Internetowe Archiwum Gazety Wyborczej

Inne tagi

beata antypiuk

(znalezionych: 4200897 )

  • Szpitale stać na założenie gipsu. Ze zdjęciem jest już kłopot

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie ANGELINA KOSIEK 23-07-2014

    Czerwcowy długi weekend zakończył się dla pana Karola pechowo. Złamał kość paliczkową palca prawej ręki. W tym czasie przebywał poza domem, pojechał więc na szpitalny oddział ratunkowy (SOR) w Sochaczewie. Otrzymał tam pomoc - lekarz nastawił palec, zszył ranę, dał zastrzyk przeciwtężcowy i nałożył gips. - Poinformował, że na tym rola SOR-u się kończy. Doradził, żebym po powrocie do Warszawy poszedł na konsultację do ortopedy. Lekarz powinien zmienić mi opatrunek i zdjąć gips - opowiada pan Karol. W Warszawie pan Karol zgłosił się do Wojewódzkiego Szpitala Chirurgii Urazowej przy ul. Barskiej. - W rejestracji poinformowano mnie, że nie byłem zapisany, nie ma już "numerków" na wiele miesięcy naprzód, dlatego nie mogę zostać przyjęty - mówi. Nie pomogło tłumaczenie, że lekarz z Sochaczewa zalecił konsultację u ortopedy. - Recepcjonistka poinformowała mnie jedynie, że w szpitalu nie kontynuuje się leczenia zaczętego na innym SOR-ze. Pan Karol doszedł do wniosku, że skoro nie chcą go przyjąć w poradni przyszpitalnej, być może wyjściem jest wizyta na szpitalnej izbie przyjęć. Ale usłyszał od recepcjonistki, że pilnej pomocy medycznej udzielono mu już w Sochaczewie, teraz musi "jedynie" zgłosić się na wizytę kontrolną. Tylko dokąd? Zapisywanie się do poradni przy ul. Barskiej nie miało najmniejszego sensu - wizytę wyznaczono by za kilka miesięcy, a pan Karol przez ten czas powinien mieć już zdjęty gips. Kolejną możliwością było poproszenie ortopedy z tego szpitala o udzielenie pomocy poza kolejnością. - Lekarz grzecznie i stanowczo wyprosił mnie z gabinetu, informując o liczbie numerków, które otrzymał na ten dzień - opowiada pan Karol. Wtedy postanowił obdzwonić przychodnie urazowe w Warszawie, które mają podpisany kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia. Tam też proponowano mu odległe terminy wizyt. - A kiedy informowałem, że z ortopedą powinienem się skonsultować już teraz, a nie za kilka miesięcy, na nikim to nie robiło wrażenia - mówi nasz czytelnik. Jest zdziwiony, że system opieki zdrowotnej okazał się niewydolny w tak prostym przypadku jak zwykła konsultacja ortopedyczna: - Co miałem zrobić w takiej sytuacji? Jechać do Sochaczewa, skoro szpital w Warszawie nie chciał kontynuować mojego leczenia? A gdybym uległ wypadkowi w Gdańsku czy Szczecinie, to też musiałbym tam kilka razy jeździć? Co pan radzi? Co pan radzi? - Nie możemy przekroczyć kontraktu z NFZ, bo nikt nam za to nie zapłaci - odpowiada Leszek Średziński, dyrektor szpitala przy ul. Barskiej, po wysłuchaniu historii pana Karola. I tłumaczy: - W pierwszej kolejności musimy udzielić pomocy pacjentom, którzy zgłosili się do nas na izbę przyjęć i kontynuują leczenie. A oprócz tego w kolejce czekają osoby, które już wcześniej zapisały się na wizytę. Dyrektor szpitala radzi panu Karolowi, by zorientował się, czy w jego poradni podstawowej opieki zdrowotnej nie dyżuruje chirurg albo ortopeda, który może udzielić pomocy w przypadku "drobniejszych urazów". - A poza tym pacjent może zadzwonić na infolinię do NFZ. Oni mają informację, gdzie czeka się najkrócej do poradni urazowo-ortopedycznych - mówi dyr. Średziński. Zapytaliśmy rzecznika mazowieckiego oddziału NFZ Andrzeja Troszyńskiego, kto w takiej sytuacji powinien udzielić panu Karolowi pomocy. Ale dowiedzieliśmy się jedynie, jakie prawa ma pacjent. "Zastrzeżenia pacjentów dotyczące sposobu leczenia należy kierować w pierwszej kolejności do: dyrektora szpitala/kierownika przychodni, rzecznika praw pacjenta lub rzecznika odpowiedzialności zawodowej lekarzy okręgowej izby lekarskiej" - odpowiedział rzecznik. Zauważył też, że "pracownicy NFZ nie są upoważnieni do oceny decyzji medycznych podejmowanych przez lekarzy w procesie leczenia, a co za tym idzie, nie mogą np. podejmować interwencji u świadczeniodawcy, wpływać na sposób leczenia bądź ingerować w decyzje medyczne lekarzy, dokonywać przesunięć w kolejkach oczekujących na świadczenia opieki zdrowotnej, karać dyscyplinarnie pracowników podmiotów leczniczych ani dokonywać zwrotu poniesionych kosztów leczenia nawet w sytuacjach, gdy opłaty pobrane zostały niezasadnie". - Czyli co powinienem zrobić? - zastanawia się pan Karol. - Pójść prywatnie do ortopedy i zapłacić 100 zł z własnej kieszeni - radzi Adam Kozierkiewicz, ekspert w dziedzinie ochrony zdrowia. Dodaje, że mówienie o ogólnodostępnej służbie zdrowia jest fikcją. - Jeśli są braki finansowe, to załatwia się jedynie priorytetowe potrzeby. I rzeczywiście, na oddziale ratunkowym pacjent został obsłużony - zwraca uwagę Kozierkiewicz. Podobnie może być w przypadku leczenia onkologicznego. Na terapię w szpitalu - operację czy chemioterapię - znajdą się pieniądze. Ale kiedy już pacjent pokona chorobę i będzie chciał wrócić do normalnego życia, na wysokiej jakości rehabilitację nie wystarczy pieniędzy. Byłego ministra zdrowia Marka Balickiego (SLD) nie dziwi historia pana Karola. Sam spotkał się z wieloma podobnymi przykładami. - Konsultacje ortopedyczne należą chyba do najbardziej spektakularnych. To paradoks, bo złamaną rękę uważa się za pilną sprawę i pomoc udzielana jest natychmiast. Równie oczywiste jest zdjęcie później gipsu, ale wówczas pacjent przestaje już być "pilną sprawą" dla systemu - ocenia Balicki. Sugeruje, by pan Karol poradził się w tej sprawie premiera Donalda Tuska. - Najlepiej w formie telegramu, tak jak było niegdyś w Wielkiej Brytanii. Tam premier odpowiadał za tego typu awaryjne sytuacje, np. dlaczego gdzieś na czas nie przyjechała straż pożarna - mówi Balicki. Dodaje, że w przypadku pacjenta ze złamanym palcem sytuacja jest równie pilna, bo przecież konsultacja u ortopedy ma się odbyć natychmiast. Co nam się należy? Co nam się należy? Adam Kozierkiewicz: - Politycy robią krzywdę pacjentom, wmawiając im, że należy im się pełne leczenie, a pomoc powinna być udzielana szybko. Płacimy kilka razy mniejszą składkę zdrowotną niż Niemcy czy Amerykanie, a żądamy opieki na najwyższym poziomie - mówi ekspert. I zaznacza, że jeśli chcemy mieć zapewnione "darmowe" konsultacje po udzieleniu pomocy na oddziale ratunkowym, musimy zgodzić się na płacenie znacznie wyższej stawki zdrowotnej. - A jeśli nie, to trzeba pogrupować priorytety na te konieczne i drogie oraz te stosunkowo tanie, jak właśnie wspomniana konsultacja u specjalisty - tłumaczy Kozierkiewicz. W przypadku tej drugiej kategorii musimy mieć świadomość, że zapłacimy za nie z własnej kieszeni. Bo nie mamy co liczyć na to, że problem szybko się rozwiąże. Ortopedom pacjentów będzie tylko przybywać. Na przykład coraz większa grupa starszych osób choruje na osteoporozę, ma wszczepiane endoprotezy stawów, a kiedy jest ślisko, osoby te częściej ulegają wypadkom niż młode, sprawne fizycznie. - Poza tym coraz bardziej komercjalizuje się system. Parę lat temu jeszcze nie dawało to o sobie tak bardzo znać, a teraz wszyscy zwracają uwagę na to, by szpitale nie przynosiły strat - tłumaczy Balicki. W związku z tym szpitale i przychodnie mają proste wytłumaczenie: nie mogą przyjąć nadprogramowego pacjenta, bo NFZ i tak nie zapłaci za jego leczenie. Ostatecznie pan Karol otrzymał na czas pomoc, za którą zapłacił NFZ. - Poszedłem do szpitala przy ul. Wołoskiej. Tutaj od razu skierowałem kroki do gabinetu lekarza, wiedząc, że żadne "numerki" ani na dzisiaj, ani na wiele tygodni naprzód nie wchodzą w grę. Tym razem lekarz nie wyprosił mnie, lecz wyraził zgodę na przyjęcie mnie ponadprogramowo - opowiada. Ortopeda zdjął mu gips, założył szynę i nowy opatrunek. - System ochrony zdrowia jest niewydolny już przy tak banalnych sytuacjach jak moja - podsumowuje pan Karol. ---------- OSTRY DYŻUR: LECZYMY SŁUŻBĘ ZDROWIA. Zgłoś nam: chore przepisy, kulejącą przychodnię, szpital w zapaści. Pisz: zdrowie@wyborcza.pl lub dzwoń w środę w godz. 12-15, tel. 22 555 52 38 "Gdybym już w marcu przypuszczał, że w czerwcu złamię palec i na wszelki wypadek zapisał się do ortopedy, system zadziałałby bez zarzutu. Może to właśnie jakość zarządzania służbą zdrowia wpływa w Polsce na popularność wróżek i jasnowidzów" - napisał do "Tylko Zdrowie" pan Karol.

  • Wiedzieliśmy, że Mieszko umrze

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie ADAM CZERWIŃSKI 23-07-2014

    9 lipca umiera dziecko, o którym mówi cała Polska. Urodziło się, bo prof. Bogdan Chazan jako dyrektor Szpitala św. Rodziny w Warszawie odmówił pacjentce aborcji, powołując się na klauzulę sumienia. Wcześniej tak przeciągał badania, by na usunięcie ciąży było za późno. Do zabiegu były wskazania medyczne ze względu na nieodwracalne wady płodu. Przez 10 dni życia dziecka lekarze podawali mu środki przeciwbólowe. Doniesień o "dziecku Chazana" słuchają Joanna i Konrad Kozińscy z Łodzi. Zapraszają mnie, bym wysłuchał ich historii. Skończyła się tak samo - śmiercią dziecka z podobną ciężką wadą. Ale decyzję o narodzinach podjęli sami i otrzymali pomoc, jakiej potrzebowali. 12 tygodni 12 tygodni Joanna: - Jestem nauczycielką historii. Z Konradem poznaliśmy się na studiach. Z jednego roku historii jesteśmy. Ja poszłam pracować do szkoły - myślę, że to moje powołanie. Konrad zaczepił się w muzeum. Zaraz po studiach się pobraliśmy. Był 25 grudnia, nie padał śnieg. A marzyłam, żeby było biało. Pierwsza ciąża była zaskoczeniem. W ogóle się jej nie spodziewaliśmy i nie staraliśmy się o dziecko. Skończyła się w 12. tygodniu poronieniem. To było w 2011 r. Żadnych badań nie robiliśmy, bo po pierwszym poronieniu lekarze mówią: zdarzyło się, zobaczmy, co będzie dalej. Przeżyliśmy tę stratę. Była nadzieja, że przecież wszystko będzie dobrze. Do drugiej ciąży przygotowaliśmy się dokładnie. Czytałam, jaka powinna być dieta, jakich lekarstw unikać, czego nie jeść, jakie kosmetyki stosować. Cała rodzina nam kibicowała. Gdy okazało się, że jestem w ciąży, ogarnął mnie strach. Cokolwiek się działo, już byłam u lekarza. Ale przecież nic się nie działo. Poroniłam w 12. tygodniu. Cztery dni różnicy między pierwszym poronieniem a drugim. Tym razem zrobiliśmy komplet badań, nawet u genetyków. Lekarze nic złego nie znaleźli. "Próbujcie dalej" - poradzili. Konrad: - Przecież nie można mieć pecha w nieskończoność. W końcu spróbowaliśmy. Joanna: - Mnie było wyjątkowo ciężko, bo przecież pracuję z dziećmi. Byłam wychowawcą. Nieraz rozmawiałam z rodzicami, a oni pytali: "A pani to ma dzieci"? No i kompleks gotowy. No bo co tam wie nauczycielka, która nie ma dzieci? Po raz trzeci dowiedziałam się, że jestem w ciąży w styczniu 2013 r. Jak moja dyrektorka usłyszała, że jestem w ciąży, od razu powiedziała: "Aśka, to teraz od razu idziesz na zwolnienie". Wszystko było dobrze do pierwszych badań prenatalnych po 12. tygodniu. Niby wyniki były w normie, ale przezierność karkowa była zbyt duża. Dostałam skierowanie na kolejne badania. Ciekawy przypadek Ciekawy przypadek Joanna: - W 16. tygodniu było widać, że główka nie rozwija się prawidłowo. Jest mniejsza i tworzy się tak zwana przepuklina mózgowa. Orzeczenie: wada letalna. Pani doktor zaprosiła nas do gabinetu i wytłumaczyła, co to jest wada letalna, jaką dziecko ma szansę na przeżycie (bliską zera) itd. I powiedziała: "Sugerowałabym usunięcie ciąży". Mogłam to zrobić bez żadnego problemu! Ale ja powiedziałam, że urodzę to dziecko. Jestem wierząca, ale to nie ma żadnego związku. Po prostu chciałam ratować moje dziecko. Konrad: - Asia sama podjęła decyzję. Jak usłyszałem, że na USG wychodzą wady, jakoś się zapadłem. Dopiero później się pozbierałem. Joanna: - W ogóle się nie zastanawiałam, co inni powiedzą na ten temat. Stanowisko Kościoła w tej sprawie zupełnie mnie nie interesowało. Chciałam tylko, żeby było dobrze. Lekarz mówił, że nie widzi paluszków, a ja myślałam, że dziecko rączkę zacisnęło. Okazało się, że miałam rację. Bo w kolejnym badaniu paluszki już były. To dawało nadzieję. Po amniopunkcji okazało się, że nasz syn ma bardzo rzadką wadę: monosomię 13. chromosomu Y. Czyli po prostu: zamiast dwóch miał jeden chromosom 13. Poszliśmy z wynikiem na konsultację do poradni genetycznej. Pani doktor zaczęła wertować książki, żeby sprawdzić, co to jest za wada, bo bardzo mało przypadków było opisanych. W końcu znalazła i czyta: "olbrzymia śmiertelność - ponad 90 proc., 0,4 proc. płodów przeżywa, tylko cztery przypadki zostały opisane w latach 90.". Na USG było widać, że główka synka była zbyt mała, że nieprawidłowo rozwijał się ośrodkowy układ nerwowy i pojawiła się znaczna wada serca. Wszyscy grali z nami w otwarte karty i oferowali pomoc. Zauważyłam, że dla lekarzy to był ciekawy przypadek. Zrozumiałam, że wada jest kluczem do tego, by jak najwięcej wywalczyć dla synka. I to działało. Wszyscy byli dla nas życzliwi. Zajęła się mną dr Elżbieta Baś-Budecka ze Szpitala im. Madurowicza w Łodzi. Obiecała, że zrobi wszystko, aby zdrowo i bezpiecznie przeprowadzić mnie przez ciążę. Jako pierwsza załatwiała mi wszelkie badania. Gdyby nie jej wsparcie na początku, pewnie byłoby mi dużo trudniej. Ktoś podpowiedział, żeby skontaktować się z fundacją Warszawskie Hospicjum dla Dzieci, w której działają dr Tomasz Dangel i prof. Joanna Dangel. Przyjęła nas pani psycholog Agnieszka Chmiel-Baranowska. Poradziła, żebyśmy się skontaktowali z łódzką fundacją Gajusz. Nie reanimujcie Nie reanimujcie Gajusz od lat zajmuje się dziećmi z chorobami onkologicznymi, w tamtym czasie szykował się do otwarcia hospicjum stacjonarnego dla dzieci. Konrad: - Wiedzieliśmy, że happy endu nie będzie. Ale woleliśmy tego nie mówić głośno. Jechaliśmy do hospicjum, bo chcieliśmy zrobić dla naszego dziecka wszystko to, co było możliwe. Joanna: - Wiedzieliśmy, czym się zajmuje hospicjum. Ale jechaliśmy z nadzieją. Na pomoc i zrozumienie. I okazało się, że trafiliśmy lepiej, niż mogliśmy się spodziewać. Wchodzimy, a oni na nas czekają z herbatą i ciastkami. Nic nie musieliśmy mówić, bo oni już wszystko wiedzieli - doktor Dangel im powiedziała. Kozińskich prowadziła dr Aleksandra Korzeniewska- Eksterowicz. Załatwiała wizyty u kolejnych lekarzy i umówiła poród w łódzkim Szpitalu im. Madurowicza. Joanna: - Przestałam się bać. Poczułam, że nie jestem sama, że ktoś mnie rozumie. I że są ludzie, którzy robią wszystko, żebyśmy ja i moje dziecko poczuli się dobrze. Zdjęli ze mnie zmartwienia o szczegóły. Mówili: my to załatwimy. Konrad i Joanna zdecydowali, że ich syn dostanie na imię Mieszko. Wybrali to imię, bo kojarzyło się z siłą, władczością i zdolnością do pokonywania przeciwności. Joanna: - Uzgodniliśmy w fundacji, jak będzie wyglądał dzień porodu. Powiedzieliśmy, że chcemy, żeby dziecko było ochrzczone. Tisa Żawrocka, prezeska Gajusza, zorganizowała nam księdza. Spotkaliśmy się z ojcem franciszkaninem. Trzeba było ustalić, jak mamy się przygotować, że ma być szatka, świeca. Wodę święconą i kropidło on przyniesie. Tisa zaproponowała też fotografa. A my się bez przekonania zgodziliśmy. Najważniejsze, że jak mam wszystko zaplanowane, czuję się bezpieczna. Dlatego w szpitalu ustalaliśmy, jak krok po kroku będzie wyglądał poród. Lekarze tłumaczyli, jaki sprzęt przygotują. Gdzie będzie przewieziony Mieszko. Co się będzie z nim działo. Jakie badania będą podjęte. Napisaliśmy list do dyrekcji szpitala. Że chcielibyśmy, by uszanowano to, że chcemy się spotkać z naszym dzieckiem. Żeby dziadkowie mogli wejść. I żeby nie reanimować Mieszka. Ze względu na wadę głowy dziecka Joanna miała cesarskie cięcie. SMS-y sprzed inkubatora SMS-y sprzed inkubatora Joanna: - Do szpitala przyszłam w poniedziałek - był początek września 2013 r. Na porodówce leżałam dwa dni. Byłam w sali z czterema innymi kobietami. One nie znały mojej historii. W środę rano o godz. 8.30 przyjechali po mnie. Dużo wcześniej, bo już o 6, pielęgniarki przyszły mnie budzić, bo trzeba się było przygotować. Ale nie spałam. Z brzuchem się żegnałam. Konrad: - Przyszedłem do szpitala przed ósmą. Miałem przygotowane specjalne jednorazowe ubranie. Jak wszedłem w nim na salę operacyjną, to pani profesor od razu mnie ochrzaniła: "Gdzie w tych ciuchach, z tą reklamówką". Dostałem sterylny lekarski uniform. Joanna: - Podszedł do mnie jakiś facet w masce. Usiadł przy łóżku, myślę: anestezjolog. Później, jak się odezwał, zorientowałam się, że to Konrad. Był i dobrze. Mówił, co się dzieje, bo po znieczuleniu byłam zakręcona. Konrad: - W sali było 12 osób. Nagle cztery odwróciły się i odeszły na bok. Oho, chyba Mieszka zabrali. Joanna: - Zamarłam. Zapłacze czy nie? Kiedy usłyszałam kwilenie, odetchnęłam. Konrad: - Zobaczyłem go. Miał rączki, nóżki, główkę. Część wad była niewidoczna. Odetchnąłem z ulgą. Joanna: - Cieszyłam się, że żyje. Wydaje mi się, że miał otwarte oczy i na mnie patrzył. Lekarze tłumaczyli, że to mało prawdopodobne. Ale jestem święcie przekonana, że on oczy otworzył i spojrzał na mnie. Konrad: - Mieszko pojechał na oddział wcześniaków, Joanna na salę pooperacyjną. Poszedłem do niego. Usiadłem przy inkubatorze. Widzę, że oddycha, smółkę zrobił, reagował na mnie. Jak mu palec dawałem, to dłoń na nim zaciskał. Normalne dziecko. Do Asi cały czas SMS-y wysyłałem. Że go przewinęli, że puls się uspokoił, że go nakarmili, że go dotykałem. Zgodnie z planem przyszedł czas chrztu. Położna wyjęła noworodka z inkubatora. Trzymała go matka chrzestna, czyli siostra Konrada Dominika. Bartek, brat Joanny, stał ze świecą. Ksiądz wygłosił formuły i zrobił znak krzyża na rączce dziecka. Uroczystość trwała 15 minut. Później Mieszko pojechał do mamy. Joanna: - SMS-y od Konrada przestały przychodzić, więc się denerwowałam. Nagle się drzwi otworzyły, wjeżdża inkubator. Za nim wszedł Konrad, Dominika z Bartkiem i fotograf. Położna wyjęła Mieszka i podaje mi go, a ja ręce mam bezwładne po znieczuleniu. Przytuliłam go, pomiziałam po nosie. I znów go zabrali. Umawiałam się z położnymi, że rano pomogą mi się umyć i zjadę do Mieszka. Nie udało się. Po godz. 5 mnie obudzili. Wiedziałam, że jest źle. Wczołgałam się na wózek. Kiedy wjeżdżałam do sali Mieszka, puls był już 24. Włożyłam rękę do inkubatora, aparatura zaczęła pikać. Po jakimś czasie orzeczono zgon. Poprosiliśmy, by nas zostawili i wyjęli Mieszka z inkubatora. Pierwszy raz mogłam go wziąć na ręce. Pozwolili nam tam siedzieć półtorej godziny. Mnie odesłano na oddział ginekologiczny. Miałam salę czteroosobową dla siebie. Położne dały mi syrop na złe myśli. Zadziałał. Udało mi się zrealizować plan minimum: zdążyłam z nim porozmawiać. Powiedzieć: "Cześć, to ja, zobacz, tak wyglądam". Powiedziałam, że go kocham. Konrad i dziadkowie też. No i zostałam mamą. Taką, która urodziła dziecko! Plan maksimum był taki, żeby zabrać Mieszka do domu. Kozińscy przygotowali synkowi pokój. Było łóżeczko, ubranka, zabawki, kosmetyki, pieluchy, butelki, maty edukacyjne, wanienka. Joanna: - Pogrzeb był po tygodniu. Ubraliśmy go do trumienki jak marynarza. Białe ubranko z granatowymi paskami. Włożyłam mu kocyk i grzechotkę. Dla mnie Mieszko był najpiękniejszym dzieckiem na świecie. Cieszyłam się nim przez całe dziewięć miesięcy i dwie chwile po porodzie. Warto było dla nich żyć. Na szczęście mam zdjęcia. Dzięki nim wracają wspomnienia. Hospicjum perinatalne Hospicjum perinatalne Po narodzinach Mieszka łódzka fundacja Gajusz zdecydowała, że poprowadzi hospicjum perinatalne. Od 1999 r. paliatywną opiekę perinatalną zapewnia fundacja Warszawskie Hospicjum dla Dzieci. Organizuje specjalistyczną opiekę na oddziale neonatologii i jeśli to możliwe, w domu. Podobną działalność prowadzi Lubelskie Hospicjum dla Dzieci. W tej chwili Gajusz opiekuje się jedną rodziną spodziewającą się dziecka z letalną wadą płodu. Opieka paliatywna nad dziećmi z wadami letalnymi prowadzona przez fundacje nie jest finansowana przez NFZ. Udało się zrealizować plan minimum: zdążyłam mu powiedzieć, że go kocham. Konrad i dziadkowie też. Cieszyłam się nim przez całe dziewięć miesięcy i dwie chwile po porodzie

  • Naukowcy o jodze: to działa!

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie WOJCIECH MOSKAL 23-07-2014

    Tak zwane alternatywne metody leczenia święcą dziś prawdziwe triumfy. Duża część z nich, opakowana w pseudonaukową czy pseudofilozoficzną otoczkę, budzi śmiech i zażenowanie lekarzy i w żaden sposób nie spełnia zasad "evidence based medicine", czyli medycyny opartej na faktach. Joga i akupunktura (chodzi o prawdziwą medyczną akupunkturę, a nie wbijanie igieł gdzie popadnie w pokątnych gabinetach) to nieliczne wyjątki, których skuteczność została dokładnie przebadana, potwierdzona i wielokrotnie opisana. Oczywiście żaden z naukowców zajmujących się jogą na poważnie nie twierdzi, że jest to cudowne remedium na poważne choroby, takie jak rak czy cukrzyca. Wykorzystuje się ją za to jako leczenie uzupełniające i wspaniałą wręcz formę rehabilitacji znacznie przyspieszającą proces powrotu do zdrowia. Co w ostatnich latach napisano o jodze? W 2011 r. na łamach "Archives of Internal Medicine" opublikowano dwie prace (naukowców z Seattle w USA i Yorku w Wielkiej Brytanii) o 12-tygodniowych programach ćwiczeń jogi, w których udział wzięło ponad pół tysiąca osób cierpiących z powodu powtarzających się bólów pleców i ograniczenia ruchomości kręgosłupa. Okazało się, że po przejściu całego cyklu ćwiczeń uczestnicy zanotowali wyraźną poprawę dotyczącą obu dolegliwości. Coraz częściej joga zalecana jest też jako forma rehabilitacji dla osób, które przeszły udar mózgu. Dwa lata temu na łamach czasopisma "Stroke" przedstawiono m.in. wyniki badań weteranów armii amerykańskiej, którymi opiekowali się lekarze z uniwersytetu stanu Indiana. Ośmiotygodniowy program ćwiczeń (dwa razy w tygodniu) okazał się skuteczną pomocą dla 47 mężczyzn po udarze (najstarszy miał 90 lat). Dzięki ćwiczeniom, zarówno fizycznym, jak i oddechowym, ale również medytacji, wyraźnie poprawiły się zdolności motoryczne, w tym poczucie równowagi - pisała dr Arlene Schmid. - Znacznemu zmniejszeniu uległ też u uczestników strach przed ewentualnymi upadkami". Strach ten nie dotyczy oczywiście tylko pacjentów po udarze, lecz jest obecny u wielu osób w starszym wieku. Niekiedy obawy te są tak duże, że poważnie ograniczają codzienną aktywność. Prof. Marieke Van Puymbroeck (z tego samego ośrodka w Indianie) postanowiła sprawdzić, czy można temu zaradzić poprzez ćwiczenia jogi. Również w tym eksperymencie (jego wyniki ogłoszono w 2009 r. podczas dorocznego zjazdu Amerykańskiego Towarzystwa Geriatrycznego) joga pozwoliła znacznie zmniejszyć poczucie strachu, dzięki czemu wzrosła aktywność fizyczna obserwowanych osób. W ostatnich latach przeprowadzono kilka projektów badawczych, których celem było sprawdzenie, czy z jogi korzyści mogą odnieść kobiety leczone z powodu raka piersi. Nie chodzi tutaj o samą walkę z chorobą, ale o przeciwdziałanie problemom psychicznym, z jakimi często zmagają się pacjentki, oraz o późniejszą rehabilitację. W 2009 r. na łamach "Psycho-Oncology" naukowcy z Wake Forest University School of Medicine pokazali, że joga zalecona kobietom leczonym z powodu raka piersi (część z nich była jeszcze w trakcie zażywania leków, część już po terapii) zmniejsza ryzyko depresji aż o połowę. W 2011 r. badacze z MD Anderson Cancer Center, jednego z najlepszych ośrodków onkologicznych na świecie, opisali w "Journal of Clinical Oncology" projekt, w ramach którego na zajęcia jogi skierowano 191 kobiet leczonych z powodu guza piersi. "Okazało się, że polepszył się zarówno ogólny stan zdrowia, jak i jakość ich życia. Zmniejszeniu uległo też poczucie zmęczenia i epizody depresji" - pisał wówczas prof. Lorenzo Cohen, główny autor pracy. W czym jeszcze może pomóc joga? W 2004 r. opublikowano pracę pokazującą, że joga pomaga zwalczyć poczucie zmęczenia u osób ze stwardnieniem rozsianym. W 2013 r. dowiedziono, że joga pomaga przy bezsenności u kobiet po menopauzie. W 2006 r. opisano projekt, który pokazał, że joga zwiększa wydolność płucną u całkiem zdrowych młodych osób. Pomaga na bolący kręgosłup, jest świetną rehabilitacją dla osób po udarze, ze stwardnieniem rozsianym i seniorów.

  • Gdy pot cię zalewa

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie MARTA KOTON-CZARNECKA 23-07-2014

    Gruczoły potowe Pot to w 98-99 proc. woda. Pozostałe 1-2 proc. stanowi sól (NaCl), a także śladowe ilości związków mineralnych (siarczanów i fosforanów), mocznika, kwasu mlekowego, węglowodanów i lipidów. Skład potu zależy głównie od klimatu, diety oraz gospodarki wodnej i hormonalnej organizmu. Pot produkowany przez gruczoły potowe jest niemal bezwonny. Natychmiast jest jednak rozkładany przez bytujące na skórze mikroorganizmy, a to powoduje wydzielanie nieprzyjemnego zapachu. Charakter zapachu Charakter zapachu W skórze człowieka znajdują się dwa rodzaje gruczołów potowych: * Ekrynowe, rozmieszczone na całym ciele, z wyjątkiem warg i macierzy paznokci. U mężczyzn nie ma ich także na wewnętrznej powierzchni napletka i żołędzi prącia, a u kobiet na łechtaczce i wargach sromowych mniejszych. Największa koncentracja ekrynowych gruczołów potowych znajduje się na stopach, dłoniach i czole. Pocenie się jest procesem ciągłym, ale w warunkach komfortu cieplnego i spoczynku pracuje zaledwie około 5 proc. gruczołów ekrynowych. Pozostałe są w gotowości - w każdej chwili (a konkretnie pod wpływem zaistnienia bodźca) mogą uruchomić produkcję i wydzielanie potu. * Apokrynowe, większe od ekrynowych, występujące w skórze tylko niektórych okolic ciała: pod pachami, w przewodzie słuchowym zewnętrznym, powiece, sutku, okolicy odbytu, wokół narządów płciowych i na nich. Ich działalność wydzielnicza zależy głównie od działania hormonów płciowych, dlatego zaczyna się w okresie dojrzewania. Pot wydzielany przez gruczoły apokrynowe jest gęstszy, nie paruje z powierzchni skóry, a zatem nie bierze udziału w termoregulacji. Wydzielanie z gruczołów apokrynowych odbywa się pod wpływem emocji, bodźców bólowych lub tarcia. Mieszanina potów ekrynowego i apokrynowego, a także wydzieliny z gruczołów łojowych nadaje każdemu z nas własny, charakterystyczny zapach. Przy niedostatecznej dbałości o higienę pot, łój oraz naskórek stają się doskonałą pożywką dla bakterii, a efektem ich bogatego życia jest cuchnąca woń. Według różnych badań od 0,5 do 2,5 proc. ludzi cierpi z powodu nadmiernego pocenia się. Dolegliwość ta częściej dotyczy mężczyzn niż kobiet. Nadpotliwość nazywana fachowo hiperhydrozą wpływa na obniżenie komfortu życia. To oczywiste, że osoba ciągle spocona czuje się tym faktem zażenowana i zawstydzona, co utrudnia jej funkcjonowanie w otoczeniu, a w efekcie może prowadzić nawet do zaburzeń nerwicowych. Konsekwencją nadmiernego pocenia mogą być także problemy dermatologiczne, takie jak: maceracja i pękanie naskórka, infekcje skóry (np. grzybica) czy choroby alergiczne (np. wyprysk potnicowy). Na szczęście nadpotliwość można skutecznie leczyć. Specjaliści wyróżniają dwa rodzaje nadpotliwości: pierwotną i wtórną. Pierwotne nadmierne pocenie nie współistnieje z żadnym innym schorzeniem i najczęściej ograniczone jest do jednej lub dwóch powierzchni, na której występuje największa koncentracja gruczołów potowych (stopy, dłonie, pachy, czoło). Nadpotliwością wtórną nazywany jest stan, w którym pocenie stanowi objaw jakiejś choroby (np. cukrzycy, nadczynności tarczycy, problemów z trawieniem, nowotworu, infekcji) lub jest symptomem zachwiania równowagi metaboliczno-hormonalnej organizmu, związanym z otyłością, menopauzą lub miesiączką. Nadpotliwość wtórna zazwyczaj dotyczy całego ciała i nasila się w nocy. W tym wypadku konieczne jest nie tyle leczenie samej nadpotliwości, ile zdiagnozowanie i rozpoczęcie leczenia choroby podstawowej, będącej przyczyną nocnych potów. Temperatura czy emocje Temperatura czy emocje Także w przypadku nadpotliwości pierwotnej ważne jest, aby ustalić fizjologiczną przyczynę dolegliwości - obecnie wiadomo, że istnieją dwa mechanizmy jej powstawania. W pierwszym przebiegającym z zaangażowaniem części mózgu zwanej korą obręczy wydzielanie potu następuje w odpowiedzi na bodziec emocjonalny. Drugi rodzaj nadpotliwości wynika z nieprawidłowego funkcjonowania procesów termoregulacyjnych, w których podstawową rolę odgrywa ośrodek termoregulacji znajdujący się w innej części mózgu, a mianowicie w podwzgórzu. Biegnący od mózgu sygnał wydzielania potu przekazywany jest do gruczołów potowych poprzez włókna autonomicznego układu nerwowego, a neuroprzekaźnikiem pomiędzy nimi jest acetylocholina. Podstawowym zaleceniem dla osób cierpiących na nadpotliwość pierwotną typu termoregulacyjnego jest unikanie ubrań i skarpet wykonanych ze sztucznych włókien (właściwej termoregulacji sprzyja spanie nago), eliminacja z jadłospisu pikantnych potraw oraz częste mycie ciała w niezbyt gorącej wodzie i z użyciem mydeł antybakteryjnych, które ograniczają liczbę bakterii skórnych odpowiedzialnych za rozkład potu i powstanie nieprzyjemnego zapachu. U sześciu na dziesięć osób skarżących się na nadmierne wydzielanie potu problem ten dotyczy skóry dłoni i stóp. U pozostałych problemem są pachy. Przy umiarkowanie nasilonej nadpotliwości pierwotnej pomagają antyperspiranty zawierające sole glinu, formalinę, taninę lub kwas borny. Działają ściągająco i czopują ujścia gruczołów potowych. Chlorek glinu dodatkowo zmniejsza aktywność gruczołów potowych poprzez denaturację znajdujących się w nich białek. Gdy antyperspirant nie skutkuje, zaleca się podawane doustnie leki antycholinergiczne, które osłabiają działanie neuroprzekaźnika - acetylocholiny. Leki te wydawane są wyłącznie na receptę i mogą wywołać objawy niepożądane - suchość w jamie ustnej, wzrost ciśnienia śródgałkowego oka czy zatrzymanie moczu. W nadpotliwości termoregulacyjnej niekiedy pomaga jonoforeza przywracająca prawidłową regulację autonomicznego układu nerwowego, a przy nadmiernych potach o podłożu emocjonalnym skuteczne okazać się mogą leki uspokajające, np. hydroksyzyna, a także wszelkie techniki relaksacyjne oraz psychoterapia. A może botoks? A może botoks? W niektórych przypadkach można zastosować zastrzyki z toksyny botulinowej. Zabieg wykonuje lekarz dermatolog. Zastrzyki z botoksu podawane są podskórnie w 10-30 miejscach zlokalizowanych na nadmiernie pocącej się powierzchni (pachy, stopy, dłonie), oddalonych od siebie o mniej więcej 1 cm. Toksyna botulinowa hamuje wydzielanie acetylocholiny, następuje blokada zakończeń nerwowych gruczołów potowych i zahamowanie wydzielania potu. Efekt utrzymuje się przez 12 miesięcy. Potem kurację należy powtórzyć. Zabieg na bogato unerwionych stopach i dłoniach wykonuje się w znieczuleniu miejscowym. Objawy niepożądane po zastrzykach to: niewielka bolesność przez kilka godzin, świąd, a w przypadku zabiegu na dłoniach lekkie osłabienie sprawności przez kilka dni. Ostrzykiwanie toksyną botulinową jest bardzo skuteczną metodą leczenia nadmiernego pocenia - szacuje się, że korzystne rezultaty przynosi u około 90 proc. osób. Przed wykonaniem zastrzyków zalecana jest tzw. próba Minora polegająca na nałożeniu na nadmiernie potliwą okolicę ciała roztworu jodku potasu i skrobi. W miejscach dużej wilgotności zachodzi reakcja barwna, co wyznacza lekarzowi obszar, w który należy wstrzyknąć botoks. W przypadkach bardzo nasilonej nadpotliwości stóp lub pach, gdy zawodzą mniej inwazyjne metody, rozważyć można sympatektomię, czyli operacyjne przecięcie nerwów zaopatrujących gruczoły potowe. To daje nieodwracalny efekt, ale jak każda operacja obarczone jest ryzykiem wystąpienia powikłań. Mogą wystąpić komplikacje związane z ingerencją chirurga w autonomiczny układ nerwowy, np. problemy ze zmniejszonym ciśnieniem tętniczym krwi, a u mężczyzn także z ejakulacją. Babcine sposoby Babcine sposoby Na nadmierne wydzielanie potu pomagają zioła, m.in.: kora dębu, kora brzozy, mięta, liście orzecha włoskiego, szałwia, tymianek i rumianek. Ziół można używać na kilka sposobów. Do kąpieli. Przepis na dębową kąpiel przeciwpotową: 1/4 kg kory dębowej namoczyć przez 3 godz. w 5 l wody, gotować 20 min, przecedzić, odwar wlać do wanny z wodą o temp. 38°C, kąpać się 15 min dwa razy w tygodniu. Do kąpieli leczniczych można wykorzystać też olejki aromatyczne, np. olejek bergamotowy czy cyprysowy. Do picia. Przepis na napar z szałwii: 1-2 g suszonych liści szałwii zalać szklanką wrzącej wody. Zaparzać pod przykryciem około 15 min, następnie odcedzić. Pić do trzech szklanek dziennie naparu o temperaturze pokojowej. Do jedzenia: Nieprzyjemny zapach potu niweluje jedzenie tymianku, estragonu, mięty. Można tymi ziołami przyprawiać sałatki, zupy, mięsa. Od zimnego się zgrzejesz Od zimnego się zgrzejesz To, co jemy, ma wpływ na skład naszego potu, a co za tym idzie - także na zapach powstający na skórze w wyniku jego rozkładu. Wiadomo, że nieprzyjemny zapach wzmaga jedzenie cebuli czy czosnku. Mniej znany jest fakt, że woń potu jest tym intensywniejsza, im więcej w diecie białka. Dlatego podczas upałów dobrze jest ograniczyć spożywanie produktów wysokobiałkowych: mięsa, serów, mleka. Pocenie się wzmagają ostre przyprawy, alkohol, kawa i czarna herbata - po spożyciu każdego z tych produktów organizm otrzymuje bodziec cieplny nakazujący obniżenie temperatury ciała. Ale uwaga - gdy jest gorąco, a nie chcesz się nadmiernie spocić, powinieneś unikać picia zimnych napojów. Porcja takiego napoju jest odbierana przez organizm jako zagrożenie dla właściwej ciepłoty ciała, a konsekwencją tego jest natychmiastowe podniesienie temperatury. To z kolei powoduje błyskawiczną reakcję odprowadzania ciepła z powierzchni ciała, czyli pocenie się. To dlatego mieszkańcy krajów południowych w ciągu dnia piją ciepłe napoje. Kilka litrów... Kilka litrów... ...w saunie W czasie półgodzinnego seansu w saunie można wypocić nawet kilka litrów wody. Po pierwszych kilku minutach, podczas których organizm adaptuje się do warunków, zaczyna się stopniowy wzrost temperatury ciała - o 0,1 st. C na minutę. Ostatecznie temperatura ciała wzrasta do 38-39 st. C. Sauna zalecana jest osobom walczącym z nadwagą lub nawracającymi infekcjami. Ale trzeba z niej korzystać zgodnie z zaleceniami, czyli od czasu do czasu chłodzić organizm i uzupełniać płyny. Z sauny powinny zrezygnować osoby, które mają problemy z układem krążenia (choroby serca, nadciśnienie tętnicze), choroby nerek, a także chorują na nowotwory lub choroby zakaźne. Przeciwwskazaniem do pobytów w saunie jest także ciąża oraz miesiączka. ...w sporcie Biegnąc, człowiek poci się, nawet jeśli temperatura powietrza nie jest duża. Duża utrata wody grozi odwodnieniem, a także zaburzeniami gospodarki sodowo-potasowej, co z kolei może być przyczyną niebezpiecznych zaburzeń rytmu serca. Odwodnienie powoduje wzrastanie stężenia sodu w organizmie aż do stanu tzw. hipernatremii, która może stanowić nawet zagrożenie dla życia. - Dlatego kluczowe jest nawadnianie. Trzeba o nim pamiętać nie tylko w trakcie wysiłku fizycznego, ale także przed nim i po nim - mówi prof. Michał Nowicki, kierownik Kliniki Nefrologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, który sam regularnie biega. Odwodnienie jest szczególnie groźne przy biegach terenowych oraz uprawianiu innych sportów, podczas których przez dłuższy czas nie ma dostępu do wody. Przygotowując się do takiego wysiłku, należy koniecznie zabrać zapas płynów - czystej wody i napojów izotonicznych, które uzupełniają tracone wraz z potem elektrolity. Gdy pijemy samą wodę, stopniowo dochodzi do rozcieńczania w organizmie minerałów i elektrolitów. Zbyt duży spadek stężenia sodu w komórkach prowadzi do zwiększania ich objętości, w skrajnych przypadkach może dojść nawet do obrzęku mózgu i śmierci. - Każda osoba ma inne zapotrzebowanie na wodę i napoje izotoniczne podczas uprawiania sportu. Dlatego trudno jednoznacznie określić, w jakich proporcjach należy mieszać ze sobą wodę i izotoniki. Wiadomo jednak, że takie mieszanie zapewnia zbilansowanie nawadniania organizmu - mówi prof. Nowicki. Jak często należy pić w trakcie wysiłku fizycznego? Na pewno wówczas, gdy zaczynamy odczuwać pragnienie. - Ale zdarza się, że pragnienia nie czujemy, bo podczas wysiłku nastąpił wyrzut do mózgu endorfin, które działają euforycznie i zaburzają odbiór innych sygnałów wysyłanych przez organizm. Dlatego nie trzeba czekać na pragnienie, tylko regularnie uzupełniać niedobory wody i elektrolitów - radzi prof. Nowicki. Masz na ciele 2,5 mln gruczołów potowych! Skóra jest świetnym klimatyzatorem - parujący pot może oddać do otoczenia do 25 proc. ciepła wytworzonego w organizmie. Niektórzy jednak pocą się nadmiernie. Co z tym zrobić?

  • Co się dzieje w twoich nogach

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie MARGIT KOSSOBUDZKA 23-07-2014

    Diagnostyka żył w dużej mierze polega na opisaniu lekarzowi objawów (ciężkość nóg, bóle, obrzęki, skurcze), zebraniu przez niego wywiadu o naszym trybie życia i rodzinnych skłonnościach, np. do żylaków, oraz badaniu fizykalnym. Kolejnym krokiem jest badanie USG dopplerowskie. Wykonuje się je po to, żeby ocenić, czy i jak bardzo zaawansowana jest choroba. Jak każdy ultrasonograf urządzenie to podczas badania wysyła i odbiera ultradźwięki. Kiedy krew płynie w naczyniach, ruch znajdujących się w niej komórek powoduje zmianę wysokości dźwięku. To pozwala na "wysłuchanie", czy w naszym krwi- obiegu nie ma np. zakrzepu. Powstaje komputerowy obraz przepływu krwi w żyłach. Metody leczenia Metody leczenia Jeśli lekarz stwierdzi u nas początek przewlekłej niewydolności żylnej, zaleci metodę leczenia i zapobiegania rozwojowi choroby. Do wyboru (w zależności od zaawansowania dolegliwości) mamy ruch, wspomagające krążenie tabletki, maści i żele, opaski lub rajstopy uciskowe. W przypadku widocznych pajączków i żylaków konieczne może się okazać leczenie zabiegowe: 1. Skleroterapia to powszechna metoda leczenia żylaków. Polega ona na ostrzykiwaniu zmienionych miejsc środkami powodującymi ich zarośnięcie. Za pomocą strzykawki podaje się środek, który powoduje powstanie stanu zapalnego żyły. To sprawia, że żyła w wybranym miejscu zarasta, krew przestaje nią płynąć i żylak zanika. Powodzenie zabiegu w dużej mierze zależy od zastosowania po jego wykonaniu elastycznego opatrunku uciskowego. Pacjent musi przestrzegać tej zasady. Ucisk kończyny powinien trwać około trzech tygodni po zabiegu, a nawet dłużej. Jest to konieczne, ponieważ powoduje zbliżenie do siebie ścian naczynia żylnego i ułatwia "zamknięcie się" żylaka. Skleroterapia nie jest metodą stosowaną w zaawansowanej niewydolności żylnej - sprawdza się za to doskonale, kiedy głównymi objawami choroby są pajączki na skórze (teleangiektazje) i pojedyncze żylaki. Decyzję o zastosowaniu skleroterapii podejmuje lekarz na podstawie m.in. badania USG dopplerowskiego. Niewątpliwą zaletą skleroterapii jest to, że nie trzeba się kłaść do szpitala - zabieg można wykonać w tzw. trybie ambulatoryjnym. Po kilku godzinach pacjent idzie do domu, co też zmniejsza ryzyko powstawania zakrzepów. Ich ryzyko rośnie, gdy jesteśmy unieruchomieni na dłużej. Nie można tak leczyć zmian, którym towarzyszą poważne uszkodzenia głównych, powierzchniowych pni żylaków kończyn dolnych. Odmianą skleroterapii jest echoskleroterapia, czyli zabieg przeprowadzany pod kontrolą USG. Przeciwwskazaniami do skleroterapii są m.in.: alergia na środki podawane podczas zabiegu; niektóre choroby przewlekłe, np. cukrzyca; zakrzepica żył głębokich; infekcje skórne lub ogólnoustrojowe; unieruchomienie. 2. Laseroterapia służy głównie do usuwania pajączków na skórze. Lekarz naświetla laserem miejsca, w których widoczne są zmiany. Światło jest pochłaniane przez czerwony barwnik krwi - hemoglobinę. Obecne w żyle czerwone krwinki pochłaniają energię lasera i pod wpływem ciepła wyparowują, a pajączek się zamyka. Laser i elektroterapia działają punktowo i precyzyjnie, dzięki czemu blizny są niewielkie i mało widoczne. Laseroterapia nie boli (czuje się tylko lekkie szczypanie w momencie zetknięcia się wiązki światła ze skórą). By jeszcze zmniejszyć dyskomfort, stosuje się także specjalny żel schładzający. Nie jest to zabieg polecany latem - przed zabiegiem i po nim nie wolno się opalać przez sześć tygodni. Trzeba przestrzegać tego zalecania, bo inaczej na skórze mogą nam zostać trwałe i brzydkie przebarwienia. Niestety, jeden raz nie wystarczy. Do likwidacji zmian często potrzeba kilku, a nawet kilkunastu zabiegów. Choć laser jest bezpieczny, skorzystanie z niego zawsze musi poprzedzić diagnostyka układu żylnego. I to lekarz decyduje, czy taki zabieg jest dla nas najlepszym rozwiązaniem. 3. Stripping polega na usunięciu żyły (prawie zawsze odpiszczelowej), która ma niesprawne zastawki, a na dalszym etapie - na usunięciu żylaków i przecięciu niewydolnych żył przeszywających. Żyłę odpiszczelową odsłania się w pachwinie (jeden koniec) i podwiązuje się ją w miejscu, w którym uchodzi do żyły udowej. Potem odsłania się drugi koniec żyły w okolicy kostki. Od tej strony lekarz wprowadza do żyły sondę (cienki drut z główką). Sonda przesuwa się wewnątrz żyły do jej podwiązanego końca w pachwinie. Koniec przecina się i wyciąga się sondę wraz z nawiniętą na nią żyłą. Po operacji nakłada się opatrunki i owija nogę bandażem elastycznym. Bardziej nowoczesną odmianą strippingu jest kriostripping. W metodzie tej w czasie usuwania żyły odpiszczelowej zamiast zwykłej sondy używa się drutu schłodzonego do -80°C. Wprowadza się go do żyły poprzez krótkie, 2-3-milimetrowe nacięcia. Gdy warstwa wewnętrzna żyły przyklei się do główki, sondę usuwa się wraz z żyłą. Kriochirurgia zmniejsza liczbę powikłań po zabiegu, takich jak np. krwiaki. Liczba nacięć na nodze zależy od wielkości i rozległości żylaków. Lekarz nie jest w stanie przewidzieć tego dokładnie przed operacją. Jednak nie jest to metoda oszpecająca! Większość nacięć jest bardzo mała. A blizny szybko znikają. Stripping jest uznawany za najbardziej skuteczny sposób leczenia żylaków. Choć po operacji z czasem mogą się pojawić nowe zmiany. Na szczęście są one mniejsze i zazwyczaj niegroźne. Czytaj też na Zdrowie.gazeta.pl Leczenie przez ucisk Leczenie przez ucisk Pończochy uciskowe (odpowiednio dobrane!) poprawiają krążenie krwi oraz limfy, przez co zapobiegają powstawaniu żylaków. Istnieją różne rodzaje pończoch uciskowych, w zależności od tego, które miejsce uciskają i podtrzymują. A także w zależności od grubości (mmHg), od której uzależniona jest siła nacisku. To siła, z jaką pończochy wspierają żyły. Pończochy o stopniu ucisku: * 8-15 mmHg - stosowane profilaktycznie, zalecane przy bólu i zmęczeniu nóg, a także kobietom w ciąży; * 15-20 mmHg - przepisywane osobom z problemami układu krążenia oraz podatnym na puchnięcie nóg, leczą żylaki; * 20-30 mmHg - zapisywane osobom narzekającym na uczucie ciężkości nóg oraz opuchnięciami, zalecane po operacji żylaków; * 30-40 mmHg - są dla osób mających skłonności do zakrzepów, ze zdiagnozowanym obrzękiem chłonnym lub cierpiącym na znaczne puchnięcie nóg, a także kobietom w ciąży, u których wystąpiło zapalenie żył; * 40-50 mmHg - pomagają w leczeniu obrzęku chłonnego, poważnych zaburzeń krążenia krwi oraz wrzodów; * 50-60 mmHg - zalecane są pacjentom cierpiącym na poważne obrzęki chłonne oraz osobom, które poddały się operacji na obrzęki. Wieczorami coraz częściej masz obolałe i opuchnięte nogi? A może na skórze pojawiły się pęknięte naczynka i małe żylaki? To może być początek przewlekłej niewydolności żylnej. Jak to sprawdzić?

  • Za dużo szczęścia, za mało medycyny

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie ANITA KARWOWSKA (METRO), ELŻBIETA CICHOCKA 23-07-2014

    - Obecnie od początku leczenia pacjent musi radzić sobie sam. Z podejrzeniem, że dzieje się coś niedobrego, idzie najpierw do lekarza rodzinnego. Ten chce go jak najszybciej wypchnąć dalej, daje więc skierowanie do specjalisty. Po odstaniu w kolejce chory dostaje plik skierowań na badania diagnostyczne, na każde czeka zwykle tygodniami. Wyniki nie zawsze wystarczają do diagnozy, zlecane są więc dodatkowe badania. Pomiędzy jednym a drugim przerażeni wizją raka pacjenci chodzą jeszcze prywatnie do kolejnych onkologów, których znają np. z mediów. Liczą, że w ten sposób szybciej dostaną się na leczenie. Dzwonią do organizacji takich jak nasza z pytaniem, który ośrodek wybrać - tak leczenie po polsku opisuje Szymon Chrostowski, wiceprezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych. Wzorcowo w Szczecinie Wzorcowo w Szczecinie Zachodniopomorskie Centrum Onkologii (ZCO) to pierwszy polski szpital, który spełnił wszystkie wymogi Breast Cancer Unit, czyli ośrodka, w którym rak piersi leczony jest kompleksowo. Jego budowę przy wsparciu funduszy unijnych zakończono we wrześniu 2010 r. Międzynarodową akredytację dostał w październiku ub.r. Standardy pracy "unitów" wyznaczył Parlament Europejski, który chce, by takie miejsca powstały we wszystkich krajach unijnych. Podstawowa zasada tych placówek to brak selekcji pacjentek - nie można wybierać "mniej chorych", tak by leczenie bardziej się opłaciło, nie można też wykonywać tylko operacji czy tylko naświetlań. W wyspecjalizowanych ośrodkach leczy się raka piersi skuteczniej. W ZCO pacjentką na początku zajmuje się grupa specjalistów: patomorfolog, radiolog, onkolog, chirurg onkolog, chirurg plastyk, radioterapeuta, psycholog i pielęgniarka. Zanim wybiorą najwłaściwszy sposób leczenia, omawiają go z chorą. - Lekarze pracują według jednolitych światowych standardów. Wszyscy członkowie zespołu muszą znać najnowsze doniesienia dotyczące leczenia raka piersi i o ile to możliwe, stosować je w swojej pracy - tłumaczy dr Małgorzata Talerczyk, zastępca dyrektora ds. lecznictwa. W zespole pracuje czterech onkologów, czterech radiologów itd. Jeśli któryś nie może przyjść na odprawę, wyznacza zastępcę. Nie wchodzi w grę, by czyjaś nieobecność wydłużyła czas leczenia. Komisja zbiera się zawsze dwa razy w tygodniu: w poniedziałki i środy. Całością procesu leczenia kierują tzw. case menedżerki (tak nazywa je szpital), czyli koordynatorki, które pilnują harmonogramu, dbają o to, by komisja miała komplet dokumentów, i przeprowadzają każdą pacjentkę przez wszystkie etapy leczenia. Na wynik histopatologii w ZCO czeka się pięć dni, a nie - jak w większości szpitali - 14. Rocznie w ten sposób leczonych jest ponad 500 kobiet. - Udowodniono, że pacjentki leczone w ośrodkach wyspecjalizowanych mają dłuższy czas przeżycia. My musimy wyrównać szanse Polek w leczeniu raka - mówi prof. Tadeusz Pieńkowski, kierownik Kliniki Onkologii i Chirurgii Europejskiego Centrum Zdrowia w Otwocku. W Polsce co roku notuje się 15 tys. nowych zachorowań na raka piersi. Na tle krajów europejskich ten wskaźnik jest ciągle jeszcze niższy, ale niestety rośnie. Polki coraz później podejmują decyzję o urodzeniu pierwszego dziecka, a późne macierzyństwo zwiększa to ryzyko. Poza tym społeczeństwo się starzeje, a największe ryzyko zachorowania dotyczy kobiet w wieku 50-69 lat. Tę grupę wytypowano do przesiewowych badań mammograficznych. Choć badania nie obciążają kieszeni pacjentek, zgłasza się na nie zaledwie 40 proc. zaproszonych, w Szwecji ponad 80 proc. Niestety, "krzywa umieralności" na raka piersi w naszym kraju nie spada, choć np. w Wielkiej Brytanii mimo wzrostu zachorowań umieralność się zmniejsza. Angielski pacjent jest pod opieką wielodyscyplinarnego konsylium, które planuje leczenie i za nie odpowiada. Kolejne etapy terapii mogą być wykonywane w różnych ośrodkach, wszystko spina koordynator. Między pierwszą wizytą u lekarza ogólnego a rozpoczęciem leczenia nie może minąć więcej niż 62 dni. I 98 proc. świadczeń udzielanych jest w wyznaczonym czasie - wynika z raportu o leczeniu raka w wybranych krajach przygotowanym przez fundację Onkologia 2025. Nie widzą onkologa Nie widzą onkologa W polskim Cancer Planie, czyli strategii walki z rakiem na najbliższe dziesięć lat, przewidziane są wyspecjalizowane ośrodki zajmujące się kompleksowym leczeniem najczęstszych nowotworów. By kobiety z rakiem piersi miały równy dostęp do terapii, powinno być ponad 70 ośrodków - jeden na pół miliona mieszkańców. Tego się nie da zrobić szybko i bez nakładów finansowych. Na razie dziesięć placówek chce akredytacji Breast Cancer Unit. Polskie pacjentki tracą szanse na lepsze leczenie głównie dlatego, że późno wykrywa się u nich nowotwór. Szybko wykryty rak pozwala na operację oszczędzającą - usuwającą guz, a nie całą pierś. Według najnowszego raportu Watch Health Care "Onkobarometr" w przypadku chorego na raka płuc od pierwszej wizyty u lekarza rodzinnego do rozpoczęcia leczenia upływa pół roku, w przypadku raka piersi - pięć miesięcy, raka nerki - cztery miesiące, białaczki - ponad sześć miesięcy. - W procesie diagnozowania, a potem leczenia brakuje często logicznej ciągłości - ocenia dr Adam Kozierkiewicz, ekspert ds. zdrowia. Zwykle pacjent od razu trafia na stół operacyjny. - A często lepiej najpierw byłoby zastosować radioterapię, by zmniejszyć guz, co jest zalecane w przypadku niektórych nowotworów. Jeśli jednak zabrakło konsultacji między radioterapeutą a chirurgiem onkologiem, pacjent nie ma na to szans. Takie błędy powodują, że efekty leczenia są gorsze, niż mogłyby być - ocenia Kozierkiewicz. Czasem w ogóle chory na raka nie spotyka się z onkologiem. - Badaliśmy, jak wygląda leczenie chorych na raka nerki. Jeśli najpierw trafią do urologa, to ten zwykle sam woli poprowadzić terapię. Wycina nowotwór, sprawdza, czy nie ma przerzutów, i odsyła do domu, nie przekazując pacjenta onkologom. Po roku umiera 30 proc. chorych, bo nikt nie monitoruje, czy komórki rakowe nie wróciły - opisuje Chrostowski. Plan Ministerstwa Zdrowia Plan Ministerstwa Zdrowia Resort zdrowia przedstawił pomysł, jak szybciej wykrywać raka i skrócić czas diagnostyki. Ma to zapewnić tzw. zielona karta. Osobom z podejrzeniem raka wystawią ją lekarze rodzinni. Od podejrzenia choroby do rozpoczęcia leczenia ma upłynąć nie więcej niż dziewięć tygodni. Cel, jaki przyświeca Ministerstwu Zdrowia, jest słuszny. Ale czy uda się go osiągnąć? Właśnie teraz Sejm w ekspresowym tempie uchwala zmiany w ustawie o świadczeniach, wbudowując w niego pakiet onkologiczny. Minister argumentuje, że pośpiech jest konieczny, by NFZ zdążył się przygotować do finansowania tych świadczeń od stycznia przyszłego roku. Ale Fundusz już uchwalił plan wydatków na przyszły rok. I nie uwzględnił w nim pakietu onkologicznego. A o tym, jak długo trzeba czekać na diagnozę, decydują pieniądze z NFZ. - Obowiązkowy system rozliczeń działa tak, że uniemożliwia diagnostykę jednego dnia - mówiła niedawno na konferencji dr Talerczyk z ZCO. A prof. Pieńkowski dodaje: - Jednego dnia można zrobić mammografię, USG i biopsję piersi. Gdyby placówka to robiła - zbankrutowałaby. Jak widać, brak koordynacji przeszkadza leczyć nie tylko pacjentów, ale także system ochrony zdrowia. Polacy miesiącami czekają na diagnozę, sami szukają szpitala, dostają przypadkowo dobrane terapie. To, czy chory na raka wyzdrowieje, często zależy od szczęścia, a nie możliwości współczesnej medycyny.

  • 24 powody, żeby jeździć na rowerze

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie IRENA CIEŚLIŃSKA 23-07-2014

    1 1 Będziesz lepiej spać. Tu nie chodzi po prostu o gimnastykę. Chodzi o przejażdżki rowerem po okolicy (a nie rower stacjonarny przed telewizorem) i ekspozycję na światło dnia, które ułatwia uregulowanie wewnętrznego zegara dobowego. A dodatkowo przyspiesza rozpad kortyzolu - hormonu stresu, więc zapewnia spokojny sen. 2 2 Będziesz mieć serce jak dzwon. 3 3 Będziesz mieć płuca jak miechy. 4 4 Będziesz mieć sokoli wzrok. 5 5 Będziesz bystrzejszy. 6 6 Poprawisz siłę, refleks i koordynację ruchów. 7 7 Będziesz lepiej trawić. 8 8 Będziesz odporniejszy. 9 9 Będziesz młodziej wyglądać. 10 10 I nie tylko wyglądać. 11 11 Poprawisz swoje życie seksualne. 12 12 Usprawnisz też prokreację. 13 13 Skoro przy dzieciach jesteśmy - myśląc o ich przyszłości, musimy dbać o zrównoważony rozwój 14 14 Będziesz szybciej spalać tłuszcz. Za to ruch podkręca spalanie i efekt ten utrzymuje się nie tylko wtedy, kiedy ćwiczymy, ale przez dobrych parę godzin po wysiłku. 15 15 Schudniesz. 16 16 A jak już schudniesz - 17 17 Będziesz wydajniej pracować. 18 18 Będziesz bardziej kreatywny 19 19 Będziesz oddychać świeżym powietrzem. 20 20 Będziesz szybciej u celu. 21 21 Będziesz mógł grzeszyć bezkarnie. 22 22 Będziesz szczęśliwy. 23 23 Będziesz miał nieograniczony dostęp do bezpłatnego i legalnego narkotyku. 24 24 Męcząc się, wypoczniesz. Uczeni z Kings College w Londynie porównywali jednojajowe bliźnięta. Ci, którzy przynajmniej trzy razy w tygodniu jeździli na rowerze, byli - średnio - o dziewięć lat biologicznie młodsi od brata! Oto lista zysków z pedałowania.

  • Nie mieszaj... antykoncepcji z lukrecją

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie DR MARIUSZ STĘPIEŃ* (INTERNISTA), NOT. ACZ 23-07-2014

    Mało kto wie, że doustne środki antykoncepcyjne mogą nasilać działanie lukrecji. Kiedyś była ona popularnym preparatem leczniczym stosowanym m.in. w zapaleniach górnych dróg oddechowych. Dziś rzadko jest stosowana jako lek. Ale chętnie sięgają po nią producenci słodyczy. Lukrecja występuje w cukierkach, żelkach czy odświeżających gumach do żucia. Duża porcja słodyczy z lukrecją dla kobiety stosującej hormonalną antykoncepcję może skończyć się bardzo nieprzyjemnie. W połączeniu z hormonami zioło to powoduje zatrzymanie wody i elektrolitów w organizmie. Może się więc zdarzyć, że pojawią się obrzęki. Oprócz obrzęków możliwy jest także wzrost ciśnienia tętniczego, pogorszenie się tolerancji wysiłku, a nawet nasilenie objawów niewydolności serca. Objawy mogą być nieprzyjemne, ale na ogół nie zagrażają życiu. By ich uniknąć, radzę jednak zwracać uwagę na skład słodyczy. Tych z lukrecją nie polecam. ---------- *farmakolog kliniczny, starszy wykładowca Kliniki Nefrologii i Medycyny Rodzinnej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi Komu szkodzi bigos, jakich leków nie łączyć z serem, czyli porady z serii Nie mieszaj... na Wyborcza.pl/tylkozdrowie Mało kto wie, że doustne środki antykoncepcyjne mogą nasilać działanie lukrecji. Kiedyś była ona popularnym preparatem leczniczym stosowanym m.in. w zapaleniach górnych dróg oddechowych. Dziś rzadko

  • Express

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie KKA 23-07-2014

    Gadżet Gadżet WEŹ GŁĘBOKI WDECH. Sposób, w jaki oddychamy, jest wskaźnikiem naszego stanu psychicznego oraz fizycznego. Dlatego w USA powstało The Spire - narzędzie monitorujące oddech oraz psychiczne samopoczucie użytkownika. Gadżet przypina się do ubrania tak, aby przylegał do ciała. Za pomocą Bluetooth łączy się z aplikacją w telefonie. Np. gdy jesteśmy zestresowani, telefon pokaże wiadomość: "Jesteś spięty. Weź głęboki oddech". Aplikacja może zaproponować także inne ćwiczenia oddechu. Program kompatybilny jest tylko z telefonami Apple, niebawem ma pracować także z systemem Android. The Spire w przedsprzedaży w internecie kosztuje 119 dol. Liczba Liczba 30 proc. Polaków uprawia seks w realu z osobą poznaną przez internet Gadżet Gadżet WEŹ GŁĘBOKI WDECH. Sposób, w jaki oddychamy, jest wskaźnikiem naszego stanu psychicznego oraz fizycznego. Dlatego w USA powstało The Spire - narzędzie monitorujące oddech oraz psychiczn

  • Ile lat ma twoje serce

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie RED 23-07-2014

    W ramach kampanii "Ciśnienie na życie" po Polsce jeździ bus, w którym można bezpłatnie zmierzyć ciśnienie i sprawdzić biologiczny wiek swojego serca. Według danych Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego każdego dnia z powodu chorób układu sercowo-naczyniowego umiera prawie 500 osób. - Regularne pomiary ciśnienia tętniczego krwi są podstawą wczesnego rozpoznania oraz prawidłowego i skutecznego leczenia nadciśnienia, a także szansą uniknięcia zagrażających życiu powikłań, jakimi są tętniaki aorty, udary czy zawał serca - mówi prof. Marian Zembala, dyrektor Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, opiekun merytoryczny kampanii "Ciśnienie na życie". Badania w busie wykonuje grupa wykwalifikowanych pielęgniarek. Wiek serca oceniają z pomocą aplikacji, która pozwala określić, czy pacjent ma zwiększone ryzyko zachorowania na zawał serca lub udar mózgu. Ryzyko jest większe, gdy obliczony wiek serca jest wyższy od wieku metrykalnego. Wiek serca można obniżyć - trzeba dbać o dietę, ruszać się, rzucić palenie, pozbyć się nadwagi oraz w razie potrzeby leczyć nadciśnienie tętnicze, cukrzycę i walczyć ze zbyt wysokim stężeniem cholesterolu. Gdzie i kiedy można się zbadać? Terminy i miejsca znajdziesz na stronie internetowej www.cisnienienazycie.pl. Organizatorem akcji jest Grupa Polpharma. W ramach kampanii "Ciśnienie na życie" po Polsce jeździ bus, w którym można bezpłatnie zmierzyć ciśnienie i sprawdzić biologiczny wiek swojego serca. Według danych Polskiego Towarzystwa Kardiologiczn

  • 3,3 mln osób umiera co roku przez alkohol

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie ANNA TWARDOWSKA (GAZETA WYBORCZA) 23-07-2014

    Takie dane podaje Światowa Organizacja Zdrowia (WHO). Według Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych z przyczyn bezpośrednio i pośrednio związanych z używaniem alkoholu umiera w Polsce kilkanaście tysięcy osób. - Nadużywanie alkoholu odbiera rozum - zwykła mawiać moja ciocia. Sama nigdy nie piła. W dzieciństwie złożyła taką obietnicę i była jej wierna do śmierci. To była trauma z wojny. Ciocia opowiadała o pijanych rosyjskich żołnierzach gwałcących polskie dziewczyny, o upijanych przez nich dzieciach. Jej kilkuletni sąsiad pijany wpadł do stawu i się utopił. Można powiedzieć, że podczas wojny wychodzą z ludzi najgorsze rzeczy - fakt. Ale szacuje się, że dzisiaj 25 proc. przestępstw jest popełnianych pod wpływem alkoholu. Wśród konsekwencji picia WHO wymienia: urazy, zaburzenia umysłowe i psychiczne, zaburzenia żołądkowo-jelitowe, nowotwory, choroby układu sercowo-naczyniowego, zaburzenia immunologiczne, choroby układu kostno-szkieletowego, zakaźne, dysfunkcje układu rozrodczego i szkody prenatalne. Dane GUS z 2012 r. mówią, że z powodu zaburzeń psychicznych związanych z używaniem alkoholu zmarły w Polsce 1583 osoby, z powodu chorób wątroby - 7218 osób, natomiast z powodu zatrucia alkoholem - 1571 osób. W ubiegłym roku Uczelnia Łazarskiego w Warszawie opublikowała raport: "Ekonomiczne aspekty skutków picia alkoholu w Europie i w Polsce". W dokumencie czytamy, że roczne dochody państwa z tytułu podatków od sprzedaży wyrobów alkoholowych w 2011 r. wyniosły 16-18 mld złotych. Natomiast bezpośrednie koszty związane z piciem i uzależnieniem - miliard, a pośrednie ponad 40 mld. Koszty bezpośrednie to m.in. leczenie uzależnień, hospitalizacje z powodu schorzeń wątroby czy mózgu. Wśród kosztów pośrednich raport wymienia: absencje chorobowe, wypadki drogowe, utraconą produktywność. Naukowcy z Uniwersytetu w Leicester przeanalizowali ankiety przeprowadzone na ponad 5 tys. osób. Spośród wszystkich pytań wyselekcjonowano te, na które odpowiedzi były charakterystyczne dla alkoholików. Badacze twierdzą, że zaledwie dwa pytania wystarczą, aby zidentyfikować problem z alkoholem z dokładnością 87,2 proc. Oto te pytania: Czy regularnie pijesz sześć lub więcej drinków przy jednej okazji? Czy w ciągu ostatniego roku wskutek picia alkoholu wydarzyło się coś, czego żałujesz? Odpowiedź "tak" na oba pytania oznacza, że masz problem. Zadanie czterech kolejnych pochodzących z kwestionariusza CAGE (test przesiewowy, który pozwala wychwycić osoby ze wczesnymi symptomami uzależnienia) podnosiło skuteczność badania do 90,9 proc.: Czy zdarzały się w twoim życiu takie okresy, kiedy odczuwałeś konieczność ograniczenia swojego picia? Czy zdarzało się, że różne osoby z twojego otoczenia denerwowały cię uwagami na temat twojego picia? Czy zdarzało się, że odczuwałeś wyrzuty sumienia lub wstyd z powodu picia? Czy zdarzało ci się, że po przebudzeniu pierwszą rzeczą było wypicie alkoholu dla uspokojenia lub "postawienia się na nogi"? Odpowiedź twierdząca na jedno z powyższych pytań pozwala podejrzewać problem alkoholowy, natomiast na dwa lub więcej - poważne zagrożenie alkoholizmem. Trzeba tylko mieć odwagę szczerze odpowiedzieć na te pytania. Takie dane podaje Światowa Organizacja Zdrowia (WHO). Według Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych z przyczyn bezpośrednio i pośrednio związanych z używaniem alkoholu umiera w Polsc

  • Pogoda dla wrażliwych

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie RAFAŁ MASZEWSKI (KLIMATOLOG Z UMK W TORUNIU) 23-07-2014

    Przynajmniej do soboty w pogodzie niewiele się zmieni, nadal silny i rozległy wyż atmosferyczny znad Półwyspu Skandynawskiego, a następnie znad Białorusi zapewni wysokie temperatury i dużo słońca. Rolników z północnej i częściowo środkowej Polski niepokoi deficyt wody na polach. Może to dziwić mieszkańców południa kraju, którzy opadów mają pod dostatkiem. Pogoda na górskich szlakach będzie zmienna i często niebezpieczna. We wtorek lub w środę rozpocznie się z zachodu krótkotrwały napływ nieco chłodniejszego powietrza. Upały mogą pogłębiać problemy ze snem, a osoby mające za niskie ciśnienie mogą się czuć wyczerpane. Alergikom dokuczają obecnie pyłki pokrzywy i zarodniki grzybów pleśniowych. Więcej Wyborcza.pl/tylkozdrowie PROGNOZĘ DOSTARCZA METEOGROUP Przynajmniej do soboty w pogodzie niewiele się zmieni, nadal silny i rozległy wyż atmosferyczny znad Półwyspu Skandynawskiego, a następnie znad Białorusi zapewni wysokie temperatury i dużo słońca. Ro

  • Ze śmierci nie można się wybudzić

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie WOJCIECH MOSKAL 23-07-2014

    - Chłopaka przywieziono do nas w stanie skrajnie ciężkim, z wielonarządowymi obrażeniami. Robiliśmy, co w naszej mocy, żeby go uratować. Nie udało się. Zaczęliśmy podejrzewać śmierć mózgu. Specjalna komisja złożona z lekarzy różnych specjalności potwierdziła te przypuszczenia - opowiadał Marek Nikiel, dyrektor Dolnośląskiego Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu. To nie wystarczyło. Przeciwko odłączeniu chłopca od respiratora protestować zaczęli jego koledzy. Wsparli ich dominikanin ojciec Stefan Norkowski i skompromitowany w środowisku medycznym "specjalista od wybudzania ze śpiączki" prof. Jan Talar. Prawicowe media zawyrokowały: lekarze chcą chłopca zabić. Te ostatnie, często określające siebie jako głos ludzi wierzących, zapomniały chyba, że Kościół w kwestii stwierdzania śmierci i pobierania narządów wypowiadał się już nieraz. Jan Paweł II podczas Światowego Kongresu Towarzystwa Transplantologicznego w Rzymie w 2000 r. mówił: "Należy zaszczepić w sercach ludzi, zwłaszcza młodych, szczere i głębokie przekonanie, że świat potrzebuje braterskiej miłości, której wyrazem może być decyzja o darowaniu narządów", oraz: "Przyjęte kryterium, na podstawie którego stwierdza się śmierć, czyli całkowite i nieodwracalne ustanie wszelkiej aktywności mózgowej, jeśli jest rygorystycznie stosowane, nie wydaje się pozostawać w sprzeczności z istotnymi założeniami rzetelnej antropologii". Dla niektórych owe kryteria absolutnie nie są jednak wiążące. Z reguły padają argumenty i przykłady wybudzeń pacjentów ze śpiączki. Od 12 do 24 godzin Od 12 do 24 godzin - Śpiączka to stan, w którym chory nie reaguje na bodźce zewnętrzne. Śpiączka może być bardzo głęboka lub bardzo płytka, odwracalna lub nieodwracalna. Jeżeli mamy do czynienia ze śmiercią mózgu, czyli sytuacją, w której doszło już do martwicy tkanki mózgowej, śpiączka jest zawsze nieodwracalna - tłumaczy prof. Romuald Bohatyrewicz, kierownik Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego. - Nie ma możliwości wybudzenia osoby, u której stwierdzono śmierć mózgu. U żadnego z pacjentów wybudzonych przez prof. Talara ani wybudzonych w jakimkolwiek innym ośrodku, nikt nie stwierdził wcześniej śmierci mózgu zgodnie z kryteriami. Polskie prawo określa, że śmierć jest zjawiskiem zdysocjowanym, czyli ogarnia tkanki i układy w różnym czasie. Niektóre funkcje lub ich części mogą utrzymywać się przez pewien czas w oderwaniu od innych, wcześniej obumarłych. Szczególną sytuacją jest ta, w której śmierć objęła już mózg, a krążenie krwi jest jeszcze zachowane. "W tych przypadkach to stan mózgu determinuje życie lub śmierć człowieka" - mówi obwieszczenie ministra zdrowia. - Takich sytuacji będziemy mieli coraz więcej. Coraz sprawniejsze i szybsze służby medyczne są często w stanie przywrócić krążenie u człowieka, u którego doszło już do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu - mówi prof. Bohatyrewicz. W jaki sposób stwierdza się śmierć mózgu? Nie jest to wcale proste, pobieżne i krótkie. - Przejście przez całą procedurę zajmuje przeciętnie od 12 do 24 godzin i zawsze jest poprzedzone próbami leczenia chorego - mówi prof. Bohatyrewicz. Udział w orzeczeniu śmierci mózgu bierze komisja złożona z trzech osób: anestezjologa, neurologa lub neurochirurga oraz lekarza innej specjalności. - W skład komisji nigdy, podkreślam - nigdy, nie wchodzą lekarze, którzy ewentualnie później mogą przeprowadzać zabieg transplantacji - wyjaśnia prof. Bohatyrewicz. Pierwszy etap to tzw. wysunięcie podejrzenia śmierci mózgu. Lekarze muszą wtedy stwierdzić m.in., że pacjent jest w śpiączce, jest sztucznie wentylowany, wystąpiło uszkodzenie mózgu i jest ono nieodwracalne. Z drugiej strony w tym samym czasie starają się wykluczyć, że pacjent jest w stanie hipotermii, ma głębokie zaburzenia metaboliczne lub hormonalne, uległ zatruciu i jest pod wpływem środków farmakologicznych, np. narkotyków, neuroleptyków, środków nasennych czy zwiotczających mięśnie. Kolejny etap to badania potwierdzające śmierć mózgu. Lekarz potwierdza brak tzw. odruchów pniowych: reakcji źrenic na światło (nie zwężają się), odruchu rogówkowego (po odsłonięciu gałki ocznej i dotknięciu trzykrotnie rogówki jałowym wacikiem powieki się nie zamykają), reakcji na bodźce bólowe (lekarz m.in. uciska płytkę paznokciową i okolice wyjść nerwów czaszkowych na twarzy), odruchu wymiotnego i kaszlowego (po wprowadzeniu zgłębnika do gardła i przełyku oraz tchawicy i oskrzeli), ruchów gałek ocznych przy próbie kalorycznej (wlewaniu zimnej wody do ucha), odruchu oczno-mózgowego (zmiany ułożenia gałek ocznych przy zmianie ułożenia głowy). Lekarz potwierdza również obecność trwałego bezdechu - sprawdza, czy pacjent po odłączeniu od respiratora na 10 minut nie podejmuje prób zaczerpnięcia powietrza mimo wzrostu stężenia dwutlenku węgla we krwi (to nasz najsilniejszy bodziec oddechowy). Wszystkie powyższe badania przeprowadza się w kilkugodzinnych odstępach, a czas pomiędzy badaniami jest szczegółowo określony i różny dla różnych przypadków klinicznych. Niekiedy rodzina zgłasza lekarzom, że u ich bliskiego pojawiają się jakieś ruchy, np. twarzy, palców, tułowia czy stóp. Objawy te jednak pochodzą z rdzenia kręgowego lub nerwów obwodowych i nie oznaczają, że mózg pacjenta żyje. Zmarłych się nie leczy Zmarłych się nie leczy Obwieszczenie ministra zdrowia stwierdza, że przed rozpoczęciem procedury orzekania o śmierci mózgu konieczna jest odpowiednio długa obserwacja wstępna. W przypadku pierwotnych uszkodzeń mózgu czas ten powinien wynosić co najmniej 6 godzin. W przypadku uszkodzeń wtórnych, spowodowanych m.in. takimi czynnikami, jak: niedotlenienie, udar niedokrwienny mózgu, zatrzymanie krążenia czy hipoglikemia, czas ten ma wynosić co najmniej 12 godzin. Niekiedy zachodzi konieczność przeprowadzenia dodatkowych badań - instrumentalnych. Dzieje się tak np., gdy doszło do uszkodzeń twarzoczaszki i nie ma możliwości przeprowadzenia wymienionych powyżej czynności. Można wtedy zastosować: badanie EEG (badanie bioelektrycznej aktywności mózgu), multimodalne potencjały wywołane, czyli rejestrowanie reakcji mózgu, np. na bodźce wzrokowe lub słuchowe, ocenę krążenia mózgowego za pomocą angiografii mózgowej, przezczaszkowego USG bądź scyntygrafii perfuzyjnej. Zgodnie z obwieszczeniem ministra zdrowia od chwili stwierdzenia przez komisję śmierci mózgu badany jest uznawany za zmarłego. Z tą chwilą ustępuje obowiązek terapeutyczny wobec pacjenta i należy stwierdzić zgon nawet mimo utrzymującej się czynności serca. - Nigdzie w świecie nie leczy się osób zmarłych. Dlatego też po stwierdzeniu śmierci mózgu można zakończyć wszelkie formy leczenia z wentylacją włącznie i wyłączyć respirator. Można też w przypadku przygotowania do pobrania narządów przez kilka godzin podtrzymywać krążenie i wentylację do czasu przybycia zespołów transplantacyjnych. Szczególnym przypadkiem może być kobieta ciężarna. Można podjąć bardzo trudną próbę podtrzymania czynności życiowych organizmu zmarłej do czasu osiągnięcia przez płód zdolności do życia. Potem wykonywane jest cięcie cesarskie i kończone jest podtrzymywanie czynności życiowych u matki - mówi prof. Bohatyrewicz. - Człowiek, u którego zgodnie z obowiązującymi kryteriami stwierdzono śmierć mózgu, nie żyje i żadne protesty tego nie zmienią. W przypadku skutecznej transplantacji pobranych od niego narządów może żyć w kimś innym, dając mu życie, co jest swego rodzaju aktem miłości bliźniego, co wielokrotnie podkreślał Jan Paweł II - podsumowuje prof. Bohatyrewicz. Na Wyborcza.pl/tylkozdrowie: "Prof. Jan Talar - lekarz, który się pogubił" Przed wrocławskim szpitalem protestowali znajomi 17-letniego Kamila, ofiary wypadku drogowego. Nie chcieli się pogodzić z diagnozą lekarzy, którzy orzekli śmierć mózgu. Profil na Facebooku, na którym oskarżyli ich o "eutanazję" i "zdobywanie narządów", polubiło 100 tys. osób. To pokazuje, jak niewielka jest wiedza o śmierci mózgu i prawie, które obowiązuje lekarzy.

  • Leczą najgorszy ból alkoholem

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie BARBARA STANISZ 23-07-2014

    - To metoda tzw. neurolizy. Do splotu nerwowego wstrzykuje się substancję, która rozpuszcza połączenia nerwowe, dzięki czemu blokuje przewodzenie impulsów. Ta substancja to alkohol etylowy lub fenol - opowiada szef Katedry i Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii na Uniwersytecie Medycznym prof. Andrzej Kübler. - Pacjent nie jest pijany, bo alkoholu potrzeba niewiele, zaledwie kilkanaście mililitrów, i nie trafia on bezpośrednio do krwiobiegu. Zastrzyki z alkoholu redukują lub likwidują ból, ale nie wpływają na czucie czy ruchy pacjenta. W przeciwieństwie do morfiny nie przynoszą niepożądanych efektów, takich jak senność, brak apetytu, swędzenie skóry czy uporczywe zaparcia. Nie są jednak podawane każdemu. - Zabieg stosuje się u pacjentów chorych na nowotwory narządów w jamie brzusznej i okolicach miednicy, raka narządów rodnych u kobiet i w ostrych stanach zapalnych brzucha, np. trzustki. Innymi słowy - w najbardziej bolesnych przypadkach. Neuroliza pozwala chorym zachować pewien komfort życia - wstają z łóżka, jedzą z apetytem - opowiada prof. Kübler. Poziomu bólu nie da się ustalić obiektywnie, pacjenci wskazują na skali przypominającej linijkę stopnie od 0 do 10. Gdy ból staje się nie do wytrzymania, czyli w przedziale między 8 a 10, mogą zakwalifikować się do zabiegu. Wykonuje się go pod narkozą, bo wbicie kilkunastocentymetrowej igły w okolice kręgosłupa samo w sobie jest bolesne. Metoda leczenia bólu alkoholem nie jest nowa. Lekarze już wcześniej wykonywali w Polsce ten zabieg. Teraz jednak wraca do łask, bo aparaty rentgenowskie pozwalają na bardziej precyzyjne wprowadzanie płynu w splot nerwowy i metoda stała się bardziej skuteczna. Prof. Kübler od lat zajmuje się problemem bólu, stworzył w USK poradnię bólu. Pacjenci mogą tu liczyć na indywidualną opiekę. Cierpieniu poświęca się tu więcej uwagi - na innych oddziałach lekarze skupiają się przede wszystkim na leczeniu choroby będącej przyczyną bólu, a nie na nim samym. Rozmowy o dolegliwościach bólowych są dłuższe i wnikliwe, często przydaje się pomoc psychologiczna. Terapię farmakologiczną dobiera się tak, żeby nie siać spustoszenia w całym organizmie, stosuje się też fizjoterapię, akupunkturę, elektryczną stymulację nerwów, kinezyterapię, czyli leczniczą gimnastykę. Poradni takich jak wrocławska jest w Polsce więcej. - W ubiegłym roku Narodowy Fundusz Zdrowia podpisał umowy z 203 placówkami realizującymi świadczenia medyczne w zakresie leczenia bólu. Wartość podpisanych umów w tym zakresie wyniosła wtedy ponad 20 mln 700 tys. zł - wylicza Sylwia Wądrzyk, główny specjalista z biura komunikacji społecznej w centrali NFZ. Zdaniem praktyków to jednak za mało. - Chciałbym, żeby kontrakt z NFZ pozwalał nam na częstsze wykonywanie tych procedur. Mam nadzieję, że wkrótce uda się wynegocjować więcej - mówi prof. Kübler. W Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu pacjenci cierpiący na najbardziej bolesne choroby są leczeni alkoholem. Lekarze wstrzykują im niewielką ilość 50-procentowego roztworu C2H5OH. Ból łagodnieje lub znika.

  • Czasem zdarza się cud

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie ROZMAWIAŁA KATARZYNA KUBISIOWSKA 23-07-2014

    Jeszcze w latach 90. trafić jako pacjent na onkologię równało się wyrokowi śmierci. Lekarze niechętnie wybierali tę specjalizację, a księża niechętnie odwiedzali chorych. Justyna: Stojąc 20 lat temu w kolejce w szpitalnej stołówce, usłyszałam, że onkologię nazywa się "umieralnią". Od tego czasu wiele się zmieniło, nikt teraz w ten sposób nie powie, coraz więcej ludzi wychodzi z raka. Mówi się o pięcioletnim przeżyciu bez nawrotu choroby jako o stanie zupełnego wyleczenia. Gdybym wiedziała to wtedy, przyniosłoby mi to ulgę. Nie wiedziała pani? Justyna: Poruszałam się po omacku, nie miałam warsztatu i pojęcia, jak się rozmawia z gasnącym, świadomym tego człowiekiem. Potem zaczęłam się dokształcać: poza Polską uczestniczyłam w treningach i warsztatach psychoonkologicznych. Zrozumiałam, że rozmową można leczyć, nawet umierającego. Jak? Justyna: Pamiętam pana w paliatywnej fazie choroby, z którym trudno było się porozumieć, pielęgniarki bardzo na niego narzekały. Mnie wydawał się niezwykle samotny. Przyszłam do niego, próbowałam zagaić, ale nic z tego nie wychodziło. Spróbowałam raz jeszcze. "Czy mogłabym coś dla pana zrobić?" - spytałam. Teraz już jakby czekał. Mówi, że tak, i wręcza wyrwany skrawek z gazety, a na nim zapisany numer telefonu. "To numer mojej córki, która mieszka w Stanach, nie widziałem jej od dwudziestu sześciu lat". "Chciałby pan do niej zadzwonić?". "Nie, chciałbym, żeby pani to zrobiła i powiedziała, że jestem chory. I że zostało mi niewiele czasu". Zadzwoniłam. Po trzech dniach zobaczyłam córkę w szpitalu. Pacjenci, którzy leżeli z tym panem w sali, zorientowali się, że to wyjątkowy moment, i wyszli na korytarz. Ta dwójka została sama, rozmawiali. Nazajutrz rano zobaczyłam, że jego łóżko jest zasłane. Rozmowa dała temu panu wewnętrzną zgodę na odejście. A mnie córka już później wyznała, że po moim telefonie rzuciła z furią słuchawką. "Jak on śmie?! - mówiła do siebie. - Nie zajmował się mną, kiedy go najbardziej potrzebowałam, a gdy umiera, dzwoni i chce, żebym go łyżeczką karmiła?!". Po wściekłości przyszedł żal, a potem poczucie winy - no bo to jednak ojciec, i do tego chory. "Wie pani - mówiła spokojnie - czułam wobec niego przez te dwadzieścia sześć lat złość, ale zawsze zamiatałam ją pod dywan". Musiała bardzo cierpieć. Justyna: Miała kilkanaście lat, kiedy ojciec odszedł z domu. Zniknął na lata, ale zanim to się stało, połączyła ich silna więź. Dlatego ta sytuacja wywołała w niej tak potężne emocje. "Wiele razy rozmyślałam o tym - mówiła - jak mu wykłuję oczy, gdy go spotkam". Była prezesem dużej firmy, zawsze wobec siebie surowa, wymagająca. "Gdy dotarło do mnie, ile mam sadystycznych wyobrażeń na temat tego, co ze wściekłości zrobię własnemu ojcu - mówiła - zalała mnie fala żalu i współczucia dla samej siebie. Całe szczęście, że to był weekend, bo trzy dni przepłakałam". Wie pani, co powiedział jej ojciec? Justyna: Że się cieszy, że przyjechała, i że chce ją przeprosić, że nie byli razem przez te lata, żałuje tego bardzo. Że jest dla niego ważna. Że ją kochał przez cały czas. I teraz też kocha. Czy zdarza się, że przychodzi do pana pacjent z rozpoznaniem ostatniego, czwartego stadium, a okazuje się, że jest dobrze, i choroba ustępuje? Cezary: Kiedyś trafiła do mnie Kasia Januszczyk, sopranistka, wschodząca gwiazda opery. Najpierw rozpoznano u niej raka jelita grubego, do mnie przyszła już po pierwotnym leczeniu i z przerzutami do wątroby. Podaliśmy Kasi jedną chemię, miała na nią dobrą, niespodziewanie długą odpowiedź. Ale po dwóch latach ponownie pojawiły się przerzuty do wątroby. Wiedzieliśmy, że to zły moment, ale rozpoczęliśmy odpowiednio zmodyfikowane leczenie: podawaliśmy leki do tętnicy wątrobowej, chcieliśmy oszczędzić inne organy. Użyliśmy wszystkich możliwych sposobów, by przedłużyć jej życie. I znowu pozytywna odpowiedź, chemia zadziałała. Więcej - mija rok, drugi, trzeci, i raka nie ma. W końcu Kasia przychodzi do nas na kolejną konsultację i mówi, że ma takie głębokie przekonanie, wie to z góry, że będzie żyła, i chce urodzić dziecko. Powiedzieliśmy: "Dobrze" - bo upłynęło już kilka lat i nie obserwowaliśmy wznowy. I Kasia urodziła dziewczynkę, Ninoczkę - niezwykły moment w życiu osoby doświadczonej takim dramatem. Dziecko świetnie się chowało. A myśmy uwierzyli, że to cud. Był? Cezary: Do czasu. Po czterech latach spotkaliśmy się przypadkiem przed teatrem, ona rzuca mi się na szyję, wita się, jest szczęśliwa, rozpromieniona: "Panie profesorze, pan nie uwierzy? Jestem w drugiej ciąży". Ona i jej mąż żyli w przekonaniu, że raka mają za sobą. Ja też tak myślałem, bo to, co się do tej pory wydarzyło, było nieprawdopodobne. Mija miesiąc i Kasia pojawia się w klinice. Ma nawrót, rak postępuje błyskawicznie, dziewczyna dosłownie ginie w oczach. Zastanawiamy się, czy podać jej chemię, która mogłaby uszkodzić płód, bo to był pierwszy trymestr ciąży. Wspólnie z położnikami podejmujemy decyzję, że nie będziemy jej leczyć, wiemy, że Kasia umiera, i postaramy się ją zachować przy życiu tak długo, by dziecko doszło do wagi urodzeniowej. W szóstym miesiącu Kasia siłami natury rodzi córeczkę, a dwa tygodnie później umiera. Wcześniak ma dramatyczne powikłania, szwankują nerki, w czasie akcji reanimacyjnej łamią mu rączkę, przyplątuje się posocznica. Ale ze wszystkich tych kłopotów wychodzi. Cud. Cezary: Jest w tym cudzie ogromny udział medycyny - w jaki sposób i na jakim stopniu zaawansowania choroba była zdiagnozowana i leczona. To wymagało wielu dyskusji i wertowania literatury w poszukiwaniu najlepszego rozwiązania. W rezultacie Kasia mogła urodzić dwoje zdrowych dzieci. Justyna: Mąż Kasi, Radek, towarzyszył żonie przez całe chorowanie, co nie jest oczywiste. Jest dyrygentem. Gdy spotykaliśmy go w filharmonii, to zawsze opowiadał o Kasi z niesłychanym entuzjazmem. Jak dzielnie radzi sobie z chorobą i nie dopuszcza innej myśli niż takiej, że to wszystko skończy się wyleczeniem. Godne podziwu. Justyna: Gdy ktoś słyszy, że żyła potem jeszcze cztery lata, mówi: "Mój Boże, tylko cztery lata? I o to była cała ta batalia?". A dla chorego i jego rodziny to kawał czasu, to cud. Kasia w długich okresach remisji mogła normalnie żyć, założyła rodzinę, studiowała śpiew w Stanach, gdzie uczestniczyła w programie operowym dla młodych talentów. Gdy umarła, Radek siedział miesiącami przy inkubatorze, w którym leżała ich córeczka. Miał w sobie wiarę, że skoro Kasia umarła, to ich dziecko musi przeżyć. Kiedyś zadzwonił do mnie, by powiedzieć, że właśnie odebrał małą ze szpitala i teraz już będą razem. Było mu trudno z dwójką maleńkich dzieci, przychodziły momenty zwątpienia, wydawało mu się, że nie wykrzesze z siebie dość siły. W takich chwilach rozmawiał z uwewnętrznionym obrazem Kasi i ona mu zsyłała pomoc, tak mówił. Cezary: Opowiem pani jeszcze o Kasi Bryniarskiej. Dziewczyna z pani miasta, z Krakowa. Pojawiła się u nas jako dwudziestotrzylatka z bardzo rzadkim nowotworem - W literaturze fachowej znaleźliśmy informację, że w tej chorobie skuteczny mógłby się okazać Glivec. Podaliśmy go Kasi. Guz powolutku zaczął się zmniejszać, a po trzech latach nie było po nim śladu. Kasia szczęśliwie wyszła za mąż, urodziła dziecko, dziś jest całkowicie zdrowa. Justyna: Kasia pojawiła się na treningu pomocy psychoonkologicznej, który prowadziłam z koleżanką z Krakowa. Łagodna, uśmiechnięta kobieta, wewnętrznie przyjmująca to, co jest rzeczywistością, i zarazem gotowa pomagać sobie i innym. Bardzo dobrze, że Kasia zajęła się psychoonkologią. Cezary: Narodowy Fundusz Zdrowia nie chciał Kasi zrefundować Glivecu, bo to była niestandardowa chemia. Aby zgromadzić finanse, Kasia musiała się pozbyć całego majątku, łącznie z mieszkaniem. Pamiętam, że nawet bank, w którym pracowała, wspomógł ją finansowo - godna podziwu postawa. Po zakończonym leczeniu Kasia uznała, że powinna wystąpić do NFZ-u o odszkodowanie. Konsultant krajowy poproszony przez sąd o opinię w sprawie refundacji napisał, że moje postępowanie było nieetyczne, gdyż użyłem leku, który nie ma wskazania w leczeniu tego rodzaju nowotworu. Sąd poprosił o opinię drugiego eksperta, który powiedział, że całe szczęście, że Kasia trafiła do mnie. Dzięki temu nie odrąbano jej ręki w barku i normalnie żyje. Opowie pan, jak było w sądzie? Cezary: W składzie sędziowskim były trzy kobiety, widziałem łzy w ich oczach, kiedy Kasia opowiadała, ile musiała znieść w chorobie niepewności, strachu, cierpienia fizycznego i psychicznego. Pokazaliśmy zdjęcia - od wielkiego guza do zera, i dziś dziewczynę żywą, sprawną. Kaśka popłakała się na sali, a ja razem z nią. Byłem napięty do granic możliwości - no bo jak można funkcjonować w świecie, w którym poszukiwanie nowych metod leczenia na podstawie danych naukowych jest nazywane postępowaniem niezgodnym z etyką lekarską? Wygraliśmy ten proces, a prawnik reprezentujący NFZ już na wstępie powiedział, że wie, że stoi na przegranej pozycji. Obie te historie dowodzą, że jednak ważna w chorowaniu jest odporność psychiczna i determinacja pacjenta. Cezary: Obserwuję chorych z identycznym stopniem zaawansowania tego samego nowotworu, leczonych w identyczny sposób. Niektórzy umierają szybko, a inni żyją. Ale teraz wiemy też, że nowotwory, które w barwieniach histochemicznych wypadają tak samo, mogą się różnić na poziomie molekularnym i inaczej się rozwijać. Rak płuca u jednego człowieka i rak płuca u drugiego różnią się tak, jak my się różnimy liniami papilarnymi. Współczesna onkologia zmierza do tego, by ustalać indywidualny zapis zmian genetycznych, które doprowadziły do rozwinięcia się nowotworu. Dotąd rozpoznania opierały się na barwieniu patologicznej tkanki... Cezary: A teraz na identyfikacji uszkodzonych lub nadaktywnych genów. Dopiero ta wiedza będzie nam dawała możliwość stosowania bardzo precyzyjnych metod diagnozowania i leczenia. Barwienia histochemiczne, których używa się do rozpoznawania nowotworów, są niesłychanie powierzchowne. Zmierzam do tego, że to nauka zmienia naszą percepcję świata, a więc także choroby i cudu. Należy oczekiwać, że wiele zdarzeń będziemy wkrótce interpretowali zupełnie inaczej niż dotychczas. ---------- *JUSTYNA PRONOBIS-SZCZYLIK - psycholog kliniczny, psychoterapeutka i psychoonkolożka. Zajmuje się wsparciem psychologicznym dla chorych na raka i ich rodzin, psychoterapią zaburzeń lękowych, depresyjnych, psychosomatycznych, a także reakcji na kryzys oraz traumę. Prowadzi seminarium z psychoonkologii dla studentów psychologii i słuchaczy Studium Psychoterapii w Laboratorium Psychoedukacji. Współtworzy Warszawski Ośrodek Psychoterapii i Psychiatrii **CEZARY SZCZYLIK - profesor nauk medycznych specjalizujący się w onkologii, hematologii i chorobach wewnętrznych. W 1983 roku razem z profesorem Wiesławem Jędrzejczakiem dokonał pierwszego w Polsce przeszczepu szpiku kostnego. W roku 1993 objął kierownictwo Kliniki Onkologii w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie. Jest członkiem wielu towarzystw naukowych, komisji, fundacji, autorem ponad 150 prac naukowych ---------- Fragmenty książki Katarzyny Kubisiowskiej "Rak po polsku. Rozmowa z Justyną Pronobis-Szczylik i Cezarym Szczylikiem", wydawnictwo Czarne Na sali sądowej pokazaliśmy zdjęcia - od wielkiego guza do zera, i dziś dziewczynę żywą, sprawną. Kaśka się popłakała, a ja razem z nią. Jak można funkcjonować w świecie, w którym poszukiwanie nowych metod leczenia na podstawie danych naukowych jest nazywane postępowaniem niezgodnym z etyką lekarską?

  • Jak dziecko zmienia mężczyznę

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie PROF. ALEKSANDER ARASZKIEWICZ* (PSYCHIATRA) 23-07-2014

    Narodziny dziecka mogą zwiększać ryzyko pojawienia się depresji u mężczyzn - ostrzegają naukowcy z Eastern Virginia Medical School w Norfolk. Zebrali dane z 43 różnych prac badawczych, w których wzięło udział 28 tys. mężczyzn i kobiet. Z ich analizy wynika, że aż 10,4 proc. ojców zapada na depresję w ciągu pierwszego roku po narodzinach dziecka. Kryteria poporodowej depresji klinicznej u kobiet są ściśle zdefiniowane. Mają związek z gospodarką hormonalną, podłożem psychologicznym, bólem podczas porodu. W przypadku mężczyzn uważam, że częściej chodzi o zaburzenia adaptacyjne niż chorobę, choć teorię o depresji potwierdzali też naukowcy z Northwestern University Feinberg School of Medicine w Chicago. Uważam jednak, że jest to określenie nadużywane. Rozmawiałem ostatnio ze znajomym. Został ojcem, mając 21 lat. W tym wieku miał już nieźle prosperujący biznes i oczekiwał narodzin syna. Na świat przyszła córka. To był dla niego szok. Nie przyjmował do wiadomości tego faktu. Chciał syna, by w przyszłości przekazać mu majątek i władzę w firmie. Dopiero po 30 latach przyznał, że długo zmagał się z tym problemem. Trudno to jednak nazwać depresją - raczej rozczarowaniem, które oczywiście ma ogromny wpływ na dziecko. Świadomie lub nieświadomie dajemy mu odczuć, że nie spełnia naszych oczekiwań. Jak wspomniałem, w przypadku mężczyzn można raczej mówić o zaburzeniu adaptacyjnym - niektórzy boją się, że sobie nie poradzą w nowej sytuacji, obawiają się odpowiedzialności za zupełnie bezbronnego człowieka, zmian, jakie dziecko wniesie w związek z partnerką. Oczywiście nie kwestionuję, że część z nich może cierpieć na depresję. Mężczyźni o słabszej osobowości mogą sobie nie radzić z nową i wymagającą dla nich sytuacją. Bywają też skrajnie inne zachowania świeżo upieczonych ojców - wielu z nich dosłownie traci głowę dla swoich pociech. I to jest bardzo pozytywna reakcja. Bezwarunkowa miłość, jaką obdarzamy dziecko, to największy kapitał, jaki możemy mu dać na przyszłość. ---------- *kierownik Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UMK w Bydgoszczy Narodziny dziecka mogą zwiększać ryzyko pojawienia się depresji u mężczyzn - ostrzegają naukowcy z Eastern Virginia Medical School w Norfolk. Zebrali dane z 43 różnych prac badawczych, w których wzię

  • Zawsze będę pamiętał tego misia

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie PROF. ZBIGNIEW WŁODARCZYK* (TRANSPLANTOLOG) 23-07-2014

    Zaczynałem wtedy moją przygodę z transplantologią - przygodę piękną, często trudną, a czasami bolesną. Od tego czasu minęło wiele lat, ale zawsze będę pamiętał małego, pluszowego misia z czarną łatką na uchu. Leżał przytulony do swojej Pani. Był przy Niej, kiedy ich samochód wpadł w poślizg i uderzył w drzewo. Był przy Niej, z kropelkami Jej krwi na pluszowej sierści, ściskany już nieprzytomną drobną dłonią rudowłosej dziewczynki, kiedy ambulans na sygnale wiózł ich do szpitala, w którym wtedy pracowałem. Był przy Niej, kiedy neurochirurdzy desperacko walczyli o Jej życie, i potem, kiedy już nic nie można było zrobić, bo dokonała się śmierć mózgu. Nie mógł przecież zostawić swojej Pani. Przytulał się do Niej, kiedy na łóżku szpitalnym wjeżdżała na salę operacyjną. Nie żyła już od kilkunastu godzin, i chociaż Jej serce jeszcze biło, a płuca poruszał bezduszny respirator, już nic nie widziała, nie czuła, nie wspominała. Odeszła? Kiedy zespoły transplantacyjne skończyły pobranie serca i nerek, wyszedłem na korytarz. Na pustym już łóżku szpitalnym leżał samotnie mały, pluszowy miś z czarną łatką na uchu. Nie wiedział - bo przecież małe pluszowe misie tego nie wiedzą - że jego Pani już nie wróci? Kilka dni później wezwano mnie na konsultację na oddział kardiochirurgii. Już wychodziłem, kiedy go zobaczyłem - to był ten sam pluszowy miś z czarną łatką na uchu. Leżał przytulony do małej, może dziesięcioletniej czarnowłosej dziewczynki, ściskany jej drobną rączką. Klatkę piersiową dziewczynki przykrywał opatrunek, ale nie była już zaintubowana - spała spokojnym snem. Mógłbym przysiąc, że mały, pluszowy miś wsłuchiwał się w bicie serca, zdziwiony, że to znowu bicie serca jego Pani? ---------- *kierownik Kliniki Transplantologii i Chirurgii Ogólnej Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 w Bydgoszczy Lekarko, lekarzu, chcesz się podzielić swoimi doświadczeniami z przychodni czy ze szpitala? Opowiedzieć o przypadku, którego nigdy nie zapomnisz? Napisz do nas: zdrowie@wyborcza.pl Zaczynałem wtedy moją przygodę z transplantologią - przygodę piękną, często trudną, a czasami bolesną. Od tego czasu minęło wiele lat, ale zawsze będę pamiętał małego, pluszowego misia z czarną łatką

  • Pytanie do prawnika

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie DR HAB. JUSTYNA ZAJDEL*, NOT. ACZ 23-07-2014

    Po ukończeniu 18. roku życia rodzice pacjenta przestają mieć jakiekolwiek prawo do uzyskiwania informacji na jego temat, chyba że pacjent wyraźnie (na piśmie) upoważni ich do pozyskiwania informacji. W przypadku gdy lekarz udzieli informacji rodzicom, którzy nie zostali upoważnieni przez dorosłego pacjenta, może ponieść odpowiedzialność za naruszenie tajemnicy lekarskiej. A jednym z podstawowych obowiązków lekarza jest jej zachowanie. Zgodnie z ustawą o prawach pacjenta i rzeczniku praw pacjenta pacjent ma prawo do zachowania tajemnicy przez osoby wykonujące zawód medyczny. Wbrew potocznym opiniom najbliższa rodzina dorosłego pacjenta nie może otrzymywać żadnych informacji na jego temat bez wyraźnego upoważnienia z jego strony. Bo to, że ktoś jest rodzicem chorego, nie oznacza prawa do uzyskiwania informacji na temat jego stanu zdrowia. Pełnoletni pacjent ma również prawo do tego, aby nie wskazywać w dokumentacji szpitalnej żadnej osoby, która będzie mogła pozyskiwać od lekarzy informacje na temat jego stanu zdrowia i wdrażanego leczenia. Ponadto polskie prawo nie przewiduje możliwości udzielania informacji o stanie zdrowia przez telefon bez względu na to, czy dzwoni osoba podająca się za pacjenta, osobę upoważnioną przez pacjenta czy też ktoś, kto podaje się np. za pracownika jakiegoś urzędu czy innego organu. Informacja może zostać przekazana w ten sposób wyłącznie w sytuacji, gdy kontakt z pacjentem nawiązywany jest przez lekarza, który dzwoni pod wskazany przez pacjenta numer. ---------- *ADIUNKT W ZAKŁADZIE PRAWA MEDYCZNEGO UNIWERSYTETU MEDYCZNEGO W ŁODZI Masz pytanie do prawnika? Napisz: zdrowie@wyborcza.pl W maju skończyłam 18 lat. Czy moi rodzice nadal mają prawo bez uzgodnienia ze mną pozyskiwać informacje na temat wyników badań i historii choroby, np. przez telefon?

  • Joga - relaks, szczęście, orgazm

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie MAGDALENA DEREWECKA 23-07-2014

    Zaczęło się na początku lipca. Fronda.pl apelowała: "Zachęcamy poznaniaków, by przyszli i wyrazili swoje niezadowolenie z faktu, że promuje się mieszkańcom miasta demoniczny relaks, który zagraża życiu wiecznemu". Dziennikarzy Frondy oburzyły otwarte dla wszystkich ćwiczenia w parku. Do bojkotu jogi chętnych zabrakło, a na ćwiczenia pod gołym niebem przyszły tłumy. Wtedy portal zabrał się do opisywania szkodliwości jogi. Lista zagrożeń jest długa: drgawki, niepokój, fale gorąca, ale złem mają być też uczucie szczęścia i spontaniczne orgazmy. I znowu fiasko - bo trudno o lepszą reklamę zajęć jogi. Czy joga naprawdę wzmaga doznania seksualne i zwalcza smutek? Czy portal ma rację? OTO LISTA ZARZUTÓW FRONDY I ICH NAUKOWE WYJAŚNIENIE: OTO LISTA ZARZUTÓW FRONDY I ICH NAUKOWE WYJAŚNIENIE: 1. Joga powoduje objawy motoryczne - ciało zachowuje się dziwnie bez udziału woli. Może się ustawiać w dziwnych pozycjach albo mimowolnie się poruszać. - U żadnego z moich uczniów nigdy nie zauważyłam "dziwnych zachowań ciała bez udziału woli" - mówi Kasia Bem, dyplomowana nauczycielka jogi z długoletnim stażem. Obserwuję natomiast zwiększenie elastyczności ciała, poprawę zakresu ruchu, zmniejszenie napięć, polepszenie ukrwienia w całym ciele, usprawnienie pracy metabolizmu oraz korekcję kręgosłupa. Nie ma w tym nic dziwnego - tak właśnie działa joga na nasz organizm. Jeśli do tej pory nie mogliście się schylić przez ból pleców, a po regularnych ćwiczeniach jogi możecie, to rzeczywiście "zatrzymywanie się w dziwnych pozycjach", których do tej pory nie znaliście, może was niezmiernie zdziwić. Podobnie jak inne zmiany, które zachodzą w ciele. Regularna praktyka jogi działa bardzo wszechstronnie na organizm, w ogromnym stopniu poprawia jakość życia osób, które mają kłopoty z ruchem (szczegóły poniżej w tekście "Naukowcy o jodze: to działa!"). I to może wydawać się na początku zaskakujące. 2. Joga powoduje objawy audiowizualne, np. słyszenie gwizdania, syczenia, ryków albo fletu. Ale także "wewnętrznych głosów, przemawiających sensownie". Do tego widzenie kolorowego światła, które "oświetla wewnętrznie całą osobę lub poszczególne części jej ciała. Wewnętrzne światło może być na tyle jasne, że w odczuciu osoby oświetla ciemny pokój". Tak, głosy w głowie są na porządku dziennym u praktykujących. Ale spokojnie! To zazwyczaj są ich własne myśli. Tak naprawdę wszyscy je słyszymy cały czas, ale nigdy "wyizolowane". Kasia Bem tłumaczy to tak: - Żyjemy w świecie, w którym poddawani jesteśmy nadmiernej stymulacji zewnętrznej. Bodźce, na jakie jesteśmy codziennie narażeni, są przytłaczające. Stres, pośpiech i zgiełk skutecznie odcinają nas od chwil, w których przebywamy sami ze sobą w ciszy i spokoju. Jeśli nagle trafimy na pełne skupienia ćwiczenia jogi, rolę "głosów w głowie" mogą odegrać nasze własne myśli. Jeśli chodzi o widzenie światła, to też jest ono jak najbardziej możliwe, jeśli joga jest połączona z medytacją. Trzeba pamiętać, że medytacja i joga nie zawsze idą w parze, a medytacja nie jest praktyką przypisaną wyłącznie jodze. Medytacje zen, ignacjańskie czy świeckie też mogą wywołać takie fizyczne doznania. - Niezależnie od tradycji, w której medytujemy, proponowałabym skupienie się na badaniach naukowych, a nie na sensacyjnych doniesieniach - mówi Kasia i przywołuje naukowe ustalenia. Naukowcy z uniwersytetów Yale i Harvard stwierdzili, że mózg dzięki medytacji (tak samo jak nasze mięśnie dzięki asanom - pozycjom jogi) staje się większy. Medytacja wpływa na wzrost tkanek kory mózgowej w częściach odpowiedzialnych za odbiór i analizę informacji z narządów zmysłów oraz podtrzymanie świadomości, skupienia, koncentracji i uwagi. Struktura mózgu zmienia się już po dwóch miesiącach codziennej 30-minutowej medytacji. Według badań przeprowadzonych w bostońskim Massachusetts General Hospital największe zmiany zachodzą w hipokampie, czyli w części, która odpowiada za zdolność uczenia się, samoświadomość, uczucia i introspekcję. Według Richarda Davidsona, amerykańskiego naukowca, medytacja zwiększa aktywność lewej półkuli mózgu odpowiedzialnej za pozytywne emocje i doświadczenia emocjonalne, co przekłada się na wyższy poziom satysfakcji z życia, polepszenie samopoczucia i zmniejszenie napięcia. Podsumowując: medytację możemy traktować jak trening mózgu. Dzięki niej będziemy nie tylko skuteczniej zapamiętywać i przetwarzać informacje, łatwiej będziemy radzić sobie ze stresem, ale także na dłużej zachowamy jego młodość. Z tego względu chyba warto poświęcić jej chociaż chwilę, nawet jeśli przy tym czasem zobaczymy "kolorowe światło". 3. Joga powoduje reakcje psychiczne i somatosensoryczne - "nagły intensywny lęk, niepokój, depresja, nienawiść, spontaniczne przyspieszenie myśli, ich spowolnienie lub zupełne zatrzymanie". - Jeśli chodzi o "spontaniczne przyspieszenie myśli, ich spowolnienie lub zupełne zatrzymanie", to spróbuj na chwilę zamknąć oczy i zacznij spokojnie oddychać. W ciągu pięciu minut właśnie tego doświadczysz - taka jest natura umysłu i dokładnie takie procesy tam zachodzą - mówi Kasia Bem. Jeśli chodzi o depresję, niepokój czy lęk - joga je leczy. Działa jako naturalny antydepresant, który organizm wytwarza sam. Dzieje się tak dzięki obecnemu w mózgu kwasowi gamma-aminomasłowemu (GABA), którego ilość - według badań przeprowadzonych w 2007 roku na uniwersytecie w Bostonie - joga zwiększa. Wyższy poziom GABA pozwala nam zrelaksować się, dobrze spać i zwiększyć ogólną sprawność umysłową. "Nagła nienawiść" w żadnym wypadku nie jest wynikiem praktyki jogi. - Joga często opisywana jest jako ścieżka akceptacji, nieosądzania, otwartości i tolerancji. Jej pierwszą zasadą etyczną jest brak przemocy wobec wszystkich istot. Trudno dopatrywać się w tym nienawiści - komentuje Kasia. 4. Joga powoduje bóle w różnych częściach ciała, zatrzymanie lub przyspieszenie oddechu, ekstremalne uczucie ciepła lub zimna, mrowienie, wibracje, swędzenie lub łaskotanie. Te wszystkie odczucia mogą towarzyszyć jodze, jednak nie w ekstremalnym stopniu. Tak jak nie biegamy z kontuzją kolana, tak też nie praktykujemy wtedy jogi, gdyż może nas to narazić na ból. Jeśli ktoś ma niezaleczony jakikolwiek stan zapalny, to powinien najpierw udać się do lekarza i poddać się leczeniu. Jeśli trafimy na jogę "zza biurka" lub prowadzimy siedzący tryb życia i nie jesteśmy przyzwyczajeni do jakiejkolwiek formy ruchu, to rozciąganie sztywnych mięśni i więzadeł może się wiązać z uczuciem dyskomfortu czy nawet bólu. Poza tym intensywny wysiłek w każdej aktywności fizycznej przyśpiesza oddech i może rozgrzać ciało w stopniu odbiegającym od normy. Szkoda, że tak mało z nas zna ten - tak naprawdę przyjemny - stan. Uczucia ciepła czy nawet gorąca mogą być związane także z wykonywaniem specyficznych oddechów. Oddech w zależności od techniki, którą stosujemy w ćwiczeniach, rozgrzewa lub schładza organizm. Techniki oddechowe mają silne oddziaływanie na organizm, dlatego należy wykonywać je pod okiem doświadczonego nauczyciela. Natomiast u kobiet po 40. roku życia dochodzą objawy menopauzy, które także wywołują objawy ciepła i gorąca, ale to nie ma nic wspólnego z jogą. Jeśli kogoś niepokoi uczucie ciepła i zimna, mrowienie czy bóle, powinien po prostu przerwać wykonywanie danego ćwiczenia lub wykonać pozycję w miarę swoich możliwości. Warto też pamiętać o przeciwwskazaniach do uprawiania jogi. Mogą to być wspomniane już kontuzje, stany zapalne, a także problemy z układem oddechowym, kardiologiczne, niestabilność emocjonalna, problemy z psychiką. 5. Joga powoduje "nagłe intensywne stany ekstatyczne, szczęścia, pokoju, miłości, poświęcenia, radości, kosmicznej jedności". Już po "pierwszym razie" z jogą możemy poczuć się lepiej. Chodzimy wyprostowani (jakby ktoś pociągał nas do góry za niewidzialny sznurek), łatwiej i spokojniej nam się oddycha, znika poirytowanie i negatywne nastawienie do świata. Piszę z własnego doświadczenia. Byłam, ćwiczyłam i polecam wszystkim. Nawet tym, którzy łapią się za guzik na widok kominiarza i spluwają przez lewe ramię. Trzy razy. Szczęście, spokój i radość to stany przypisywane jodze. To także dzięki temu joga ma tylu zwolenników! Dlaczego tak się dzieje? Kasia Bem tłumaczy: - Joga poprawia nastrój - to dowiedzione naukowo - gdyż jej ćwiczenie, tak jak każdy rodzaj ruchu, podnosi poziom endorfin we krwi, czyli tzw. hormonów szczęścia. Ich niedobór natomiast sprzyja zaburzeniom nastroju, drażliwości i apatii. Dodatkowo po praktyce jogi jesteśmy spokojniejsi, dotlenieni, zrelaksowani, zrównoważeni i zadowoleni. To żadna tajemnica, tylko całkowicie naturalna reakcja fizjologiczna organizmu. 6. Joga powoduje "spontaniczne uczucie głębokiego orgazmu". Z orgazmem to nie taka prosta sprawa. Musimy rozczarować wszystkie kobiety spragnione głębokich doznań, które w tym momencie szukają zajęć najbliżej domu. Orgazm nie będzie nam tak po prostu dany na zajęciach. Ale... "Spontaniczny głęboki orgazm" może się zdarzyć na przykład za sprawą przystojnego nauczyciela jogi. Jeśli oczywiście będziemy o nim intensywnie myślały. Bo orgazm można przeżyć od samego myślenia. Albo podczas relaksu czy we śnie. Zawsze wtedy, kiedy wyłączona jest nasza kontrola. Wyjaśniała to dr Alicja Długołęcka, edukatorka seksualna, w wywiadzie dla "Wysokich Obcasów": "Ośrodki odpowiedzialne za reakcje seksualne w mózgu wysyłają sygnały do ośrodków niżej i na poziomie genitalnym kobieta zaczyna reagować. (...) Niektóre kobiety, które są bardzo zakochane i myślą o partnerze, są w stanie to przeżyć. Lub w relacji psychicznie intymnej, ale takiej bez dotykania. W pewnych sytuacjach patrzenie sobie w oczy i tajemne słowa mogą być stokroć bardziej stymulujące niż nie wiadomo jak wprawny penis lub dłoń". Czyli teoretycznie stan głębokiego relaksu i rozgrzane asanami ciało mogą doprowadzić do orgazmu. Szybciej zobaczycie za to, że po seansach jogi poprawiają się doznania erotyczne. - Asany sprawiają, że wszystkie narządy wewnętrzne, w tym te uczestniczące w przeżywaniu orgazmu, są lepiej ukrwione, co jak wiadomo, polepsza jakość doznań w seksie. Praktykując m.in. ashtanga jogę (stałe, dynamiczne sekwencje ćwiczeń), trzymamy tzw. mula bandhę, co w uproszczeniu można by porównać do ćwiczenia mięśnia łonowo-guzicznego, zwanego inaczej mięśniem Kegla. Ćwiczenia mięśnia Kegla mają na celu wzmocnienie i naukę kontrolowania mięśni dna miednicy. Jak wiadomo, wzmocnione i bardziej elastyczne mięśnie zwiększają satysfakcję seksualną kobiet - mówi Kasia Bem. Dodaje, że nauczyciele jogi doceniają te ćwiczenia jednak przede wszystkim dlatego, że pomagają walczyć z powszechną dolegliwością, jaką jest wysiłkowe nietrzymanie moczu czy występujące przy przekwitaniu opuszczanie narządów miednicy. Nasza ekspetka Nasza ekspetka KASIA BEM, Więcej na www.namastejoga.pl. "Demoniczny relaks, który zagraża życiu wiecznemu", "nagły stan szczęścia" i "spontaniczne uczucie głębokiego orgazmu" - tak ultrakatolicki portal Fronda.pl próbuje obrzydzić Polakom jogę. Kampania odniosła odwrotny skutek - teraz wszyscy chcą wiedzieć, czy joga rzeczywiście działa na umysł i ciało. Działa jak diabli.

  • "Demoniczne" asany

    [ TTZ RP ] - Tylko Zdrowie RED 23-07-2014

    1. Pies z głową w dół / Adho mukha svanasana 1. Pies z głową w dół / Adho mukha svanasana Rozciąga i wzmacnia mięśnie rąk, ramion i nóg, poprawia trawienie, łagodzi bóle pleców, uelastycznia kręgosłup, dotlenia mózg i zwalnia akcję serca, dzięki czemu usuwa zmęczenie. Przeciwwskazania: 2. Świeca / Sarvangasana 2. Świeca / Sarvangasana Ma szczególnie korzystny wpływ na układ hormonalny, nerwowy, poprawia wydolność układu krążenia. Nieprzypadkowo stanie na głowie nazywane jest "królową asan". Pomaga przy bezsenności, stanach niepokoju i obniżonego nastroju. Przynosi natychmiastową ulgę przy problemach z obniżaniem dna miednicy (ważne dla lepszego seksu!). Przeciwwskazania: 3. Trójkąt / Trikonasana 3. Trójkąt / Trikonasana Koryguje wady podstawy, uelastycznia i rozciąga kręgosłup, otwiera klatkę piersiową, promując dobrą postawę, usuwa sztywność nóg, co ma duże znaczenie w korekcji wad kręgosłupa. Przeciwwskazania: 4. Kąt zamknięty w leżeniu na plecach / Supta badha konasana 4. Kąt zamknięty w leżeniu na plecach / Supta badha konasana Reguluje miesiączki i zmniejsza bóle menstruacyjne, przynosi ulgę w zespole napięcia przedmiesiączkowego. Niweluje objawy menopauzy. Działa wzmacniająco na mięśnie dna macicy. Przeciwwskazania: Te pozycje, czyli asany, praktykowane regularnie pomogą ci osiągnąć zmiany, przed jakimi przestrzega Fronda.pl.

Polecane

  • Własny, przestronny, z ogródkiem

    Kupno domu kilku-, a zwłaszcza kilkudziesięcioletniego, niesie ze sobą spore ryzyko Jak i co sprawdzać kupując dom? Na co zwracać...

  • Sprawa z Poznania zwaliła mnie z nóg. Ale to incydent

    Rozmowa z Danutą Gadziomską * Karol Dolecki: Jak pani skomentuje to, co się stało w Poznaniu? Danuta Gadziomska: Bez wątpienia p...

  • Minus 79 sądów rejonowych

    Minister sprawiedliwości mimo protestów sędziów, PSL-u i opozycji podpisał rozporządzenie likwidujące 79 małych sądów rejonowych ...

  • Kradli pod nosem szefa

    Z kasy Biura Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Katowicach wyparowało co najmniej pół miliona złotych. Z tego powodu kierująca...

  • W SKRÓCIE

    Porodówka w remoncieOddział położniczy w szpitalu Biziela przechodzi gruntowny remont. - Wymieniana jest instalacja elektryczna,...

  • Bez muzycznych mielizn

    Po dwóch latach pojawi się na jedynym koncercie w gdyńskim Uchu wrocławska formacja Robotobibok, jeden z najważniejszych zespołów...

Polecane tematy

Inne artykuły

RIO, brawo!
Szczęśliwa hala
DOLNOŚLĄSKA OPINIA PUBLICZNA - 0 800 166 024
ZAPROSZENIA. DZIŚ
Polskie okręty jeszcze w Zatoce
WYKOLEIŁY NAM SIĘ PIENIĄDZE
ZOFII
Czy wiecie, co pijecie
WIELKA BRYTANIA
Albo bardzo drogo, albo we własnym namiocie
Zebrać się do kupy
Wodociągowcy rozryli równą ulicę
MONIUSZKO '99
Kotwica w piekle
FRANCJA
Anna Czernicka - V rok chemii Ewelina Szydło - IV rok chemii
Niedźwiedzica wypuszczona k. Birczy
Łącznik Północy z dk1 pod znakiem zapytania
Kłócić się konstruktywnie
Wyborcy przeciw partiom
Między nami ligowymi sąsiadami
Poświęcą Izbę Pamięci
Internetowy pośredniak
Ręce na kierownicę
godz. 17.59 Katowice
ZAPYTALIŚMY RADOMIAN, CZY ZAMIERZAJĄ WZIĄĆ UDZIAŁ W WYBORACH PREZYDENCKICH I JAK OCENIAJĄ KAMPANIĘ
WYDARZENIA, SPORT
Zarząd województwa docenił SPR
KOMUNIKACJA
ZAPOWIEDZI. DZIŚ
SPORT W SKRÓCIE
SAMUEL ETO?O LEPSZY OD POLSKI
SZPIEG MILOSZEVICIA?
Okradali staruszki, aby mieć forsę na lody
Bitwa o fotel
[bez tytułu]
TRZEBA GADAĆ ZE ZWIĄZKOWCAMI
WAŁĘSA DO MAZOWIECKIEGO
Po pierwsze, hegemonia
Zwyrodnialec
Coraz większe sińce
10 lat SLU
Dwoje Polaków na zjeździe
Natchnieni biografią
Dziewiętnastu w "Idolu"
Koniec sprawy Morela?
Niedrogie Bufory
STARE DOBRE GRY PLANSZOWE
Kolęda z iskrą
Piknik na Rynku z kabaretem w tle
Godz. 15.38 pod Galerią Centrum przy Marszałkowskiej
Joga dla seniorów jest jak eliksir młodości
Droga wiedzie w pole
Na zdrowie
Polityka przed gospodarką?
Zanim zarechoczą
Nowy śmigłowiec już w Krakowie
Po zwycięstwach na Zachodzie
DZIŚ W POZNANIU
Piasek się nie liczy