Internetowe Archiwum Gazety Wyborczej

Inne tagi

beata antypiuk

(znalezionych: 4289184 )

  • Ujawnianie problemów i testowanie widza

    [ ORU RP ] - Gazeta na WRO ROZMAWIAŁA AGATA SARACZYŃSKA 27-04-2015

    ---------- ROZMOWA Z PIOTREM KRAJEWSKIM dyrektorem artystycznym 16. Biennale Sztuki Mediów WRO "Test Exposure" ---------- AGATA SARACZYŃSKA: Poprzednie biennale było przygotowane w półwiecze istnienia sztuki mediów. Czy dlatego zdecydowaliście, że, zgodnie z przyjętym hasłem "Testowania Wystawiania", teraz jest czas szukania innych metod prezentacji? PIOTR KRAJEWSKI: Chcemy skoncentrować się na sztuce najnowszej, na artystach badających obszar ryzyka, wyznaczających granice doświadczenia, eksperymentujących. Pokazujemy prace z ostatnich dwóch, trzech lat, czyli najnowsze, poruszające aktualne tematy, ale też angażujemy widzów do współtworzenia. Po poprzednich edycjach "Alternative Now", "Pioneering Values" znowu kładziemy nacisk na innowacyjność współczesnych praktyk artystycznych. Poszukujemy nowych przestrzeni dla sztuki i nowych strategii jej pokazywania. Będą nowe miejsca prezentacji? - W tym roku zaprosimy widzów nie tylko do znanych już miejsc - od Muzeum Narodowego, przez galerie, do Centrum Handlowego "Renoma", ale również do nowych, obiecujących przestrzeni, czyli wielkiej nowoczesnej Biblioteki Uniwersytec-kiej, do której publiczność wstąpi po raz pierwszy, a też do prywatnego mieszkania. Tam będą wystawy, projekcje, instalacje, a performance, koncerty? - W czasie wydarzeń otwarcia zajmować będziemy Scenę na Świebodzkim - w sumie zaprosimy do 10 różnych miejsc. Tradycyjnie będzie robotyka i interakcja oraz formy biosztuki. - W różnych wymiarach, z których jeden - wystawa "Kultury kultywowane" - będzie mieć charakter szczególny i jako jedyna proponować będzie narrację. Odnosić się będzie do zagadnienia Art & Science, ale nie jako komputerowa symulacja, lecz prawdziwy proces, co odróżnia ją od tradycyjnego rozumienia tego terminu. W CS WRO staną inkubatory - gniazda, w których Elvin Flamingo umożliwia życie mrówkom, a widzom obserwację tego procesu. To traktowanie sztuki jako laboratorium, ale przede wszystkim testowanie form współpracy z publicznością. Nikt nie ułatwia tu odbioru, nie wyręcza, dając łatwe odpowiedzi. Chcemy, by samemu odkrywać sensy. Testując pokazywanie, sprawdzacie, co widz jeszcze zniesie i polubi? - Naszym celem jest budowanie wartościowej relacji między sztuką a publicznością. A przecież zmienia się nie tylko sztuka, w nieunikniony sposób zmieniają się też odbiorcy. A że WRO od lat zajmuje się kulturalną i artystyczną partycypacją - od interaktywności po udział w performance i projektach sieciowych - to teraz doszliśmy do wniosku, że w relacji z widzami pora też na podzielenie się odpowiedzialnością. Stąd zaproszenie do współkreowania programu. Rezygnujecie z programowania? - Nasz zespół kuratorski oczywiście też wybierał prace, zapraszał artystów. Współpracujemy również z innymi kuratorami oraz badaczami, stąd w programie projekcje z Brazylii czy konferencja "Hakowanie Społecznego Systemu Operacyjnego" przygotowana przez Edwina Bendyka i "What can art do for science" Ryszarda W. Kluszczyńskiego. Tradycyjnie przygotowujemy dwa wspólne działania z festiwalem Musica Electronica Nova. Pięć dni kulminacji, a potem wystawy do lipca. 13 maja zaczyna się największy w Polsce międzynarodowy przegląd sztuki współczesnej.

  • Wirtualne i realne różności ku rozwadze i zabawie

    [ ORU RP ] - Gazeta na WRO AGATA SARACZYŃSKA 27-04-2015

    WRO od swego powstania w 1989 roku prezentuje sztukę tworzoną elektronicznymi oraz cyfrowymi środkami kreacji i komunikacji, a hasło tegorocznego biennale jest zapowiedzią testu nieograniczonych możliwości sztuki. Czekają nas światowe premiery, przygotowane na zamówienie lub współprodukowane przez WRO, a także prezentacje dzieł szeroko komentowanych w świecie. Tak jest ze współczesnym tarotem "Hexen 2.0" Suzanne Treister czy instalacją "Captives" Quayoli inspirowaną niedokończoną serią "Niewolników" Michała Anioła, tu wycinanych przez robota. Będą też prace dedykowane Wrocławiowi, jak choćby głośna instalacja "Modulator - Demodulator". Bertrand Planes i Arnauld Colcomb stworzyli ją w Fundacji Victora Vasarelego, wykorzystując jego portret, natomiast u nas jej bohaterem będzie Alois Alzheimer, który zmarł w Breslau przed dokładnie stu laty. Zaskakujące Zaskakujące Na wystawach w Muzeum Narodowym, Bibliotece Uniwersyteckiej i Renomie trzeba przygotować się na niespodzianki, jak choćby 170-letnią sofę stojącą na jednej nodze, a złożoną z elementów połączonych magnesami ("Balance From Within" Jacob Tonski), czy też skryte na parkingu Renomy bajecznie kolorowe samochody, a właściwie pokrowce na nie, które "oddychają" w rytm kakofonii dźwięków kairskiej ulicy ("Rolling Carpets" Vincent Voillat). Ekspozycje będą czynne do końca czerwca, natomiast podczas pięciodniowego otwarcia spotkać będzie można dzieła tworzone na żywo, jednorazowe zdarzenia i koncerty. Wspólne Wspólne Współtworzenie jest jednym z filarów sztuki mediów, nie może go zabraknąć na WRO 2015. Instalację kinetyczną "5 Robots Named Paul" Patricka Tresseta wypada nazwać "teatrem rysowania", bo uczestniczą w nim inteligentne roboty, które zza swoich pulpitów na bieżąco tworzą portrety chętnym widzom. - Tresset jest artystą, który, jak twierdzi, stracił umiejętność rysowania - mówi Agnieszka Kubicka-Dzieduszycka, jedna z kuratorek WRO. - Tytułowe Pawły posługują się jego kreską, choć każdy po swojemu. Działanie z publicznością proponuje Katsuki Nogami, który w prosty sposób bawi się z widzami, kradnąc ich tożsamość. - Tabletami chwyta wizerunki widzów i sprawia, że stają się one twarzami trzech zakapturzonych, przemieszczających się wśród publiczności postaci - opowiada kuratorka. Dźwiękowe Dźwiękowe Od inauguracji biennale będzie można uczestniczyć w trwającym pięć dni koncercie Kaspera T. Toeplitza, który wykonaniem na żywo dopełnia swoją kompozycję na komputer i gitarę basową. Później jego "INFRA_Exposure" będzie się rozwijać aż do końca wystawy, już bez obecności autora. Innym audialnym eksperymentem będzie performance Joachima Montessuis, jednego z czołowych przedstawicieli sceny noise. - Artysta wprowadza w trans sekwencjami muzycznymi w pracy "Vocal Codes". Zajmuje się też rzeźbieniem muzyki rękami - wyjaśnia kuratorka Klio Krajewska. Wydobywanie dźwięku towarzyszyć będzie też perfomansowi Ya Wen Fu, która w "Space in Between" bada, jak ciało ograniczane jest przez system społeczny. Działania i koncerty zajmą Scenę na Świebodzkim, natomiast wieczorami w czasie majowej kulminacji w Pasażu Pokoyhof zaplanowano audiowizualne sety międzynarodowego grona artystów. Instalacje, performance, koncerty, projekty sieciowe, interaktywne, robotyczne i projekcje - przed nami prezentacje 250 artystów w 10 miejscach.

  • Małe, ważne

    [ ORU RP ] - Gazeta na WRO AS 27-04-2015

    Ważną częścią tegorocznego biennale będzie program Małego WRO, na który złożą się bezpłatne działania dla dzieci i ich opiekunów. Przygotowana została ścieżka tematyczna zawierająca wybór prac z całego programu WRO 2015. Magdalena Kreis opisała dzieła, przybliżając techniki artystyczne i zamiary twórców. Teksty zostały ujęte w "Przewodniku Małego WRO" wraz z zagadkami, zadaniami i rysowankami. Papierowa publikacja będzie bezpłatnym materiałem edukacyjnym dla wszystkich najmłodszych gości. Dla grup zorganizowanych zaplanowano oprowadzania po wystawach pod opieką Przewodników Sztuki. Spacer przez klasyczne, a także nietypowe przestrzenie ekspozycyjne będzie połączony z twórczym spojrzeniem na najnowsze realizacje sztuki mediów. Oprowadzania w każdy wtorek oraz czwartek maja i czerwca po wcześniejszej rezerwacji (kontakt: kreis@wrocenter.pl). Uczestnicy spacerów otrzymają egzemplarz "Przewodnika Małego WRO". 17 maja, jak zwykle o godz. 12.30, odbędzie się specjalny Niedzielny Poranek Filmowy w budynku Biblioteki Uniwersyteckiej. Na parterze w sali projekcyjnej pokazane będą animacje (zestawy z Niemiec i Portugalii) wyłonione z otwartego naboru prac na biennale. Młodzi widzowie od samego początku działania Centrum Sztuki WRO są traktowani bardzo poważnie. Powstają dla nich interaktywne wystawy, oparte na zabawie warsztaty edukacyjne.

  • SYSTEM I JA, CZYLI JAK SIĘ KONTAKTUJEMY, UCZYMY, A NAWET KOCHAMY

    [ ORU RP ] - Gazeta na WRO EDWIN BENDYK (KURATOR SYMPOZJUM PODCZAS BIENNALE WRO 2015*) 27-04-2015

    Sympozjum "Hakowanie Społecznego Systemu Operacyjnego" to przedsięwzięcie zaczynające się 15 maja w nowym gmachu Biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego. Artyści, badacze i aktywiści z Polski i zagranicy odsłonią te aspekty rzeczywistości, które z ukrycia, za zasłoną interfejsów, kodów, protokołów, w coraz większym stopniu determinują codzienne zachowania pojedynczych ludzi i całych społeczności. By lepiej zrozumieć cel tego zadania, cofnąć się trzeba o kilka lat. Wiosną 2007 r. Steve Jobs ogłosił światu nowy supergadżet, iPhone. Projektanci z fińskiej Nokii królującej wówczas na rynku telefonów komórkowych zgodnie uznali, że amerykański pomysł nie przyjmie się. Bo rzeczywiście, dlaczego na rynku, na którym rocznie sprzedaje się ponad miliard sztuk telefonów we wszystkich możliwych kształtach i kolorach, miał przyjąć się pomysł dość ubogi - jeden model w jednym, czarnym kolorze. Zupełnie jak Ford T sprzed stu lat. Po niespełna dekadzie od tamtej premiery Apple jest najpotężniejszą korporacją wszech czasów, głównie za sprawą iPhone?a. Nokia przetrwała jako marka, nie zajmuje się już jednak produkcją telefonów. Co się stało? Kluczem do zrozumienia jest inne wydarzenie - amerykański tygodnik "Time" corocznie ogłasza bohatera roku. Z reguły na mianowanie liczyć mogą postaci z pierwszych stron gazet: politycy, rewolucjoniści, wielcy ludzie kultury. W grudniu 2006 r. decyzja redakcji była inna - werdykt brzmiał: You! Tak, bohaterem roku stał się każdy z nas, ja, ty, on, ona. Redaktorzy "Time" w publicystyczny sposób potwierdzili to, co od lat mówili socjologowie. Klasyczne, nowoczesne społeczeństwo rozsypuje się pod wpływem procesu indywidualizacji. Masa, która rządziła nowoczesnością, ustępuje przed coraz bardziej wyemancypowanymi jednostkami. Zyskują one siłę m.in. za sprawą nowych możliwości komunikacyjnych - internet i telefonia komórkowa powodują, że każdy może być dziś nie tylko odbiorcą treści, lecz również ich nadawcą. Wkroczyliśmy w epokę masowej komunikacji zindywidualizowanej. By zrozumieć tę zmianę, wystarczy spojrzeć na zdjęcia z budapeszteńskich ulic zrobione jesienią 2014 r. Widać na nich tłumy Węgrów z podniesionymi do góry smartfonami - protestują przeciwko Viktorowi Orbanowi, który jeszcze kilka dni wcześniej był przekonany, że dysponuje kluczem do serc rodaków i pełnym mandatem do sprawowania władzy. Wystarczyło jednak, że w ramach szukania nowych źródeł fiskalnych wpływów zapowiedział opodatkowanie internetu. Chwilę później ci, którzy jeszcze kilka dni wcześniej poparli partię Orbana w wyborach samorządowych, wyszli masowo na ulice. Kim jest bohater z okładki "Time" z 2006 r., który zresztą na tę okładkę powrócił w 2011 r. z innym już jednak podpisem - pod postacią z zasłoniętą twarzą widnieje etykieta: Protester (Protestujący)? Tak, to indywidualista, ale zdolny do zbiorowego działania, czego dowiedli Egipcjanie na placu Tahrir, młodzi Polacy podczas protestów przeciwko ACTA i Węgrzy zbuntowani przeciw premierowi. Źródłem tej umiejętności wspólnego działania nie jest przynależność do partii, związków zawodowych czy innych masowych organizacji. Co sprawia, że bez charyzmatycznych liderów i struktur instytucjonalnych dziesiątki, a nawet setki tysięcy ludzi są w stanie wspólnie wyjść na ulice, lecz także zachować dyscyplinę, wynegocjować taktykę walki i utrzymać spójność przez długie tygodnie? To Społeczny System Operacyjny. Pojęcie to zaproponował kanadyjski socjolog Barry Wellman badający przemiany społeczne zachodzące pod wpływem nowych technik komunikacyjnych. Współczesny indywidualista jest indywidualistą usieciowionym, podłączonym za sprawą swego smartfonu do internetu. Chodzi jednak o coś więcej niż tylko techniczną możliwość ciągłego dostępu do informacji i komunikowania się. Sieć zapewnia łączność, lecz także kontrolujące ją protokoły, interfejsy, przełączniki, rutery. Gigantyczna infrastruktura, na którą składa się warstwa fizyczna światłowodów, centrów przetwarzania danych i nadajników radiowych. Tą warstwą rządzi warstwa logiczna oprogramowania, za tym wszystkim zaś stoi złożona struktura właścicielska, czyli zglobalizowany kapitał XXI wieku, oraz niemniej złożona struktura regulacji prawnych i interesów politycznych. To właśnie ten Społeczny System Operacyjny zyskuje coraz większy wpływ na codzienne zachowania mieszkańca współczesności. To on determinuje, jak się porozumiewamy, kupujemy, przemieszczamy po mieście, uczestniczymy w kulturze i polityce, uczymy się, a nawet kochamy. Czas odsłonić jego tajemnice. O tym będziemy rozmawiać we Wrocławiu. Moje zaproszenie do "Hakowania Społecznego Systemu Społecznego" przyjęli tacy artyści, jak Piotr Wyrzykowski i Oliver Ressler, akademicy Maciej Frąckowiak i Karol Piekarski, aktywiści Bogna Świątkowska i Alain Renk. ---------- * Edwin Bendyk - kieruje działem naukowym tygodnika "Polityka", kierownik Ośrodka Badań nad Przyszłością Collegium Civitas, w Uniwersytecie Warszawskim prowadzi program "Laboratorium miasta przyszłości". Sympozjum "Hakowanie Społecznego Systemu Operacyjnego" to przedsięwzięcie zaczynające się 15 maja w nowym gmachu Biblioteki Uniwersytetu Wrocławskiego. Artyści, badacze i aktywiści z Polski i zagrani

  • MACZKÓW NAD RZEKĄ EMS

    [ TAH RP ] - Ale Historia BARTOSZ T. WIELIŃSKI (HAREN NAD RZEKĄ EMS) 27-04-2015

    Zanim się spakowali, matka Huberta Wesselsa wyjęła z kredensu biały obrus i rozłożyła go na kuchennym stole, postawiła na nim wazonik i przyniosła świeże kwiaty. - Po co to robisz, mamo? - spytał siedmioletni syn. - By Polakom było przyjemnie, jak się tu wprowadzą - usłyszał w odpowiedzi. Nie zastanawiał się nad tym, bo trzeba było pakować tobołki na furmankę. Wesselsowie mogli zabrać ubrania, bieliznę, pościel i przedmioty wartościowe, ale materace musiały zostać. Łóżka, szafy, stoły, piece i inne meble też. Trzeba było zostawić też sztućce i zastawę potrzebne nowym mieszkańcom. Polacy nie mieli przecież niczego. Należało też zostawić jedzenie na kilka dni. Niemcy próbowali kombinować - ukrywali meble pod stosami ubrań, cichcem wywozili porcelanowe zastawy - ale żandarmi sprawdzali, co wyjeżdża z miasta. Na rogatkach przy punktach kontrolnych piętrzyły się skonfiskowane przedmioty. Pani Wesselsowa, nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby nic zrobić, tym bardziej że nie było jej męża, kapitana cywilnego statku, który siedział we francuskiej niewoli. W domu na rogu Schleusenstrasse i Emsstrasse zostawiła piękną komodę i witrynkę w stylu art déco. Prawie 40-letnia kobieta, matka trojga dzieci, nadrabiała miną i pocieszała wszystkich, że wyjeżdżają tylko na trzy dni. Jej syn do dziś nie wie, czy przeczuwała, że do domu wróci dopiero za trzy lata. W tym czasie Haren, ich miasto, zmieniło nazwę na Maczków. Niemcom nie było wolno do niego wchodzić. Był 20 maja 1945 r. Zielone Świątki. Wojna skończyła się dwa tygodnie wcześniej. Witajcie, wyzwoliciele Witajcie, wyzwoliciele Haren, kilkutysięczne miasteczko nad rzeką Ems w północno-zachodnich Niemczech, tuż przy holenderskiej granicy, skapitulowało już na początku kwietnia. Wessels pamięta kanadyjski wóz zwiadowczy, który powoli jechał groblą. Kanadyjczycy strzelali, budynki zaczęły się palić, a kilka pocisków trafiło w górującą nad piętrowymi ceglanymi domkami wieżę kościoła św. Mikołaja. Zakonnica siostra Kunegunda z prześcieradłem w dłoniach popędziła po schodach na jej szczyt i wywiesiła w okienku wielką białą płachtę, by alianccy żołnierze mieli pewność, że o miasteczko nie trzeba się bić. Haren uniknęło katastrofy, bo wsie, w których Niemcy próbowali się bronić, puszczano z dymem. Wessels pamięta jeszcze smak czekolady, którą alianccy żołnierze rozdawali dzieciom. Miasteczko żyło z rzeki płynącej do odległego o 70 km Morza Północnego, ale podczas wojny Kriegsmarine skonfiskowała statki miejscowym armatorom. Gdy już było po wszystkim, wydawało się, że życie wróci do normy. Kiedy razem z Kanadyjczykami do miasta wkroczyli zwiadowcy polskiej 1. Dywizji Pancernej, burmistrz Hermann Wichers i proboszcz Hawighorst ruszyli im na spotkanie. Wichers zapewniał dowódcę zwiadowców por. Zbigniewa Sztumpfa, że w Haren żyją wyłącznie przeciwnicy nazizmu i wszyscy są szczęśliwi, że zostali wyzwoleni. Mówił za siebie, bo po dojściu Hitlera do władzy został usunięty z urzędu, a władzę objął na nowo dopiero wtedy, gdy pod miasto podeszli alianci i nazistowska administracja uciekła. - Cieszymy się, że wyzwolili nas Polacy, bo w Haren pracuje wielu Polaków - dodał, mając na myśli polskich robotników przymusowych. Dlatego prosił też por. Sztumpfa o zgodę na wywieszenie biało-czerwonych flag, ale ten mu tego zabronił. Mieszkańcy narzekali później, że Kanadyjczycy i Polacy rekwirowali im żywność, zdarzały się kradzieże, głównie aparatów fotograficznych. Ale ogólnie dało się żyć. Aż 19 maja do ratusza przybył starosta powiatowy z Meppen z rozkazami władz okupacyjnych, które chodzący z dzwonkiem w ręku miejski obwoływacz ogłosił później mieszkańcom: w ciągu kilku dni mieszkańcy Haren mają się wynieść, a pierwsza grupa ma opuścić miasto w ciągu 24 godzin. To samo z ambony ogłosił proboszcz Hawighorst. Wynieść się mieli wszyscy poza burmistrzem i proboszczem, jeśli będzie chciał zostać. Brytyjczycy podstawili nawet ambulans pod szpital, w którym mogli pozostać jedynie ciężko chorzy oraz opiekujące się nimi zakonnice. Ale tylko do chwili, gdy szpital przejmą nowe władze. Wśród Niemców wściekłość mieszała się z niedowierzaniem, lecz tylko nieliczni próbowali stawiać bierny opór. Brytyjscy żandarmi się z nimi nie patyczkowali. 20 km na zachód od Haren, na granicy z Holandią, stały tablice "Koniec cywilizowanego świata. Wjeżdżacie do Niemiec". Zanim alianci dotarli nad Ems, wyzwalali małe obozy koncentracyjne i nie mieli dla Niemców litości. Wessels z matką i rodzeństwem w konwoju furmanek mijali posterunek kontrolny w milczeniu. Towarzyszyli im ludzie pchający wózki i załadowane dobytkiem taczki - Haren musiało opuścić w sumie tysiąc rodzin, czyli 3,5 tys. mieszkańców. Dwa dni później zaczęły przyjeżdżać ciężarówki z rozradowanymi Polakami, wyzwolonymi jeńcami, więźniami obozów koncentracyjnych i robotnikami przymusowymi, którzy przejmowali 514 opróżnionych domów. W kronice jednego z niemieckich stowarzyszeń zapisano, że w Haren zaczął się "najczarniejszy dzień". Później mówiono o tym krótko: die Polenzeit, czyli czas Polaków. - Wie pan, że w Polsce przed wysiedleniem Polaków Niemcy też kazali zostawiać im kwiaty na stole? - pytam Wesselsa. - Żeby niemieckim osadnikom było przyjemnie. - Polacy podczas wojny przeżyli piekło. Nie możemy mieć do nich pretensji o to, co się działo w Haren - odpowiada. Dar brytyjsko-kanadyjski Dar brytyjsko-kanadyjski - Z powodu wysiedlenia ci ludzie przeżyli długoletnią traumę - opowiada Norbert Tandecki, emerytowany nauczyciel historii i badacz dziejów miasta, Kaszub z pochodzenia. Do Haren przeprowadził się 20 lat po deportacji, więc zna ją z opowieści. - Mieszkańcy uważali, że wyrządzono im wielką krzywdę - mówi. Po wojnie Polacy wypędzali Niemców z dawnych Prus Wschodnich, Pomorza i Śląska, ale czemu ten sam los spotkał miasteczko pod holenderską granicą? - Nie chodziło o zemstę, tylko taka była konieczność - wyjaśnia. W kwietniu 1945 r. żołnierze dowodzonej przez gen. Stanisława Maczka 1. Dywizji Pancernej wkroczyli z Holandii do Niemiec i od razu zaczęli wyzwalać swoich. W Emslandzie, bagnistym dorzeczu rzeki Ems, u rolników i przy rekultywacji bagnisk pracowały setki polskich robotników przymusowych. W obozie jenieckim w położonym 10 km na północ od Haren Oberlangen siedziało ponad 1,7 tys. żołnierek AK z powstania warszawskiego. Kolejne tysiące to polscy więźniowie kilkunastu okolicznych obozów koncentracyjnych. Z Emslandu dywizja Maczka poszła na północny wschód, a 5 maja Polakom poddał się port wojenny Wilhelmshaven. Za dywizją ciągnęli kolejni wyzwoleni polscy rozbitkowie wojenni zwani dipisami (od: displaced persons). Nie tylko z Emslandu czy okolic zajętego portu, lecz także z całych zachodnich Niemiec. Francuscy robotnicy przymusowi zaraz po wyzwoleniu wracali do kraju, tak samo Włosi. Obywateli ZSRR zgodnie z porozumieniem z Moskwą alianci zamierzali zapakować do wagonów i odesłać na Wschód, gdzie czekały na nich łagry. Ale z Polakami był kłopot. Dla Kanadyjczyków i brytyjskich oficerów z zarządu wojskowego sprawujących władzę w okupowanych miastach i wioskach było jasne, że wielu nie zechce wracać do państwa rządzonego przez komunistów. Niektórzy oficerowie mieli wyrzuty sumienia wobec sojuszników i chcieli coś dla nich zrobić. Dlatego na rosnącą polską społeczność patrzyli przez palce. Dla Polaków w Emslandzie było coraz mniej miejsca. Ich liczba dobijała do 40 tys. i baraki dawnych obozów - w sumie dipisów zakwaterowano w 20 miejscach - wypełniły się po brzegi. Wówczas zrodził się pomysł, by Niemców wyrzucić z ich domów i oddać je Polakom. Decyzję podjęli kanadyjscy i brytyjscy dowódcy, nie pytając Londynu o zdanie. Z Lange Str. - Kopernika Z Lange Str. - Kopernika Na początku maja opróżniono kilka wsi, do których wprowadziło się tysiąc dipisów, ale Niemcy mogli w nich przebywać, uprawiać tam pola i zajmować się trzodą. Dlaczego zatem wojskowi wysiedlili całe Haren? Zdaniem Tandeckiego dlatego, że miasto dawało się łatwo odizolować - z jednej strony odcinała je od świata rzeka Ems, z drugiej kanał, więc wystarczyło na mostach ustawić posterunki. W archiwach nie zachowały się wprawdzie żadne dowody, ale wiele wskazuje na to, że miasto wybrali polscy oficerowie. Londyn zdał sobie z tego sprawę po fakcie. Pierwszymi Polakami, którzy 22 maja wjechali do Haren, byli pancerniacy. Całą dywizję przerzucono spod Wilhelmshaven do Emslandu, który wraz z okolicami stał się polską strefą okupacyjną (później dołączyli żołnierze 1. Brygady Spadochronowej). Wydzielony oddział żandarmów miał dbać o porządek. Pierwszy konwój ciężarówek z 262 polskimi dipisami wjechał do miasta przed trzecią po południu, potem pojawiła się kolejna kolumna pojazdów wiozących tysiąc osób. Kilkanaście wyzwolonych w Oberlanden żołnierek z AK, które rejestrowały przybyłych, nie nadążało z robotą, racje żywnościowe błyskawicznie się skończyły, a następnego dnia przybyły kolejne transporty. W Haren schronienie znalazło wówczas ok. 4 tys. Polaków, a pierwszym polskim burmistrzem został dr Zygmunt Gałecki. W mieście utworzono polską policję i straż pożarną, wprowadzono godzinę policyjną. Przyjechali też przedstawiciele UNRRA (United Nations Relief and Rehabilitation Administration, czyli Administracji Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy), organizacji pomagającej ofiarom wojny i zajmującej się odbudową. Nowi mieszkańcy zaczęli zmieniać nazwy ulic. Główna arteria - Lange Strasse - stała się ul. Kopernika, Emsstrasse - ulicą Legionów, Schleusenstrasse - Wileńską, Mittelstrasse - Mickiewicza, Uferstrasse - Łyczakowską. Nazwę zmieniło też samo miasto. Haren stało się Lwowem, ale Lwów nad rzeką Ems nie przetrwał długo. Gdy o sprawie dowiedzieli się Sowieci i Londyn, wybuchła awantura - wszak Lwów na mocy porozumień jałtańskich należał już do ZSRR. Aby nie prowokować sojusznika, Polakom nakazano zmianę nazwy i 24 czerwca wódz naczelny gen. Tadeusz "Bór" Komorowski nadał miastu nazwę Maczków, na cześć dowódcy 1. Dywizji Pancernej. Sam gen. Maczek był już w Wielkiej Brytanii, przejął dowództwo nad 1. Korpusem Polskim. Wysiedlony do dziadka Wysiedlony do dziadka Rodzina siedmioletniego wówczas Wilhelma Menkego miała szczęście. Wygnanie spędziła w pobliskim Altharen, w gospodarstwie dziadka, człowieka sprytnego i obrotnego. Na furmankę zapakowała sofę i inne zakazane przedmioty, a dziadek kluczył nią po bocznych drogach, by ominąć posterunki na mostach. Mieszkańców Haren, którzy nie mieli tak jak Menke krewnych w pobliskich wsiach, upychano po stodołach, a nawet w kurnikach. Gnieździli się tam po kilkadziesiąt osób, spali na słomie. Na początku jedzenie kupowali u miejscowych, dając im w zamian swój dobytek. Miejskie rzeźnie pracowały na rzecz dipisów i polskich żołnierzy. - Warunki sanitarne były fatalne - opisuje Tandecki. Lekarze z Haren, również wysiedleni, mieli pełne ręce roboty i alarmowali Brytyjczyków oraz Kanadyjczyków, że grozi wybuch epidemii, że potrzebują dostępu do szpitala. Ale odkąd Haren stało się Maczkowem, tamtejszy szpital leczył tylko Polaków. A polscy lekarze i pielęgniarki też mieli pełne ręce roboty, ratując wycieńczonych z powodu niedożywienia i harówki dipisów, z których co czwarty miał gruźlicę. Wysiedleni Niemcy mieli do dyspozycji przeniesioną z miasta aptekę. Farmaceuci znaleźli schronienie w pobliskim zameczku. - U dziadków było wspaniale: przyroda, cisza, świeże powietrze - wspomina Menke, ale jego matka tak dobrze się tam nie czuła. Wilhelm chodził do szkoły urządzonej w baraku. Każdy uczeń codziennie musiał przynieść kawałek torfu, którym palono w stojącym na środku piecu. Jeśli nie przyniósł, nauczyciel stawiał przy jego nazwisku w dzienniku minus. - Matka bała się, żebyśmy się nie pochorowali, strasznym problemem były wszy, a Polacy uczyli się w naszej murowanej szkole - opisuje Menke. Co wielki skrzypek ujrzał w Maczkowie Co wielki skrzypek ujrzał w Maczkowie W klasach miejskiego gimnazjum stały niskie ławki z krzesełkami dla dzieci, a siadali na nich dorośli uczący się do matury. Przesiedzenie tam godziny było torturą. W ciągu trzech lat przez szkołę przewinęło się 258 uczniów, a przez dwie maczkowskie podstawówki - 350. W szkołach uczyli pozbierani z obozów polscy nauczyciele, którzy na lekcje przychodzili w mundurach. Mieli stopnie poruczników. W Maczkowie działało też nieformalne polskie kuratorium oświaty mające pod opieką 23 szkoły w okupowanym Emslandzie i 2 tys. uczniów. Istniały: uniwersytet ludowy, kino, biblioteka, świetlica z polską prasą i radio. Trzy razy w tygodniu odbywały się dansingi, na których grała orkiestra. Sala polskiego teatru, który założył wyzwolony z obozu jenieckiego dla powstańców wielki reżyser Leon Schiller, mieściła 300 osób. Bilety zwykle wyprzedawano długo przed spektaklem. Józef Szajna, słynny scenograf, reżyser i plastyk, który przeszedł przez obozy koncentracyjne Auschwitz i Buchenwald, wspominał, że życie maczkowian było skromne, ale po przejściach wojennych potrafili się nim cieszyć. Imprezy organizowano nawet na łodziach na rzece Ems. W lipcu 1945 r. w mieście wystąpił sławny amerykański skrzypek Yehudi Menuhin oraz akompaniujący mu brytyjski pianista i kompozytor Benjamin Britten. Menuhin nie mógł wyjść ze zdumienia - objeżdżał okupowane Niemcy, ale tylko tu zobaczył tylu śmiejących się ludzi. I ciągle ktoś się żenił - np. w czerwcu 1945 r. podczas jednej mszy księża udzielili 86 ślubów. Dziewczyny z powodu braku materiałów ściągały z okien niemieckie firanki i szyły z nich suknie ślubne. Menuhin zauważył wiele ślubnych powozów ustrojonych kwiatami. - Powiedział mi - opowiada Tandecki - że pierwszy raz widział w jednym miejscu tylu młodych ludzi, którzy chcieli żyć, kochać, nadrobić stracony przez wojnę czas. Według słów Menkego wygnani Niemcy nie mieli pojęcia, że w ich mieście życie kulturalne osiągnęło taki poziom. Byli prostymi ludźmi, a polscy dipisi wywodzili się w dużej mierze z inteligencji. Niemcy patrzyli na Polaków przez pryzmat goebbelsowskiej propagandy - uważali ich za leni, złodziei i pijaków. Dopiero wiele lat po wojnie, gdy Menke był szefem stowarzyszenia krajoznawczego, zaczął zbierać pamiątki po Maczkowie. Ma m.in. mapę miasta z zaznaczonymi polskimi instytucjami, a kilkanaście lat temu kazał przetłumaczyć ich nazwy na niemiecki. Co symbolizował husarski hełm (godło maczkowskiej dywizji) w herbie miasta, dowiedział się ode mnie. - Nawet gdybym chciał, nie miałem jak się przekonać, kim byli Polacy. Mój świat kończył się na moście, na którym stał polski żandarm. Dalej nie wolno mi było wchodzić - mówi. Niemiec w mieście Niemiec w mieście Bernd Herbes pamięta, jak się bał, gdy dawał żandarmowi Passierschein, czyli przepustkę. Latem 1945 r. jako 16-latek zaczął pracę listonosza, a na polskiej przepustce nazwisko przekręcono mu na Hermes. Czy Polak zwróci na to uwagę? Żandarm spojrzał tylko na nagłówek i puścił Bernda. Urząd pocztowy był jedyną polsko-niemiecką instytucją w mieście. Niemcy mieli jedno okienko i tam trafiały listy adresowane do Haren. Przy drugim siedzieli Polacy. Zajmowali się pocztą dla Maczkowa. Przesyłki wstępnie sortowali Niemcy. Gdy trafili na polski list, któryś z pocztowców mówił: "Maczków raus", i odkładał list na osobną kupkę. Herbes, zanim zaczął roznosić pocztę wśród wysiedlonych Niemców, sortował listy według ulic. Jego polski odpowiednik wrzucał wszystkie listy jak leci do wora i ruszał do pracy. Niemieccy pocztowcy nie potrafili zrozumieć, jak przy takiej niedbałości listy dochodziły do Polaków, ale w Maczkowie nikt na polską pocztę nie narzekał. - O czym rozmawialiście na poczcie z Polakami? - pytam Herbesa. - O niczym. Nigdy nie zamieniłem z polską obsługą słowa - odpowiada. Pamięta, jak żandarmi złapali go z poduszką od dżipa, którą podniósł z ulicy, i zabrali go na posterunek. Po kilku godzinach go puścili. Najbardziej bał się, że straci przepustkę. Passierschein wystawiał burmistrz Wichers, który do chwili deportacji prowadził hotel naprzeciw kościoła. Polacy zostawili mu dwa pokoje, w których mieszkał z żoną. Córki deportowano, ale pracowały w mieście w wielkiej kuchni gotującej dla Polaków. Przepustki dostawali tylko wybrani, więc Niemcy nieustannie wypytywali Herbesa, w jakim stanie są ich domy. Czy Polacy bardzo je zdewastowali? Czy rozkradli meble? Herbes szedł pod wskazane adresy i sprawdzał, ale nie mógł wchodzić do środka. Ojciec Wesselsa, chociaż nie miał przepustki, wsiadł pewnego dnia na rower i pojechał do swojego domu, w którym urządzono bursę. Zapukał w szybę i poprosił Polaków, by oddali mu obraz Chrystusa idącego z uczniami do Emaus. Był to jego prezent ślubny. Dostał go bez problemu. Podobno w Emsland jeździły pociągi z tabliczkami "Nur für Polen" (Tylko dla Polaków), ale tego przepisu zbytnio nie przestrzegano. Niemcy zaś, którzy wiosną 1945 r. potulnie witali Polaków, hardzieli. W jednej ze wsi pod Maczkowem wywieszono spis kobiet, które zhańbiły się, romansując z Polakami, ale mieszkańcy Maczkowa na to nie reagowali. - Zdarzało się, że nasi popili i nazywali Polaków świniami. Wtedy policjanci chwytali za pałki i Niemcy lądowali w pace - opisuje Herbes. No, chyba że ktoś miał takiego pecha jak rolnik Luden, w którego gospodarstwie Polacy odkopali karabiny. - Nie miał z tym nic wspólnego, ale kazali mu wykopać sobie grób i go zastrzelili - mówi Tandecki. Opowiada też o kupcu Kerkowie, który miał w domu wielki zbiór książek i prosił Tadeusza Nowakowskiego, późniejszego dziennikarza Radia Wolna Europa, który w Maczkowie był nauczycielem, by się nim zaopiekował. Nowakowski słowa dotrzymał. Sól w sowieckim oku Sól w sowieckim oku Tuż po kapitulacji Niemiec pomysł stworzenia w Emslandzie polskiej enklawy pasował i Polakom, i Brytyjczykom. Polscy dowódcy snuli plany ściągnięcia 400 tys. dipisów i tworzenia kolejnych jednostek. Planowali też poszerzenie strefy okupacyjnej i ściągnięcie z Włoch 2. Korpusu - gen. Władysław Anders był przekonany, że konflikt z ZSRR jest nieuchronny i dzięki niemu uda się odzyskać niepodległość. Nic z tych planów nie wynikło. Natomiast Maczków był dla komunistów solą w oku m.in. dlatego, że stał się centrum antykomunistycznej propagandy. Radziecka prasa pisała o osadzie "polskich faszystów", a Moskwa naciskała, by polskie miasto zlikwidować. Tego samego domagali się Niemcy. Londyn chciał mieć problem z głowy i jesienią 1946 r. Polacy zaczęli wyjeżdżać. W końcu 10 września 1948 r. Niemcy przejęli miasto. - Cieszyliśmy się jak dzieci. Była msza, potem wiec. Ludzie płakali - wspomina Herbes. Domy były w złym stanie, bo przez miasto przeszła powódź. Mebli, których nie zniszczyła woda, trzeba było szukać w innych domach, w szkołach czy świetlicach. Rodzicom Wesselsa udało się znaleźć komody. Miały powyrywane zamki. W jednej Polacy przestrzelili drzwi śrutem, ale Wesselsowi służą do dziś. Menke pokazuje mi długi wykaz utraconego dobytku sporządzony przez jego rodzinę. Straty oszacowano na 1,6 tys. marek, czyli wówczas mnóstwo pieniędzy. Rząd zapłacił jednak za szkody. - Potem o Maczkowie nic się nie mówiło - opowiada Wessels. - W Haren tak jak w całych Niemczech rządziły stare, przesiąknięte nazizmem elity, które wolały o milczeć o polskim epizodzie - dodaje. W swoim starym domu Wessels znalazł setki kart osobowych mieszkańców Maczkowa, które w latach 80. przekazał do miejskiego archiwum. Słuch po nich zaginął. - Ktoś chciał usunąć ostatni polski ślad - mówi. Od czasu do czasu ludzie urodzeni w Maczkowie pisali listy z prośbą o odpis aktu chrztu, czasami przyjeżdżali dawni mieszkańcy, ale jeszcze w latach 90. witano ich w Haren chłodno. Teraz władze miasta chcą o polskiej historii opowiedzieć w specjalnym centrum. Korzystałem z książki Jana Rydla pt. "Polska okupacja" w północno-zachodnich Niemczech 1945-1948" oraz Andreasa Lembecka pt. "Wyzwoleni ale nie wolni" Główna arteria - Lange Strasse - stała się ul. Kopernika, Emsstrasse - ulicą Legionów, Schleusenstrasse - Wileńską, Mittelstrasse - Mickiewicza, Uferstrasse - Łyczakowską. Nazwę zmieniło też samo miasto. Haren na krótko stało się Lwowem, a potem wódz naczelny gen. Tadeusz Bór-Komorowski nadał mu nazwę Maczków

  • TYDZIEŃ W HISTORII (27.04-3.05)

    [ TAH RP ] - Ale Historia PIOTR NEHRING (DZIENNIKARZ ?GAZETY WYBORCZEJ?) 27-04-2015

    27.04.1960 r. Bój o krzyż 27.04.1960 r. Bój o krzyż Rano na nowohuckie Osiedle Teatralne przyjechali robotnicy, by usunąć krzyż stojący w miejscu, gdzie miał być kościół. Po powrocie do władzy w październiku 1956 r. Władysław Gomułka zgodził się na budowę świątyni w Nowej Hucie, ale gdy stosunki z Kościołem ochłodły, pozwolenie na budowę cofnięto. Stojące kobiety przepędziły robotników, a wkrótce potem na miejscu pojawili się ludzie śpiewający pieśni patriotyczne i religijne. Około godziny 14 milicjanci zaatakowali tłum blisko 2 tys. ludzi, ale gdy z kombinatu wyszła druga zmiana, wybuchły ostre starcia. Walki z udziałem wojska trwały do późna. Nie wiadomo, czy były ofiary śmiertelne, ilu było poszkodowanych ani kto wydał rozkaz strzelania. Krzyż pozostał na miejscu, a budowa kościoła rozpoczęła się kilkaset metrów dalej w 1967 r. 28.04.1789 r. Bunt na "Bounty" 28.04.1789 r. Bunt na "Bounty" Wkrótce po wypłynięciu z Tahiti na brytyjskiej fregacie HMS "Bounty" wybuchł bunt załogi. Buntownicy wsadzili kapitana Williama Bligha i 18 wiernych mu marynarzy do szalupy, przydzielili im niewielkie zapasy żywności, sekstant i zegarek, ale mapy i kompas zatrzymali. Jedyna szansa pasażerów szalupy polegała na płynięciu do wyspy Timor należącej wówczas do Holendrów. Marynarze dopłynęli najpierw do wyspy Tufoa, gdzie bezbronni musieli stoczyć bój z tubylcami i zdobyć zapasy (jeden marynarz zginął), a potem skierowali się w stronę Timoru. Nie zatrzymywali się na kolejnych mijanych wyspach, bo wiedzieli, że żyją tam kanibale, i dzięki mistrzostwu nawigacyjnemu Bligha dotarli po 48 dniach do celu, pokonawszy 6701 km bez dalszych ofiar śmiertelnych. 29.04.1933 r. Sprawa Gorgonowej 29.04.1933 r. Sprawa Gorgonowej Po ponownym rozpatrzeniu sprawy Sąd Okręgowy w Krakowie skazał Ritę Gorgonową na osiem lat więzienia, kończąc bodaj najsłynniejszy proces kryminalny w II RP. Gorgonowa została oskarżona o zamordowanie córki lwowskiego architekta Henryka Zaremby, u którego pracowała i z którym była w konkubinacie. Nie przyznała się do winy, a po poszlakowym procesie lwowski sąd 14 maja 1932 r. skazał ją na śmierć. Sąd Najwyższy uznał jednak, że naruszono przepisy postępowania, odrzucając wnioski dowodowe obrony i zbyt ogólnikowo określając czyn oskarżonej. Gorgonowa trafiła do więzienia, z którego 3 września 1939 r. została wypuszczona. Jej dalsze losy są niejasne, a sprawa do dziś wzbudza niemałe emocje - w 2014 r. córka i wnuczka Gorgonowej zapowiadały próbę wznowienia procesu i doprowadzenia do rewizji wyroku. 30.04.1803 r. Luizjana sprzedana 30.04.1803 r. Luizjana sprzedana - Niepokoicie się o wasze interesy w Nowym Orleanie, to go kupcie - powiedział w 1802 r. ambasadorowi USA szef francuskiej dyplomacji Talleyrand. 30 kwietnia 1803 r. Francuzi za nieco ponad 23 mln ówczesnych dolarów oddali Amerykanom tereny zajmujące 2,14 mln km kw., a obszar ten niemal podwoił powierzchnię USA. Ostatecznie powstało tam 13 nowych stanów stanowiących dziś niemal 25 proc. powierzchni kraju. Odkrywanie Luizjany, nazwanej tak na cześć króla Ludwika XIV, zaczęło się w 1673 r. Z czasem obszar francuskiej Luizjany obejmował obszar pomiędzy Appalachami a Górami Skalistymi, ale nie zamieszkiwało go więcej niż 30 tys. białych. W 1763 r. po przegranej przez Paryż wojnie siedmioletniej część Luizjany przypadła Wielkiej Brytanii i Hiszpanii, by w 1800 r. wrócić na chwilę do Francji. 1.05.1952 r. Dom Partii 1.05.1952 r. Dom Partii Na święto pierwszomajowe otwarty został Dom Partii, czyli siedziba KC PZPR, budynek uchodzący za drugą po Pałacu Kultury sztandarową budowlę socjalizmu w stolicy. Gmach projektu Wacława Kłyszewskiego, Jerzego Mokrzyńskiego i Eugeniusza Wierzbickiego jest mieszanką polskiego modernizmu lat 30. z niewielkimi wpływami art déco i świetnie się komponuje z sąsiadami - Muzeum Narodowym i siedzibą Banku Gospodarstwa Krajowego. Do budowy Domu Partii użyto m.in. granitowych płyt z Mauzoleum Hindenburga w okolicach Olsztynka, zbudowanego w latach 20. dla upamiętnienia zwycięstwa Niemców nad armią rosyjską pod Tannenbergiem w 1914 r. Po 1989 r. Dom Partii stał się pierwszą siedzibą Giełdy Papierów Wartościowych, a obecnie jest biurowcem o nazwie Centrum Bankowo-Finansowe. 2.05.1945 r. Kapitulacja Berlina 2.05.1945 r. Kapitulacja Berlina Tego dnia Sowieci szykowali się do szturmu na Kancelarię Rzeszy, ale wcześniej dostali przez radio wiadomość z prośbą o rozejm. Rano generał Helmuth Weidling został dowieziony do kwatery gen. Wasilija Czujkowa, gdzie podpisał rozkaz kapitulacji miasta. Na polecenie Czujkowa Weidling napisał odezwę do żołnierzy: 3.05.1916 r. Manifestacje konstytucyjne 3.05.1916 r. Manifestacje konstytucyjne Niemcy, którzy wyparli już Rosjan z Kongresówki, zgodzili się na manifestacje patriotyczne z okazji uchwalenia Konstytucji 3 maja. Ludzie wyszli na ulice m.in. Warszawy, Siedlec, Łodzi i Częstochowy. Następnego dnia "Gazeta Łódzka" pisała: 27.04.1960 r. Bój o krzyż 27.04.1960 r. Bój o krzyż Rano na nowohuckie Osiedle Teatralne przyjechali robotnicy, by usunąć krzyż stojący w miejscu, gdzie miał być kościół. Po powrocie do władzy w paźd

  • Dusiciele bogini Kali

    [ TAH RP ] - Ale Historia ADAM LESZCZYŃSKI 27-04-2015

    3 października 1830 r. "The Calcutta Literary Gazette" doniosła o wstrząsającym odkryciu: w Indiach od setek lat działają mordercy dusiciele czyhający na podróżnych. To wyznawcy bogini Kali, której kapłani przyjmują ofiary w postaci morderstw rytualnych. Autor artykułu wzywał rząd, Autor artykułu szybko przestał być anonimowy, okazał się nim kapitan William Henry Sleeman, podwładny lorda Williama Bentincka, gubernatora generalnego Bengalu (a od 1833 r. gubernatora generalnego Indii). Bentinck wytrwale zwalczał różne miejscowe zwyczaje budzące jego obrzydzenie, m.in. palenie żywcem wdów na stosach zmarłych mężów, poligamię czy małżeństwa dzieci. Szybko zdołał doprowadzić do zaangażowania władz w tępienie niebezpiecznego kultu bogini Kali. Polowanie na zabójców Polowanie na zabójców Szefem operacji został właśnie kapitan Sleeman, który dzięki tej sprawie zrobił błyskotliwą karierę, a kilka lat później twierdził, że on i jego ludzie pojmali ponad 3 tys. przydrożnych rabusiów, z czego 400 skazano na śmierć. Wydał także książki o kulcie bogini Kali: słownik jego tajnego języka (1839 r.) oraz historię bractwa zabójców (również w 1839 r.). Ponadto w 1844 r. opublikował obszerny pamiętnik, który w Wielkiej Brytanii zdobył niemałą popularność, a autorowi przyniósł niezłe dochody. Z kolei w 1837 r. Philip Meadows Taylor, oficer brytyjski służący w Hajdarabadzie, napisał utrzymaną w duchu romantyzmu powieść pt. "Wyznania zabójcy" o sekcie indyjskich dusicieli. 18-letnia wówczas królowa Wiktoria czekała na nią tak niecierpliwie, że ostatnie strony przysyłano jej bezpośrednio z drukarni. Thugowie szybko stali się częścią zbiorowej wyobraźni Brytyjczyków i uosobieniem orientalnego barbarzyństwa Indii. Jednym z pojmanych przywódców gangów okazał się niejaki Buhram (inne źródła podają także imię Behram) grasujący na drogach królestwa Awadh (dzisiejsze północne Indie, stan Uttar Pradeś), żyznego i gęsto zaludnionego regionu rolniczego zwanego spichlerzem Indii. Kiedy wieszano go w 1840 r., uchodził za człowieka bardzo starego jak na tamte czasy - miał zapewne ok. 75 lat - a przywódcą gangu dusicieli był od ponad czterech dekad. Buhrama przesłuchiwał brytyjski oficer James Paton, który potem umieścił go na pierwszym miejscu swej listy najgroźniejszych dusicieli - Buhram miał być obecny przy 931 zabójstwach. Wyznawcy czy pospolici rabusie? Wyznawcy czy pospolici rabusie? O bractwie dusicieli, zwanych także thugami (od słowa "thag" oznaczającego w hindi "złodzieja", względnie od słowa "sthaga" oznaczającego w sanskrycie "łotra"), wiadomo niewiele. To, co wiemy, pochodzi głównie ze źródeł brytyjskich, a Brytyjczykom podbijającym subkontynent indyjski od XVIII w. zależało na tym, żeby koloryzować informacje o tajemniczym i złowrogim kulcie. W tych opowieściach dzielni oficerowie wojsk kolonialnych z narażeniem życia likwidowali szalonych wyznawców bogini Kali, których ofiarami mogło paść nawet 2 mln ludzi w ciągu kilkuset lat. Dla wielu późniejszych historyków ta opowieść miała być przede wszystkim jednym z usprawiedliwień rządów kolonialnych w Indiach - Brytyjczycy uważali, że przynieśli Hindusom "cywilizację" i walczyli z ich "barbarzyństwem" - ale nie miała wiele wspólnego z prawdą, a thugowie to zwykli zabójcy i rabusie. Czy rzeczywiście? Opinie są rozbieżne. Mike Dash, autor najnowszej (wydanej w 2004 r.) książki poświęconej kultowi bogini Kali, uważa, że stanowili luźną organizację gangów napadających na podróżujących po indyjskich drogach. Od zwykłych bandytów, których w ówczesnych Indiach było wielu, odróżniała ich skrytobójcza metoda dokonywania zbrodni. Grupa thugów dołączała do podróżnych w ciągu dnia i starała się z nimi zaprzyjaźnić, sugerując często, że będzie bezpieczniej, jeśli dalszą podróż odbędą wspólnie. Wieczorem już razem rozbijali obozowisko, a thugowie zabawiali nieświadome ofiary tańcem i śpiewem, by na sygnał dany przez przywódcę rzucić się na podróżnych. Trzech thugów przyciskało ofiarę brzuchem do ziemi, blokując jej ręce i nogi, a zabójca zarzucał na szyję nieszczęśnika jedwabny sznur albo zwinięty na kształt sznura kawałek materiału i dusił, opierając się kolanami o plecy mordowanego. Po dokonaniu zbrodni thugowie skrupulatnie obrabowywali ofiary, łamali zwłokom stawy, a potem rozcinali je długimi nożami. Ciała zaciągali do wykopanych wcześniej głębokich jam w ziemi, układając połamane ręce i nogi tak, aby były jak najściślej "upakowane". W trakcie zagrzebywania ofiar zabójcy robili trupom liczne i głębokie nacięcia na brzuchu - chodziło o to, żeby gazy zbierające się w gnijących zwłokach mogły znaleźć ujście i nie rozdęły ciał, co mogłoby podnieść ziemię na grobach i zdradzić miejsce pochówku. Wszystko odbywało się bardzo sprawnie, a w każdej szajce role były ściśle rozdzielone. Brytyjscy pamiętnikarze i dziennikarze pisali, że thugowie nacierali się oliwą, żeby móc się łatwo wyślizgnąć z rąk przeciwnika, gdyby ofiary podjęły walkę. Buhram dusił w ten sposób, że medalion umieszczony na sznurze miażdżył ofierze jabłko Adama. Wszystko to świadczyło o daleko idącym profesjonalizmie zabójców, a wiele też wskazuje na to, że bycie thugiem - podobnie jak wiele innych zawodów w ówczesnych Indiach - było dziedziczne: istniały całe rody morderców. Buhram zawodowiec Buhram zawodowiec Zachował się opis pojmania Buhrama. Dusiciel Ramzan, pracujący formalnie jako poborca podatków w Awadh, zeznał przed sądem: Buhram niezwłocznie wyznał, że należał do sekty, mówiąc: Mike Dash sądzi, że ta łatwa kapitulacja nie wynikała ze strachu. Wielu thugów uważało swoją pracę za coś podobnego do służby wojskowej i w praktyce podlegało możnym, którzy chronili ich w zamian za udział w zyskach z rabunków. Skoro wielu z nich uważało się za płatnych najemników, to nie miało skrupułów przed zmianą pracodawcy. Sześcioręka bogini Sześcioręka bogini Do dzisiaj nie jest jasne, w jakim stopniu thugowie stanowili sektę religijną, a w jakim byli zwykłymi bandytami rabującymi dla zysku. Według Brytyjczyków czcili Kali, ciemnoskórą, sześcioręką boginię zniszczenia, której kult wyznawało wielu Hindusów z niższych kast oraz złoczyńców. Przed sądami thugowie wielokrotnie opisywali rytuały poświęcone bogini, a najważniejszym i najczęściej wymienianym okazała się ceremonia poświęcenia kilofa, którym wykopywano groby ofiar. Uchodziła ona za tak ważną, że wiele gangów odprawiało ją przed każdą wyprawą, uznając to za warunek jej powodzenia. W rytuale brali udział wszyscy członkowie grupy, zawsze odbywał się on w budynku lub w namiocie, żeby promień światła nie mógł dotknąć święconego narzędzia. Kilof zakopywano w czasie postojów, a jego ostrze wskazywało kierunek, w którym szła grupa. Niektórzy wierzyli, że sama bogini Kali przesuwa zakopany kilof, tak by wskazywał kierunek, w którym gang znajdzie bogatsze i bardziej bezbronne ofiary. Thugowie uważali także, że kilof chroni ich przed wykryciem i pojmaniem. Mimo tych wszystkich skomplikowanych wierzeń i rytuałów celem mordów pozostawał przede wszystkim rabunek - dla thugów zabójstwa stanowiły źródło dochodów i utrzymania rodzin. Mordercza statystyka Mordercza statystyka Nigdy nie było jasne, ile dokładnie ofiar miał na sumieniu Buhram po 40 latach pracy w charakterze przydrożnego mordercy. Futty Khan, inny przywódca thugów (20 lat w gangu, 508 morderstw), szacował, że w jednym "bela", czyli ustronnym miejscu wykorzystywanym do egzekucji i grzebania ofiar, mogło dochodzić do 10-15 morderstw rocznie, a w samym królestwie Awadh Brytyjczycy odkryli 274 takie miejsca, co sugerowałoby ogromną liczbę ofiar rocznie. W Indiach żyło wówczas ok. 250 mln ludzi i co roku więcej ludzi najprawdopodobniej umierało od ukąszenia jadowitych węży, niż padało ofiarą thugów. Według szacunków Jamesa Patona, urzędnika, którego manuskrypt z 1837 r. jest głównym i niemalże jedynym źródłem wiedzy o życiu Buhrama, uczestniczył on w 931 morderstwach w ciągu 40 lat swej zbrodniczej kariery. Futty Khan zabił 508 osób, Dhoosoo - 350, Alayar - 377, Ramzan - 604, Hyder - 322, a Imambux Czarny - 340. Obaj najważniejsi, Buhram i Futty Khan, zabijaliby więc średnio dwie osoby miesięcznie. Syeed Ameer Alia, który przyznał się do 719 morderstw, powiedział później jednemu z brytyjskich urzędników, który odwiedził go w więzieniu: "Sir, gdybym nie spędził 12 lat za kratami, zabiłbym przynajmniej tysiąc". Późniejsze wyliczenia opierały się często na szacunkach wspomnianego Jamesa Patona. Na ich podstawie w 1901 r. brytyjskie pismo "The Quarterly Review" oceniło, że przeciętny thug zabijał trzy ofiary rocznie. Wychodząc z tego założenia, w latach 20. ubiegłego stulecia inny badacz oszacował, że w całych Indiach thugowie zabijali 40 tys. osób rocznie. Współczesny historyk dziejów sekty Mike Dash przestrzega jednak przed wyciąganiem zbyt pochopnych wniosków z dokonań tak straszliwych zabójców jak Buhram albo Syeed Amer Ali. Liczba ofiar Buhrama jest o tyle wątpliwa, że Paton sam miał kłopoty z liczbami i w różnych miejscach podawał różne dane. "Mogłem udusić własnymi rękami około 125 mężczyzn i mogłem widzieć, jak duszono 150 kolejnych" - miał powiedzieć arcyzabójca Patonowi, który mimo to w swojej tabeli odnotował, iż Buhram był obecny przy 931 mordach. Cywilizatorzy Indii Cywilizatorzy Indii Skandal wokół bractwa wybuchł nieprzypadkowo i wiązał się ze zmianami w brytyjskiej polityce wobec Indii, stanowiących perłę w koronie imperium. Na początku XIX w. dzisiejsze Indie były konglomeratem państw i państewek - nieraz z tradycją sięgającą kilkuset lat - o różnym stopniu zależności od Wielkiej Brytanii. Brytyjczycy rządzili tylko częścią Indii poprzez przedstawicieli Kompanii Wschodnioindyjskiej, ogromnego przedsiębiorstwa z własną armią i administracją (oraz nieustającymi kłopotami finansowymi). Nawet na ziemiach Kompanii lokalni możni i władcy dysponowali bardzo dużą autonomią, a Brytyjczycy generalnie nie mieszali się do spraw miejscowych, kontrolując tylko te sfery, które ich najbardziej interesowały, czyli przede wszystkim handel, cła i podatki. U swoich początków Kompania była bowiem przedsięwzięciem handlowym, a nie imperialnym. Zaczęło się to zmieniać na początku XIX w., m.in. pod wpływem misjonarzy, którzy przysyłali do brytyjskiej prasy poruszające relacje o barbarzyńskich ich zdaniem zwyczajach tubylców i żądali, aby władze brytyjskie zajęły się także ich "ucywilizowaniem". W przypadku Indii uważano za barbarzyństwo m.in. zwyczaj palenia wdów (sati), który w 1829 r. wzbudził wielkie kontrowersje w prasie brytyjskiej, czy właśnie działalność thugów. Pod koniec 1829 r. kapitan Sleeman zebrał już ponad 100 aresztowanych thugów (było to jeszcze przed rozpoczęciem kampanii zwalczania dusicieli), a w 1830 r., wykorzystując zainteresowanie opinii publicznej, opublikował artykuł o groźnej sekcie morderców dusicieli. Oskarżenia nie były bezpodstawne - aresztowani i sądzeni w procesach w całych Indiach od 1829 do 1848 r. rabusie wskazali miejsca ukrycia blisko tysiąca ciał mężczyzn, kobiet i dzieci. W 1839 r., kiedy thugów już w znacznej mierze wyłapano, Sleeman pisał: Sleeman przekonał władze, że Indie trzeba poddać lepszej kontroli policyjnej, a dzięki jego publikacjom opinia publiczna uznała hinduizm za główną przyczynę różnych nieszczęść Indii, przede wszystkim biedy i zacofania. W 1836 r. władze brytyjskie ogłosiły Thuggee Act, zgodnie z którym Jak uważa historyk Bernard Porter, członkowie wiktoriańskiej klasy średniej zwykle myśleli o innych ludach jak o przedstawicielach "obcej cywilizacji", a nie jak o przeciwnikach. Swą wyższość przypisywali natomiast wyjątkowej brytyjskiej kulturze, a niższość obcych - przesądom, zabobonom i kultom religijnym. Mieszkańcy wysp Południowego Pacyfiku byli kanibalami, Chińczycy zabijali noworodki, Hindusi stawali się thugami Korzystałem m.in. z książek: Mike Dash "Thug: The True Story Of India?s Murderous Cult", London 2004; Bernard Porter "Absent-Minded Imperialists. What the British Really Thought About Empire", Oxford - New York 2004 Buhram, przywódca jednego z gangów dusicieli, którzy w Indiach zabijali podróżnych, na przełomie XVIII i XIX w. mógł pozbawić życia blisko tysiąc osób.

  • WYŚCIG O NAGRODĘ MOCZARSKIEGO ROZPOCZĘTY

    [ TAH RP ] - Ale Historia RED 27-04-2015

    Narodowe Centrum Kultury i Fundacja im. Kazimierza i Zofii Moczarskich wraz z "Wyborczą" zapraszają wydawców do zgłaszania książek do konkursu o Nagrodę Historyczną im. Kazimierza Moczarskiego 2015. Konkurs dotyczy książek, które ukazały się w Polsce w 2014 r. Zakres tematyczny i czasowy: historia Polski od odzyskania niepodległości w 1918 r. do współczesności. W konkursie mogą startować autorskie prace historyczne (pierwsze polskie wydanie książki autora polskiego i pierwsze polskie wydanie przekładu autora zagranicznego), dzienniki i pamiętniki oraz edycje źródłowe. Z uwagi na cel konkursu, którym jest popularyzacja książki historycznej, i osobę patrona, autora słynnych "Rozmów z katem", jury liczy na obecność w konkursie nie tylko książek ściśle naukowych, ale też adresowanych do szerokiego grona czytelników. Zwycięzca zostanie wyłoniony w dwóch etapach. Pierwszy to dziesięć nominacji wybranych spośród wszystkich zgłoszeń. Drugi - wybór zwycięzcy. Wszystkie nominowane książki zostaną zaprezentowane na łamach "Wyborczej", a laureat otrzyma nagrodę pieniężną, która wynosi 50 tys. zł. Uroczystość wręczenia nagrody odbędzie się w okolicy Święta Niepodległości 11 listopada. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest nadesłanie 3 egzemplarzy zgłaszanego tytułu na adres: Juliusz Kurkiewicz, "Gazeta Wyborcza", ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa, z dopiskiem "Nagroda Historyczna". Termin zgłoszeń upływa 30 kwietnia. Więcej informacji na stronie: Wyborcza.pl/moczarski oraz pod numerem telefonu 602 228 303. Narodowe Centrum Kultury i Fundacja im. Kazimierza i Zofii Moczarskich wraz z "Wyborczą" zapraszają wydawców do zgłaszania książek do konkursu o Nagrodę Historyczną im. Kazimierza Moczarskiego 2015.

  • Sztuka spluwania

    [ TAH RP ] - Ale Historia SEBASTIAN DUDA 27-04-2015

    W słynnym pojedynku na miny opisanym przez Witolda Gombrowicza w "Ferdydurke" ważną funkcję pełni pewien zapomniany dziś przedmiot: Jak wiadomo, ten gest Miętusa wyprowadził z równowagi Syfona, który próbował ratować sytuację, wystawiając do góry palec wskazujący. I choć cios wydawał się nieodparty, przeciwnik miał w zanadrzu coś jeszcze: Znak hańby Znak hańby W latach 30. ubiegłego wieku spluwaczki były bardzo popularne. W Europie, USA i Australii specjalne naczynia do plucia rozpowszechniły się w XIX w., jednak z pewnością istniały dużo wcześniej. Ślina w wielu starożytnych kulturach uchodziła zwykle za wydzielinę nieczystą. W Starym Testamencie jest wyraźna sugestia, że opluta przez ojca córka przez siedem kolejnych dni nie powinna kontaktować się z innymi (zob. Lb 12,14). W opluciu widziano intencję zhańbienia kogoś. W Księdze Kapłańskiej czytamy, że opluty - co prawda przez człowieka uznanego za nieczystego - powinien wykąpać się i uprać ubranie (zob. Kpł 15,8). Z drugiej strony w Ewangeliach kanonicznych zachowały się opisy kilku uzdrowień, których Jezus dokonał za pomocą śliny. Tak się stało z głuchoniemym z Dekapolu ("Jezus włożył mu palce do uszu i dotknął śliną jego języka" - Mk 7,33), niewidomego z Betsaidy (Nazarejczyk "zwilżył mu oczy śliną" - Mk 8,23) oraz niewidomego od urodzenia, na którego oczy Nauczyciel położył ślinę wymieszaną z błotem, każąc mu się obmyć w sadzawce Siloam (zob. J 9, 1-41). Bibliści nie potrafią jednoznacznie rozstrzygnąć, dlaczego przy tych uzdrowieniach Jezus użył śliny. Popularne jest tłumaczenie, że w I wieku wśród palestyńskich Żydów istniało przekonanie, iż ślina ma właściwości poprawiające wzrok. Niektórzy, idąc za wyjaśnieniem żyjącego w II wieku św. Ireneusza z Lyonu, sugerują, że wymieszanie śliny z błotem to powtórzenie gestu Stwórcy lepiącego człowieka z gliny. Inna rzecz, że Ewangelie podają, iż oprawcy Jezusa opluwali go podczas męki, i z całą pewnością był to wyraz najwyższej pogardy. Pluli w Chinach? Pluli w Chinach? W starożytnych Chinach wierzono, że ślina może służyć do wskazania, czy oskarżony kłamie. Podczas przesłuchań podawano podejrzanym suchy ryż. Stres zmniejszał wydzielanie śliny, ziarna nie zlepiały się w zwarty kęs, lecz przyklejały się do podniebienia, co dla sędziów mogło stanowić dowód oszustwa. Tym samym - na zasadzie kontrastu - wzmożone wydzielanie śliny oznaczało prawdomówność. Być może przekonanie to wpłynęło na pojawienie się w Chinach w okresie średniowiecza naczyń do spluwania. Wykonane ze złota misy albo dzbany ustawiano z okazji rzadkich ceremonii publicznych, gdy cesarz ukazywał się poddanym. Jak wynika z opisów rytuału dworu cesarskiego, zwyczaj ustawiania ozdobnych spluwaczek rozwinął się szczególnie na początku panowania dynastii Qing w II połowie XVII w., a niedługo później zadomowił się na dworze cesarskim w Japonii. W początkach XVII w. spluwaczki zaczęły być powszechniej używane również w chińskich domach, co wiązało się z popularnością uprawianego intensywnie na obszarach nadmorskich tytoniu i z żuciem go. Spluwaczki w kształcie waz służyły przede wszystkim jako naczynia do wypluwania przeżutego tytoniu. Były wykonane z porcelany, często miały malarskie dekoracje, ale nie posiadały pokrywek - górna powłoka z dziurą do spluwania była nieusuwalna. Niejednokrotnie jednak spluwaczki wyposażano w specjalny otwór z boku, przez który usuwano nadmiar zgromadzonej w naczyniu śliny i flegmy. Biedacy nie mogli sobie pozwolić na posiadanie tak wyrafinowanego sprzętu, więc aż do czasów komunistycznych spluwanie na podłogę we własnym czy cudzym domu (o ulicach nie wspominając) dość powszechnie akceptowano. Po 1949 r. komuniści nakazywali ustawianie spluwaczek (zazwyczaj metalowych) we wszelkich ważnych miejscach publicznych: od przystanków autobusowych po sale zgromadzeń partyjnych. W zamyśle Mao Zedonga spluwaczka miała się stać symbolem walki o higienę, a towarzysze korzystali ze spluwaczek także podczas zjazdów partii. Szczególne zamiłowanie do spluwania miał Deng Xiaoping, przywódca, który otworzył Chiny na świat. W końcu jednak władze się zorientowały, że widok sekretarzy partyjnych spluwających do ozdobnych naczyń budzi za granicą wesołość i kpiny, więc od początku lat 90. spluwaczki zaczęły znikać i dziś są już w Państwie Środka rzadkością. ?pluli na Zachodzie ?pluli na Zachodzie Tymczasem jeszcze 100 lat temu spluwaczki były niezwykle popularne także w obrębie cywilizacji zachodniej. Co prawda przez całe wieki plucie na ulice, podłogi czy nawet na stoły podczas uczt nie budziło szczególnej odrazy w Europie, jednak od XVII w. spluwaczek zaczęto coraz powszechniej używać i na Starym Kontynencie, i w Nowym Świecie. Podobnie jak w Chinach miało to związek z rosnącą popularnością tytoniu. Coraz częściej też charkanie i plucie, szczególnie w obecności władców, uznawano za rzecz nieprzystojną. W Europie spluwaczki robiono najczęściej z mosiądzu i cyny, a z czasem ze szkła; porcelanowe pojawiły się w II połowie XVIII w., ale na początku używała ich prawie wyłącznie arystokracja i dopiero w XIX w. trafiły do mieszczańskich salonów. Często wyposażano je w wewnętrzny trzpień, który miał zabezpieczać przed nagłą wywrotką i wylaniem się zawartości. W XIX w. spluwaczki były już stałym elementem wyposażenia dworskich i mieszczańskich domostw, restauracji, kawiarni i pubów, domów publicznych, banków, sklepów i klas szkolnych, wagonów w pociągach i amerykańskich saloons (co świetnie uwieczniły klasyczne westerny). Uważano, że korzystanie ze spluwaczek jest bardziej higieniczne niż plucie bez zahamowań w różnych miejscach. Gruźlicy mieli zwykle spluwaczki pod ręką i często wlewali do nich kwas karbolowy (fenol), który zabijał śmiercionośne prątki, zapobiegając ich rozprzestrzenianiu się. Na początku XX w. lekarze zalecali chorym na gruźlicę korzystanie wyłącznie z własnych spluwaczek, pouczając, jak zaraźliwa może być ich flegma wykaszliwana do naczyń wystawionych w miejscach publicznych. W XIX w. w wielu krajach zakazano plucia w miejscach publicznych, a prasa europejska i amerykańska pełna była pouczeń, że plucie gdzie popadnie nie przystoi dżentelmenom, i dlatego w klubach dla panów zawsze ustawiano solidne, czasem bogato zdobione spluwaczki. Jeszcze 100 lat temu zastępy amerykańskich skautów w porozumieniu z Amerykańską Ligą Antygruźliczą malowały na murach napisy: "Nie pluj na chodnik!". Wydany w 1912 r. po polsku przewodnik po Dusznikach-Zdroju informował kuracjuszy, że Koniec historii Koniec historii Zaczęły znikać z miejsc publicznych po epidemii zabójczej grypy hiszpanki w 1918 r., bo zdaniem wielu lekarzy odpowiadały za prędkie rozprzestrzenianie się zarazków. W latach 20. w europejskich i amerykańskich elitach zniknęło zamiłowanie do korzystania z nich i jednocześnie osłabła moda na żucie tytoniu. Jednak produkcja mosiężnych spluwaczek trwała - i w USA, i w innych krajach zachodnich - a z powszechnego użycia zaczęły wychodzić dopiero w latach 40. W PRL-u mówiło się, że amatorem spluwania jest Władysław Gomułka, a spluwaczki stały w wielu urzędach do lat 60. Sporadycznie można było je w nich spotkać jeszcze za rządów generała Jaruzelskiego. Gdy w 1949 r. komuniści zdobyli w Chinach władzę, nakazywali ustawianie spluwaczek w miejscach publicznych. W tym czasie w świecie zachodnim urządzenia te wychodziły już z użycia, choć u nas stały w urzędach jeszcze w latach 60.

  • Droga przez dawną Polskę

    [ TAH RP ] - Ale Historia ROZMAWIAŁA BEATA JANOWSKA 27-04-2015

    ---------- Z Henrykiem Rutkowskim* rozmawia Beata Janowska ---------- Beata Janowska: Gdyby współczesny człowiek znalazł się nagle na Mazowszu w XIII w., to odnalazłby drogę? Henryk Rutkowski: Rzeki i góry sprawiały duży kłopot? - Im większa rzeka, tym większa przeszkoda. Góry naturalnie stanowiły wielką przeszkodę, ale na szczęście w Karpatach są łatwo dostępne przełęcze, więc wielu podróżnych szło na południe przez wygodną Przełęcz Dukielską w Beskidzie Niskim. Znajdujące się w granicach średniowiecznej Polski Góry Świętokrzyskie nie stanowiły wyzwania, co potwierdzają badania nad dawnym województwem sandomierskim. Każde, nawet najmniejsze osiedle miało co najmniej jedną drogę, a te wyjeżdżone w średniowieczu wykazywały znaczną trwałość i możemy je jeszcze śledzić na szczegółowych mapach z XVIII w. Wbrew naszym wyobrażeniom to zima często była porą najdogodniejszą do podróży... - Ruch na drogach miał charakter sezonowy. Roztopy wiosenne i słoty jesienne powodowały wielkie nawodnienia i drogi stawały się wówczas całkowicie nieprzejezdne. Natomiast zimy na ogół były wtedy śnieżne i mroźne, więc kupcy mogli jechać zupełnie inną trasą niż latem, saniami na przełaj przez zamarznięte bagna lub skute lodem jeziora, lub - bez czekania na prom - prosto przez zamarzniętą rzekę. W górach chodzono grzbietami, a nie dolinami, bo w nich nawet latem czasem stoi woda. - Tymi grzbietami, które nadawały się do przejścia. Chcę tu jeszcze wspomnieć o powszechnym w średniowieczu podróżowaniu wodą, głównie rzekami. Korzystano z mniejszych rzek, co dawało możliwość penetracji dużych niezasiedlonych terenów polsko-ruskich od strony dzisiejszej Białorusi, a wtedy Wielkiego Księstwa Litewskiego, i w ten sposób szukano miejsc do osiedlenia się. Głównym szlakiem wodnym była szeroka Wisła, natomiast później, w XIV i XV w., na mniejszych rzekach żeglugę tamowały młyny wodne. Tak jak i teraz były drogi główne, czyli gościńce, i drogi boczne. - Nazwa "gościniec" wywodzi się od słowa gość, a gość to obcy: najczęściej cudzoziemski kupiec. Były to więc drogi dla obcych kupców i znajdowały się pod szczególną opieką miejscowego księcia, a potem króla, który czerpał z nich dochód. Chroniła je tzw. ręka pańska, czyli mir drogowy, za którego złamanie na drodze publicznej kara była wielokrotnie wyższa niż na drodze zwykłej. Od XIV w. przestępstwa na tych drogach podlegały władzy starosty i groziły za nie srogie kary, z karą śmierci włącznie. Inne szlaki nazywano drogami zwykłymi, a prowadziły one przez tereny prywatne, więc właściciel mógł zakazać na nich ruchu. W tzw. prawie zwyczajowym na Mazowszu w 1576 r. Sejm ustalił tak: Można zrozumieć tych właścicieli. Droga mogła zniszczyć sporą część pola, do młyna jechały przecież duże i ciężkie wozy - jeden obok drugiego, żeby uniknąć zapadania się w koleiny. - Dlatego też starano się, by takie drogi nie znajdowały się w obrębie danego majątku, tylko na jego pograniczu, więc w wielu miejscach przebieg dawnej drogi pokrywa się z granicami własności. Zdarzało się, że jakiś pleban chciał wesprzeć parafian w sporze ze szlachcicem, który nie przepuszczał ich przez swoją wieś, i pomagał składać skargę do sądów kościelnych. Dzięki temu wiemy o sporach dotyczących głównie tych dróg, którymi chadzano na msze; jest nawet takie określenie: droga meszna. Kogo poza kupcami można było spotkać na naszych drogach? - Wieśniacy na ogół nie wybierali się w dalekie podróże. Udawali się na targ, do młyna, jeździli lub chodzili do kościoła, ale nawet w XX w. spotykało się na wsi ludzi, którzy przez całe życie nie opuścili najbliższej okolicy. Jeśli chodzi o mieszczan, to podróżowali nie tylko kupcy, ale też rzemieślnicy i chłopcy, którzy często wyruszali do innego miasta na naukę rzemiosła. Szlachcice byli szczególnie ruchliwi - nie tylko gospodarowali w swojej wsi, ale też często musieli załatwiać sprawy spadkowe, więc jeździli do sądu grodzkiego lub ziemskiego, które działały sprawnie od XIV w., czy na sejmiki. W XVI-wiecznej Polsce istniało okazowanie rycerstwa, czyli po naszemu przegląd wojskowy. Chłopak ze szlacheckiej rodziny powinien się tam pokazać i zademonstrować, że w razie ogłoszenia pospolitego ruszenia nadaje się do walki. W województwie krakowskim - co wiemy z uchwał sejmowych - okazowanie rycerstwa odbywało się przeważnie w okolicach krakowskiego Kazimierza. Jak często? - Czasem to było i rok po roku, ale stałe terminy nie istniały. Na drogach spotykano też pielgrzymów, Jan Długosz był w Jerozolimie, ale znamy takich, co to z Mazowsza szli do Santiago de Compostela. Bardzo popularne było pielgrzymowanie do grobów lokalnych świętych, do św. Wojciecha, na Święty Krzyż, gdzie znajdowały się fragmenty Krzyża Chrystusowego, do św. Floriana, Jacka i Stanisława w Krakowie. Pieszo pokonywano czasami duże dystanse. - Chłopi z reguły chodzili pieszo. Są drzeworyty pokazujące konstrukcje zakładane na plecy i przypominające plecaki. Niektórzy drobni sprzedawcy cały towar nosili na plecach, a byli i tacy, którzy prowadzili obładowane towarem juczne zwierzę. Naturalnie piesi byli mniej uzależnieni od stanu dróg niż jadący wozami. Czy zatem kupcy chodzili w gromadach? - Często drobni sprzedawcy, więksi kupcy nie. Szlachta podróżowała przeważnie konno, bo to dodawało prestiżu. Kto miał konia, ten z reguły mógł sobie pozwolić i na siodło, wyjąwszy szlachciców zagrodowych, którzy pod względem zamożności nie różnili się od chłopów. Koń był podkuty? - Czasem, jak nie było kowala, to jechało się i na niepodkutym, zwłaszcza po miękkim podłożu, ale twarda, zmarznięta nawierzchnia w zimie wymagała podkucia konia. W XVI w. w zamożnych rodzinach nastała moda na wysyłanie synów do szkół za granicę. Chłopak wyruszał w podróż z guwernerem i niewielką liczbą służących. Polacy, którzy jeździli do Włoch na studia lub służbę na jakimś dworze i nie mieli tam co zrobić ze swoimi końmi, po prostu je sprzedawali. W XVI w. co prawda rzadko, ale można już było spotkać pierwszych turystów. Wiemy o jednym polskim szlachcicu, który pod koniec XVI w. podróżował po Hiszpanii, miał tam wóz z plandeką, wynajmował przewodnika, który doprowadzał go do konkretnego miejsca, zatrzymywał się tam, oglądał okolicę, a potem najmował następnego. Średniowieczne rysunki często pokazują człowieka idącego albo jadącego konno obok wozu, nigdy na wozie. Nawet królowa i jej dwórki zazwyczaj jechały konno, kiedy towarzyszyły władcy podczas objazdów królestwa. Bardzo długo wozy służyły głównie do transportu przedmiotów. Powód był prosty - nie miały resorów i jazda na nich była niezwykle niewygodna. - U nas we wczesnym średniowieczu, co widać w wykopaliskach, dominowały wozy o dwóch małych kołach. Wiele z nich to tzw. koła tarczowe, czyli po prosu plastry obcięte z pnia drzewa, w tym plastrze dziura, a w dziurze drewniana ośka i to jechało. Siłą pociągową były woły używane na polskiej wsi, oczywiście nie powszechnie, aż do XIX w. Te wczesne, bardzo prymitywne wozy o sztywnej drewnianej konstrukcji bardzo często się łamały, a koła pękały. W XIV w. zaczęły się upowszechniać metalowe obręcze do kół, a w następnym stuleciu - wynalazek nazywany w Polsce ruchomym przodkiem. Przednia część skrzyni na wozie mogła się obracać wzdłuż osi pionowej, co znacznie ułatwiało skręcanie, bo przecież każdy zakręt sztywnym wozem oznaczał mordęgę. Wozy z ruchomym przodkiem i na dodatek z końskim zaprzęgiem zaczęły jeździć szybciej. W tym samym XV w. wprowadzono żelazne osie. Wreszcie w XVI w. zaczęto stosować skośne ustawienie kół do nawierzchni, co też ułatwiało podróżowanie. Ci, którym nie zależało na szybkości, wykorzystywali tanie woły, ale więksi kupcy coraz powszechniej używali koni. Te wozy wciąż miały dwa koła? - Nie. Ruchomy przodek możliwy jest tylko w wozie czterokołowym. W XV w. stosowano duże wozy, tzw. czterokołowe ciężkie fury kupieckie, i coraz częściej podkuwano konie, aby uniezależnić się od nawierzchni. Jak podają źródła pochodzące z krakowskiego Kazimierza z pierwszej połowy XV w., podwody, czyli obowiązkowe świadczenia przewozowe mieszczan dla dworu królewskiego, dzieliły się na dwa rodzaje: do przewożenia lżejszych przedmiotów używano wozów dwukonnych, a do cięższych, czterokonnych. W dużych miastach (takich jak Kraków) istniały cechy kołodziejów wytwarzających koła. Czeladnik, żeby zostać mistrzem, musiał wykonać koła do wozu na jednego konia, na trzy konie, a nawet do wozu na sześć koni. Każdy wóz miał inne rozmiary kół. Z pierwszej połowy XV w. zachowały się rachunki, dzięki którym wiemy, że koń woźnik, czyli pociągowy, kosztował od 48 do 120 groszy (grosz to była moneta srebrna). Konie wierzchowe były znacznie droższe. Najtańszy wóz kosztował 29 gr, najdroższy - 96 gr i miał cztery koła nieokute. Każdą część trzeba było kupić oddzielnie? - Stelmach robił skrzynie wozu, kołodziej - koła, kowal nakładał na koła metalowe obręcze. Cztery nieokute koła kosztowały od 20 do 32 gr, a sanie kosztowały 10-12 groszy. Więc widzi pani, jak wielką część ceny wozu stanowiły koła. W dużych miastach zawsze były te trzy cechy, na wsi najliczniejsi byli kowale: okuwali wozy, podkuwali konie i robili narzędzia. O resorach nie było jeszcze mowy? - W XV w. na Zachodzie skrzynie do przewozu osób zaczęto zawieszać na łańcuchach, co oznaczało wstęp do późniejszych resorów. W XVI w. Włosi lub Holendrzy wynaleźli zawieszenie skrzyni pojazdu na skórzanych pasach. To były pierwsze karety. Mamy polskie źródła, w których taki powóz na pasach nazwany jest kolebką. Pewnie dlatego, że się kolebał. Dopiero po 1500 r. ludzie uzyskali możliwości w miarę wygodnego przemieszczania się. Podróżni potrzebowali jeszcze jedzenia i noclegu. Gospody, gościńce, zajazdy, karczmy (łac. taberna) rozmieszczano wzdłuż dróg w miejscowościach targowych, w parafiach, przy przeprawach przez rzekę, na skrzyżowaniach dróg, przy drogach przez puszczę. I w nich głównie nocowano. Wiemy, że jeśli noc była jasna, księżyc w pełni, to jechano i w nocy. Byli podróżni, którzy tak układali trasę, żeby zatrzymać się u krewnych lub przyjaciół. Można było zatrzymać się w dość już licznych w XIV w. klasztorach, w których oczywiście liczono na datki. W miastach - ale nie mówimy tu o nędznych mieścinach - mieszczanie chętnie wynajmowali kwatery. Nawet królewicz Zygmunt, zwany później Starym, pomieszkiwał w Krakowie u jakichś mieszczan i tańcował z ich córkami. Ale wracając do gospód - to nie były dzisiejsze hotele z oddzielnymi pokojami? - Gospoda w staropolszczyźnie oznacza także wspólne miejsce do nocowania. Jeśli budynek miał jeszcze małe komory, to zazwyczaj było ich niewiele i tam nocowali najbogatsi. Kiedy w 1474 r. biskup bawarski podróżował zimą do Krakowa do Kazimierza Jagiellończyka (króla Polski w latach 1447-92), to prawdopodobnie w Wieluniu dostał nocleg w gospodzie w ogrzewanej izbie, ale musiał spać na podłodze pokrytej słomą. Obok spali nie tylko inni ludzie, ale też cielęta. Taki to nocleg trafił mu się na polskich ziemiach. Z XVI w. mamy więcej wiadomości - jeżeli jechał polski magnat ze sługami, to ci po przyjeździe do gospody rzucali na podłogę futra, na ścianach wieszali tkaniny. Mieli też kotły i własną żywność. W opisach cudzoziemców podróżujących po Polsce ocena naszych zajazdów wypada bardzo nisko, ale za to za nocleg, posiłek, paszę dla koni płaciło się mało. Anglik Fynes Natomiast drogi tanie już nie były i kupiec bardzo często płacił cło lub myto. - Początkowo myto oznaczało wszelką opłatę, także tę, którą dzisiaj nazywamy cłem, a celnika nazywano mytnikiem, stąd słowa: przemycić, przemyt. Nie mówimy, że coś "przecliliśmy". Cło pochodzi od niemieckiego "Zoll". W XV i XVI w. pojawiło się rozróżnienie pomiędzy cłem i mytem - to pierwsze stanowiło opłatę od wiezionego towaru, drugie - opłatę za przejazd, głównie przez mosty. Cła - używam tego terminu we współczesnym znaczeniu - pobierano na rzecz władcy w komorach celnych ustawionych wszędzie tam, gdzie był większy ruch kupców. Aby uniemożliwić im unikania opłat, ustanowiono prawa nakazujące im podróżować tylko po wyznaczonych gościńcach - był to tzw. przymus drogowy. Podczas wypraw kupcy wielokrotnie płacili cło. Za Kazimierza Wielkiego (panował od 1333 do 1370 r.) trasy kupieckie zostały wyraźnie oznaczone z powodów przede wszystkim finansowych - opłaty z cła szły przecież do królewskiego skarbu - ale ważne też były względy polityczne. Stosując przymus drogowy, władca mógł hamować handel z sąsiednimi krajami. Jeszcze w statutach Kazimierza Jagiellończyka stwierdza się wyraźnie, że kupcy mogą się przemieszczać tylko ustalonymi trasami. W XVI w. szlachta wywalczyła sobie przywilej zwolnienia z opłat celnych i w tamtym stuleciu zanikł też ostatecznie przymus drogowy. Czy cła były wysokie? - Nie na tyle, żeby kupcy rezygnowali z wypraw do miast, w których mieli zapewniony zbyt. Ale cła miały ogromny wpływ na ceny towarów. Zakładając, że wozy pokonywały dziennie ok. 30 km, żaden szlachcic raczej nie mógł zostawić swojej wsi i wyskoczyć np. do Norymbergi na duże zakupy, bo zajęłoby mu to ponad miesiąc. - No właśnie. Jeszcze trzeba dodać, że cła można było wydzierżawić. Dzierżawca wpłacał określoną kwotę do skarbu królewskiego, a potem sam na własny rachunek pobierał opłaty od towarów, przestrzegając oczywiście ich ustalonych wysokości. Król mógł w ramach nagrody nadawać prawo do poboru cła lub myta. W XVI w. przeprowadzano lustracje, czyli spisy wszystkich należności skarbu królewskiego. Można się z nich sporo dowiedzieć o stanie tych odcinków dróg, za które pobierano myto, czyli grobli i mostów - zazwyczaj był on zły lub bardzo zły. - Pobieranie myta łączyło się z obowiązkiem utrzymywania głównie grobli (bo mostów było niewiele) w stanie umożliwiającym przejazd. Naprawy bywały kosztowne, benedyktyni w Sieciechowie mieli przywilej z 1549 r. na pobieranie takiego myta, w trakcie lustracji opat klasztoru oświadczył, Większe miasta dbały o drogi przynajmniej w najbliższej okolicy, na co mamy świetny przykład dotyczący Wiślicy. W lustracji z lat 1564-65 czytamy: Rzeki, jeśli się dało, przejeżdżano w bród i w tym celu umacniano kamieniami zjazdy do wody - dzisiejsze nazwy, takie jak warszawskie Bródno czy Brodnica, świadczą o tym, że niegdyś znajdowały się tam przeprawy. Podobnie z Kamieniem, Kamionem, Kamionkiem - są to ślady po średniowiecznych promach, bo miejsca, w których na nie wjeżdżano i z nich zjeżdżano, wzmacniano kamieniami. W Warszawie po stronie praskiej jest Kamionek, a jego pierwotna nazwa to Kamion i pojawiła się w źródłach o wiele wcześniej niż Warszawa. Jednak u nas nie było najgorzej. W licznych księstwach Rzeszy obowiązywało tzw. prawo ziemi. Jeśli wóz się wykoleił, to wszystko, co z niego spadło, należało do lokalnego władcy, więc nikomu nie opłacało się tam tych dróg naprawiać. Możemy nawet powiedzieć, że w pewnym okresie Niemcy były krajem, w którym szczególnie dbano o złą jakość dróg. Więc mimo wszystko może nasze drogi nie były takie złe? ---------- *Henryk Rutkowski jest emerytowanym kierownikiem Pracowni Atlasu Historycznego Instytutu Historii PAN. W 2014 r. ukazała się jego książka "Fundamenta historiae. Pisma wybrane" Chłopi z reguły chodzili pieszo i niedaleko. Niektórzy drobni sprzedawcy towar nosili na plecach, używając konstrukcji zakładanych na plecy i przypominających plecaki. Poważniejsi kupcy używali obładowanych towarem zwierząt jucznych lub wozów ciągniętych przez konie. Szlachta jechała wierzchem.

  • Mapa kijowskiego chrześcijaństwa

    [ TAH RP ] - Ale Historia MIROSŁAW CZECH 27-04-2015

    Dla chrześcijan wschodnich Kijów to stolica Rusi Kijowskiej, "macierz grodów ruskich", jak na początku XII w. napisał mnich Nestor w swoim latopisie (kronice), miejsce chrztu tego państwa w 988 r. i wreszcie siedziba metropolii prawosławnej obejmującej przez kilka stuleci wschodnią Słowiańszczyznę. Stąd Kijów to "ruskie Jeruzalem", a w teologii i historiografii używane jest pojęcie "chrześcijaństwa kijowskiego" na podkreślenie oryginalnej tradycji eklezjalnej ukształtowanej na dzisiejszych ziemiach Białorusi, Litwy, Polski i Ukrainy. Po rosyjsku "ruski" (russkij) to rosyjski, więc Rosja od wieków stara się zawłaszczyć tradycję Rusi Kijowskiej i kijowskiego chrześcijaństwa. Zdaniem autorów tej książki, profesorów Andrzeja Gila i Ihora Skoczylasa, nastał czas, by przy tworzeniu Gil pracuje na KUL-u, Skoczylas - na Ukraińskim Uniwersytecie Katolickim we Lwowie, placówce założonej i prowadzonej przez Ukraiński Kościół Greckokatolicki. Pierwszy jest Polakiem, drugi - Ukraińcem. Przez wiele lat razem i osobno badali dzieje prawosławnych i greckokatolickich eparchii (diecezji) dawnej Rzeczypospolitej. Jak nikt inny znają źródła i literaturę przedmiotu, a ta praca to pierwszorzędne dzieło naukowe niebędące zarazem książką hermetyczną. Moim zdaniem to najpełniejsza monografia tytułowego zagadnienia oraz jedna z najważniejszych książek o dziedzictwie Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Autorzy podejmują polemikę z ustalonymi poglądami w historiografii polskiej, ukraińskiej i rosyjskiej, przedstawiają własne spojrzenie na wiele kluczowych wydarzeń, w tym unię brzeską, powstanie Chmielnickiego czy rolę Cerkwi unickiej w XVIII w. Gil i Skoczylas podnoszą znaczenie "mapy mentalnej" jako klucza do zrozumienia fenomenu trwania metropolii kijowskiej i kijowskiego chrześcijaństwa pomimo zmieniającej się przynależności państwowej terytoriów, które obejmowała, a także wielkich zmian demograficznych oraz społecznych zachodzących na przestrzeni tysiąclecia. Piszą: " Zawarcie w 1596 r. kościelnej unii brzeskiej doprowadziło do podziału chrześcijaństwa kijowskiego na odłam prawosławny i unicki (greckokatolicki). Zarazem jednak w ogniu sporów teologicznych nastąpił renesans prawosławia, szczególnie intensywny w okresie rządów metropolity Piotra Mohyły (1632-47). Wówczas też powstał najdojrzalszy projekt "zjednoczenia prawosławnej Rusi z Rusią unicką", który pogrzebał wybuch powstania Chmielnickiego. Unię brzeską autorzy oceniają jako Zdaniem Gila i Skoczylasa ostatnie trzy dekady XVII w. i pierwsze ćwierćwiecze wieku XVIII to "złota doba" Cerkwi unickiej. W aspekcie narodowym i kulturowym sukces unickiego odrodzenia polegał przede wszystkim na organizacyjnym zjednoczeniu "narodu ruskiego" pod egidą Cerkwi. A powstanie Chmielnickiego? Praca jest istotnym głosem w dyskusji na temat przeszłości, a także przyszłości ziem wchodzących niegdyś w skład Rusi Kijowskiej i Rzeczypospolitej Obojga Narodów. ---------- KOŚCIOŁY WSCHODNIE W PAŃSTWIE POLSKO-LITEWSKIM W PROCESIE PRZEMIAN I ADAPTACJI: METROPOLIA KIJOWSKA W LATACH 1458-1795 ANDRZEJ GIL, IHOR SKOCZYLAS Instytut Europy Środkowo - Wschodniej, Lublin - Lwów 2014 "Litewska" i "polska" Ruś oraz zamieszkujący ją Rusini nie mieli nic wspólnego z Rosją i jej tradycją oraz Rosjanami - uważają autorzy tej książki.

  • W KSIĘGARNI

    [ TAH RP ] - Ale Historia RED 27-04-2015

    ZABIĆ ARCYKSIĘCIA ZABIĆ ARCYKSIĘCIA GREG KING, SUE WOOLMANS Znak 2014 28 czerwca 1914 r. w Sarajewie serbski nacjonalista Gawriło Princip zastrzelił następcę tronu Austro-Węgier arcyksięcia Ferdynanda Habsburga i jego żonę Zofię. Zamach uruchomił lawinę wydarzeń, które doprowadziły do wybuchu I wojny światowej. Dla autorów to wydarzenie jest punktem wyjścia do opowieści o Zofii, Ferdynandzie i ich dzieciach. Cesarz Franciszek Józef długo sprzeciwiał się małżeństwu, ale Ferdynand się uparł, zagroził nawet samobójstwem, jeśli stryj nie pozwoli mu poślubić Zofii, hrabianki ze zubożałego czeskiego rodu. Książka to barwny i wielowymiarowy obraz wiedeńskiego dworu u schyłku panowania Habsburgów. LISTY 1957-85 LISTY 1957-85 JERZY GIEDROYC - ZDZISŁAW NAJDER Narodowe Centrum Kultury 2014 Drogi Panie - sytuację mamy rzeczywiście dramatyczną: ŻYŁAM W UKRYCIU ŻYŁAM W UKRYCIU MARIE JALOWICZ SIMON, IRENE STRATENWERTH, HERMANN SIMON Prószyński i S-ka 2015 W latach 30. Marie Jalowicz, córka żydowskich adwokatów, wiodła w Berlinie spokojne i dostatnie życie. Gdy wybuchła wojna i zaczęły się deportacje niemieckich Żydów, 21-letnia Marie uniknęła wywózki. Znalazła się wśród mniej więcej 1,7 tys. tzw. nurków, berlińskich Żydów, którzy się ukrywali. Nie wszyscy dożyli końca wojny, ale Marie dzięki szczęściu, pomocy wielu ludzi, własnej pomysłowości oraz związkom (zawieranym nie zawsze z własnej woli) przetrwała. Przez 50 lat nie dzieliła się swoimi przeżyciami z nikim, zdecydowała się dopiero tuż przed śmiercią w 1998 r., kiedy opowiedziała swoją historię synowi Hermannowi. OSTATNI TABOR OSTATNI TABOR JOLANTA DRUŻYŃSKA Rebis 2015 Dotychczasowy tryb życia 5-8 tys. koczujących Cyganów LISTY Z ROSJI LISTY Z ROSJI ASTOLPHE DE CUSTINE Editions Spotkania 2015 Pierwszy raz "Listy z Rosji" ukazały się w Brukseli w 1843 r. i stały się bestsellerem. Podróżnik opisywał w nich Rosję Mikołaja I jako kraj zacofany, biedny i brutalny - rządzony przez despotę oraz bezwzględną biurokrację i wojskowych. ZABIĆ ARCYKSIĘCIA ZABIĆ ARCYKSIĘCIA GREG KING, SUE WOOLMANS Znak 2014 28 czerwca 1914 r. w Sarajewie serbski nacjonalista Gawriło Princip zastrzelił następcę tronu Austro-Węgier arcyksięcia Ferdynand

  • Czesi na barykadach

    [ TAH RP ] - Ale Historia MARIUSZ SUROSZ (PRAGA) 27-04-2015

    5 maja 1945 r. kilka minut po południu do gmachu radia weszli kapitan Rudolf Suchánek i 20 czeskich policjantów. - Grüss Gott [Pochwalony] - Suchánek pozdrowił pewnym głosem esesmanów, a jeden z nich, wyraźnie zaskoczony, zapytał: - Co tu robicie? - Przyszliśmy obejrzeć budynek. Konsternacja Niemców trwała chwilę. Kiedy jeden z nich zaczął strzelać, Czesi odpowiedzieli ogniem, a wartownicy nie zdołali ich powstrzymać. Suchánek orientował się w rozkładzie gmachu i wiedział, że musi opanować tę część budynku, z której można nadawać program. Wiedział też od znajomego technika radiowego, że półtorej godziny wcześniej niemiecką ochronę wzmocniło 65 esesmanów. Ale o 12.33 prażanie usłyszeli komunikat: "Wzywamy czeską policję, czeskich czetników [żandarmeria policyjna], wojsko rządowe. Stawcie się natychmiast w budynku radia. Esesmani chcą nas zamordować. Przyjdźcie nam z pomocą. Przybądźcie natychmiast!". W kierunku radia ruszyli cywile i wojskowi; ci, którzy nie mieli broni, starali się zdobyć ją na Niemcach. Do radia dotarło też 26 żandarmów i złożona ze skautów konspiracyjna Brygada Wywiadowcza, a nieco później pojawili się żołnierze czeskiego wojska rządowego. Tuż przed godziną 18, po przeszło pięciogodzinnym boju, zepchnięci do piwnic esesmani poddali się. Na wieść o strzelaninie w radiu walki wybuchły w kilkunastu punktach miasta. Powstańcy zdobyli więzienie na Pankrácu, uwalniając 3 tys. ludzi. Na ulicach wyrosły pierwsze barykady. Plany na Czechy Plany na Czechy Konspiratorzy snuli plany powstania od 1939 r., kiedy to Niemcy wkroczyli do Pragi i utworzyli marionetkowe państewko Protektorat Czech i Moraw. Przez całą okupację gestapo skutecznie zwalczało podziemie wspierane przez zrzucanych na spadochronach cichociemnych, których władze czechosłowackie w Londynie wysyłały do kraju. W lutym 1945 r. na terytorium Protektoratu został zrzucony kapitan Jaromír Nechanský z zadaniem przygotowania powstania i rozpoczęcia go z chwilą wkroczenia Sowietów. Zakładał, że wystąpi zbrojnie 60 tys. powstańców, którym broń dostarczą sojusznicy. W marcu 1945 r. prezydent Edvard Beneš pojechał do Moskwy, by ostatecznie się porozumieć z czechosłowackimi komunistami, stworzyć rząd koalicyjny i wypracować powojenny program polityczny. Chciał też rozmawiać o zrzutach broni dla powstańców, ale Sowieci długo nie odpowiadali na prośby Czechosłowaków i dopiero w połowie kwietnia przedstawicieli Beneša przyjął szef sztabu generalnego Armii Czerwonej gen. Aleksiej Antonow, oświadczając im, że Moskwa broni nie da. ZSRR zamierzał utrzymać Czechosłowację w swojej strefie wpływów i ani myślał wspierać siły, których nie kontrolowałby całkowicie. Wobec takiego stanowiska Moskwy również zachodni alianci nie zdecydowali się na dostawy broni. Niemcy natomiast zamierzali bronić Protektoratu do końca, tym bardziej że zależało im na czeskim przemyśle zbrojeniowym. Planowali jak najdłuższą obronę Śląska i Moraw przed Sowietami, a później stworzenie linii obrony wzdłuż Wełtawy i Łaby. Praga miała być ważnym punktem oporu. Cywile i wojskowi Cywile i wojskowi Jesienią 1944 r. największe grupy konspiracyjne rozpoczęły rozmowy o współpracy, powstała też Czeska Rada Narodowa z udziałem partii tworzących rząd na uchodźstwie. Zarówno w rządzie, jak i w Radzie dużą rolę odgrywali komuniści. Rada utworzyła sekcję wojskową z mającym przygotować powstanie kapitanem Nechanským na czele, ale nie dysponowała żadną siłą zbrojną. Komuniści zapewniali, że do walki ruszą robotnicy, podobnie sądzili konspiratorzy z wiernej Benešowi Centralnej Rady Związków Zawodowych, którzy w ciągu kilku miesięcy stworzyli dużą siatkę konspiracyjną w fabrykach. Działały również inne grupy, o których istnieniu w Radzie nie wiedziano i które także szykowały powstanie. Dawny pułkownik sztabu generalnego armii czechosłowackiej František Bürger ps. "Bartoš" był współzałożycielem organizacji Obrona Narodu składającej się z oficerów wiernych ideałom demokratycznej Czechosłowacji. Zajmowali się wywiadem i planowaniem powstania. W czerwcu 1944 r. Niemcy aresztowali trzecie kierownictwo tej organizacji, Bürger ocalał i postanowił objąć dowództwo. Nie mając jednak kontaktu z innymi komórkami Obrony Narodu, wpadł na prosty pomysł polegający na wykorzystaniu formacji istniejących za zgodą Niemców i im podlegających: policji, czetników, wojska rządowego, a także Luftschutzu, czyli nieuzbrojonej policyjnej służby przeciwlotniczej. Pierwsze trzy formacje dysponowały lekkim uzbrojeniem. Bürger i jego współpracownicy uznali, że w pierwszym momencie trzeba zająć radio; pamiętali, że gdy w 1938 r. w eter poszedł komunikat o mobilizacji, reakcja rezerwistów była niemal natychmiastowa. Sądzili, że mając radio, można skutecznie kierować powstaniem. Z kolei opanowanie centrali pocztowych pozwalało na ograniczenie Niemcom łączności (pierwszego dnia walk Czesi wyłączyli ok. 6 tys. numerów telefonicznych). Drugą grupę tworzyli oficerowie skupieni wokół generała Františka Slunečki ps. "Alex", który starał się odbudować Obronę Narodu. Slunečko mianował gen. Karela Kutlvašra dowódcą powstania, a Bürgera - szefem sztabu. Wojskowi uznali też, że w przypadku spontanicznego wybuchu walk muszą przejąć dowodzenie i objąć władzę cywilną, z czego następnie zrezygnowali, kiedy dowiedzieli się o istnieniu Czeskiej Rady Narodowej. Od początku maja w Czechach dochodziło do wystąpień zbrojnych - 1 maja do walki ruszyli mieszkańcy Przerowa, niedługo później Nymburka i Podiebradów. Czesi próbowali przejmować władzę, ale z różnym skutkiem. Po samobójstwie Hitlera 30 kwietnia i kapitulacji Berlina 2 maja celem większości niemieckich żołnierzy i dowódców było przedarcie się na zachód i poddanie Amerykanom lub Brytyjczykom. Strach przed wpadnięciem w ręce Sowietów skłaniał ich do tego, by nie cackać się z utrudniającymi ucieczkę Czechami. Atak na radio Atak na radio 4 maja członkowie Czeskiej Rady Narodowej postanowili wstrzymać jakiekolwiek działania zbrojne do czasu, kiedy stanie się jasne, że nie dojdzie do starcia z Niemcami. Myśleli przede wszystkim o przejęciu władzy cywilnej. Praga jednak była beczką prochu - radio nadawało już wyłącznie po czesku i puszczało nawet taką muzykę, której Niemcy zakazali, prażanie wywieszali flagi narodowe, zamalowywali niemieckie napisy, a konduktorzy nie przyjmowali od pasażerów reichsmarek. Następnego dnia po mieście krążyły różne fantastyczne plotki, m.in. że nie żyje znienawidzony minister ds. Czech i Moraw Karl Hermann Frank, że na rogatkach pojawiły się amerykańskie czołgi, a na lotnisku lądują samoloty USA. Rankiem 5 maja w ministerstwie finansów zebrali się ludzie "Bartoša" i postanowili, że powstanie wybuchnie 7 maja. Szacowali, że dysponują mniej więcej 10 tys. ludzi, choć broń miał zaledwie co drugi. Wypadki potoczyły się inaczej. Widząc, że na ulicach dochodzi do rozbrajania Niemców, przejmowania urzędów, a na dworcu głównym strajkują kolejarze i lada moment może dojść do starć, szef sztabu policji Jan Voženílek postanowił wykonać zadanie, które dostał od "Bartoša". Kilka dni wcześniej wybrał zaufanych ludzi, w większości bokserów z policyjnego klubu sportowego, i oszukując niemiecki nadzór, zaopatrzył ich w amunicję. Około południa kazał kapitanowi Suchánkowi zająć gmach radia. - Naród nie czekał, nastąpił wybuch - tak przewodniczący Czeskiej Rady Narodowej Albert Pražák określił to, co się stało 5 maja. Tak jak zaplanowali wojskowi, po stronie powstańców stanęli policjanci, czetnicy i wojsko rządowe. To ostatnie składało się z ponad 6 tys. słabo uzbrojonych żołnierzy. Mieli być symbolem autonomii Protektoratu, utrzymywać porządek, chronić linie kolejowe i brać udział w likwidacji skutków klęsk żywiołowych. Jednak kiedy wybuchło powstanie, w kraju znajdował się jeden batalion (ok. 500 ludzi) pełniący funkcje reprezentacyjne i stanowiący ochronę czeskiego prezydenta Protektoratu Emila Háchy. Pozostałych 11 Niemcy wysłali w maju 1944 r. do walki z włoskimi partyzantami. Pierwszego dnia w ręce powstańców wpadły magazyny z bronią, poczta, elektrownie, dworce, fabryki zbrojeniowe, zakłady kolejowe i bocznice z wagonami z zamontowanymi działkami przeciwlotniczymi. Powstańcy zrobili z nich pociągi "pancerne", które okazały się bezcenne podczas walk obronnych. Wczesnym popołudniem gen. Kutlvašr objął dowództwo i do wieczora podporządkował sobie grupy walczące w mieście. Szybko też ocenił, że przewaga wroga jest ogromna - w samej Pradze stacjonował kilkunastotysięczny garnizon. Zaproponował Niemcom zawieszenie broni, ale ci zażądali kapitulacji. Wieczorem radio, a po nim uliczne megafony wezwały prażan do stawiania barykad i poinstruowały, jak je budować. Podstawą miały być samochody i tramwaje wypełnione kostką brukową. Do pracy stanęło 100 tys. ludzi i rankiem 6 maja w Pradze i na drogach dojazdowych stało prawie 1,6 tys. barykad i zapór. Milczenie sojuszników Milczenie sojuszników Próby podjęcia rozmów z Niemcami spełzły na niczym - Praga była dla nich ważnym węzłem komunikacyjnym, który skracał drogę na tereny zajęte przez Amerykanów. W Czechach znajdowało się ponad 1,2 mln niemieckich żołnierzy i oddziały w Pradze mogły liczyć na szybką odsiecz, w tym jednostek Waffen-SS - fanatycznej dywizji "Wallenstein" i pułku "Der Führer", a także wojsk pancernych z okolic Benešova i Českiego Brodu. I rzeczywiście ruszyły one, by zdławić powstanie. Niemcy używali cywili jako żywych tarcz i gnali ich przed czołgami, a pojmanych powstańców mordowali, nie szczędząc im przed śmiercią tortur. Tymczasem praskie radio po czesku, angielsku i rosyjsku nadawało wezwanie o pomoc - jasne było, że miasto mogły uratować tylko wojska amerykańskie lub radzieckie. Apele pozostały bez odzewu. W Radzie komuniści reprezentowani przez Josefa Smrkovskiego nie chcieli prosić Amerykanów o przyjście z pomocą i skutecznie uniemożliwiali wszelkie tego typu działania. Zresztą 6 maja oddziały generała George?a Pattona wyzwoliły Pilzno, ale na rozkaz głównodowodzącego gen. Dwighta Eisenhowera zatrzymały się 80 km od Pragi - wcześniejsze ustalenia sojusznicze doprowadziły do wyznaczenia linii demarkacyjnej, której Amerykanie mieli nie przekraczać. Czechosłowacja za zgodą aliantów miała wejść do strefy radzieckiej, a obietnica Stalina, że trzy miesiące po zakończeniu wojny w Europie ZSRR rozpocznie wojnę z Japonią, wydawała się zbyt cenna, by ją narażać, ratując Czechów. Natomiast apele po rosyjsku nie spowodowały odpowiedzi Armii Czerwonej, ale dotarły też do wojsk, na które Czesi nie liczyli - Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej (ROA) generała Andrieja Własowa. Własowcy z odsieczą Własowcy z odsieczą Żołnierze ROA znaleźli się w Czechach, gdy ich dowódca bez zgody Niemców wycofał swoje jednostki z frontu pod Frankfurtem nad Odrą. Własow, były radziecki generał dwukrotnie odznaczony Orderem Lenina, w 1942 r. dostał się do niemieckiej niewoli i poszedł na współpracę. Hitler nie był zwolennikiem tworzenia z jeńców radzieckich sił walczących z Sowietami, ale w końcu Niemcy pozwolili na utworzenie Komitetu Wyzwolenia Narodów Rosji i oddziałów ROA. Własow sformował trzy dywizje piechoty, a kiedy uznał, że trzymanie się Niemców jest samobójstwem, wysłał do Amerykanów swoich przedstawicieli. Chciał uzyskać zapewnienie, że jeśli się poddadzą, nie zostaną wydani ZSRR. Jego najbliżsi oficerowie uznali, że wezwania praskiego radia o pomoc dają im szansę - jeśli staną po stronie Czechów, a do Pragi wkroczą Amerykanie, to może zostaną uznani za sojuszników. Po naradach Własow wysłał do Pragi dywizję generała Siergieja Kuźmicza Buniaczenki, która 6 maja włączyła się do walk. Własowcy nawiązali kontakt z czeskim dowództwem, zostali wysłani w rejony, gdzie powstańcy szczególnie potrzebowali wsparcia, i uratowali powstanie. Jednak kiedy rankiem 7 maja Buniaczenko przez radio zaproponował Niemcom, by się poddali, w Czeskiej Radzie Narodowej zawrzało. Po własowcach Sowieci Po własowcach Sowieci Komunista Smrkovský wezwał adiutanta Własowa i zażądał, by dowódca ROA złożył pisemne oświadczenie. Jego tekst stwierdzał, że akcja Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej w Pradze była wyłączną inicjatywą jej dowódcy i nie ma nic wspólnego z działaniami czeskiego ruchu oporu. Buniaczenko wściekł się, zwłaszcza że dotarła już do niego wiadomość o Amerykanach, którzy nie przekroczyli linii demarkacyjnej, co przesądzało o losie własowców. Wieczorem nakazał wycofanie się z Pragi i marsz na zachód, ale uległ jeszcze prośbie czeskich wojskowych i zostawił im oddział artylerzystów, którzy mimo oporów Rady Narodowej walczyli z niemieckimi czołgami do końca powstania. Kiedy praskie radio poinformowało, że 8 maja w Reims Niemcy skapitulowały, walki w Pradze trwały nadal. W dzielnicach Pankrác, Michle i Nusle powstańcy znaleźli się w położeniu krytycznym, w centrum Starego i Nowego Miasta toczyły się boje, po zdobyciu dworca kolejowego Niemcy wymordowali 53 Czechów - powstańców i cywili. Sytuacja wyglądała źle. Przywódcy powstania nie mieli łączności z radziecką armią, a informacje o jej ruchach uzyskiwali telefonicznie od mieszkańców miast, w których pojawiali się Sowieci. W tej sytuacji Rada nawiązała kontakt z gen. Rudolfem Toussaintem, dowódcą garnizonu niemieckiego, i po kilku godzinach doszło do porozumienia - w zamian za kapitulację i pozostawienie w Pradze ciężkiego sprzętu Niemcy uzyskali zgodę na swobodne opuszczenie miasta. Niektóre oddziały SS nie podporządkowały się tej decyzji i kontynuowały walkę. Powstańcy nie wiedzieli, że radzieckie czołgi gnały do Pragi na złamanie karku, bo Sowieci obawiali się, że Amerykanie jednak przyjdą miastu na pomoc. Kiedy więc 6 maja dowództwo Armii Czerwonej dowiedziało się o walkach nad Wełtawą, marszałek Iwan Koniew rozkazał: Zemsta komunistów Zemsta komunistów Powstanie nie miało żadnego znaczenia dla przebiegu wojny. Czesi poszli się bić, a przede wszystkim mścić za lata upokorzeń, choć mogli poczekać. Powstańcy okazali się skutecznymi żołnierzami, zwłaszcza w bojach o ratusz staromiejski, w obronie dzielnicy Pankrác i mostu Trojskiego. Podczas czterech dni walk ok. 30 tys. powstańców i 18 tys. własowców biło się z 40 tys. żołnierzy wroga. Zginęło 1,7 tys. Czechów i 1 tys. Niemców, a zniszczenia były większe niż po trzech alianckich nalotach. Kiedy w 1948 r. komuniści przejęli władzę w Czechosłowacji, zafałszowali historię praskiego zrywu, przypisując główną rolę sobie. Rozprawili się też z przywódcami powstania. Gen. Kutlvašr został w 1948 r. aresztowany, skazany na dożywocie za zdradę, a z więzienia wyszedł w 1960 r. ze zdrowiem w fatalnym stanie. Zmarł rok później. Kpt. Nechanský, który w trakcie powstania pojechał do Pilzna błagać Amerykanów o pomoc, został powieszony za szpiegostwo. Szefa Rady Alberta Pražáka wyrzucono z uniwersytetu, do więzień trafili gen. Slunečko i płk Bürger. Takich przypadków było więcej. Własowców, którzy uratowali Czechów, spotkał straszny los. Podczas walk zginęło ich około setki, a 187, którzy odnieśli rany i trafili do praskich szpitali, NKWD rozstrzelało jeszcze w Pradze. Amerykanie wydali własowców ZSRR i w 1946 r. w Moskwie skazano na śmierć 12 oficerów wraz z Własowem i Buniaczenką. Ich podwładni trafili do gułagów na wiele lat. Powstanie w Pradze wybuchło kilka dni po kapitulacji Berlina i nie mogło już niczego zmienić. Zginęło ok. 1,7 tys. Czechów. Część przywódców tego zrywu zapłaciła bardzo wysoką cenę, ale nie zabili ich Niemcy ani nie prześladowali Sowieci.

  • Masakra świętego Wojciecha

    [ TAH RP ] - Ale Historia ADAM ZADWORNY 27-04-2015

    20 marca jak co rano proboszcz katedry ksiądz Zenon Willa wyszedł na obchód świątyni. Od wielu miesięcy trwał remont, więc kościół wyglądał jak plac budowy: wewnątrz stały drabiny, a na podłogach walały się materiały budowlane i narzędzia. Przed rozpoczęciem prac duchowni najbardziej obawiali się o relikwiarz św. Wojciecha, więc żeby ochronić go przed wdzierającym się wszędzie pyłem, przykryto go folią. Gdy proboszcz zbliżał się do relikwiarza, poczuł niepokój, bo wokół ujrzał mnóstwo śladów butów. Kiedy zdjął folię, zrobiło mu się słabo: relikwiarz został kompletnie zdewastowany, a figury św. Wojciecha w ogóle nie było. Zrozpaczony proboszcz natychmiast zadzwonił na milicję. Święty rodem z Czech Święty rodem z Czech Św. Wojciech, najważniejszy obok św. Stanisława patron polskiego Kościoła, wywodził się z rodu Sławnikowiców, których ziemie obejmowały rejon Libic w Czechach. Do stanu duchownego przygotowywał się w Magdeburgu, gdzie w 986 r. utworzone zostało biskupstwo misyjne mające zajmować się nawracaniem zachodnich Słowian. W styczniu 983 r. Wojciech (a właściwie Adalbert, bo podczas bierzmowania biskup magdeburski Adalbert użyczył mu swego imienia i głównie pod nim występuje w źródłach łacińskich) został biskupem praskim. Ponieważ jednak zraził prażan, dwukrotnie musiał opuścić ten urząd, a powrót do Pragi stał się niemożliwy po tzw. krwawej łaźni libickiej w 995 r. Rządzący w Czechach Przemyślidzi najechali wtedy ziemie Sławnikowiców i zamordowali czterech braci Wojciecha. Biskup schronił się w Rzymie, gdzie papież Grzegorz V doradził mu, by podjął się misji chrystianizacyjnej wśród pogan, i gdzie zaprzyjaźnił się z cesarzem Ottonem III, który zaangażował się w organizowanie jego wyprawy misyjnej: zabrał go do Niemiec i to właśnie z dworu cesarskiego Wojciech ze swym bratem Radzimem Gaudentym ruszyli w kierunku Prus. Prawdopodobnie pod koniec lutego 997 r. przybył do Gniezna, skąd wyprawił się do Prus, by nawracać tamtejszą ludność. 23 kwietnia 997 r. na wybrzeżu Bałtyku został napadnięty przez Prusów, którzy ścięli mu głowę. Potem książę Bolesław Chrobry wykupił od nich zwłoki biskupa i pochował je w Gnieźnie. Trzy lata później przy grobie męczennika podczas zjazdu gnieźnieńskiego, najważniejszego od czasu chrztu w 966 r. wydarzenia politycznego w państwie polskim, spotkali się cesarz rzymski Otton III i książę Bolesław. Szczątki św. Wojciecha otoczone czcią spoczywały w katedrze gnieźnieńskiej aż do najazdu czeskiego księcia Brzetysława w 1038 r. lub 1039 r., który zniszczył gnieźnieńską katedrę, zrabował relikwie i wywiózł je do Pragi. Pod koniec XI w. gnieźnieńska katedra została jednak odbudowana, a podczas konsekracji złożono w niej ponownie relikwie św. Wojciecha, bo - jak głosi tradycja - Czesi nie zabrali jego szczątków. 400 lat później Jan Długosz wyjaśnił w swojej kronice, że ciało św. Wojciecha Polacy zamienili miejscami z jego bratem Radzimem Gaudentym i to on spoczął w praskiej katedrze. Ponadto na początku XII w. doszło do cudownego odnalezienia głowy Wojciecha przez arcybiskupa gnieźnieńskiego Jakuba. Odtąd zarówno Gniezno, jak i Praga czciły swoje relikwie św. Wojciecha. W 1662 r. umieszczone zostały w relikwiarzu wykonanym przez gdańskiego złotnika Petera von der Rennena (jest też autorem relikwiarza św. Stanisława w katedrze wawelskiej). Holenderski rzemieślnik zużył do jego produkcji blisko 100 kg srebra najwyższej próby. Grupa śledcza szuka tropu Grupa śledcza szuka tropu Włamywacze, którzy w nocy z 19 na 20 marca 1986 r. wdarli się do katedry, działali bardzo brutalnie - odrąbali od relikwiarza nie tylko figurę biskupa, ale również anioły, skrzydła orłów i wiele mniejszych detali. Natychmiast po pierwszych meldunkach z miejsca przestępstwa kierownictwo Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Poznaniu powołało specjalną grupę śledczą mającą wytropić sprawców. Sprawa natychmiast stała się głośna w kraju, bo tego samego dnia o wyczynie rabusiów poinformowały radio i telewizja, a także Wolna Europa. W archiwum poznańskiego ośrodka TVP zachował się 27-minutowy film nakręcony w katedrze dzień po włamaniu. Widać na nim wypowiadających się do kamery księży, śledczych i prokuratorów. Płk Zdzisław Stocki, szef Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Poznaniu, obiecał, że powołana przez niego grupa "będzie pracować 24 godziny na dobę, bez świąt i wolnych sobót", i dodał, że podwładni już sprawdzili alibi 1,1 tys. osób i przeszukali 290 melin. Ksiądz Jan Kasprowicz, mówiąc o znaczeniu relikwiarza św. Wojciecha, porównał go do ikony jasnogórskiej i wawelskiego relikwiarza św. Stanisława. Natomiast prokurator wojewódzki Michał Posadzy zapewnił widzów: "Robimy wszystko, aby ustalić sprawców, ująć ich i odzyskać postać św. Wojciecha". Codziennie o siódmej rano członkowie grupy śledczej wyjeżdżali do Gniezna, skąd wracali do Poznania o północy, ale ich pierwsze działania nie doprowadziły do znalezienia tropu. Skok po srebrny złom? Skok po srebrny złom? W całym kraju milicja została postawiona na nogi i już w ciągu kilku pierwszych dni śledztwa funkcjonariusze przeszukali około tysiąca mieszkań osób z półświatka i sprawdzili 2 tys. samochodów. Wydziały kryminalne uruchomiły swoich agentów w środowiskach włamywaczy i paserów. W poznańskiej grupie śledczej pracował Jerzy Jakubowski, oficer kryminalny MO, a potem policji, który w 1986 r. miał już na koncie wiele osiągnięć w głośnych sprawach kryminalnych, m.in. w ujęciu Edwarda Kolanowskiego, osławionego poznańskiego mordercy i nekrofila. - To była sprawa priorytetowa. Cały czas dzwonili do nas przełożeni z Komendy Głównej, więc czuliśmy zainteresowanie centrali naszą pracą. Stosunki władzy z Kościołem były wówczas skrajnie złe, bo jak wiadomo, ledwie półtora roku wcześniej oficerowie Służby Bezpieczeństwa zamordowali księdza Jerzego Popiełuszkę. Szybkie wykrycie sprawców kradzieży w katedrze gnieźnieńskiej mogło te relacje poprawić - wspomina Jakubowski, dziś emerytowany oficer policji. Na miejscu włamania milicjanci odkryli wiele śladów, ustalili m.in., że złodzieje wspięli się po linach na okno i próbowali przepiłować w nim kraty, ale w końcu dostali się do środka, odginając jeden z prętów. W bocznej nawie kościoła śledczy znaleźli sześć brzeszczotów, których sprawcy użyli m.in. do przepiłowania śruby mocującej leżącą figurę św. Wojciecha do trumienki relikwiarza. Ślady butów, które odcisnęły się na posadzce, wskazywały, że włamywaczy było prawdopodobnie trzech. Ponieważ obeszli się z zabytkiem niezwykle brutalnie, śledczy nie mieli wątpliwości, że nie chodziło o kradzież dzieła sztuki klasy zerowej ujętego w katalogach międzynarodowych, a więc prawie niemożliwego do sprzedania, lecz wyłącznie o wysokiej próby metal szlachetny, z którego został wykonany relikwiarz. Milicja sprawdzała przemytników, m.in. marynarzy, którzy masowo wywozili wówczas z Polski srebrny złom osiągający wtedy na Zachodzie trzykrotne przebicie w porównaniu z cenami w kraju. W połowie lat 80. wybuchła tzw. afera srebrna - funkcjonariusze z wydziałów przestępczości gospodarczej i SB rozpracowywali przemyt na dużą skalę srebra odzyskiwanego z klisz rentgenowskich. Zajmowali się też kilkoma wielkimi kradzieżami tego metalu z fabryk i spółdzielni wytwarzających np. sztućce. Ale wzmożone kontrole na granicach nie dały rezultatu, nie natrafiono na ślad XVII-wiecznego srebra, z którego wykonany był relikwiarz. Narady przy wódce i szprotach Narady przy wódce i szprotach Po tygodniu pracy zmęczeni członkowie grupy śledczej postanowili, że nie będą codziennie wracać z Gniezna do Poznania. Milicja wynajęła im kilka pokoi w zajeździe Drogorad w okolicach Żnina i tam - jak wspomina Jakubowski - przy wódce i szprotach z chlebem do późna dyskutowali o kierunkach rozwoju śledztwa, tropach i hipotezach. Przełomowa jednak okazała się decyzja o wyznaczeniu 0,5 mln zł nagrody za pomoc w ujęciu sprawców (pieniądze pochodziły z budżetu Ministerstwa Kultury). Kolejne 200 tys. dorzuciły osoby prywatne. Kiedy po jednej z nocnych narad w zajeździe Drogorad śledczy przyjechali rano do komendy w Gnieźnie, czekał na nich szyfrogram z Gdańska. - Dzięki nagrodzie gdańska milicja otrzymała kluczową informację - wspomina Jakubowski. Do jednego z tamtejszych komisariatów zgłosił się mężczyzna, który przy ul. Dąbrowszczaków wynajął garaż braciom bliźniakom i odnalazł w nim niewielkie fragmenty srebrnego złomu i ślady przetapiania kruszcu, co skojarzył ze skokiem w Gnieźnie. Do Gdańska pojechali śledczy i na miejscu stwierdzili, że kawałki srebra z garażu z całą pewnością pochodzą z relikwiarza. Włamywacze na linach Włamywacze na linach 22-letni bliźniacy - Krzysztof i Marek M. - mieli już założone kartoteki na milicji, a w trakcie śledztwa prowadzonego w ich sprawie w Gdańsku okazało się, że dokonali kilkunastu przestępstw w całej Polsce. Podczas jednego z włamań z dachu wieżowca bracia zjechali na linach taterniczych na balkon mieszkania zamożnych gdańszczan na siódmym piętrze, odurzyli śpiących domowników chloroformem, obrabowali mieszkanie i spokojnie wyszli. Braci M. zatrzymali w pociągu milicyjni komandosi, a trzeci złodziej, starszy o dwa lata od bliźniaków Waldemar B., ich kolega z bloku, wpadł w swoim domu. W skrytce w budynku, w którym mieszkali, milicjanci znaleźli pistolety. Gra o srebro Gra o srebro Żaden z trójki podejrzanych nie przyznawał się do winy i nie zamierzał wskazać miejsca ukrycia łupu. - To, że znaleziono skrawki srebra w jakimś garażu, niczego nie dowodzi - mówił podczas przesłuchań Krzysztof M. I gdy milicjanci zaczęli się już obawiać, że niczego z aresztowanych gdańszczan nie wyduszą, zdarzył się kolejny przełom: 12-letni chłopiec bawiący się w pobliżu gnieźnieńskiej katedry odkopał w pryzmie piachu korpus oderwanego od relikwiarza św. Wojciecha. Figura nie miała rąk, nóg oraz głowy, które najprawdopodobniej zostały już przetopione razem z aniołami, skrzydłami orłów i innymi skradzionymi elementami. Wtedy śledczy rozpoczęli rozgrywkę z przestępcami. Na stole położyli odnaleziony korpus, a Jakubowski wprowadzał do pokoju każdego z podejrzanych z osobna i zadawał to samo pytanie: "Jak myślisz, z kim go odkopałem? No, strzelaj, kto wskazał miejsce ukrycia św. Wojciecha?". W ten sposób zasiali nieufność pomiędzy braćmi M. oraz ich wspólnikiem. Kiedy dominujący w szajce Krzysztof M. przyznał się do winy, licząc na łagodniejszą karę, w jego ślady poszedł brat, a następnie Waldemar B. Wyprawa po świeczniki Wyprawa po świeczniki Złodzieje twierdzili, że włamali się do katedry po to, żeby skraść zabytkowe srebrne lichtarze, których szukali na ołtarzu głównym, a kiedy ich nie znaleźli, zwrócili uwagę na relikwiarz. Figura św. Wojciecha nie mieściła się w torbie, więc ją zakopali, licząc na to, że jeszcze po nią wrócą. Dopiero następnego dnia z gazet dowiedzieli się, jaki skarb przetopili w gdańskim garażu, posługując się palnikiem acetylenowym i ceramicznymi doniczkami. Ale nawet bez przyznania się do winy materiał obciążający włamywaczy okazał się mocny. Z analizy kryminalistycznej wynikało, że ślady obuwia pozostawione przez złodziei w katedrze pochodzą od dwóch par trampek odnalezionych w mieszkaniu bliźniaków. Natomiast na jednym z sześciu brzeszczotów ujawniono odcisk opuszki palca Marka M. Podczas włamań bracia zawsze używali rękawiczek, ale zapomnieli je nałożyć, kiedy przed wyprawą do Gniezna pakowali brzeszczoty do worka marynarskiego. Zwrot z pompą Zwrot z pompą Choć sprawcy przyznali się do winy, długo jeszcze nie chcieli oddać łupu. - Jak wyjdę, chciałbym z tego skoku mieć coś dla siebie - powtarzał Krzysztof M. pytany o miejsce ukrycia przetopionych elementów relikwiarza. Funkcjonariusze przekonywali ich, że jeśli wskażą to miejsce, będą mogli liczyć na niższy wyrok, i sprawcy w końcu pękli - 9 kwietnia 1986 r. po wielogodzinnych przesłuchaniach w osobnych pokojach poznańskiej komendy milicji niezależnie od siebie narysowali prawie identyczne szkice z miejscem ukrycia srebra w Gdańsku. Władze uroczyście zwróciły 28 kg brudnego srebrnego złomu w pięciu bryłach, a prasę obiegły zdjęcia milicjantów oddających ks. Kasprowiczowi to, co zostało ze św. Wojciecha. - Na szczęście zbiegiem okoliczności kilka dni przed włamaniem zrobiono dokładne zdjęcia relikwiarza - opowiada ks. Kasprowicz. - Były też zdjęcia z czasów okupacji wykonane przez hitlerowców, którzy chcieli wywieźć z Gniezna relikwiarz. Po uroczystym przekazaniu srebra w kościołach odczytany został list prymasa Józefa Glempa, w którym zapowiedział on odtworzenie zniszczonych elementów relikwiarza. Gdyby nie ten palant... Gdyby nie ten palant... Tymczasem śledczy zaczęli podejrzewać, że włamywacze mogli mieć jeszcze jednego wspólnika, a właściwie zleceniodawcę. Podczas jednego z przesłuchań Jakubowski zapytał Krzysztofa M., dlaczego nie okradli ze wspólnikami jakiejś pomniejszej świątyni w Trójmieście, tylko zdecydowali się na katedrę w Gnieźnie, jeden z najważniejszych kościołów w Polsce. Przecież mogli się spodziewać, że po okradzeniu tej właśnie świątyni zwali im się na łeb cała milicja. Usłyszał zaskakującą odpowiedź: - Gdyby nie ten palant, mielibyśmy spokój! Włamywacze w końcu wsypali zleceniodawcę kradzieży lichtarzy. Okazał się nim Piotr N., 34-letni pozujący na intelektualistę przestępca, który wyspecjalizował się we włamaniach do obiektów sakralnych. Tylko w jednym 1986 r. dokonał kilkunastu skoków na kościoły i kaplice, a w jednej z jego melin milicjanci odnaleźli całe wyposażenie wiejskiego kościoła ze wschodniej Polski. Kiedy proboszcz zobaczył je w komendzie MO, padł na kolana i dziękował Bogu. Zwieńczeniem działań była wizja lokalna. Kryminalni przygotowywali ją dyskretnie, aby nie ściągnąć gapiów, których obecność mogłaby zniechęcić bliźniaków. Uczestników wizji lokalnej otaczał kordon składający się z milicjantów i kleryków z seminarium duchownego. Podczas rekonstrukcji wydarzeń bracia ze swadą instruowali milicyjnego komandosa, jak ma wchodzić po linie na okno kościoła. Święty państwowy Święty państwowy 28 maja 1986 r., nieco ponad dwa miesiące po włamaniu, do poznańskiego sądu trafił akt oskarżenia, w którym prokuratura oskarżyła przestępców o kradzież i zniszczenie mienia państwowego, a nie kościelnego. Tylko dzięki takiej kwalifikacji mogła domagać się 25 lat więzienia, które wówczas groziło za takie przestępstwo. Wtedy doszło do poważnego zgrzytu na linii państwo - Kościół, a reprezentujący kurię adwokat Milan Swora opowiada, jak usłyszał od prymasa Glempa, że ma bronić mienia kościelnego. Kiedy jednak do bliźniaków dotarło, że grozi im 25 lat, zupełnie się załamali, a milicja podejrzewała nawet, iż mogą spróbować odebrać konwojentom broń i podjąć próbę ucieczki z sali sądowej. To dlatego podczas procesu strażnicy mieli w pistoletach puste magazynki, a salę sądową nr 100 w Sądzie Wojewódzkim w Poznaniu chronili komandosi. Oskarżało dwóch prokuratorów - Romuald Jakubowicz skupił się na wartości historycznej relikwiarza, a Michał Posadzy na dowodach. Oskarżyciel posiłkowy, czyli reprezentujący kurię mecenas Swora, zgodził się z zebranymi dowodami, ale zanegował wywód prokuratora Jakubowicza, z którego wynikało, że relikwiarz to mienie państwowe nazwane na potrzeby procesu "ogólnonarodowym". Pracujący pod presją władz sąd już 1 lipca 1986 r., a więc niespełna cztery miesiące po włamaniu, ogłosił wyrok. Uznał prokuratorską kwalifikację, ale nie skazał braci na 25, tylko na 15 lat więzienia. Tyle samo dostał zleceniodawca włamania Piotr N., a wykazujący największą skruchę Waldemar B. - 12 lat. Po apelacji mecenasa Swory Sąd Najwyższy zmienił kwalifikację przestępstwa, uznając, że jednak relikwiarz św. Wojciecha jest mieniem kościelnym, ale kary utrzymał w mocy. Bardzo szybko rozpoczęły się prace nad odtworzeniem zniszczonych fragmentów relikwiarza, do których użyte zostało odzyskane srebro. Już w 1987 r. zabytek wyglądał tak jak przed dewastacją. Na przestępstwie najbardziej wzbogacił się gdańszczanin, który wydał bliźniaków i dostał za to 0,5 mln zł nagrody, oraz rodzice chłopca, który znalazł okaleczoną figurę świętego. Złodzieje odrąbali od relikwiarza nie tylko srebrną figurę męczennika, ale również anioły, skrzydła orłów i mnóstwo mniejszych detali. "Barbarzyństwo włamywaczy przypomina okrucieństwo zabójców św. Wojciecha" - pisał 21 marca 1986 r., czyli dzień po włamaniu do katedry gnieźnieńskiej, "Express Poznański".

  • Ogniomistrz z Bieszczad

    [ TAH RP ] - Ale Historia IGOR RAKOWSKI-KŁOS 27-04-2015

    ---------- OGNIOMISTRZ KALEŃ PONIEDZIAŁEK 20:00 | STOPKLATKA TV DRAMAT WOJENNY | POLSKA 1961 | REŻ. EWA I CZESŁAW PETELSCY ---------- Najbardziej lubię filmy, w których człowiek zostaje sam ze sobą: jest on, jego wybory i życie, za które musi wziąć odpowiedzialność - mówiła Ewa Petelska, która wspólnie z mężem wyreżyserowała "Ogniomistrza Kalenia". Ich małżeństwo trwało krótko, ale w zawodowym duecie pozostali ponad 30 lat, tworząc kilka znakomitych filmów wojennych. Człowiekiem, który w tym filmie zostaje sam ze sobą, jest Hipolit Kaleń - prostolinijny żołnierz Wojska Polskiego, który i wódkę szklankami pić potrafi, i dziewczynę na targu podrywać. "Z zamiłowania jestem cywil" - mówi z sowizdrzalskim uśmiechem. Ale chociaż Niemcy zostały pokonane, a Ziemie Odzyskane kuszą dobrobytem, Kaleń nie może zdjąć munduru. Zacięte walki wciąż toczą się w Bieszczadach, gdzie członkowie WiN, NSZ i UPA napadają na posterunki Wojsk Ochrony Pogranicza, polują na partyjniaków, mordują mieszkańców wiosek. "Nie ustaniemy w boju, dopóki nie zginie bolszewickie nasienie od Dunajca po Morze Kaspijskie, od Morza Czarnego po Prypeć" - zapowiada Saszko "Bir", dowódca oddziału UPA grany przez Leona Niemczyka. Kaleń wpada w zasadzkę, jego dowódca ginie, a on musi salwować się ucieczką. Znajduje schronienie u wiejskiej dziewczyny, która mimo że jest kochanką Saszki, nie wydaje go. Niestety, następnego dnia zostaje złapany przez oddział kierowany przez bezlitosnego majora Antoniego Żubryda, dowódcę oddziału WiN. Zaczynają się tortury. W filmie Petelskich realizm miesza się z politycznym dydaktyzmem. Podczas prawdziwej egzekucji 60 żołnierzy WP tak jak Kaleniowi udało się zbiec jednemu szeregowcowi - Pawłowi Sudnikowi. Z tą różnicą, że Ukraińcy jeńców rozstrzelali, a nie (jak w obrazie Petelskich) ścięli toporem w nocy przy blasku pochodni. Film pokazuje mordowanie Polaków przez Ukraińców, ale całkowicie przemilcza powojenny kontekst polityczny i społeczny - represje organów władzy ludowej, która siłą zmuszała Ukraińców pozostałych po polskiej stronie granicy do wyjazdu do ZSRR. Zafałszowana została także postać Antoniego Żubryda, oficera NSZ, którego w 1946 r. wraz z jego ciężarną żoną zastrzelił Jerzy Vaulin, ubecki agent, a później znany dziennikarz i reżyser dokumentalista. W latach 90. Sąd Wojewódzki w Rzeszowie zrehabilitował Żubryda, a historycy do dziś spierają się, czy za namową dowódców z Narodowych Sił Zbrojnych wstąpił do NKWD, a dopiero później zdezerterował i założył 200-osobowy oddział dywersyjny. Mocną stroną "Ogniomistrza Kalenia" jest batalistyka. Petelscy wiarygodnie przedstawili także trudne warunki w dzikich Bieszczadach, demoralizację żołnierzy, którzy po latach na froncie nie mogą powrócić do domów, oraz atmosferę tymczasowości. Nie pominęli tarć między żołnierzami i złego doboru kadry oficerskiej skierowanej do trudnej walki partyzanckiej (dowódcą Kalenia najpierw jest literat, a później plastyk - obaj giną). Po 1989 r. szybko zniknęła ze spisu lektur szkolnych powieść "Łuny w Bieszczadach" Jana Gerharda, na podstawie której powstał film Petelskich. Gdy w 1992 r. chciała go wyświetlić TVP, zaprotestował Związek Ukraińców w Polsce, który w dodatku wsparł polski MSZ. I telewizja skapitulowała. Jednak mimo propagandowej dydaktyki i wielu innych zastrzeżeń "Ogniomistrza" obejrzeć warto - zachował tempo, wciąga, a nade wszystko w tytułowej roli sprawdził się Wiesław Gołas. CO PONIEDZIAŁEK CYKL "KINO Z HISTORIĄ" 27 KWIETNIA O 20:00 "OGNIOMISTRZ KALEŃ" ---------- OGNIOMISTRZ KALEŃ PONIEDZIAŁEK 20:00 | STOPKLATKA TV DRAMAT WOJENNY | POLSKA 1961 | REŻ. EWA I CZESŁAW PETELSCY ---------- Najbardziej lubię filmy, w których człowiek zostaje sam ze sobą:

  • WARTO OBEJRZEĆ

    [ TAH RP ] - Ale Historia RED 27-04-2015

    HISTORIA CHIN HISTORIA CHIN CZWARTEK 17:50 - ODC. 1 | POLSAT VIASAT HISTORY | SERIAL DOKUMENTALNY, FRANCJA 2013 Piece hutnicze i miechy tłokowe do wyrobu stali, proch i armaty, kompas, ster, papier, ruchoma czcionka i prasa drukarska, mosty wiszące, porcelana, metalowy pług na kołach, końska uprząż, taczka i zapałki, system dziesiętny, liczby ujemne i koncepcja zera - to wszystko wymyślono w Chinach. Czym jest państwo tak wielkie, że prawie niezainteresowane podbojami? Państwo, które wolało zbudować mur niż armadę? Które nie dzieliło się wynalazkami? Które zamiast wysłać wojska na inne kontynenty, wolało stworzyć z terakoty 7,5 tys. figur żołnierzy naturalnej wielkości i zakopać je w cesarskim grobowcu? POWRÓT CHEMIKA POWRÓT CHEMIKA PIĄTEK 23:10 | TVP HISTORIA | FILM DOKUMENTALNY, POLSKA 2014 "Ojciec rewolucji elektronicznej", "geniusz formatu Skłodowskiej-Curie", "Kopernik elektroniki". W Japonii bite są medale z jego podobizną i chyba trudno znaleźć tak znanego polskiego naukowca, który byłby równie nieznany w ojczyźnie. Jan Czochralski (1885-1953) w 1916 r. wymyślił sposób hodowania dużych kryształów metali i półprzewodników. Jego metodę zaczęto stosować w praktyce w latach 50., wykorzystując ją później m.in. w programie Apollo, komputerach czy telefonach komórkowych. AKCJA "WISŁA" AKCJA "WISŁA" WTOREK 17:00 | TVP HISTORIA | FILM DOKUMENTALNY, POLSKA 1992 Epilog do "Ogniomistrza Kalenia". Ukraińskie oddziały partyzanckie zostały ostatecznie rozbite latem 1947 r., gdy w ramach operacji "Wisła" wysiedlono z Polski południowo-wschodniej 140 tys. Ukraińców. Ludzie ci trafili na Dolny Śląsk, Warmię i Mazury oraz Pomorze Środkowe, a operację poprzedziły brutalne represje, podczas których śmierć mogło ponieść ok. 1,5 tys. osób. CAŁA PRAWDA O KOLOSEUM CAŁA PRAWDA O KOLOSEUM ŚRODA 9:55, 14:30, 17:50 | POLSAT VIASAT HISTORY | FILM DOKUMENTALNY, WIELKA BRYTANIA 2014 Rzymskie Koloseum liczy sobie 2 tys. lat. Film przedstawia trwającą dwa i pół roku renowację, dzięki której spod wiekowej warstwy brudu ukazały się nowe intrygujące szczegóły. Kamera towarzyszy archeologom schodzącym po raz pierwszy do ukrytych pod monumentalną budowlą grobowców i krypt, a inżynierowie omawiają tajniki konstrukcji budowli. BEZPIECZNE REZERWY. HISTORIA POLSKIEGO ZŁOTA BEZPIECZNE REZERWY. HISTORIA POLSKIEGO ZŁOTA ŚRODA 13:30 | TVP HISTORIA | FILM DOKUMENTALNY, POLSKA 2015 Historia polskich rezerw złota, począwszy od momentu ich utworzenia w czasie reformy walutowej w 1924 r., poprzez wędrówkę na Zachód podczas drugiej wojny światowej, czasy PRL, aż do współczesności. O polskim złocie opowiadają historycy, ekonomiści i wieloletni pracownicy NBP, m.in. prof. Witold Kieżun, prof. Janusz Wróbel i prof. Jerzy Kochanowski. MINKOWSKI SAGA MINKOWSKI SAGA SOBOTA 18:05 | PLANETE+ | FILM DOKUMENTALNY, POLSKA 2013 Francuski dyrygent Marc Minkowski odkrywa w Warszawie przeszłość swoich przodków, polskich patriotów, którzy należeli do elity II Rzeczypospolitej. Ojciec Marca, August, był znanym warszawskim bankierem. Dziś po wielkości rodziny pozostało tylko wspomnienie. Zanurzony w muzyce i historii film rzuca nowe spojrzenie na losy żydowskich rodzin w Europie Środkowej. JAK POWSTAŁO DZISIAJ. NAFTOWE IMPERIUM ROCKEFELLERA JAK POWSTAŁO DZISIAJ. NAFTOWE IMPERIUM ROCKEFELLERA NIEDZIELA 16:30 | DISCOVERY HISTORIA | SERIAL DOKUMENTALNY, USA 2015 Nie pił, nie palił, składał cent do centa. Nawet groszowe zarobki zapisywał w małym zeszycie, który z czasem stał się rodzinną relikwią. 24-letni księgowy John D. Rockefeller postawił wszystkie pieniądze na raczkujący przemysł naftowy i tak poprowadził swoje interesy, że został najbogatszym człowiekiem w historii. Jego majątek szacowano na ponad 660 mld dol. HISTORIA CHIN HISTORIA CHIN CZWARTEK 17:50 - ODC. 1 | POLSAT VIASAT HISTORY | SERIAL DOKUMENTALNY, FRANCJA 2013 Piece hutnicze i miechy tłokowe do wyrobu stali, proch i armaty, kompas, ster, papier,

  • Praca dzięki rekomendacji

    [ TPR RP ] - Praca Kraj BARTOSZ SENDROWICZ, MARTA PIĄTKOWSKA 27-04-2015

    Zdaniem Łukasza Kozłowskiego, ekonomisty z organizacji Pracodawcy RP, jest to dobrym prognostykiem. - Obecny wzrost gospodarczy jest pierwszym po 1989 r., który tak mocno stymuluje zatrudnienie. Pracodawcy będą musieli zwiększyć zatrudnienie, by utrzymać produkcję lub jakość usług - uważa ekspert. Dobrze wróżą też deklaracje pracodawców. Z raportu firmy Randstad wynika, że aż 30 proc. polskich firm zamierza w pierwszym półroczu tego roku zwiększać zatrudnienie. To najlepszy wynik od sześciu lat. Rekomendacje najważniejsze Rekomendacje najważniejsze Jak firmy zamierzają sprostać zapotrzebowaniu na nowych pracowników? Z Bilansu Kapitału Ludzkiego - badania prowadzonego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości - wynika, że pracodawcy rzadko korzystają przy tym z pomocy prywatnych agencji zatrudnienia (w 2014 zrobiło to 3 proc. badanych firm), szkolnych i akademickich biur karier (6 proc.), a do tego prawie wcale nie odwiedzają targów pracy (tylko 3 proc. twierdzi, że to robi). Bardzo chętnie współpracują za to z urzędami pracy (58 proc.) i często publikują swoje oferty na łamach prasy, czy też w internecie (odpowiednio 39 proc. i 41 proc.). Ale rekrutacyjnym asem w rękawie polskich pracodawców są rekomendacje innych pracowników firmy, członków ich rodziny czy znajomych. Od lat najwięcej firm właśnie w taki sposób szuka nowych rąk do pracy. W 2014 r. w ten sposób pracowników rekrutowało aż 69 proc. badanych pracodawców, a odsetek ten utrzymuje się na podobnym poziomie od 2010 roku. Czy to znaczy, że nad Wisłą o karierze decydują znajomości, a nie umiejętności? Z polecenia, ale nie po znajomości Z polecenia, ale nie po znajomości Co do tego, że poznanie odpowiednich osób to najcenniejsza inwestycja zawodowa, Polacy nie mają żadnych wątpliwości. Trzy czwarte z nas uważa, że tak najłatwiej i najszybciej znajdzie pracę - to wyniki badania Millward Brown wykonanego na zlecenie Work Service w 2014 r. Ale przekonanie, że dobrą pracę można zdobyć, a przede wszystkim utrzymać, tylko i wyłącznie dzięki "plecom", jest nieprawdziwe. Po pierwsze należy odróżnić rekomendację od znajomości. - W przeciwieństwie do "pracy po znajomości", w pracy "z polecenia" chodzi tylko o to, by dokumenty kandydata trafiły do właściwej osoby. Ale musi on i tak wziąć udział w całym procesie rekrutacyjnym. O tym, czy ostatecznie zajmie stanowisko, decydują jego doświadczenie i umiejętności - wyjaśnia Tomasz Rudnik, założyciel serwisu Akademiarekrutacji.pl. Zaznacza, że w rekomendowaniu sprawdzonych kandydatów nie ma nic złego. - To dla pracodawców jedna z najlepszych metod pozyskania pracowników. Ostatecznie ktoś się pod rekomendacją "podpisuje", a to oznacza, że kandydat musiał być wcześniej w czymś dobry - mówi. Potwierdza to Marcin, handlowiec z 10-letnim doświadczeniem. Ostatni raz wysłał CV w 2010 roku. - W tej branży jest spora rotacja i zmiana pracy nawet raz na rok nikogo nie dziwi. Jest to tym prostsze, że często odzywają się do mnie osoby, z którymi kiedyś współpracowałem i pytają, czy nie przeszedłbym do nich - przyznaje. Z zasady omija korporacje, wybiera średnie firmy, prywatne biznesy, w których po rozmowie z właścicielem jeszcze tego samego dnia wiadomo, czy ma się pracę w garści, czy nie. - Lubię takie spotkania, bo oznaczają, że zareklamował mnie ktoś, kto wie, jak pracuję i jakie osiągałem wyniki. Najczęściej jest to więc sprawdzenie, czy ich oferta i moje oczekiwania idą w parze - mówi Marcin. Wyłowić talent w firmie Wyłowić talent w firmie Oprócz rekomendacji firmy bardzo często korzystają też z tzw. rekrutacji wewnętrznych. Czyli, zanim umieszczą ogłoszenie w internecie i prasie, szukają pracowników we własnych zasobach. Nie oznacza to jednak taryfy ulgowej, o czym przekonała się Sylwia. Ma 28 lat, pracuje w firmie transportowej, która ma centralę w Warszawie i filie rozsiane po całej Polsce. - W intranecie co chwila pojawiają się oferty pracy i konkursy na różne stanowiska. Polityka jest taka, że skoro inwestuje się czas i pieniądze w szkolenie pracowników, ci znają specyfikę przedsiębiorstwa, procedury i stworzone dla nas oprogramowanie, to lepiej na pewne stanowiska szukać wśród swoich - opowiada. Sama przeniosła się z Poznania do Warszawy. Ale żeby tak się stało, musiała wziąć udział w konkursie. Procedura składała się z trzech etapów. Pierwszym było uzupełnienie formularza, który zawierał m.in. pytania o to, czym się zajmowała, co potrafi, co chciałaby robić na nowym stanowisku. Następnie spotkała się ze swoimi potencjalnymi szefami, a na koniec została zaproszona na miesiąc próbny. - Dopiero później dostałam odpowiedź, że chętnie powitają mnie w swoim zespole - opowiada. Rekomendacja tania, ale... Rekomendacja tania, ale... O tym, że rekomendowanie kandydatów to normalne zjawisko, przekonany jest też Grzegorz Koterwa, dyrektor zarządzający z agencji Goldman Recruitment. - Taki rodzaj rekrutacji jest narzędziem stosowanym przez firmy jako uzupełnienie spływu aplikacji z ogłoszenia i współpracy z agencjami rekrutacyjnymi - mówi. I przypomina, że niektóre firmy nawet gratyfikują pracowników, których rekomendacja okazała się trafiona. Do tego - przekonuje Koterwa - jest to prawdopodobnie najtańsza forma pozyskania pracownika. Tak prowadzona rekrutacja jest pomniejszona o koszty ogłoszeń w prasie i internecie, czy ewentualne wynagrodzenie dla agencji rekrutacyjnej. Do tego dochodzi jeszcze jeden trudny do oszacowania zysk - czas prowadzenia całego procesu rekrutacyjnego. Czyli analizowania dokumentów, odbywania rozmów z grupą potencjalnych pracowników czy przeprowadzania testów kompetencyjnych. Czyżby ulubiony kanał rekrutacyjny polskich firm był pozbawiony wad? Zdecydowanie nie. Eksperci, z którymi rozmawialiśmy, wymieniają dwie zasadnicze. Po pierwsze: liczba osób, które są w stanie polecić pracownicy firmy, znajomi czy rodzina jest jednak mocno ograniczona. Po drugie: jeśli klimat wewnątrz firmy nie jest najlepszy, korzystanie z tego kanału nie wróży sukcesu. Dotyczy to zarówno rekomendowania pracowników, jak i rekrutacji wewnętrznych. Przekonała się o tym Joanna, która po powrocie z urlopu macierzyńskiego zmieniła dział w swojej firmie. O tym, że zwalnia się stanowisko, usłyszała w kuluarowej rozmowie. - Nie przewidziałam, że poza posiadanymi kontaktami z poprzedniego działu przejdą za mną również wszystkie plotki i animozje. W sumie zmienił się tylko zakres moich obowiązków, jednak atmosfera, od której chciałam uciec, pozostała. W końcu odeszłam, bo byłam zmęczona i nie czułam zmiany. Rynek pracy już dawno otrząsnął się z kryzysowego marazmu. Przybywa ogłoszeń o pracę. Tylko w ciągu ostatniego roku liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy spadła o 321 tys.! Wszystko więc wskazuje na to, że także 2015 r. upłynie pod znakiem niezłej kondycji rynku pracy, zwłaszcza że wzrost PKB utrzymuje się na poziomie ponad 3 proc.

  • Kto wypełnił zadania, ten może wygrać start do kariery

    [ TPR RP ] - Praca Kraj BSN 27-04-2015

    Konkurs już od dwóch dekad organizują "Gazeta Wyborcza" i firma doradcza PwC. Przyciąga on tych studentów i absolwentów, którzy chcą rozwijać karierę pod skrzydłami najlepszych specjalistów - w firmach wiodących prym w swoich branżach. Staże w konkursie ufundowały korporacje, spółki skarbu państwa, organizacje pozarządowe i ministerstwa. Łącznie prawie 70 podmiotów. By wziąć udział w konkursie, wystarczyło wybrać firmę, wypełnić zadanie (maksymalnie można było wypełnić 3). Obecnie skończył się ten etap konkursu. W niektórych przypadkach o jeden staż ubiegało się nawet kilkadziesiąt osób. Z jakimi problemami musieli się zmierzyć przyszli stażyści? Wszyscy, którzy marzyli o stażu, np. w UTC Aerospace Systems musieli odpowiedzieć na pytanie "Czy statki powietrzne z ?Gwiezdnych wojen" mogą latać naprawdę?". Zainteresowani stażem w firmie Rolls-Royce Poland mieli za zadanie zaprojektować hamulec wyciągarki cumowniczej, a potencjalni pracownicy 4funTV musieli stworzyć muzyczny mashup. Informatycy musieli zmierzyć się np. z tworzeniem aplikacji mobilnych. Od studentów i absolwentów planujących karierę w HR fundatorzy oczekiwali np. pomysłu na to, jak budować zaangażowanie, a od prawników np. rozstrzygnięcia kazusu z zakresu prawa pracy. Potencjalni marketingowcy mieli zaprojektować rozmaite kampanie promocyjne, a dziennikarze odpowiedzieć na pytanie, czego od młodych oczekują pracodawcy. Łącznie uczestnicy konkursu mogli wybierać spośród 109 zadań. Największą popularnością cieszyło się zadanie przygotowane przez resort nauki i szkolnictwa wyższego. Młodzi często rozwiązywali też zadania dziennikarskie, prawnicze i administracyjne oraz z zakresu, HR i nauk humanistycznych. Nieco rzadziej sięgali po zadania z obszarów IT i nowych technologii. Ale wyniki tegorocznej edycji sugerują, że ten trend może odwrócić się w przyszłości. W tym roku bardzo licznie reprezentowane były firmy technologiczne, a do tego co czwarty uczestnik studiował na uczelni technicznej lub miał jej dyplom. To wyraźny wzrost w porównaniu z poprzednią edycją - wówczas wykształcenie techniczne miała co siódma osoba biorąca udział w konkursie. Następnym krokiem "Grasz o staż" będą rozmowy rekrutacyjne. Jest o co walczyć, bo praktyki oferowane w ramach konkursu są płatne. W firmach wynagrodzenie wynosi nie mniej niż 2,2 tys. zł brutto, a w organizacji pozarządowej nie mniej niż 1,2 tys. zł netto. Aż 80 proc. alumnów tego konkursu przyznaje, że udział w nim pomógł rozwinąć ich karierę zawodową. Do tego co drugi stażysta zostaje w firmie, w której odbywał praktykę. Nieco ponad sto zadań konkursowych, 200 płatnych staży i praktyk u czołowych polskich pracodawców i nawet kilkudziesięciu młodych ubiegających się o niektóre miejsca stażowe. To krótkie podsumowanie 20. edycji "Grasz o staż"

  • Maszyny wypierają ludzi

    [ TPR RP ] - Praca Kraj MARIUSZ SEPIOŁO 27-04-2015

    Robert, pracownik dużej firmy zajmującej się m.in. badaniami sejsmicznymi, jest operatorem ciężkiego sprzętu. Kilka razy w roku wyjeżdża nim w Polskę, gdzie firma prowadzi operacje. - Już się rozglądam za czymś innym. Może założę coś prywatnego? - zastanawia się. - To jest tylko kwestia czasu, żeby taką ciężarówkę odpowiednio zaprogramować i ona wszystko zrobi sama. Człowiek będzie zbędny. Warszawski Instytut Studiów Ekonomicznych (WISE) w 2014 r. stworzył raport oceniający skalę zagrożeń związanych z bezrobociem technologicznym na europejskich rynkach pracy, w tym polskim. Już sam tytuł raportu: "Czy robot zabierze Ci pracę?" u niejednego wywoła ciarki na plecach. Wyniki badań WISE również nie napawają optymizmem. Polska jest drugim po Węgrzech najbardziej zagrożonym bezrobociem technologicznym państwem w Europie. Instytut prognozuje, że w najbliższym dwudziestoleciu zagrożony bezrobociem strukturalnym spowodowanym postępującą robotyzacją pracy będzie aż co trzeci Polak. Kto powinien się bać? Kto powinien się bać? Jak czytamy w raporcie, ciągle nie ma konsensusu co do tego, czy zmiana technologiczna przyczyni się do zmniejszenia popytu na pracę. Spośród prawie dwóch tysięcy ekspertów zapytanych o opinię na ten temat niemal połowa (48 proc.) była zdania, że upowszechnienie maszyn spowoduje utratę miejsc pracy. Pozostali uważali, że łączna liczba posad w ostatecznym rozrachunku nie zmieni się lub wręcz wzrośnie. Technologia spowoduje jednak zanikanie wielu zawodów lub mocny spadek popytu na nie, choć w zamian powstaną nowe branże i nowe profesje. - Dziś już nikt nie zastanawia się nad słusznością czy potrzebą automatyzacji pewnych procesów. Jednocześnie społeczeństwa muszą zmierzyć się z problemem robotyzacji rynku pracy - zauważa Bartosz Kaczmarczyk, prezes Grupy Kapitałowej Lloyd SA, która zajmuje się m.in. usługami HR czy outsourcingiem procesów biznesowych. - W odróżnieniu od mechanizacji i automatyzacji, robotyzacja nie tyle ułatwia pracę człowieka, co powoduje, że jego zadania przejmowane są przez maszyny. Kaczmarczyk wskazuje, że robotyzacja, dzięki taniejącym i coraz bardziej zaawansowanym rozwiązaniom technologicznym, staje się coraz powszechniejsza i dociera do bardziej wymagających środowisk, takich jak sektor bankowy, transportowy czy obsługa klienta. - Roboty są i będą coraz chętniej wykorzystywane, bo charakteryzuje je stała, wysoka wydajność, nie wykazują absencji ani zmęczenia. Prawdopodobieństwo, że popełnią błąd, jest dużo mniejsze niż w przypadku człowieka - mówi. Eksperci WISE wymieniają zestaw cech sprzyjających zastąpieniu człowieka przez maszyny. Są to: powtarzalność, algorytmizacja, postępowanie według wzoru, wymaganie dużej siły fizycznej, praca w niebezpiecznych warunkach. - Na razie dotyczy to prostych, powtarzalnych, monotonnych czynności, często wymagających dużej siły fizycznej bądź pracy w niesprzyjających warunkach, jak np. praca w przemyśle motoryzacyjnym, wyspecjalizowanym przemyśle ciężkim czy górnictwie - komentuje Kaczmarczyk. Według WISE w Polsce zagrożonych negatywnymi skutkami robotyzacji jest 20 zawodów, np. kierowców autobusów, robotników wykonujących mało zaawansowane prace, pracowników ochrony czy kasjerów. Według ekspertów WISE istnieją również umiejętności, których roboty za nas nie wykonają, m.in.: kreatywność, umiejętności społeczne, wymaganie koordynacji ruchowej, praca w nietypowych warunkach. - Relatywnie spokojni powinni być ludzie, którzy pracują w branżach kreatywnych, gdzie wymagane jest indywidualne podejście do wykonywanych zadań. A więc specjaliści z zakresu reklamy i marketingu, ludzie pracujący w mediach, prawnicy, nauczyciele, lekarze, kosmetyczki czy fryzjerzy, a także pracownicy wysokiego szczebla, jak menedżerowie, kierownicy i dyrektorzy - dodaje Kaczmarczyk. - Każdy system, aplikacja, a nawet robot potrzebują osoby, która go wykona, będzie nim zarządzać oraz serwisować - uważa Krzysztof Inglot, pełnomocnik zarządu Work Service SA. - Między innymi z tego powodu w ostatnich latach mamy niezmiennie wysoki poziom niedoborów specjalistów w sektorze IT, który na polskim rynku przekracza nawet 30 proc. Pracodawcy: Czynnik motywujący Pracodawcy: Czynnik motywujący Z perspektywy pracodawców robotyzacja może przynieść szereg korzyści. Firmy wskazują na plusy takiego procesu. Wymieniają m.in. podniesienie wydajności, przyspieszenie tempa pracy, zmniejszenie kosztów wytwarzania produktów, redukcję liczby awarii. - Zdaniem dużych firm automatyzacja pozytywnie wpływa też na organizację pracy i optymalne od strony ekonomicznej zarządzanie procesem produkcyjnym - tłumaczy Iwona Paliszewska, rzecznika Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. - Nie postrzegałbym automatyzacji procesów technologicznych jako zagrożenia czy problemu - twierdzi Jarosław Aleksander z firmy Plastica, inwestora PSSE. Jego zdaniem nowoczesne rozwiązania wymuszają zatrudnianie programistów, projektantów, inżynierów różnych specjalizacji, a to z kolei wpływa na rozwój edukacji. - W konsekwencji ten, kto inwestuje w automatyzację, ma niższe koszty wytwarzania, stabilny proces technologiczny, wysoko wykwalifikowaną kadrę i przewagę konkurencyjną - mówi Jarosław Aleksander. - Mam także głęboką nadzieję, że automatyzacja wpłynie motywująco na podnoszenie kwalifikacji i kompetencji osób, które potencjalnie mogą być zastąpione robotami. - Jeszcze 10 lat temu nikt nie słyszał o testerach gier czy aplikacji, a działania wizerunkowe w mediach społecznościowych właściwie nie istniały - mówi Krzysztof Inglot. - Teraz są to profesje, na które odnotowujemy duże zapotrzebowanie, a przy tym zapewniają one wysokie zarobki. Jednego możemy być pewni - rynek pracy nadal będzie się zmieniał, a najlepszym gwarantem zatrudnienia będą unikalne kompetencje, fachowa wiedza i umiejętność dostosowania się do nowych warunków. Polska znajduje się w czołówce najbardziej zagrożonych państw przede wszystkim z powodu niskiej innowacyjności gospodarki i niskiego rozwoju technologicznego. Państwem, które w najmniejszym stopniu musi się obawiać bezrobocia technologicznego, jest Norwegia. Eksperci WISE postulują szereg działań, na które powinien położyć nacisk sektor publiczny, by złagodzić skutki zmian rynku pracy. To m.in.: wspieranie polityki edukacyjnej, zwiększanie nakładów na badania i rozwój, czyli szerzej: pobudzanie innowacyjności gospodarki oraz wspieranie korzystnych procesów związanych z cyfryzacją oraz informatyzacją społeczeństwa, poprzez wpływanie na zwiększenie dostępności tych usług. Ewa pracuje na kasie w hipermarkecie na przedmieściach Bydgoszczy. Codziennie ze ściśniętym żołądkiem patrzy na kasę obok. Nad stanowiskiem widnieje napis "kasa samoobsługowa". Ewa jest pewna, że za parę lat będą tylko takie. A gdzie wtedy znajdzie pracę? - Jakiś czas temu chciałam zrobić zaawansowany kurs komputerowy, żeby podnieść kwalifikacje - opowiada. - Ale teraz myślę: po co? Jak niedługo komputery będą mądrzejsze ode mnie.

  • Wspólna odpowiedzialność - wideoart wybrany przez wiele osób

    [ ORU RP ] - Gazeta na WRO AGATA SARACZYŃSKA 27-04-2015

    Z końcem 2014 roku zaczął się cykl selekcyjnych projekcji przesłanych prac, na które przyjść mógł każdy, dosłownie z ulicy - wstęp był otwarty dla wszystkich. Widzowie zjawili się gremialnie. Piotr Krajewski, szef artystyczny WRO: - Nasz "test" to kolejny etap zgłębiania wartości sztuki. Wcześniej rozmawialiśmy z twórcami, krytykami, teoretykami, teraz do dyskusji zachęciliśmy odbiorców, którzy przecież mają coraz bogatsze doświadczenia z mediami i często na co dzień wykorzystują podobne narzędzia jak artyści. Pracowaliśmy wspólnie, by zaprezentować na WRO wyjątkowy program. Blisko połowa z przysłanych prac to różne formy wideo, ogromna różnorodność stylów i gatunków. Widzowie cierpliwie oglądali i oceniali. Były to osoby w różnym wieku, o różnym przygotowaniu, a za każdym razem grupy liczyły po kilkadziesiąt osób. Każdy patrzył z uwagą i zapisywał ocenę na karcie. Czasem noty diametralnie się różniły. Wynik analizy ocen to jeden z osobnych programów projekcyjnych - stworzony przez publiczność. Uzupełni on selekcję zespołu kuratorów WRO oraz bloki projekcji, które zaproponowała trójka indywidualnych selekcjonerów, biorących udział w publicznych i otwartych projekcjach. Do przygotowania kuratorskich pokazów zaproszeni zostali architekt Piotr Choromański, kulturoznawca Piotr Jakub Fereński oraz pisarka Agnieszka Wolny-Hamkało: - Skonstruowałam dwa pokazy, które prezentują różne sposoby widzenia - mówi debiutująca selekcjonerka. - Pierwszy poświęcony jest rekonstrukcji buntu. To zestaw, w którym chodzi o nieustanny eksperyment, pokazujący, że "Punk Not Dead", a przez to wprowadzający życie do głównego nurtu, dyskutujący z tym, co powszechnie uznawane jest za ładne. Drugi program dotyczy rozczarowania, konfrontacji z rzeczywistością i marzeniami. Zderzenia realiów z tym, czego się spodziewamy, czyli o zwątpieniu w technologię, kanony. O percepcji i oszustwach współczesności. Poza tym swoje propozycje przygotował zespół programowy WRO. W sumie po połączeniu z pokazami "Future Perfect - the time out of joint" Leticii Ramos oraz Luiza Roque z kolekcji Videobrasil oraz historycznej dokumentacji polskiego wideoperformance w wyborze Józefa Robakowskiego czeka nas ponad 12 godzin projekcji w Bibliotece Uniwersyteckiej. Oprócz projektów artystycznych zaproszonych przez WRO w tym roku napłynęło do Wrocławia ponad 2300 zgłoszeń z całego świata. Spośród nich do programu Biennale WRO 2015 zakwalifikowano 230 prac. Pierwszy raz wybierała także publiczność.

Polecane

  • Własny, przestronny, z ogródkiem

    Kupno domu kilku-, a zwłaszcza kilkudziesięcioletniego, niesie ze sobą spore ryzyko Jak i co sprawdzać kupując dom? Na co zwracać...

  • Sprawa z Poznania zwaliła mnie z nóg. Ale to incydent

    Rozmowa z Danutą Gadziomską * Karol Dolecki: Jak pani skomentuje to, co się stało w Poznaniu? Danuta Gadziomska: Bez wątpienia p...

  • Minus 79 sądów rejonowych

    Minister sprawiedliwości mimo protestów sędziów, PSL-u i opozycji podpisał rozporządzenie likwidujące 79 małych sądów rejonowych ...

  • Kradli pod nosem szefa

    Z kasy Biura Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Katowicach wyparowało co najmniej pół miliona złotych. Z tego powodu kierująca...

  • W SKRÓCIE

    Porodówka w remoncieOddział położniczy w szpitalu Biziela przechodzi gruntowny remont. - Wymieniana jest instalacja elektryczna,...

  • Bez muzycznych mielizn

    Po dwóch latach pojawi się na jedynym koncercie w gdyńskim Uchu wrocławska formacja Robotobibok, jeden z najważniejszych zespołów...

Polecane tematy

Inne artykuły

Weekend ekologiczny
Poczekalnia
Modny Białystok pomaga Hospicjum dla Dzieci
Sami sobie winni?
Pojedynek na kufle
RATUJEMY ESTAKADĘ
Stawka Pasikowskiego
;) Masz wiadomość
Porządek w chaosie
Przestrzeń i swoboda
Uwolnić ajatollaha
Sprytny program, który zmniejsza korki
Od poniedziałku do niedzieli
Program taksówkarz
ZAPROSZENIA
Powrót autobusu 54
Siatkówka pod znakiem zapytania. Prezes żali się na urzędy
Dziesięć lat temu pisaliśmy...
Hitowe uchatki
MAGISTRACIE, WIĘCEJ ODWAGI
Poszukiwani
Tylko w dni powszednie
Kto zasłużył na złoto?
BIERZCIE SIĘ DO ROBOTY, BO CZEKAMY NA WNUKI
Łukasz odpadł
TVN dyskryminuje "bezkomórkowców"
Miejskie ciepło poza kontrolą
KWESTIONARIUSZ MOJEGO BIZNESU
Jerzy Karaszkiewicz
Czy rząd nas skrzywdził?
Nie było powtórki
Tom
DZIŚ JUTRO
Zupełnie nie dla dzieci
Chopin Niemcom posmakował
Stary Browar - wielki projekt
Chusteczki jadą do Lednicy
Wolność w każdym z wielu światów - "Atlas chmur" na DVD
W poszukiwaniu duszy Opola...
Kamiński: Troszkę z Unii niezadowolony
Gliwice pamiętają o Bienku
ZAPROSZENIA
Życie między zamachami
Chłopcy z poligonu
Nowe zoo na razie tylko na papierze
Konkordat natychmiast
Folklor to awangarda
Ostra jazda
ŻARNOBYL - DUPA. ALE CO DALEJ?
Żeby rząd zadbał o prąd
Rozkwitać w szarości / Wiosenna kolekcja Hexeline
MINIATURA BEZ EKRANU
Sprzedają trzeci etap osiedla w Łomiankach
Wabik na turystów
Proroctwo
Sędzia już jest
Jastrzębski Węgiel zmasakrował gości serwami
ważne na świecie
Cyprian i Fryderyk
Bardziej prywatnie w Rumunii