. Przedmiotem darowizny nie muszą być nieruchomości. Może to być na przykład samochód. Rodzic dochodzi do wniosku, że w jego wieku samochód nie jest już potrzebny, daje go więc dziecku. Ale uwaga! Każda taka darowizna to potencjalne uszczuplenie majątku tego, kto daje. Czyli uszczuplenie przyszłego spadku. A to już pociąga za sobą ważne konsekwencje. DAROWIZNA W MASIE SPADKOWEJ DAROWIZNA W MASIE SPADKOWEJ Zgodnie z polskimi przepisami darowizny, których za życia udzielił spadkodawca, są w dziedziczeniu ustawowym (czyli gdy nie ma testamentu i odbywa się ono na podstawie kodeksu cywilnego) zaliczane do masy spadkowej. Dotyczy to darowizn zarówno dla osób z najbliższej rodziny, jak i spoza niej. Także dla obcych. Różnica jest taka, że do masy spadkowej wlicza się wszelkie darowizny przekazane za życia spadkobiercom i osobom uprawnionym do spadku, natomiast w pozostałych przypadkach liczą się darowizny udzielone do dziesięciu lat wstecz. Wartość darowizny dolicza się do wartości pozostałego majątku, a następnie tak wyceniony spadek dzieli między spadkobierców. W tym podziale uwzględnia się przy tym owe darowizny. Inaczej mówiąc, udział w spadku dla osoby, która otrzymała wcześniej darowiznę, jest o tę darowiznę pomniejszany. W kodeksie cywilnym zapisano to w następujący sposób: "Zaliczenie na schedę spadkową przeprowadza się w ten sposób, że wartość darowizn (...) podlegających zaliczeniu dolicza się do spadku lub do części spadku, która ulega podziałowi między spadkobierców obowiązanych wzajemnie do zaliczenia, po czym oblicza się schedę spadkową każdego z tych spadkobierców, a następnie każdemu z nich zalicza się na poczet jego schedy wartość darowizny (...) podlegającej zaliczeniu". Przykład. Dwoje dzieci dziedziczy po ojcu. Są jedynymi spadkobiercami, dziedziczą więc po połowie. Do podziału jest majątek o wartości miliona złotych. Jest w tym darowizna dla córki - mieszkanie warte dziś 250 tys. zł, które dostała od ojca jeszcze za jego życia. Do tego dochodzi dom ojca wart 500 tys. zł i 250 tys. zł jego oszczędności. W sumie więc 250 tys. zł "starej" darowizny i 750 tys. zł "nowego" spadku. Podziałowi na pół podlega ich łączna wartość. Nie jest więc tak, że dzieci dzielą między siebie na pół 750 tys. zł. Dzielą cały milion. Syn dostaje z tego 500 tys. zł, a córka 250 tys. zł, bo wcześniej już dostała mieszkanie za 250 tys. zł. Ważne! Gdy darowizna przekracza wartość udziału spadkowego osoby obdarowanej, nie musi ona zwracać nadwyżki ponad wartość tego udziału. Gdyby więc córka z naszego przykładu dostała od ojca w ramach darowizny 600 tys. zł przy masie spadkowej wartej milion złotych, to nie musiałaby bratu zwracać 100 tys. zł do przypadającego nań udziału w połowie spadku. DAROWIZNA A ZACHOWEK DAROWIZNA A ZACHOWEK W tym miejscu musimy wspomnieć o zachowku. To rodzaj zabezpieczenia członków najbliższej rodziny spadkobiercy pominiętych w testamencie. Mogą oni wystąpić do spadkobiercy o zapłatę kwoty, która by się im należała, gdyby nie zostali odsunięci od dziedziczenia. Czyli o zachowek. Wysokość zachowku to 2/3 wartości udziału spadkowego, który przypadałby występującej o niego osobie przy dziedziczeniu ustawowym, jeśli jest ona małoletnia lub trwale niezdolna do pracy, albo 1/2 wartości tego udziału w pozostałych wypadkach. O zachowek mogą wystąpić na przykład dzieci pominięte w testamencie na rzecz konkubiny ojca. Uprawniony do zachowku może o niego wystąpić do osoby, która otrzymała od spadkodawcy darowiznę zaliczaną do masy spadkowej, ponieważ z tego powodu jego spadek się zmniejszył. Trzeba jednak pamiętać, że roszczenie o zachowek przedawnia się z upływem pięciu lat od otwarcia spadku. DAROWIZNA DZIAŁA OD RAZU, TESTAMENT - PO ŚMIERCI DAROWIZNA DZIAŁA OD RAZU, TESTAMENT - PO ŚMIERCI Babcia, która chce podarować swoje mieszkanie wnukowi, może się obawiać, że wnuczek, gdy już przejmie lokal, w którym mieszka babcia, uprzykrzy jej życie albo odda ją do domu opieki. Babcia może próbować odwołać darowiznę. Nie jest to jednak takie proste. Odwołanie darowizny jest możliwe, jeśli obdarowany dopuści się względem darczyńcy tzw. rażącej niewdzięczności. Kiedy mamy do czynienia z rażącą niewdzięcznością? Przepisy tego jasno nie precyzują. Zostawiają to do oceny sądowi. Z całą pewnością rażącą niewdzięcznością jest przestępstwo przeciwko darczyńcy. W ten sposób może być także oceniane unikanie udzielenia pomocy darczyńcy, który znajdzie się w trudnej sytuacji. Odwołanie darowizny mogłoby też nastąpić, gdyby po zawarciu umowy stan majątkowy darczyńcy znacznie się pogorszył - do tego stopnia, że wykonanie darowizny oznaczałoby uszczerbek dla jego własnego utrzymania. Inaczej mówiąc, umowę darowizny można by też odwołać, gdyby np. w razie klęski żywiołowej darczyńca stracił dużą część majątku i aby się utrzymać, powinien móc sprzedać pozostałą jego część zapisaną już komuś w umowie darowizny. Odwołanie darowizny następuje przez oświadczenie złożone obdarowanemu na piśmie. Uwaga! Rozwiązania umowy darowizny nie można żądać po upływie dwóch lat od jej wykonania. Z testamentem jest łatwiej. Spadkodawca może w każdej chwili odwołać zarówno cały testament, jak i jego poszczególne postanowienia. Odwołanie testamentu może nastąpić w ten sposób, że spadkodawca sporządzi nowy testament albo w zamiarze odwołania poprzedni zniszczy. Może też dokonać w testamencie zmian, z których będzie wynikała wola odwołania jego wcześniejszych postanowień. To wszystko sprawia, że osoba sporządzająca testament nie musi się obawiać, iż ten, kto ma po niej dziedziczyć, nagle przestanie o nią dbać czy, zacznie ją źle traktować, bo ma pewność, że i tak przejmie majątek. KIEDY DAROWIZNA BEZ PODATKU KIEDY DAROWIZNA BEZ PODATKU Początek 2007 r. to pamiętna rewolucja podatkowa związana ze spadkami i darowiznami. Od tego momentu spadki i darowizny od najbliższej rodziny są zwolnione z podatku. Nawet jeśli są bardzo cenne. Najbliższa rodzina w podatku spadkowym to: małżonek, rodzice, dziadkowie, dzieci, wnuki, pasierbowie, ojczym, macocha, rodzeństwo. Zwolnienie od spadków i darowizn, o którym mowa, obejmuje wszystkie spadki i darowizny przekazywane w ramach najbliższej rodziny. Nie ma żadnych limitów kwotowych. Trzeba jednak pamiętać, że wspomniana już najbliższa rodzina podatkowa to wcale nie to samo co w życiu. Najbliższymi podatkowo nie są teściowa, teść, zięć i synowa. Zwolnienie od podatku odbywa się pod pewnymi warunkami. Jeśli spadek bądź darowizna od najbliższych mają być zwolnione od podatku, trzeba je zgłosić "właściwemu naczelnikowi urzędu skarbowego" (najczęściej chodzi o urząd darczyńcy). Jest na to specjalny formularz "Zgłoszenie o nabyciu własności rzeczy lub praw majątkowych" - SD-Z2. Trzeba w nim podać szczegóły dotyczące spadku bądź darowizny, m.in. stopień pokrewieństwa łączący nas ze spadkodawcą bądź darczyńcą, udział procentowy w nabytym majątku i jego wartość rynkową, w przypadku nieruchomości (ziemia, mieszkanie czy dom) - jej powierzchnię, w przypadku np. auta - markę, numer rejestracyjny i rok produkcji samochodu. Na zgłoszenie jest sześć miesięcy. Przy spadku termin zgłoszenia liczy się od dnia uprawomocnienia się orzeczenia sądu stwierdzającego jego nabycie. Jeśli zaś nabycie spadku potwierdza notariusz, czas biegnie od momentu sporządzenia przez niego aktu poświadczenia dziedziczenia. To bardzo ważne, bo brak zgłoszenia z reguły oznacza brak zwolnienia podatkowego. Owszem, zwolnienie od podatku jest możliwe także po upływie sześciomiesięcznego terminu, ale to furtka tylko dla tych, którzy po dłuższym czasie dowiedzieli się o darowiźnie bądź spadku. Mają sześć miesięcy na zawiadomienie fiskusa, licząc od dnia, w którym dowiedzą się o ich otrzymaniu. Muszą tylko "uprawdopodobnić fakt późniejszego powzięcia wiadomości o nabyciu spadku bądź darowizny". Ważne! Obowiązek zgłoszenia dotyczy tylko spadków i darowizn, których wartość przekracza w sumie 9637 zł - od jednej osoby i w ciągu pięciu lat. Spadki i darowizny kumulują się w takim właśnie okresie. Jeśli więc co roku będziemy otrzymywali od ojca, powiedzmy, 4500 zł, to dopiero w trzecim roku łączna kwota darowizny przekroczy 9637 zł i trzeba to będzie zgłosić w urzędzie skarbowym. PŁACIMY PŁACIMY Niekiedy jednak podatek trzeba zapłacić. Chodzi o sytuację, gdy spadek bądź darowiznę otrzymują osoby spoza najbliższej rodziny albo najbliżsi, ale niespełniający warunków zwolnienia (np. nie zawiadamiają w wymaganym terminie fiskusa o przyjęciu spadku bądź darowizny). Wysokość podatku zależy od stopnia pokrewieństwa łączącego spadkobiercę czy obdarowanego ze spadkodawcą bądź darczyńcą. Ważny jest tu podział na grupy podatkowe. * Grupa pierwsza - są tu teściowie, synowa, zięć. Jest także najbliższa rodzina, jednak jej członkowie zapłacą podatek tylko wtedy, gdy nie spełnią warunków zwolnienia podatkowego, czyli nie zgłoszą spadku lub darowizny w urzędzie skarbowym, a w przypadku darowizny przyjmą pieniądze bez pośrednictwa banku czy poczty. * Grupa druga - to dalsza rodzina, m.in. ciotki i wujkowie. * Grupa trzecia - osoby niespokrewnione. Podatek płaci się według specjalnej skali podatkowej. Najniższy podatek płacą osoby zaliczone do pierwszej grupy, najwyższy - te z trzeciej grupy. ULGA MIESZKANIOWA ULGA MIESZKANIOWA Najbliższa rodzina w ogóle nie musi się tym martwić - wszak wszelkie spadki i darowizny ma zwolnione z podatku. Ale twórcy ustawy o podatku od spadków i darowizn uznali, że także pozostałym spadkobiercom i obdarowanym należy się jakiś upust podatkowy. Ten upust to mieszkaniowa ulga podatkowa. Ulga obejmuje domy i mieszkania przyjęte w spadku i darowiźnie od osób z I grupy podatkowej (np. od teściowej). W II i III grupie ulga obejmuje domy i mieszkania nabyte w drodze spadków, zapisów czy poleceń testamentowych (darowizny już się do ulgi nie kwalifikują). Dodatkowo, gdy sprawa dotyczy III grupy - jeśli ma być ulga, trzeba jeszcze nad spadkodawcą sprawować wcześniej opiekę przez co najmniej dwa lata od podpisania umowy w tej sprawie u notariusza. W każdym z tych przypadków ulga obejmuje 110 m kw. powierzchni domu czy mieszkania. Jeśli dom bądź mieszkanie jest większe niż 110 m kw., opodatkowana zostaje nadwyżka ponad ten limit. Tylko nadwyżka. Jeżeli więc odziedziczymy po teściowej mieszkanie, powiedzmy, 70-metrowe - nie ma podatku. Ale gdy mieszkanie ma np. 150 m kw., to nawet jeśli jest zniszczone, w ruderze, na obrzeżach miasta, do opodatkowania będzie 40 m kw. "wystających" ponad limit ulgi. Ściślej - wartość tych 40 metrów. Dom 300-metrowy? Do opodatkowania jest wartość 190 metrów "wystających" ponad limit ulgi. Podatek płaci się tu normalnie - według skali. Ulga ma kilka warunków. Przysługuje osobom, które przez co najmniej pięć lat nie tylko będą mieszkać, ale też będą zameldowane w odziedziczonym lub podarowanym domu czy mieszkaniu. Nieruchomość objętą ulgą można sprzedać przed tym terminem pod warunkiem, że uzyskane za nią pieniądze zostaną przeznaczone w ciągu dwóch lat na zakup innego domu albo mieszkania. Trzeba też pamiętać, że osoba, która chce skorzystać z ulgi mieszkaniowej, nie może być właścicielem, a nawet najemcą innego lokalu mieszkalnego. Dotyczy to wszystkich spadkobierców niezależnie od przynależności do grupy podatkowej. ---------- Darczyńca może zastrzec, że darowizna, którą przekazuje, nie podlega zaliczeniu do schedy spadkowej. Może to zapisać na przykład w umowie darowizny. Do schedy spadkowej nie zalicza się też drobnych darowizn, ot, choćby prezentów zwyczajowo przyjętych w danym środowisku. Nie uwzględnia się też pożytków z przedmiotu darowizny. Darowizna to sposób na rozdysponowanie przynajmniej części majątku jeszcze za życia. Trzeba jednak pamiętać, że taka darowizna wchodzi w skład masy spadkowej i jest uwzględniana przy wyliczaniu wysokości spadku.

  • Jedna trzecia Jerzego Stuhra i polski wiek XX

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza ROZMAWIAŁA DOMINIKA KAWCZYŃSKA 17-09-2014

    ---------- Rozmowa z Jerzym Stuhrem reżyserem "Obywatela" ---------- DOMINIKA KAWCZYŃSKA: Wie pan, jakie uczucie prowokuje scenariusz "Obywatel"? JERZY STUHR: Jakie? Przemożną chęć przytulenia Jana Bratka. - To woda na mój młyn. Nie kalkulowałem, nie myślałem o podobnej reakcji. Ale gdy oglądałem prawie gotowy film, zobaczyłem w nim wiele lirycznych, nostalgicznych tonów. Nie chciałem, żeby ludzie rechotali podczas seansu, jednak zależało mi, żeby cały czas mieli uśmiech na twarzach. Historia miota Bratkiem zupełnie jak Piszczykiem z "Zezowatego szczęścia". Pański syn ładnie to podsumował, mówiąc, że bohater trafia w sam środek tych wydarzeń, od których chciałby uciec. Ile Piszczyka jest w Bratku? - Chciałem iść w stronę Munka. Jego autoironiczny sposób opowiadania o Polsce mi odpowiada. Odkryłem, że właśnie ten reżyser, którego nie znałem osobiście, utrwalił mi się w największym stopniu. No i Kobiela zawsze był moim idolem - od dzieciństwa. Byłem nim zafascynowany. A ile jest Jerzego Stuhra w Bratku? - Jedna trzecia. Bratek, mimo że nie ma zdania na wiele tematów, pewnych granic sprzeniewierzenia się samemu sobie nigdy nie przekroczy, ma barierę godności. Jest zbudowany z moich przeżyć i obserwacji, z doświadczeń moich rówieśników, a także z mojej wyobraźni. Unikam przekładania wydarzeń z własnej biografii jeden do jednego. Ale jest w "Obywatelu" wątek osobisty. Moja pierwsza dziewczyna była Żydówką. Szkolna miłość, wierszyki sobie recytowaliśmy. Nagle w 1968 r. zniknęła. Nawet nie wiedziałem o jej pochodzeniu. Kieślowski uważał, że kamerę bierze się po to, żeby opowiadać o sobie. Dla pana sztuka jest formą terapii? - Raczej sposobem na uwolnienie się, zobiektywizowanie myślenia. Uwolnienie od czego? - Na przykład od kompleksów. Boję się artystów, którzy sztukę traktują jak autoterapię. "Obywatel" to opowieść o moim pokoleniu. Zależy mi, żeby wydarzenia, które przywołuję, nabrały pogodnych barw. Żebyśmy przestali się spierać, po której stronie staliśmy. W filmie pada jedno z najbardziej przykrych zdań, jakie usłyszałem w ciągu ostatnich 20 lat. Ktoś mówi do bohatera: "Wiesz, że teraz stajesz tam, gdzie kiedyś stało ZOMO?". Chciałbym, żeby widz mógł się z tego zaśmiać. Umiemy się śmiać z siebie? - Młodszym pewnie przychodzi to łatwiej. Polacy mają głęboki kompleks prowincji. Jeszcze pokolenie, no, może półtora pokolenia, i ten kompleks zostanie zlikwidowany, jeśli nie doznamy upokorzenia podobnego do tego, jakiego teraz doświadczają Ukraińcy. Ciągle jeszcze towarzyszy nam poczucie, że gdzieś więcej wiedzą, więcej widzieli, więcej poznali, mają więcej luzu. No to my, żeby nie odstawać, powtarzamy sobie, że jesteśmy Winkelriedem narodów. Wciąż w to wierzymy? - My to sobie wmawiamy. Za wszelką cenę staramy się ukryć przeświadczenie o tym, że zostaliśmy w tyle. Niezależnie od ustroju robiliśmy rzeczy ważne. Udźwiękawiałem przed chwilą scenę, w której bohater niesie radyjko. Ta sekwencja jest pokazana w różnych porach roku, ale widzimy wciąż ten sam pasaż. Bratek maszeruje z radiem w roku 1972, 1973, 1974, 1975 - zawsze na tej samej ulicy. I w tym właśnie odbiorniku pewnego razu słyszy Bohdana Tomaszewskiego, który mówi o złotym medalu Wojciecha Fortuny. Wiosną spiker oznajmia, że Ryszard Szurkowski po raz czwarty wygrał Wyścig Pokoju. Za chwilę bohater usłyszy, że Polska zdobyła trzecie miejsce na mundialu, pokonała Brazylię, a jesienią - że Krystian Zimerman wygrał Konkurs Chopinowski. O! W to powinniśmy wierzyć, o tym pamiętać, mamy potencjał, a nie powtarzać, że wszystko było złe za komuny. A my cały czas zaczynamy od nowa, teraz to dopiero będziemy... Nieprawda. Często podkreśla pan, że pańskie pokolenie miało ciekawe życie. - Kto w Europie zaczynał pod pomnikiem Stalina, a kończył w wolnym kraju? Może tylko Hiszpanie, którzy wyzwalali się z faszyzmu Franco. Pamiętam, jak w 1953 r. po śmierci Stalina rodzice zaprosili znajomych. Śmichy-chichy, wódeczka się lała. A w szkole płakaliśmy szczerymi łzami, podobnie zresztą po śmierci Bieruta. Wie pani, jak się szybko dojrzewa, gdy przychodzi funkcjonariusz SB do akademika i mówi: "Synu, jeśli jutro jeszcze raz przyjdziesz na strajk, pojutrze twój ojciec leci z pracy"? Ciekawe życie znaczy trudne życie? - Dzisiejsze pokolenia są fajne, ale mam wrażenie, że ciut naiwniejsze. Musiałem dorastać szybciej, być zawsze czujny. Wtedy można było realizować siebie, ale podejmując wielki wysiłek. Jak pochwalili cię w "Trybunie Ludu", miałeś szansę. A ja w recenzji przeczytałem, że w naszym kraju nie ma miejsca na Wodzirejów. Czego oczekują od pana studenci? - Żebym przekazywał im praktyczną wiedzę. Już nie mogę być dla nich guru. Dlaczego? - Bo nie potrafiłbym się zaangażować w realizację ich pomysłów. Nie przemawia do mnie np. interpretacja "Kronosa", ale po odrzuceniu tekstu Gombrowicza i zastąpieniu go własnymi, intymnymi doświadczeniami. Umiem nauczyć ich, jak zachowywać się przed kamerą, żeby widz dobrze ich odcyfrował. Trzeba wiedzieć, że rolę robi się w zbliżeniach, jak zachowywać się w szerszych ujęciach. Pamiętać, żeby wzbudzać w sobie emocje, ale ciężar ciała mieć na lewej nodze. Dlaczego? - Bo jak przeniesiesz na prawą, to wypadniesz z kadru. Aktorzy coraz częściej flirtują z reżyserią - ostatnio choćby Krzysztof Skonieczny. - Uprzedził mnie i pierwszy pokazał Jaśminę Polak na wielkim ekranie w "Hardkor Disko"! A myślałem, że to ja ją wylansuję. Pan za kamerą stawał wielokrotnie. Dlaczego w aktorze rodzi się taka potrzeba? - Odpowiedzialność aktora za film jest częściowa, a ja chciałem wziąć całą. Mówi pan, że już nawet kiedy gra, to się nudzi. - Jak gram w filmie, to faktycznie, ale w teatrze publiczność mnie niesie, spektakle bywają ekscytujące. Kiedy wymyślam rolę w zaciszu - już gram. Potem tylko powtarzam dialogi. A reżyseria nie jest nudna, bo codziennie przychodzi się do innej roboty. Raz plener, raz malutkie mieszkanie, raz hala. Czemu zdecydował się pan kręcić w Łodzi? - Im bardziej cofaliśmy się w czasie, tym trudniej było nam znaleźć odpowiednie obiekty w szybko zmieniającej się Warszawie. No i mogliśmy wykorzystać halę przy Łąkowej. Ucieszyłem się, że właśnie w hali będą powstawać sceny ze szpitala, bo nie musiałem przeszkadzać chorym. Bohater trafia tam, gdy zostaje uderzony w głowę literą "P" z napisu "Telewizja Polska". Przez cały film leży na OIOM-ie i przypomina sobie wydarzenia z życia. Przy Łąkowej zbudowaliście też zaplecze teatru. Do jakiej sceny było potrzebne? - Rozbierała się tam dziewczyna. Jaśmina Polak. Bohatera poznajemy jako dojrzałego mężczyznę. Jego podróż przez życie kończy się w łonie matki. Czemu zdecydował się pan na taką konstrukcję? - Bo to większe wyzwanie. Zależało mi też, żeby nie podawać miesięcy i lat na tacy. Zamiast tego naprowadzamy na daty piosenkami, komunikatami, audycjami radiowymi. Fellini i Moretti nauczyli mnie, że na wszystko można spojrzeć z beztroską. Mnie - z kraju Północy, zza żelaznej kurtyny - bardzo to imponowało. Też próbuję. Beztroski śmiech okazał się dla mnie zbawienny. Chciałem, żeby film był lekki. Szukałem zespołu z poczuciem humoru. A Sonia Bohosiewicz i mój syn mają zaplecze kabaretowe. Sukces zawodowy można połączyć z udanym życiem osobistym? - Trzeba sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie, czym jest szczęście rodzinne. U mnie miłość do bliskich często wyrażała się w tęsknocie. Musieli zrozumieć moją nieobecność, potrzebę samotności. Sztuka jest bardzo zaborcza. Nie możesz powiedzieć: "Teraz trochę jestem artystą, a później zrobię obiad". ---------- Rozmowa z Jerzym Stuhrem reżyserem "Obywatela" ---------- DOMINIKA KAWCZYŃSKA: Wie pan, jakie uczucie prowokuje scenariusz "Obywatel"? JERZY STUHR: Jakie? Przemożną chęć przytulenia Jana B

  • Czy zoo to zło?

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza JOANNA BAGNIEWSKA 17-09-2014

    To nie scena z Tolkienowskiego "Hobbita". Smaug jest waranem z Komodo żyjącym w zoo w Houston. Właśnie przechodzi przez zaplecze gospodarcze, wymijając po drodze opiekunów i grupę studentów. Po przejściu do swojej sypialni dostanie ulubiony przysmak - dwa kurze jajka. Opiekunowie Smauga nauczyli go chodzić za targetem, czyli pałeczką zakończoną kulką. Zaczęło się od przekupstwa - kiedy tylko Smaug dotknął nosem kulki, dostawał smakołyk. Jaszczur szybko nauczył się podążać za kulką, licząc na nagrodę. Tego typu tresura służy nie uciesze gawiedzi, tylko samym zwierzętom i ich opiekunom. Wyobrażacie sobie przenoszenie Smauga, dwuipółmetrowego gada o wielkich pazurach i paszczy pełnej toksycznej śliny, wbrew jego woli? Każda przeprowadzka wymagałaby obezwładnienia zwierzęcia, dużego wysiłku i potencjalnego zagrożenia dla opiekunów, a także ogromnego stresu po obu stronach. Teraz wystarczy wyciągnąć target, a waran podąży za nim w nadziei na nagrodę. Dodatkowa korzyść - tego typu trening jest dla zwierzęcia zajęciem, przerwaniem codziennej monotonii. Ewolucja zoo Ewolucja zoo Często czytamy o ogrodach zoologicznych jako więzieniach, w których nieszczęśliwe i zdesperowane zwierzęta tracą rozum. Chciałabym stanąć po drugiej stronie i przekonać czytelnika, że nie wszystkie ogrody są złe. Niestety, tych światowej klasy jest ciągle za mało - i nie ma na świecie zoo, którego nie można byłoby ulepszyć. Po co nam w ogóle ogrody zoologiczne w czasach internetu, filmów Davida Attenborough i kanału National Geographic? Oglądanie dzikich zwierząt w niewoli nie jest nowością - w 2009 r. w Hierakonpolis, mieście starożytnego Egiptu, odkryto ślady pierwszego zoo z 3500 r. p.n.e. Przez kolejne tysiąclecia możni na całym świecie trzymali nadworne menażerie dla rozrywki i prestiżu. W londyńskiej wieży Bulwark trzymano dzikie koty od roku 1235, kiedy to Henryk III otrzymał w prezencie ślubnym trzy lamparty. Od czasów Elżbiety I zwierzęta mógł obejrzeć każdy. W XVIII w. wejść można było za półtorapensową opłatą bądź dostarczając psa lub kota jako pokarm dla lwów. Najstarszy istniejący nadal ogród zoologiczny to wiedeński Tiergarten Schönbrunn, wybudowany na rozkaz cesarza Franciszka I w 1752 r. W 1828 r., wśród ogólnego wzrostu zainteresowania nauką, Zoological Society of London założyło zoo londyńskie do celów naukowych. Zwierzęta w ciasnych klatkach ledwo mogły się obrócić - miały stanowić żywe muzeum. Przełom w projektowaniu ogrodów zoologicznych nastąpił w 1907 roku, kiedy Carl Hagenbeck jr, handlarz i kolekcjoner zwierząt, zdecydował się na zbudowanie ogrodu prezentującego zwierzęta w warunkach przypominających ich naturalne środowisko. W Tierpark Hagenbeck w Hamburgu zminimalizował liczbę klatek, zamiast nich wykorzystując system fos do odseparowania zwierząt od zwiedzających. Wprawdzie Hagenbeck miewał przedziwne pomysły - na przykład wystawiał w zoo ludzi - Samoańczyków i Lapończyków (tych ostatnich w towarzystwie reniferów), jednak w kwestii projektowania naturalistycznych wybiegów był absolutnym pionierem. Kolejna przełomowa postać dla ogrodów zoologicznych to brytyjski przyrodnik Gerald Durrell. Do czasów Durrella ogrody zoologiczne były głównie rozrywką dla tłumów (niestety, wiele ogrodów dalej tkwi w tej fazie). Durrell walczył - i wcielił to w życie we własnym zoo na wyspie Jersey - żeby ogrody oprócz rozrywki służyły też edukacji, badaniom i, przede wszystkim ochronie gatunków. Jako pierwszy postawił na wybiegi przystosowane do potrzeb zwierząt, a nie ludzi. Często chodzę do zoo, zwiedziłam ich kilkadziesiąt na czterech kontynentach. Zanim pójdę, sprawdzam stronę internetową ogrodu, szukam gatunków przedtem przeze mnie niewidzianych, biorę pod lupę programy badawcze. Robię listę ciekawie zaprojektowanych wybiegów. Sprawdzam, w jakie programy ochrony gatunków zoo jest zaangażowane. Już na miejscu staram się rozmawiać z opiekunami zwierząt. Patrzę, co jest napisane na wybiegach. Czy trzy cele Durrella sprawdzają się w praktyce? Nauka Nauka W 2005 roku Sungai, samica warana z Komodo z zoo w Londynie niemająca kontaktu z samcem od dwóch lat, niespodziewanie zniosła jaja, z których wykluły się młode. Opiekunowie byli zdziwieni, jednak stwierdzili, że jest to zapewne wynikiem długiego przechowywania zarodków lub plemników wewnątrz ciała samicy. Jednak w 2006 r. historia powtórzyła się w Chester, gdzie Florze, samicy niezwiązanej przedtem z żadnym samcem, również wylęgły się młode. Analiza genetyczna niewyklutych jaj wskazała na partenogenezę - DNA młodych pochodziło wyłącznie od matki. Scena jak z "Seksmisji"! Tego typu odkrycie nie mogłoby się zdarzyć na wolności, jako że nie mielibyśmy pewności, że samica nie miała styczności z samcem. Dzięki ogrodom zoologicznym poznaliśmy zjawisko partenogenezy u tak dużych i skomplikowanych zwierząt. Jestem ekologiem, zawodowo badam zwierzęta wolno żyjące. Jednak zanim dzikiej norce lub lisowi założę obrożę z rejestratorem danych, chciałabym zobaczyć, najlepiej w warunkach kontrolowanych, jak takie zwierzę na obrożę zareaguje. Może bawełniana będzie lepsza od skórzanej? Zamiast obroży wygodniejsze będą szelki? Należałoby zmienić kształt rejestratora? Ogrody zoologiczne mogą stanowić idealne laboratoria. To dzięki pracy w Landau Zoo w Niemczech prof. Rory Wilson zmodyfikował położenie rejestratora danych na pingwinach, co później zastosował do badań ekologii tych zwierząt na wolności. Mój student Matthew Allen w zeszłym roku prowadził ciekawy projekt w Shepreth Wildlife Park. Badał, jak ryś (po łacinie W zoo mamy możliwość nieskrępowanej obserwacji większej grupy zwierząt, co można wykorzystywać do tzw. badań fundamentalnych - np. w Marwell Zoo prowadzony jest projekt, w którym psycholodzy z University of Portsmouth badają wzajemne interakcje makaków czubatych. Małpki te, tak jak ludzie, podążają za wzrokiem swoich przyjaciółek częściej niż za obcymi małpami. Obserwacja interakcji wzrokowych informuje nas o strukturze małpiego społeczeństwa. Mieć dobro zwierząt na uwadze Mieć dobro zwierząt na uwadze Jednak aby takie badania miały sens, zwierzęta w zoo powinny się zachowywać przynajmniej do pewnego stopnia naturalnie. Często duże gatunki, np. niedźwiedzie, wilki lub tygrysy, wykazują tzw. zachowania stereotypowe, świadczące o dyskomforcie, stresie albo zaburzeniach psychicznych. Należą do nich chodzenie w kółko, kiwanie się, lizanie łap, wyrywanie sierści albo piór - zachowania odbiegające od normy, regularnie powtarzane, niesłużące żadnemu wyraźnemu celowi. Zwierzęta rozładowują frustrację, nudę bądź lęk takimi właśnie czynnościami zastępczymi. Dlatego równie ważne są badania nad dobrostanem zwierząt. Jak najskuteczniej urozmaicić życie zwierzętom? Ponieważ na wolności jedną z głównych czynności zwierzęcia jest szukanie pożywienia, chowa się jedzenie, co daje im poczucie, że muszą je zdobywać. Nie trzeba dużo pieniędzy, aby zwierzętom ubarwić życie, wystarczy trochę inwencji. Z czasów moich badań w zoo w Houston zapamiętałam przypadek okapi: zwierzę z nudów lizało się tak, że traciło sierść. Jedna ze studentek zaprojektowała karmidło-labirynt, które zmusiło okapi do kombinowania, którędy wypchnąć długim językiem pokarm, żeby go zjeść. Houstońskie zoo współpracuje z Rice University, co przynosi wielkie korzyści dla zwierząt, przyszłych zoologów oraz kadry naukowej. Ogrody urozmaicają wybiegi nowymi zapachami, zmienianiem godzin karmienia, wprowadzaniem różnych gatunków na jeden wybieg - sposobów jest wiele. Ważne są odpowiednie informacje dla zwiedzających, im pełniejsze, tym lepiej. W dobrych ogrodach zobaczymy napis typu: "Zwiedzający zgłaszają nam złamany ogonek jednej z kapucynek. Wiemy o tym, jest w trakcie terapii". Oczywiście nie wszystkim gatunkom można zapewnić odpowiednie warunki w niewoli. Duże, inteligentne zwierzęta - niedźwiedzie, słonie, wielkie koty - znoszą ją fatalnie i, moim zdaniem, nie powinny być trzymane w zoo. Niestety, w większości to właśnie te imponujące, egzotyczne, "charyzmatyczne" gatunki przyciągają zarówno zwiedzających, jak i fundusze na ochronę bioróżnorodności. Ochrona gatunków Ochrona gatunków Można ją podzielić na in situ, czyli na miejscu występowania gatunku, i ex situ, czyli poza nim. Ochrona in situ na ogół odbywa się w parkach narodowych, sanktuariach i poprzez lokalne gałęzie placówek badawczych. Jednak przyczyniają się do niej i ogrody zoologiczne. Tu przodują ogrody australijskie, skupione głównie na gatunkach lokalnych. W Healesville Sanctuary w Melbourne zamiast słoni, lwów i niedźwiedzi zobaczyłam wombaty, wielkouchy, diabły tasmańskie, australijskie szczury wodne, lirogony i mrówkożery. Fascynujące rodzime gatunki, które z jednej strony przyciągają do zoo tłumy (bo Australijczycy są ze swojej fauny ogromnie dumni), z drugiej strony - wymagają chronienia. Healesville prowadzi program rozrodczy diabłów tasmańskich, gatunku cierpiącego na jedyną znaną zakaźną odmianę raka; zajmuje się także zwierzętami może mniej znanymi, ale za to spotykanymi tylko w stanie Victoria - lokalnymi gatunkami ropuch, nietoperzy, oposów, kangurów, a nawet patyczaków! Oprócz rozmnażania ogrody z Victorii zaangażowane są w inne projekty. Najnowszy wykorzystuje psy - włoskie owczarki maremma - do ochrony jamrajów (małych, długonosych torbaczy) przed zagrażającymi im kotami i lisami, które są w Australii gatunkami inwazyjnymi. W zoo w Calgary rozmnaża się żurawie, w Houston - preriokury, w Tallinnie - norki europejskie... O badaniach nad pandą i koniem Przewalskiego każdy słyszał. Zwierząt z programów rozrodczych nie zobaczymy jednak na wybiegach dostępnych dla zwiedzających. Jeśli program jest skuteczny, opiekunowie będą się starali wypuścić zwierzęta na wolność, oczywiście pod nadzorem naukowców. W zoo osobniki te nie powinny mieć styczności z ludźmi, bo mogłoby się to okazać dla nich śmiertelnie niebezpieczne na wolności. Programy rozrodcze nie rozwiążą podstawowych przyczyn, dla których te gatunki giną (brak odpowiednich terytoriów, zmiany klimatu, zanieczyszczenie środowiska, nielegalne polowania), jednak, zwłaszcza w przypadku mniejszych zwierząt, mogą się okazać bardzo pomocne. Ex situ - czyli z dala od miejsca występowania gatunku - przodują ogrody z dużymi funduszami, na terenach o ograniczonej bioróżnorodności: brytyjskie, niemieckie, część miejskich ogrodów amerykańskich. Prowadzą drogie badania (np. dotyczące technologii reprodukcyjnych, analizy genetyczne itd.), ale są także kluczowe przy zbieraniu funduszy na ochronę lokalną. Jedną z akcji jest "Pongos Helping Pongos" prowadzona w zoo w Houston. Mieszkające tam orangutany dostają farby, pędzle oraz papier i malują. To dla nich rozrywka. Do twórczości orangutanów dołączają znani rysownicy - dzięki temu małpio-ludzkie dzieła osiągają na aukcjach bardzo wysokie ceny. Uzyskane pieniądze przekazywane są do organizacji zajmujących się ochroną lasów tropikalnych Malezji i Indonezji. Edukacja Edukacja Prowadząc badania na kretoszczurach w zoo w Houston, zawsze starałam się opowiadać zwiedzającym o swojej pracy, o różnych gatunkach kretoszczurów itd. Pech chciał, że tuż obok moich kretoszczurów mieściło się akwarium... Po mniej więcej piętnastu sekundach ze mną dzieciaki je zauważały i z wrzaskiem: "RYBKI NEMO!!!" biegły dalej. Cóż, liczę na to, że coś zapamiętały. Zoo odwiedzają rocznie miliony zwiedzających. Potencjał edukacyjny jest ogromny. W wielu ogrodach wykorzystują go organizacje, takie jak Eco-Cell prowadzące kampanie typu "They?re calling on you". W Zoo Taronga w Sydney opiekunka goryli opowiada o zwyczajach, zachowaniu, zabawach swoich podopiecznych. Zwiedzający patrzą na gorylątko wiercące się na kolanach mamy. Opiekunka mówi dalej: "Wszyscy mamy telefony komórkowe, prawda? Do wyprodukowania komórek potrzebny jest koltan, substancja, z której robi się kondensatory. Prawie trzy czwarte światowego koltanu znajduje się w Demokratycznej Republice Konga. Pech chce, że w tym kraju mieszkają też wszystkie goryle wschodnie. O koltan trwają walki - jego wydobycie oznacza zniszczenie lasów, domostw goryli. Poza tym napędza wojnę domową i łamanie praw człowieka. Ale my możemy działać, oddając nasze stare komórki do recyklingu koltanu, zmniejszając tym samym zapotrzebowanie na jego wydobycie". Oczywiście, jak wszystkie tego typu instytucje, ogrody zoologiczne są nastawione na zysk - inaczej nie miałyby jak funkcjonować. Jednak nawet przy tym nastawieniu można dużo zdziałać pod względem edukacyjnym, naukowym i ekologicznym. Na co zwracać uwagę, zwiedzając zoo? Jakie cechy powinna mieć dobra placówka? Najważniejsze - kondycja zwierząt. Patrzmy, czy nie przejawiają zachowań stereotypowych: nie kiwają się na boki, nie drepczą w kółko, nie liżą się uporczywie, nie wyrywają sobie sierści, piór, czy mają zajęcie i rozrywkę. Czy informacje przy wybiegach są wyczerpujące? Dowiedzmy się, czy zoo współpracuje z uniwersytetami i innymi placówkami badawczymi, czy prowadzi programy edukacyjne, i co robi dla ochrony gatunków. Na całym świecie z roku na rok podnosi się świadomość ekologiczna. Czy ogrody zoologiczne idą z duchem czasu i spełniają stawiane wymagania? A jak wygląda sytuacja w Polsce? Ciekawa jestem państwa opinii. Smaug nadchodzi krok po kroku. Jego rozdwojony język wysuwa się i chowa, badając otoczenie. Olbrzymie pazury stukają po posadzce. Muskularne, chropowate cielsko jest coraz bliżej, niecały metr od nas.

  • Szczęśliwa żona to szczęśliwe życie

    [ DGW RP ] - Gazeta Wyborcza JACEK KRYWKO 17-09-2014

    Zespół socjologów pod kierunkiem prof. Deborah Carr z amerykańskiego Uniwersytetu Rutgersa przeprowadził badania wśród niemal 400 małżeństw ze średnio 40-letnim stażem. Chodziło o sprawdzenie, jak oceniają swoje związki i czy są w życiu szczęśliwi. W ten sposób odkryli korelację - im lepiej żona ocenia małżeństwo, tym lepiej mąż ocenia swoje życie w ogóle. - Moim zdaniem wynika to z tego, że szczęśliwa małżonka stara się robić dla swojego męża znacznie więcej. Dlatego rośnie jakość jego życia - mówi prof. Carr. Małżonkowie biorący udział w badaniu musieli odpowiedzieć na wiele pytań, np. o to, czy partner ich docenia, rozumie ich uczucia, kłóci się z nimi lub czy po prostu działa im na nerwy. Następnie naukowcy polecili im przez 24 godziny oceniać w sześciostopniowej skali to, jak są szczęśliwi podczas wykonywania codziennych czynności: robienia zakupów, sprzątania domu, oglądania telewizji itd. Pary oceniały na ogół jakość swojego życia wysoko. Najczęściej na "piątkę". Mężowie przy tym oceniali swoje małżeństwo nieco lepiej niż żony. - Ustaliliśmy jeszcze jedną ciekawą zależność. Jakość życia żony pogarszała się znacznie, kiedy mąż chorował. W drugą stronę tego efektu nie było. Choroba żony nie odbijała się negatywnie na szczęściu męża - opowiada prof. Carr. Jej zdaniem ma to związek z tym, że w chorobie mężczyźni często polegają na kobietach. To właśnie one się nimi wtedy opiekują. Natomiast chorująca kobieta częściej korzysta z opieki córki niż swojego męża. - W każdym wypadku dobrze jest dbać o to, by nasze małżeństwo było dobre i wartościowe. Zyskujemy dzięki temu bufor między nami a wszystkimi, przede wszystkim zdrowotnymi, niedogodnościami późnego wieku. Decyzje dotyczące zdrowia często bywają trudne i stresujące. Szczęśliwa, kochająca nas druga osoba potrafi ten stres znacznie ograniczyć - twierdzi prof. Carr. Szczegółowe wyniki prac jej zespołu zostaną opublikowane w październikowym wydaniu czasopisma "Journal of Marriage and Family". Czego mężczyzna potrzebuje do szczęścia? Według ostatnich badań przede wszystkim szczęśliwej żony.

Polecane

  • Własny, przestronny, z ogródkiem

    Kupno domu kilku-, a zwłaszcza kilkudziesięcioletniego, niesie ze sobą spore ryzyko Jak i co sprawdzać kupując dom? Na co zwracać...

  • Sprawa z Poznania zwaliła mnie z nóg. Ale to incydent

    Rozmowa z Danutą Gadziomską * Karol Dolecki: Jak pani skomentuje to, co się stało w Poznaniu? Danuta Gadziomska: Bez wątpienia p...

  • Minus 79 sądów rejonowych

    Minister sprawiedliwości mimo protestów sędziów, PSL-u i opozycji podpisał rozporządzenie likwidujące 79 małych sądów rejonowych ...

  • Kradli pod nosem szefa

    Z kasy Biura Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Katowicach wyparowało co najmniej pół miliona złotych. Z tego powodu kierująca...

  • W SKRÓCIE

    Porodówka w remoncieOddział położniczy w szpitalu Biziela przechodzi gruntowny remont. - Wymieniana jest instalacja elektryczna,...

  • Bez muzycznych mielizn

    Po dwóch latach pojawi się na jedynym koncercie w gdyńskim Uchu wrocławska formacja Robotobibok, jeden z najważniejszych zespołów...

Polecane tematy