Internetowe Archiwum Gazety Wyborczej

Inne tagi

beata antypiuk

(znalezionych: 4271081 )

  • Rękawiczki dobre na wszystko

    [ TAH RP ] - Ale Historia BEATA MACIEJEWSKA 02-03-2015

    Rękawiczek nie znała ani biblijna Ewa, ani greccy bogowie z Olimpu. Paryski poeta Jean Godard, autor wiersza "Le Gant" (czyli "Rękawiczka") napisanego w 1588 r., przypisał ich wynalezienie rzymskiej bogini miłości Wenerze (Wenus). Wedle Godarda, zadurzywszy się w Amorze, kazała sporządzić rękawiczki, by ukochany nie pokaleczył sobie dłoni o kolce. Kilka wieków później w grobowcu Tutanchamona, faraona rządzącego Egiptem w XIV w. p.n.e., archeolodzy odkryli piękne rękawiczki płócienne ze sznurowanym ściągaczem, zdobione atłasowym haftem i będące prawdopodobnie elementem wyposażenia łucznika. Częściej jednak starożytni używali ich do ochrony rąk podczas pracy w polu, ogrodzie czy na budowie. Wracający do ojczystej Itaki po 20 latach tułaczki Odyseusz ujrzał swego ojca Laertesa okopującego drzewa w sadzie: Chronić miały też przed zimnem - jak twierdził rzymski polityk i pisarz Pliniusz Młodszy (61-113), sekretarz swojego wuja Pliniusza Starszego (historyka i pisarza), stenografując pod dyktando w powozie sypialnym, nosił rękawiczki, bo mu palce drętwiały. Rękawiczki miały również ułatwiać życie starożytnym żarłokom, siadającym w nich do uczty po to, żeby nie poparzyć sobie dłoni przy chwytaniu np. gorącego udka. Czasami pomagały wreszcie w rozstrzyganiu sporów. Grecki filozof Diogenes (ok. 413-323 p.n.e.) włożył skórzane rękawice bokserskie, żeby obić zaczepiającego go cyrulika - zagroził, że wymierzy mu 3 tys. ciosów. Rękawice z długich pasów skóry i wypychane wełną były elastyczne, ale jednocześnie twarde, chroniły nie tylko dłoń i nadgarstek, lecz również przedramię. Dzięki nim Diogenes mógł nauczyć cyrulika grzeczności, nie narażając się na kontuzję. Rękawicą w twarz Rękawicą w twarz We wczesnym średniowieczu rękawiczki awansowały, stając się częścią stroju koronacyjnego oraz liturgicznego królów i biskupów. Zaczęły zatem uchodzić za symbol godności i władzy, służyły jako zastaw lub rękojmia walki, a także jako znak honoru i rycerskiej godności. Rzucenie rękawicy oznaczało wyzwanie na pojedynek, a jej podniesienie - gotowość do podjęcia walki. Senior, odbierając hołd lenny od wasala, dawał mu rękawicę, wysyłał ją też na znak przyznania przywileju organizowania jarmarków lub bicia monety. W "Pieśni o Rolandzie", XI-wiecznym eposie rycerskim, umierający hrabia wyciąga ku niebu prawą rękawicę - jako wasal Boga oddawał mu w ten sposób boże lenno - swoje życie. Kobiety traktowały rękawiczki jak ozdobny dodatek do stroju i broń w potyczkach miłosnych. Rycerz przypinał na hełmie rękawiczkę damy swojego serca i pod tym znakiem toczył turniejowe pojedynki lub wyruszał na wyprawę wojenną. Tak jak Zbyszko z Bogdańca, bohater Sienkiewiczowskich "Krzyżaków", który obiecał Danusi, że za ten dar przywiezie jej pawie pióra zdarte z krzyżackich hełmów. Ale już rycerz Emrod, bohater sparafrazowanej przez Adama Mickiewicza ballady Fried-richa Schillera, rzucił damie rękawiczkę w twarz. Zasłużyła, bo poddała kochanka okrutnej próbie, każąc mu wyciągnąć swoją własność z klatki pełnej lwów, tygrysów i lampartów: Giętki jak hiszpańska rękawiczka Giętki jak hiszpańska rękawiczka W epoce renesansu rozpowszechniła się hiszpańska moda na rękawiczki perfumowane (Cervantes w "Don Kichocie" pisze o zaduchu w magazynie rękawicznika), zdobione haftami, artystycznie wywinięte na napięstku. Można je zobaczyć na obrazie Tycjana "Mężczyzna z rękawiczką" (ok. 1520 r.). Choć o człowieku nazbyt ugodowym mawiano, że jest giętki "jak hiszpańska rękawiczka", nie umniejszało to ich popularności - trzymały się na szczytach mody przez cały XVII w., choć musiały konkurować z włoskimi i francuskimi. Barokowy poeta Wacław Potocki (1625-96), będąc w Krakowie, kupował tam żonie Katarzynie "rzymskie rękawiczki i pończoszki". Henryk Walezy, władca, który kwestiom mody poświęcał bardzo wiele uwagi, wkładał dwie pary rękawiczek: spodnie były z delikatnej jedwabnej lub satynowej materii, nasączone olejkami fiołkowymi lub konwaliowymi, a wierzchnie - bogato zdobione haftami i drogimi kamieniami, dobrane do stroju. Jeden z polskich inwentarzy z połowy XVII w. wymienia w wyprawie magnackiej córki rękawiczki na zielonym atłasie tureckim, złotem szyte, gronostajami podbijane, tudzież kilka par haftowanych francuską robotą, cztery pary szarych i trzy pary białych. Niewiele w porównaniu z francuską królową Anną Austriaczką (1601-66), która miała ich 350, ale zbyt dużo jak na potrzeby mężczyzn, którzy za rączkę chwycić nie mogli. XVII-wieczny poeta barokowy Jan Andrzej Morsztyn w wierszu "Do rękawice" żalił się: Skórkowe dla bogatych, niciane dla biednych Skórkowe dla bogatych, niciane dla biednych Rękawiczki stały się symbolem statusu społecznego. Kolejny nasz poeta barokowy Adam Jarzębski, opisując Warszawę z czasów Władysława IV, wspominał, że nosiły je panie, chodząc po mieście. Zygmunt Gloger w "Encyklopedii staropolskiej" uściśla: Ale rękawiczki mogły być też źródłem bogactwa. Etnograf Łukasz Gołębiowski w latach 30. XIX w. pisał: Seksapil to nasza broń kobieca Seksapil to nasza broń kobieca Z końcem XVIII w. w sukniach zaczęto skracać rękawy, a rękawiczki - wydłużać do łokcia albo i wyżej. Na obrazie francuskiego malarza François Gérarda "Pani Barbier-Walbonne" z 1796 r. młoda kobieta czyta książkę wystrojona w muślinową suknię, do której dobrała długie ceglaste rękawiczki. Wielka elegantka cesarzowa Józefina miała około tysiąca par - obcisłych, gładkich jak lustro lub zamszowych, barwionych na jaskrawe kolory i bogato wyszywanych. Kobiety szybko doceniły również erotyczne walory rękawiczek, o czym wiedzą świetnie fani filmu "Gilda" z 1946 r., w którym Rita Hayworth tak zmysłowo ściągnęła czarną rękawiczkę, że wywołała gromkie protesty obrońców moralności. W filmie "Mężczyźni wolą blondynki" z 1953 r. Marilyn Monroe wystąpiła w długich amarantowych rękawiczkach, czule pieszcząc sznury brylantów i tłumacząc mężczyznom zależność między Erosem a wydatkami u jubilera. Do legendy przeszły także czarne rękawiczki Audrey Hepburn z filmu "Śniadanie u Tiffany?ego", które zrobił dziadek cytowanego wyżej Stefano Meroli - za ich sprawą delikatna Audrey wygląda jak demon seksu. Eugeniusz Bodo, przebierając się za Mae West w filmie "Piętro wyżej" (1937 r.), wcisnął się nie tylko w satynową suknię, ale też w długie rękawiczki i śpiewając piosenkę "Sex appeal, to nasza broń kobieca", z miejsca zyskał adoratorów. Rękawiczki męskie straciły na piękności już w XIX w., aczkolwiek nadal uznawano je za niezbędny dodatek do stroju. Zgodnie z podręcznikami savoir-vivre?u z końca belle époque do teatru i na wieczorki obowiązywały rękawiczki perłowoszare, a na bal - białe, których tancerz nie powinien zdejmować. Nawet takim skromnym dodatkiem do stroju można było zadawać szyku. O pułkowniku Bolesławie Wieniawie-Długoszowskim opowiadano, jak wracał z imprezy w knajpie U Grubego Joska na ul. Gnojnej w Warszawie trzema dorożkami: pierwszą osobiście powoził, druga wiozła jego szablę, a trzecia - rękawiczki. Anegdota występuje czasem w odmianie "cywilnej", z laseczką zamiast szabli. Ale w każdym wypadku rękawiczki musiały być, żeby pułkownik zajechał z fasonem. "Dopóki ludzie rodzą się z parą rąk, nie zrezygnują z rękawiczek" - mawia słynny włoski rękawicznik Stefano Merola. Wkładali je bohaterowie Homera, średniowieczni rycerze i hollywoodzkie wampy. Bywały oznaką dostojeństwa i fetyszem erotycznym.

  • Jak to na wojence nieładnie

    [ TAH RP ] - Ale Historia PAWEŁ SMOLEŃSKI 02-03-2015

    Siedzę nad opasłym tomem wspomnień wojennych Jerzego Konrada Maciejewskiego "Zawadiaka. Dzienniki frontowe 1914-1920" (w księgarniach pojawią się na dniach) i zupełnie nie wiem, co myśleć, bo momentami to lektura straszna i tak różna od większości książek, które do tej pory czytałem na temat bitew z udziałem Polaków. Na cóż nam te wszystkie heroiczne opisy walk polskich żołnierzy - a to z Ukraińcami o Lwów, a to z bolszewikami? Gdzie ten biało-czerwony sztandar powiewający nad atakującymi pułkami, gdzie bohaterskie szarże? Gdzie "chłopcy malowani" i ksiądz Ignacy Skorupka, dodający odwagi głośną modlitwą i prowadzący walczących do ataku na bolszewika? Maciejewski nie o tym pisze, choć bez wątpienia pisze o wojnie - lecz na opak mitom narodowym. Nie ma w tej książce pola walki jak z filmu "1920 Bitwa Warszawska", gdzie chłopcy giną, ale też zwyciężają z okrzykiem: "Bóg, honor, ojczyzna!", a kiedy jest już po wszystkim, zasiadają w dworku lub wiejskiej chałupie i szarmancko całują dłoń panny, która w podzięce za ocalenie Polski i wianka przed bolszewikiem podaje im ją z uśmiechem. Może to więc Maciejewski pisze, jak naprawdę było. Przelewa na papier wszystko, co zobaczył i zapamiętał jako młodziutki żołnierz z pierwszej linii frontu, waleczny i odważny, bo tchórzom nie przypina się do munduru Virtuti Militari. Nie ma pośród polskich wspomnień wojennych wielu takich pozycji. Po pierwsze, zaważył na tym literacki talent autora, który po odejściu z wojska pisywał powieści wojenne i pracował też jako dziennikarz. Wie, jak wzbudzić zainteresowanie czytelnika i utrzymać napięcie. "Zawadiaka" to obraz wojny konkretnej, ale również uniwersalnej, ze wszystkimi jej okropieństwami, krwią, brudem i smrodem, gwałtami, rabunkiem. Nie ma znaczenia, czy to wojna słuszna, bo obronna, czy grabieżcza. Ze Stawczan prowadziliśmy spore tabory, a na nich wszelaką zdobycz w postaci żywności zarekwirowanej? Szczególnie dużo było świń. Kiedym tak chodził od sań do sań i, unosząc koce, zaglądał pod nie na ogromne tusze mięsne, przy jednych saniach nagły wiew śmierci zmroził mi krew w żyłach. Leżały na nich równo dwa trupy? Na następnych saniach znów trupy. Miałem ich dosyć. Straszna groza wojny i ta równość ludzi z bydłem po śmierci? Co ja mówię! Ta prawda, że tusza świńska była pożądanym nabytkiem, zaś ciała towarzyszy broni Lecz nawet uczestnicząc w słusznej wojnie, żołnierz staje się (musi się stać?) półczłowiekiem i nie ma znaczenia, że po zwycięskiej bitwie odznaczą go jakimś krzyżem za odwagę czy bohaterstwo. Maciejewski nie stosuje za grosz autocenzury i myślę, że to największa zaleta jego pisarstwa, z której wyrastają wszystkie inne. On sam i opisywani przez niego "chłopcy malowani" to nie żadni chłopcy, tylko zdemoralizowani, bezwzględni mężczyźni z karabinami w dłoniach, gotowi zabijać i puszczać z dymem, czy trzeba, czy nie trzeba. Okazuje się, że zbyt często nie trzeba. Na dodatek, gdy rzecz dotyczy podziału zrabowanych łupów, "towarzysze broni" stają przeciwko sobie gotowi walczyć na śmierć i życie o dwa worki cukru, a za mundurem nie ciągną panny sznurem, jeżeli zaś w ogóle się pojawiają, to po to, by się skryć gdzieś przed swoimi obrońcami. Szlachetność wobec pokonanych wrogów? Wszędzie, ale nie na wojnie: Autor patrzy na front oczami prostego żołnierza. Miał niewiele lat, w głowie i w sercu obowiązek walki o Ojczyznę, który w wierszach patriotycznych pięknie brzmi, ale podczas wojny zamienia się często w instynkt mordu, rabowania i gwałtu. Jest dzieckiem swoich czasów, więc wie, jak - zdaje się - wiedziało wielu innych prostych żołnierzy, kto i dlaczego winien jest tego, że musi się wycierać w okopach rozmiękłych od śniegu i deszczu. To - nie miejmy złudzeń - Żydzi, gdyż jasne jak słońce jest, że żydowskim pomiotem jest moskiewski bolszewizm. Żydzi to bolszewicka piąta kolumna w szykującej się do obrony Warszawie. Razem z Maciejewskim zaciągnął się na wojnę jakiś chłopak żydowski opisany z pogardą, ale poza tym Żydów można rabować, podpalać im domy, wybijać szyby, a Żydówki gwałcić. Jeśli już przytrafi się dłuższy popas i "chłopcy malowani" szukają w miasteczku okazji do romansu, Żydówki ich brzydzą. Zresztą opisywane przez Maciejewskiego kobiety to żadne Emilie Plater, lecz kolejny łup zdobyty groźbą, podstępem, w najlepszym razie - pieniędzmi. "Zawadiaka" stanowi niezwykłe świadectwo. Okrutne, krwawe i do bólu prawdziwe. Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy myślą, "jak to na wojence ładnie". Nieładnie. Jerzy Konrad Maciejewski opisał nam to w detalu. ---------- ZAWADIAKA. DZIENNIKI FRONTOWE 1914-1920 JERZY KONRAD MACIEJEWSKI wydawnictwo Karta, 2014 Autor, podoficer 19. Pułku Piechoty Odsieczy Lwowa, sporządzał te zapiski na bieżąco podczas walk z Ukraińcami i bolszewikami, a w połowie lat 20. krótkie notatki uzupełnił szerszymi opisami. Wyszła z tego lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy myślą, "jak to na wojence ładnie".

  • Make love, not war

    [ TAH RP ] - Ale Historia PIOTR OSĘKA* 02-03-2015

    Miałem osiemnaście lat, kiedy 14 grudnia 1966 r. stanąłem przed 300-osobowym tłumem na Uniwersytecie Cornella, przeczytałem oświadczenie potępiające wojnę w Wietnamie i pobór do armii, a następnie przedarłem moją kartę poborową na cztery części. Potem podszedłem do skrzynki pocztowej i wrzuciłem oświadczenie oraz podartą kartę do mojej komisji poborowej w Bronxie w Nowym Jorku, by poinformować, że nie będę walczył w Wietnamie i nie zamierzam w żadnej formie odbywać służby wojskowej Ameryka z większą odsieczą Ameryka z większą odsieczą Od 1955 r. Ameryka wspierała Wietnam Południowy zmagający się się z Wietkongiem, czyli komunistyczną partyzantką, za którą stał Wietnam Północny. W tym czasie Sajgon otrzymywał od Waszyngtonu znaczną pomoc materialną i uzbrojenie, stale też powiększał się korpus amerykańskich doradców wojskowych szkolących armię południowowietnamską, ale niebiorących jeszcze bezpośredniego udziału w walkach. Mimo to coraz silniejszy Wietkong zdobywał wpływy w społeczeństwie południowowietnamskim, czemu Waszyngton przyglądał się z rosnącym niepokojem. Zjednoczenie Wietnamu pod rządami komunistów groziłoby utratą przez Amerykę wpływów w całej Azji Południowo-Wschodniej, a Chiny i ZSRR zdobyłyby przewagę w zachodniej części Pacyfiku i dogodną pozycję do ataku na USA w razie wybuchu konfliktu globalnego. Jesienią 1964 r., zaraz po listopadowych wyborach prezydenckich, w których demokrata Lyndon B. Johnson przedłużył swój pobyt w Białym Domu (dokończywszy kadencję zamordowanego 22 listopada 1963 r. Johna F. Kennedy?ego), zapadła decyzja, że Stany bezpośrednio włączą się w konflikt. Inaczej, jak sądzono, nie powstrzyma się pochodu komunizmu w Wietnamie. Od wiosny 1965 r. liczebność sił amerykańskich zaangażowanych w walkę z Wietkongiem i bombardowanie Wietnamu Północnego rosła w tempie błyskawicznym: latem liczyły już 50 tys., a jesienią 1967 r. przekroczyły liczbę pół miliona żołnierzy. Początkowo amerykański system poboru do wojska (Selective Service System), który od końca wojny koreańskiej w 1953 r. działał na zwolnionych obrotach, wcielając miesięcznie kilka tysięcy osób. Ale latem 1965 r. współczynnik ten urósł dziesięciokrotnie i przed końcem 1972 r. przez Wietnam przewinęły się łącznie ponad 2 mln ludzi. Z poboru i na ochotnika Z poboru i na ochotnika Wojna, o której przed 1965 r. Amerykanie mieli dość mgliste pojęcie, szybko stała się jednym z głównych tematów ich rozmów, a pobór stawał się doświadczeniem milionów rodzin: w każdej chwili mógł dotknąć synów i mężów, a gdyby wojna się przedłużała - także dorastające dzieci. Wielu widziało w służbie wojskowej zaszczytny obowiązek, ale słychać było też coraz liczniejsze głosy, że system poboru przypieczętowuje i pogłębia nierówności społeczne. Wątpliwości budziła przede wszystkim zasada, że ze służby zwolnieni są studenci - z tego powodu aż 80 proc. żołnierzy walczących w Wietnamie wywodziło się z warstw uboższych i gorzej wykształconych, z rodzin robotniczych i farmerskich. Ich rodziców nie stać było na opłacenie dzieciom studiów i oczekiwali od synów, że jak najszybciej się usamodzielnią i zaczną na siebie zarabiać. Sposobem na uniknięcie niebezpieczeństwa było zgłoszenie się do służby, ponieważ ochotnikom zwyczajowo przysługiwało prawo wybrania formacji, a niektóre z nich, np. służba na okrętach wojennych, uchodziły za stosunkowo bezpieczne, bo chroniące przed udziałem w walkach na lądzie. Departament Obrony szacował, że blisko 40 proc. ochotników kierowało się właśnie taką motywacją. Ale i tutaj obowiązywała selekcja powielająca mechanizm wykluczenia społecznego: "najatrakcyjniejsze" przydziały wymagały zaliczenia trudnych testów, a nieraz także posiadania ojców ze znajomościami w miejscowych elitach. Skutki wojny telewizyjnej Skutki wojny telewizyjnej Z jednej strony wielu oburzało się, że do Wietnamu jadą głównie mniej zamożni i gorzej wykształceni, ale z drugiej - coraz więcej Amerykanów kwestionowało również same cele wojny, o której przebiegu opinia publiczna wiedziała wyjątkowo dużo. Konflikt nazywano "wojną telewizyjną" albo "salonową" ("living room war"), jako że ponad stu amerykańskich korespondentów wojennych w Wietnamie na bieżąco informowało kraj o przebiegu walk. Nowością były codzienne relacje telewizyjne uzupełnione często materiałami bezpośrednio z pola bitwy. Początkowo media starały się pokazywać "naszych zwycięskich chłopców", ale z czasem w doniesieniach zaczęły się pojawiać informacje o bombach z napalmem, obrazki ukazujące płonące wsie oraz trumny amerykańskich żołnierzy. To była pierwsza wojna telewizyjna, przez co wyjątkowo działała na wyobraźnię Listy do doktora Spocka Listy do doktora Spocka Jedną z postaci publicznych, która już w 1965 r. otwarcie potępiła zaangażowanie USA w Wietnamie, stał się doktor Benjamin Spock, słynny amerykański pediatra i autor bestsellerowych poradników dla rodziców. Tysiące listów, które otrzymał z całego kraju, ukazują emocje targające wówczas społeczeństwem. Czytam o ofiarach wojny Mieszkanka Atlanty pisała: Nie jedziemy do Wietnamu Nie jedziemy do Wietnamu Pierwsze masowe protesty przeciwko wojnie rozpoczęły się już wiosną 1965 r., a na ich czele stanęli studenci. Polegały one na publicznych odczytach potępiających interwencję w Wietnamie, urządzaniu wieców pod koszarami czy siadanie na drodze ciężarówek i pociągów wiozących broń i żołnierzy na lotniska oraz do portów. Znani z buntowniczości słuchacze uniwersytetu w Berkeley zorganizowali palenie kart powołań, a także powołali Komitet Dnia Wietnamu mający organizować kolejne wiece i demonstracje. W połowie kwietnia 1965 r. Studenci na rzecz Społeczeństwa Demokratycznego (SDS) zorganizowali pierwszy antywojenny marsz w Waszyngtonie, który zgromadził 25 tys. ludzi. Paul Berman, student Uniwersytetu Columbia, wspominał: W ciągu następnych kilkudziesięciu miesięcy Ameryka stała się widownią coraz częstszych i coraz liczniejszych demonstracji antywojennych. Młodzi zbiorowo palili i darli swoje karty powołania, czasami składali je przed ołtarzami podczas modłów w intencji zakończenia wojny, a według oficjalnych danych ponad 200 tys. poborowych odmówiło wstąpienia do armii lub nie stawiło się na wezwanie. W protestach uczestniczyli także działacze ruchów walczących z dyskryminacją rasową podkreślający, że wśród żołnierzy walczących w Wietnamie jest nieproporcjonalnie dużo czarnych Amerykanów. Ich przywódca Martin Luther King był głównym mówcą w trakcie prawie półmilionowej manifestacji antywojennej w Nowym Jorku w kwietniu 1967 r. Chociaż głównym postulatem było wycofanie się z Wietnamu, to w ruchu antywojennym coraz wyraźniej było też widać rozmaite nurty kontestujące istniejący porządek: młodzi głosili pochwałę narkotyków, przywdziewali dziwaczne stroje (albo rozbierali się do naga) i wzywali do odrzucenia mieszczańskich norm obyczajowych. Tęsknota za wolną miłością i bunt przeciwko interwencji w Wietnamie zrodziły jedno z najsłynniejszych haseł epoki: "Make love, not war". 21 października 1967 r. ponad 100 tys. ludzi zebranych na Mallu w Waszyngtonie przed pomnikiem Lincolna wysłuchało antywojennych przemówień, dzierżąc w dłoniach transparenty z hasłami: "Pokój", "Miłość", "Koniec wojny natychmiast" i "Czy Jezus przyjąłby kartę powołania?". - To początek nowego etapu w amerykańskim ruchu pokojowym. Naszym wrogiem są nie komuniści, tylko nasz rząd - przekonywali mówcy. Doradcy namawiali prezydenta, by na kilka dni opuścił Waszyngton, ale Johnson odmówił i podobno krzyknął ze złością: "Nie wykurzą mnie z miasta!". Demonstranci ruszyli następnie w stronę Pentagonu, a w kilkudziesięciotysięcznej kolumnie ludzi obok flag amerykańskich widać było także sztandary Wietkongu. Chcąc zapobiec niekontrolowanemu wybuchowi agresji, organizatorzy marszu zapowiedzieli, że celem demonstracji jest udział w zbiorowej medytacji, która "uniesie budynek w górę, odwróci go i opróżni ze złych intencji". Rząd, obawiając się, że wydarzenia przybiorą gorszy obrót, do obrony gmachu wystawił kilka tysięcy żołnierzy. Był to pierwszy raz od 1932 r., kiedy władza wyprowadziła wojsko przeciw demonstrantom. Okazało się, że tylko niewielka cześć demonstrantów próbowała się wedrzeć do środka Pentagonu, zresztą została skutecznie powstrzymana. Reszta rozsiadła się wokół budynku, zapanowała atmosfera pikniku, grano i śpiewano, a co chwila ktoś wygłaszał zaimprowizowane przemówienie antywojenne. Naprzeciwko stał szpaler żołnierzy z długą bronią i w pewnym momencie manifestanci zaczęli wkładać im kwiaty w lufy karabinów. Wreszcie w środku nocy policja przystąpiła do pacyfikowania demonstracji, aresztowała prawie 700 osób, a wiele pobiła. Sami sobie tam umierajcie Sami sobie tam umierajcie "Wojna o wojnę" głęboko podzieliła społeczeństwo. Aż do jesieni 1967 r. zdecydowana większość obywateli popierała interwencję w Wietnamie, a palący karty poboru często spotykali się z agresją ze strony rodaków oskarżających ich o tchórzostwo, brak patriotyzmu, a nawet o bycie komunistycznymi agentami. Pierwsze demonstracje antywojenne, jeszcze stosunkowo nieliczne, atakowali oburzeni Amerykanie krzyczący, że nie chcą tu u siebie zdrajców, a w ruch szły pięści, pałki czy kamienie. Ale z czasem nastroje zaczęły się zmieniać. Na początku 1968 r. siły Wietkongu rozpoczęły wielką ofensywę i początkowe sukcesy komunistów, a także ciężkie straty armii USA (w skali dziennej wyższe niż podczas II wojny światowej) nadszarpnęły zaufanie do władz. Kiedy Walter Cronkite, słynny amerykański dziennikarz telewizyjny, oświadczył w relacji z Wietnamu, że "ta wojna jest nie do wygrania", Johnson zdecydował, że nie będzie kandydował na następną kadencję. Latem 1969 r. opinią publiczną wstrząsnęły wieści o masakrze w My Lai, gdzie pluton amerykańskich żołnierzy z zimną krwią zamordował kilkuset wietnamskich cywilów, w tym kobiety i dzieci, podejrzanych o sprzyjanie Wietkongowi. Działacze ruchu antywojennego coraz częściej przyrównywali rząd w Waszyngtonie do reżimu Hitlera, a odmowa przyjęcia kart poboru miała być odmową udziału w zbrodniach wojennych. Do ruchu antywojennego przyłączali się również wracający z Wietnamu weterani opowiadający o okrucieństwach i bezsensowności wojny, w której musieli uczestniczyć. Granica wieku poborowego wyznaczała front pokoleniowy w konflikcie - młodzi buntowali się przeciwko starszym, którzy wysyłali ich na wojnę i pouczali, że wojna z komunizmem jest patriotycznym obowiązkiem. "Sami sobie umierajcie w Wietnamie!" - krzyczeli działacze studenccy. Protest przeciwko wojnie w Wietnamie okazał się jednym z głównych kół zamachowych rewolty 1968 r. "Ho, Ho, Ho Chi Minh" - nazwisko przywódcy komunistycznego Wietnamu skandowano podczas demonstracji na ulicach Paryża, Berlina Zachodniego i innych miast Zachodu. "Solidarność z walczącym Wietnamem" stała się głównym hasłem jednoczącym ruchy lewicowe na zachód od Łaby. Pokazywane w telewizji obrazy wojny rozpalały wyobraźnię, młodzi coraz mocniej krytykowali "hipokryzję liberalnej demokracji, która skrywa wojenne zbrodnie". Slogany Komitetu Solidarności z Wietnamem wymierzone w imperializm były tylko częścią tego, co składało się na opór wobec wojny prowadzonej w Wietnamie przez rząd amerykański Fatalnie się pomyliliśmy Fatalnie się pomyliliśmy Pod koniec 1972 r. Amerykanie zakończyli ewakuację wojsk z Wietnamu, dwa i pół roku później ostatni śmigłowiec odleciał z dachu ambasady USA w Sajgonie. Opadły też emocje buntu, który wstrząsnął światem, a dawni aktywiści niekiedy z przerażeniem obserwowali, że komunistyczny Wietnam, który wyłonił się z pożogi, jest krajem niesprawiedliwym i nieszczęśliwym. Ruch antywojenny nie uratował Wietnamu, ale z pewnością przeobraził Amerykę i minęły dekady, zanim Waszyngton ponownie zdecydował się zaangażować siły poza granicami kraju. ---------- *Dr Piotr Osęka jest historykiem dziejów najnowszych, pracownikiem Instytutu Studiów Politycznych PAN. Pół wieku temu, 8 marca 1965 r., uczennice z miasta Da Nang w Wietnamie Południowym wieszały girlandy z kwiatów na szyjach żołnierzy amerykańskiej piechoty morskiej schodzących na ląd. Na razie było ich 3,5 tys., wkrótce miały się pojawić dziesiątki i setki tysięcy.

  • Czy Kalisz był stolicą Polan?

    [ TAH RP ] - Ale Historia MAREK MARKOWSKI 02-03-2015

    ---------- SOBOTA 19:40 TVP HISTORIA TAJEMNICE POCZĄTKÓW POLSKI: UKRYTE GNIAZDO DYNASTII SERIAL DOKUMENTALNY POLSKA 2013, REŻ. ZDZISŁAW COZAC ---------- Według podręczników historii nasza państwowość narodziła się w Gnieźnie i Kruszwicy. To stamtąd Mieszko I miał wyruszać na podbój Śląska, Małopolski i Pomorza, a Bolesław Chrobry olśnił tam cesarza Ottona III podczas zjazdu w 1000 r. Natomiast wraz z podbitą Kruszwicą Piastowie - jak można przeczytać w sporządzonej w IX w. zapisce nazywanej Geografem Bawarskim - przejęli kontrolę nad plemieniem Goplan i ich 400 grodami. Wszystko to jednak nie jest takie oczywiste - przekonują twórcy "Ukrytego gniazda dynastii" i wśród ośrodków, które tworzyły fundament państwa polskiego, umieszczają też Kalisz pamiętający rzymskich kupców handlujących bursztynem. Dlaczego? Bo gród ten nie został zniszczony, gdy Mieszko objął władzę i przyjmował chrześcijaństwo - wręcz przeciwnie, został rozbudowany: wzniesiono tam kamienny kościół, a cały kompleks otoczono 24 mniejszymi grodziskami służebnymi. Ten film ma większe ambicje niż udowodnienie wyższości jednej stolicy nad drugą. Podejmowana przez najwybitniejszych polskich mediewistów i archeologów, m.in. profesorów Henryka Samsonowicza, Jacka Banaszkiewicza, Andrzeja Bukę czy Władysława Duczkę, próba odpowiedzi na pytanie, gdzie umiejscowić pierwszą stolicę Polski, jest pretekstem do poszukiwań korzeni dynastii piastowskiej. Od lat wszak ciągną się spory o to, jaka krew płynęła w żyłach Mieszka. Oto na scenie środkowoeuropejskiej pojawia się ród, który w ciągu ledwie 50 lat zamienia jedno z wielu państewek plemiennych w możne księstwo rywalizujące z królami Czech i margrabiami cesarskimi. Silni, uzdolnieni dyplomatycznie i biegli w rzemiośle wojennym książęta wyskoczyli jak diabeł z pudełka. Tradycyjna wersja brzmi z grubsza tak: plemiona słowiańskie rozwijały się w coraz większe organizmy, aż wreszcie najsilniejsze z nich - Polanie - podporządkowało sobie pozostałe. Ale analizy lingwistyczne i badania archeologiczne podważają tę pewność. Piastowie mogli powielić schemat, który przyniósł tron cesarski Karolingom - pradziad Karola Wielkiego, Pepin, po prostu odebrał królestwo Franków swemu władcy z rodu Merowingów. Mogli też się wywodzić z grupy Normanów uchodzących z Rusi Kijowskiej po przegranej walce frakcyjnej. Mogli należeć do rodu Mojmirowiców próbujących odbudować w nowym miejscu potęgę swego państwa wielkomorawskiego spustoszonego przez węgierskich koczowników. A mogli też być "tutejsi", na podbój okolicy nie wyruszyli zaś ani z Gniezna, głównego ośrodka Polan, ani z Ostrowa Lednickiego, gdzie być może Mieszko I przyjął chrzest, ani z Kruszwicy, lecz z Giecza, przeżywającego rozkwit za Mieszka i Chrobrego, albo właśnie z Kalisza. Dotąd TVP Historia pokazała trzy części serii "Tajemnice początków Polski": poświęconą Ostrowowi Lednickiemu "Wyspę władców", opowiadającą o najstarszym znanym grodzie słowiańskim "Trzcinicę - karpacką Troję" i wskrzeszające wczesnośredniowieczny Wolin "Miasto zatopionych bogów". Czwarta, o roli Kalisza w państwie wczesnopiastowskim, jest równie kompetentna, wartka i dynamiczna. Filmowcy posługują się sprawdzoną w produkcjach BBC czy Discovery konwencją: komputerowe rekonstrukcje grodu na Zawodziu przeplatają scenki m.in. potyczek kaliskich wojów, a dyskusja mediewistów i archeologów przypomina bardziej relację z detektywistycznego śledztwa niż akademickie podsumowanie stanu wiedzy. Przed filmem o godz. 17.35 dyskusja w programie "Café Historia". ---------- SOBOTA 19:40 TVP HISTORIA TAJEMNICE POCZĄTKÓW POLSKI: UKRYTE GNIAZDO DYNASTII SERIAL DOKUMENTALNY POLSKA 2013, REŻ. ZDZISŁAW COZAC ---------- Według podręczników historii nasza państwowość

  • PODPALIĆ KRESY. WOJNA HYBRYDOWA SPRZED 90 LAT

    [ TAH RP ] - Ale Historia ANDRZEJ POCZOBUT (GRODNO) 02-03-2015

    W nocy z 3 na 4 sierpnia 1924 r. mieszkańców Stołpców, miasta położonego niedaleko granicy z ZSRR, obudziły strzały i wybuchy. W mieście toczyła się regularna bitwa. Trzy grupy sowieckich dywersantów, w sumie ok. 60 osób pod dowództwem Stanisława Waupszasowa, oficera wywiadu wojskowego Razwiedupr, zaatakowały posterunek policji, starostwo oraz więzienie. Policjanci i strażnicy więzienni stawili opór, ale nie mieli szans wobec przewagi liczebnej napastników. - Ponieważ jednak przed zajęciem posterunku i stacji kolejowej telegrafiści zdołali zaalarmować jednostkę wojskową z pobliskiego Nowego Świerżnia, z odsieczą pospieszyli ułani i na obrzeżach Stołpców doszło do potyczki. Żołnierze zdołali ująć czterech napastników - dwóch obywateli Polski i dwóch ZSRR, ale większość zbiegła razem z uwolnionymi. W nocnym ataku na Stołpce zginęło siedmiu policjantów oraz urzędnik starostwa, trzej inni policjanci zostali ranni. Była to najbardziej spektakularna dywersja sowieckiego wywiadu przeciw II RP, a dowództwo Razwiedupru liczyło, że ta ofensywa rzuci Polskę na kolana. Plan dywersji Plan dywersji Klęska w wojnie z Polską położyła kres marzeniom bolszewików o szybkim zwycięstwie światowej rewolucji na zachodzie Europy. - Pierwsza fala rewolucji światowej opadła, a druga jeszcze się nie podniosła. Ale czy to oznacza, że mamy zachować bezczynność? Absolutnie nie! Trzeba się dobrze przygotować, żeby potem wykorzystać zbliżającą się falę rewolucyjną - mówił w 1921 r. niemieckiej komunistce Clarze Zetkin Włodzimierz Lenin. W 1919 r. z inicjatywy Lenina i Lwa Trockiego powstał Komintern, czyli Międzynarodówka Komunistyczna, która dwa lata później zrzeszała ponad sto ugrupowań z różnych państw wzorujących się na Rosyjskiej Partii Komunistycznej (bolszewików) i zapowiadających rewolucję oraz przejęcie władzy w swoich państwach. Podporządkowane Moskwie partie komunistyczne miały szykować rewolucje w swoich krajach, a ich działania wspierałyby sowieckie służby specjalne, zwłaszcza Razwiedupr. Szefowie Razwiedupru zamierzali siać dywersję w państwach kapitalistycznych, aby wywoływać tam nastroje rewolucyjne, a za twórcę tej koncepcji uchodzi Józef Unszlicht. Ten urodzony w Mławie polski Żyd na ostatnim etapie wojny z bolszewikami tworzył działające na polskich tyłach oddziały dywersyjne podporządkowane wywiadowi wojskowemu. Po podpisaniu pokoju w Rydze 18 marca 1921 r. działalność oddziałów została zawieszona, ale Unszlicht i szef Razwiedupru Arvid Seebot nie porzucili myśli o użyciu ich przeciwko Rzeczpospolitej. Dywersja Razwiedupru prowadzona w okresie pokoju otrzymała nazwę "aktywny wywiad" i miała przebiegać dwutorowo. Po pierwsze, niewielkie, liczące od trzech do pięciu osób grupki po przekroczeniu zielonej granicy podpalałyby i wysadzały składy broni, mosty kolejowe i inne obiekty strategiczne; po drugie, na terenie Polski powstawałyby oddziały partyzanckie złożone z członków Razwiedupru i zwerbowanych miejscowych. Prowadziłyby one działania partyzanckie, mogąc w każdej chwili wycofać się do ZSRR. Zmierzając do osłabienia Polski, a kto wie - może i doprowadzenia do komunistycznej rewolty, Razwiedupr koordynował działania z Kominternem oraz polskimi komunistami. W sierpniu 1921 r. Antoni Marcinkiewicz, jeden z dowódców dywersantów ujęty na Wołyniu, zeznał: "Na początku powstania poselstwo ZSRR nie powinno przyznawać, że ruch ten ma jakiekolwiek związki z Moskwą. Miało powstać wrażenie, że to samodzielne działania polskich komunistów, a gdyby udało się wzniecić masowe powstanie, to oddziały powinny przyjąć nazwę Polskiej Armii Czerwonej". Dezerterzy u dywersantów Dezerterzy u dywersantów Trzon dywersji przeciwko Polsce stanowili kadrowi funkcjonariusze Razwiedupru, a najbardziej znanym był pochodzący z Litwy 22-letni wówczas Stanisław Waupszasow oraz urodzeni na wschodniej Białorusi 26-letni Kirił Orłowski i 24-letni Aleksander Rabcewicz. Ci fanatyczni komuniści pochodzący z biednych rodzin chłopskich podczas wojny z Polską walczyli w szeregach Armii Czerwonej (Orłowski przez pewien czas służył też w Czeka), a w 1920 r. zostali zwerbowani przez wywiad wojskowy i skierowani do tworzenia na polskich tyłach oddziałów dywersyjnych. - I rzeczywiście, już w maju 1921 r. dywersanci dostali rozkaz rozpoczęcia ataków na wyznaczone cele - w początkowej fazie mieli atakować przygraniczne lub położone w rejonie wielkich lasów majątki, mordować ziemian i policjantów. Prowadzili rekrutację wśród miejscowej ludności, często werbując nie tylko zwolenników komunizmu, ale też pospolitych bandytów. W październiku 1924 r. policja w Stołpcach informowała, że Sowieci werbują ludzi spośród członków band trudniących się rabunkami na pograniczu: Kryjący się po lasach przestępcy chętnie przyłączali się do dywersantów, a czasem też stawali się przekonanymi komunistami. Wasyl Korż ze wsi Horostów na Polesiu, który na początku 1922 r. zdezerterował z Wojska Polskiego i przez jakiś czas ukrywał się przed żandarmerią i policją, dołączył w końcu do grupy Kiriła Orłowskiego i z czasem stał się nawet jego zastępcą. Do tego samego oddziału dołączył też Józef Mucha-Michalski, o którym wspominał Waupszasow: Muchą-Michalskim rychło zaczęły się chwalić inne grupy dywersyjne i wkrótce o jego bandzie dużo pisała polska prasa. Pierwszą większą akcją okazał się napad w grudniu 1922 r. na wieś Ilje niedaleko miasta Wilejka - dywersanci opanowali urząd gminy, pocztę i zaatakowali posterunek policji. 19 stycznia 1923 r. 40-osobowy oddział opanował wieś Czuczewicze, niedaleko Łunińca na Polesiu, zajmując posterunek policji i siedzibę gminy. Policjanci zginęli, wójt został wychłostany, a zamożniejsi chłopi - ograbieni. W ciągu następnych miesięcy do podobnych napaści doszło w kilku innych jeszcze miasteczkach kresowych, a w wypadku większych obław z udziałem wojska dywersanci uciekali za granicę. Udało im się też przeniknąć do polskiej policji, kiedy zwerbowany przez Razwiedupr Wasyl Cimoszko, obywatel Polski, dostał pracę w policji, zostając pomocnikiem komendanta w Gródku niedaleko Mołodeczna. Dzięki niemu dywersanci byli informowani o planach władz. Napad na wojewodę Napad na wojewodę 24 września 1924 r., czyli niedługo po napadzie na Stołpce, grupy Waupszasowa i Orłowskiego w okolicy stacji Łowcza zaatakowały pociąg, którym jechał nie byle kto, bo sam wojewoda poleski Stanisław Downarowicz. Urzędnik został rozebrany, wychłostany i zmuszony do napisania rezygnacji. - Zabić łatwo, ale przecież zabity zaraz zostanie przedstawiony jako męczennik, a my - jako bandyci i mordercy. A tak w oczach ludzi nam sprzyjających zyskujemy znacznie więcej: skoro potrafimy sobie podporządkować wojewodów, to jesteśmy mocniejsi niż Sejm - tłumaczył Orłowski. Podobne działania Razwiedupr prowadził nie tylko w województwie nowogródzkim i poleskim, ale również wołyńskim i lwowskim. Działalność poszczególnych organizacji galicyjskich zmierzających przy pomocy GPU do wywołania w Małopolsce Wschodniej ogólnego powstania nie ustaje, lecz przejawia się w dalszym wysyłaniu na teren Małopolski bojówek terrorystycznych, które na dane hasło mają rozpocząć działania jednocześnie z podobną akcją na Wołyniu i Białej Rusi. Według zapewnień źródła w okresie od 11 maja do 7 lipca wysłano do Polski 16 bojówek po 3-5 ludzi Dużo moich ziomków odnosiło się hardo do władz, bo wiedzieli, że na Wschodzie mają potężnych protektorów. Jak groziło chłopcu więzienie za politykę, to uciekał na Wschód (...). Radziecka "ojczyzna proletariatu" wydawała im się rajem na ziemi, gdzie rzeki płyną miodem i mlekiem, ludzie chodzą w jedwabiach i mieszkają w pałacach Jednak wbrew rachubom Razwiedupru polscy Białorusini nie rwali się do walki zbrojnej. Wręcz przeciwnie - napaści dywersantów oznaczały dla nich zwiększenie obecności WP, ciągłe rewizje zmierzające do znalezienia broni i przestępców i represje wobec podejrzanych o sprzyjanie dywersantom. Zniechęcało to do wspierania dywersantów, czym Razwiedupr się nie przejmował i przez dłuższy czas komunistyczna propaganda tworzyła legendę białoruskiego ruchu partyzanckiego. Niektórzy nawet w nią uwierzyli. - Ruch powstańczy jest żywiołowym przejawem niezadowolenia ludności białoruskiej z polityki polskich władz - mówił w wywiadzie w październiku 1924 r. Borys Ragula, poseł na Sejm i przewodniczący klubu białoruskiego. Ze sprawozdań dywersantów dla przełożonych wyłania się natomiast inny obraz ruchu. Szczególne nasilenie dywersji przypadło na 1924 r., kiedy to KPZB ogłosiła, że jej celem jest powstanie i oderwanie od Polski ziem zamieszkanych przez Białorusinów. Odsiecz na Kresy Odsiecz na Kresy Zapowiedzi KPZB, napad na Stołpce i upokorzenie wojewody poleskiego sprawiły, że kwestia bezpieczeństwa Kresów stała się dla Warszawy kluczowa. Wywiad donosił, że Stołpce zaatakowali sowieccy dywersanci, a napadem na pociąg wojewody dowodził sowiecki oficer Trofim Kalinenko. Nie była to prawda, jako że Trofim Kaliniczenko (a także ataman Kaleniczenko) były pseudonimami Kiriła Orłowskiego. Prasa domagała się zdecydowanych działań, proponowano nawet, by w odwecie zaatakować przygraniczne miasteczko w ZSRR, ale premier Władysław Grabski odrzucił ten pomysł. 21 sierpnia 1924 r. rząd zdecydował się wzmocnić policję na Kresach wojskiem, a trzy tygodnie później powołał Korpus Ochrony Pogranicza mający zastąpić ochraniające granice kompanie graniczne policji. KOP pomyślany został jako elitarna jednostka nie tylko chroniąca granicę, ale też zwalczająca dywersję i działania wywiadu sowieckiego na pograniczu. Pierwszym dowódcą został gen. Henryk Minkiewicz-Odrowąż. Jesienią 1924 r. trzy brygady KOP wzięły pod ochronę szczególnie narażone odcinki granicy z ZSRR, wojewodą nowogródzkim został gen. Marian Januszajtis, a poleskim - gen. Kazimierz Młodzianowski. Rozdał on broń osadnikom wojskowym, obywatelom uznanym za lojalnych oraz członkom paramilitarnej organizacji "Strzelec" i utworzył z nich samoobronę nazwaną Strażą Obywatelską. Sądy orzekały wyroki śmierci dla zatrzymanych dywersantów i ich pomocników, a wojsko i policja intensywnie rozpracowywały agentury oraz osoby sprzyjające Sowietom. Na efekty nie trzeba było długo czekać - dywersanci stawali się coraz bardziej osamotnieni, a chłopi coraz częściej informowali policję o ich pojawieniu się. Nieuchwytne wcześniej oddziały zaczęły wpadać w pułapki, a propaganda komunistyczna zmieniła ton. Koniec dywersji Koniec dywersji W nocy z 7 na 8 stycznia 1925 r. dywersanci ścigani przez KOP uciekali do ZSRR, a że nosili polskie mundury, sowieccy pogranicznicy uznali, iż to atak Polaków, i wywiązała się walka. W efekcie dywersanci rozbili sowiecką strażnicę w Jampolu na Ukrainie. Początkowo Moskwa sądziła, że to rzeczywiście był polski atak, ale na posiedzeniu Komitetu Centralnego odtworzono przebieg wydarzenia i w efekcie powstała komisja do zbadania "band" Razwiedupru. Komisja z udziałem m.in. szefa GPU Feliksa Dzierżyńskiego, jego zastępcy Unszlichta oraz ludowego komisarza spraw zagranicznych Gieorgija Cziczerina uznała, że należy zaniechać "aktywnego wywiadu", bo szkodzi to interesom ZSRR. Wniosek ten zaakceptował KC. Zdaniem sowieckich ekspertów kontynuacja dywersji mogła doprowadzić do wojny z Polską, co mogłoby się źle skończyć dla Armii Czerwonej. Ale Moskwa zdała też sobie sprawę, że "aktywny wywiad" prowadzony w Rumunii, Bułgarii oraz Estonii nie wywołał tam nastrojów rewolucyjnych. Przeciwnie - ruch komunistyczny dziesiątkowały represje. Stalin odszedł od koncepcji Lenina, że trzeba doprowadzić do rewolucji światowej, i zaczął lansować hasło budowy socjalizmu w jednym kraju. Teraz to Związek Radziecki miał się stać jedyną prawdziwą ojczyzną wszystkich komunistów. W maju 1925 r. do naszego oddziału przybył przedstawiciel KC KPZB z odezwą KC do komunistów i partyzantów. Była w niej mowa o zaprzestaniu walki partyzanckiej (...). Mówił, że "kurs na powstanie był błędem, że szerokie masy jeszcze nie są gotowe do powstania". Zrozumieliśmy, że dni naszego oddziału są policzone Losy dywersantów Losy dywersantów Kirił Orłowski, Aleksander Rabcewicz, Stanisław Waupszasow oraz dezerter z WP Wasyl Korż trafili do GPU, a później NKWD. Uczestniczyli w wojnie domowej w Hiszpanii, przetrwali czystki stalinowskie, a podczas II wojny działali na tyłach wojsk niemieckich i wszyscy otrzymali tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Po wojnie Korż i Orłowski zostali przewodniczącymi kołchozów, a Rabcewicz i Waupszasow jako enkawudziści zwalczali AK i litewskie podziemie niepodległościowe. Dziś Orłowski, Waupszasow i Rabcewicz są upamiętnieni przez rosyjską Służbę Wywiadu Zewnętrznego, a na Białorusi mają swoje ulice. Uwolnieni z więzienia w Stołpcach Stanisław Mertens i Józef Łohinowicz nie mieli takiego szczęścia. Mertens został przedstawicielem KPP w Kominternie, a w lipcu 1937 r. aresztowano go za udział w antyradzieckiej organizacji i stracono. Łohinowicz został aresztowany w 1936 r. Zmarł w mińskim więzieniu w 1940 r. Józef Mucha-Michalski zginął z rąk wspólników na przełomie 1924 i 1925 r. Według Wasyla Korża został posądzony o chęć podjęcia współpracy z II Oddziałem. Po zamordowaniu Muchy-Michalskiego dywersanci do końca działalności firmowali swoje akcje jego nazwiskiem. Zaraz po wojnie polsko-bolszewickiej Sowieci rozpoczęli dywersję przeciw II Rzeczpospolitej, którą dziś nazwalibyśmy wojną hybrydową. Wymyślił ją - na 90 lat przed Władimirem Putinem - Józef Unszlicht, komunista rodem z Polski.

  • TYDZIEŃ W HISTORII 2-8.03

    [ TAH RP ] - Ale Historia PIOTR NEHRING (DZIENNIKARZ ?GAZETY WYBORCZEJ?) 02-03-2015

    5.03. 1960 r. Zdjęcie życia 5.03. 1960 r. Zdjęcie życia W Hawanie trwał pogrzeb ofiar eksplozji francuskiego frachtowca, w którym eksplodowało 70 ton amunicji. Alberto "Korda" Díaz Gutiérrez robił zdjęcie głównych żałobników: Fidela Castro, Jeana-Paula Sartre?a, Simone de Beauvoir, gdy - jak wspominał - "pojawiła się pusta przestrzeń, a w tle Ernesto "Che" Guevara. Wlazł mi w obiektyw, a ja nacisnąłem spust aparatu. Ubrany był inaczej niż zwykle, w bluzę na suwak, i wyglądał znacznie szczuplej niż w rzeczywistości". "Revolución", redakcja Gutiérreza, nie chciała fotografii i dopiero sześć lat później włoski wydawca Giangiacomo Feltrinelli poprosił fotografa o zdjęcie Che, który udał się na straceńczą wyprawę do Boliwii. Za zdjęcie z pogrzebu nic nie zapłacił, a opublikował je po śmierci Che w październiku 1967 r. Stało się emblematem zbuntowanej młodzieży 1968 r. i jedną z najbardziej znanych fotografii w dziejach. 2.03.1978 r. Czech na orbicie 2.03.1978 r. Czech na orbicie Po raz pierwszy w kosmosie znalazł się człowiek niebędący obywatelem ani ZSRR, ani USA - na pokładzie Sojuza 28 znajdowali się Vladimír Remek, kosmonauta czechosłowacki, oraz Aleksander Gubariew. W trwającej do 10 marca misji załoga Sojuza 28 zacumowała do stacji orbitalnej Salut i wraz dwoma innymi radzieckimi kosmonautami przebywającymi tam jako tzw. załoga długotrwała przeprowadziła wiele eksperymentów. Czech, który spędził w kosmosie siedem dni, 22 godziny, 16 minut i 30 sekund, uczestniczył w pierwszym locie załogowym w ramach "Interkosmosu", programu uruchomionego na przełomie lat 60. i 70., do którego ZSRR zaprosił państwa satelickie, a potem również inne. 27 czerwca 1978 r. w kosmos poleciał Polak Mirosław Hermaszewski, a dwa miesiące później - Sigmund Jähn z NRD. 3.03.1960 r. Powrót Elvisa 3.03.1960 r. Powrót Elvisa Z RFN wrócił do Stanów Elvis Presley, który nad Renem odbywał służbę wojskową w III Dywizji Pancernej stacjonującej we Friedbergu w Hesji. Poznał tam 14-letnią Priscillę Beaulieu, córkę oficera lotnictwa, z którą się ożenił w 1967 r. Kiedy w 1958 r. Presley otrzymał powołanie, nie był zachwycony, ale jego menedżer "Colonel" Parker przekonał króla rock and rolla, by zamiast migać się od wojska, odbył służbę jako zwykły żołnierz. Specjalne traktowanie - jak argumentował - mogło nastawić przeciw Presleyowi media. Kiedy Elvis służył w Niemczech, Parker stawał na głowie, by ludzie nie zapomnieli o swoim idolu. Zanim poszedł w kamasze, nagrał pięć singli, które trafiły do sklepów w latach 1958-60. Po powrocie pociąg wiozący Elvisa z Waszyngtonu do Memphis stawał na każdej stacji, by fani mogli zobaczyć gwiazdora. 4.03.1954 r. Początek epoki Żiwkowa 4.03.1954 r. Początek epoki Żiwkowa Pierwszym sekretarzem Bułgarskiej Partii Komunistycznej został Todor Żiwkow, rekordzista w długości sprawowania władzy w państwach bloku radzieckiego - władał Bułgarią przez 35 lat, do 1989 r. Zachowywał się wyjątkowo służalczo wobec Moskwy, w latach 60. zaproponował Nikicie Chruszczowowi włączenie Bułgarii w skład ZSRR. Prowadził politykę bułgaryzacji mniejszości tureckiej liczącej 1,2 mln osób (dziś w Bułgarii żyje nieco ponad 7 mln ludzi), wywołując masową emigrację do Turcji Bułgarów o tureckich korzeniach. W 1992 r. Żiwkow został skazany na siedem lat więzienia m.in. za nadużycia władzy i defraudację państwowych pieniędzy, ale z powodu "złego stanu zdrowia" odsiadywał karę w areszcie domowym, a w 1996 r. został uniewinniony. Zmarł w 1998 r. 6.03.1454 r. Inkorporacja Prus 6.03.1454 r. Inkorporacja Prus Kazimierz Jagiellończyk wydał akt inkorporacji Prus do Królestwa Polskiego - formalnie król zrobił to na prośbę Związku Pruskiego, organizacji szlachty i mieszczan żyjących w państwie krzyżackim. Decyzja ta oznaczała wojnę z Zakonem, która mimo początkowych sukcesów miała się ciągnąć 13 lat. Król prowadził ją konsekwentnie, choć zmuszony był m.in. ustąpić niechętnej wojnie szlachcie, wydając przywileje stanowiące, że bez zgody sejmików ziemskich nie będzie zwoływał pospolitego ruszenia ani wprowadzał nowych podatków. Wojna zakończyła się tzw. drugim pokojem toruńskim, w wyniku którego do Polski wróciło Pomorze Gdańskie, ziemie chełmińska i michałowska oraz biskupstwo warmińskie. Reszta państwa krzyżackiego stała się lennem Polski. 7.03.1966 r. Francja opuszcza NATO 7.03.1966 r. Francja opuszcza NATO Prezydent Charles de Gaulle ogłosił wystąpienie Francji ze struktur NATO, zapewniając przy tym, że jego kraj pozostanie w strukturach cywilnych Sojuszu. Jednocześnie prezydent zapowiedział, że w ciągu roku zlikwidowane zostaną obce bazy wojskowe na francuskim terytorium - obawiając się, że Francuzi całkiem porzucą Sojusz, Amerykanie zwinęli bazy i przenieśli sztaby NATO do innych państw. De Gaulle, który podczas II wojny światowej zaznał upokorzeń od nieznoszącego go prezydenta Franklina D. Roosevelta, prowadził dość chłodną wobec USA politykę, starając się zarazem przywrócić Francji mocarstwowe znaczenie przez rozwijanie jej potęgi militarnej, w tym nuklearnej. Francja wróciła do struktur wojskowych NATO dopiero w 2009 r. 8.03.1948 r. Początek Filmówki 8.03.1948 r. Początek Filmówki W Łodzi powstała Państwowa Wyższa Szkoła Filmowa, która rychło stała się jedną z najsłynniejszych polskich szkół wyższych. Filmówka była przedsięwzięciem pionierskim, ponieważ przed wojną w Polsce nie było tego typu uczelni. Jej mury opuściła plejada reżyserów i operatorów tworzących polską szkołę filmową, m.in. Andrzej Munk, Janusz Morgenstern, Andrzej Wajda i Kazimierz Kutz; jej absolwentem jest także Roman Polański. Kierowana przez swego długoletniego rektora Jerzego Toeplitza Filmówka kwitła, aż w 1968 r. w wyniku antysemickiej nagonki rektor został pozbawiony stanowiska, a razem z nim odeszło wielu wybitnych wykładowców. Okres poruty nie trwał długo - wraz z rozpoczęciem działalności pedagogicznej przez Wojciecha Jerzego Hasa oraz innych znanych reżyserów i filmowców odzyskała dawną klasę. 5.03. 1960 r. Zdjęcie życia 5.03. 1960 r. Zdjęcie życia W Hawanie trwał pogrzeb ofiar eksplozji francuskiego frachtowca, w którym eksplodowało 70 ton amunicji. Alberto "Korda" Díaz Gutiérrez robił zd

  • Ciało do trumny, serce do urny

    [ TAH RP ] - Ale Historia SEBASTIAN DUDA 02-03-2015

    Późną zimę 1648 r. Władysław IV Waza spędzał w Wilnie. Mróz był siarczysty, więc para królewska odwlekała powrót do Warszawy - postanowiono wreszcie wracać po wiosennych roztopach. Niespełna 53-letni władca od dawna cierpiał na boleści nerkowe, nękały go podagra, reumatyzm, wyniszczał syfilis - ale nie odmawiał sobie uciech seksualnych: na Litwie komentowano po cichu jego wyczyny łóżkowe z niejaką Szycikową z Grodna oraz Salomonową z Wilna. Dworzanie donosili otyłego władcę do kochanek na krześle, bo chodzić mógł już tylko z największym trudem. Kiedy na sejmach posłowie wypominali mu, że tyle wydaje na niecności, odpowiadał: "Niech to tak będzie, żem ja te kilkakroć sto tysięcy kurwom moim rozdał". O zdrowie Władysława dbali liczni medycy, znachorzy, a nawet magowie, jednak w podróżach towarzyszył mu zwykle jeden tylko lekarz - Jan Kasper Krafft. Tak było i teraz, w 1648 r. Po opuszczeniu Wilna orszak nie posuwał się zbyt pospiesznie, a w pewnym momencie król nakazał postój w Mereczu, bo nie mógł sobie odmówić przyjemności polowania. Niestety, za sprawą konnych pogoni za zwierzyną król dostał bolesnej duszności, której próbowano zaradzić jakimś lekiem ziołowym z torby przygodnego cyrulika. Dostał straszliwej biegunki, a doktor Krafft doliczył się aż 150 wypróżnień w ciągu trzech następnych dni. Nie pomagały żadne wywary i wreszcie przywołany z Wilna podkanclerzy litewski Kazimierz Leon Sapieha, ulubieniec Władysława, wyznał mu: "Nie masz, miłościwy królu, od śmierci doktora". Władca zmarł o drugiej w nocy 20 maja 1648 r., a doktor Krafft czym prędzej dokonał sekcji zwłok - jedną nerkę znalazł mocno spuchniętą i na wpół zgniłą, drugą pełną kamieni. Wyjął wnętrzności i złożył je w urnie; osobną urnę przeznaczono na serce. Ciało Władysława spoczęło w katedrze wawelskiej, w podziemiach kaplicy Prandocińskiej u boku pierwszej żony, królowej Cecylii Renaty. Natomiast urny z królewskim sercem i wnętrznościami przewiózł do Wilna Jan Dowgiałło, prałat tamtejszej katedry. Zostały uroczyście złożone w ołtarzu we wspaniałej kaplicy św. Kazimierza, którą Władysław IV wraz ze swym ojcem ufundował i ozdobił. Wazowie śladem Jagiellonów Wazowie śladem Jagiellonów Pierwszym polskim królem, któremu poddani zafundowali oddzielny pochówek serca, był zapewne zmarły w 1434 r. w Gródku nieopodal Lwowa Władysław Jagiełło (dlatego miasteczko nazywano później Gródkiem Jagiellońskim). Urna z sercem miała być zamurowana w jednej ze ścian kościoła Franciszkanów, ale archeolodzy nie natrafili dotąd na jej ślad. Wiemy natomiast na pewno, że serce Jana Olbrachta, wnuka Jagiełłowego, spoczywa w Toruniu, gdzie w tamtejszym ratuszu 17 czerwca 1501 r. król ów pożegnał się ze światem. Wypreparowany z wnętrzności korpus pojechał na Wawel, a urnę z sercem zamurowano w filarze jednej z kaplic kościoła śś. Janów (dzisiejszej katedrze), gdzie do dziś zachowały się naścienne znaki, że pochowano tam królewskie szczątki. W 1572 r. w Knyszynie serce z ciała zmarłego tam Zygmunta Augusta wydobył aptekarz Marcin Wolski, a urnę z nim złożono przy głównym ołtarzu miejscowego kościoła w kamiennym sarkofagu. W XIX w. przeniesiono je najpierw na rynek, a później do krypty nowo zbudowanej knyszyńskiej świątyni św. Jana. Niestety, w 1902 r. w czasie remontu kościoła krypta została zasypana wraz z królewskim sarkofagiem. Ale i tak można mówić o szczęściu, jeśli porównać los królewskiego serca z tym, co się stało z wnętrznościami zmarłej w 1557 r. w Bari królowej Bony Sforzy, matki Zygmunta Augusta. Podczas balsamowania włożono je do ordynarnej glinianej wazy, którą pijany dworak rozbił następnie na schodach - królewskie szczątki padły najpewniej łupem zamkowych psów. Wnętrzności i serce króla Zygmunta III Wazy, ojca Władysława IV, również złożono w osobnej urnie, ale w trakcie pogrzebu na Wawelu trafiła ona do trumny razem z zabalsamowanymi zwłokami. Inaczej rzecz się miała z sercem Konstancji Austriaczki, zmarłej w 1631 r. drugiej żony Zygmunta III. Pochowano je w warszawskim kościele jezuitów przy Świętojańskiej, gdzie spoczęło też serce pierwszej żony Władysława IV Cecylii Renaty (zm. w 1644 r.) oraz szczątki i złożone w oddzielnych urnach serce i wnętrzności jego przyrodniego brata Karola Ferdynanda, biskupa płockiego. Te trzy wazowskie relikwie przykryły gruzy ze zniszczonego w trakcie powstania warszawskiego kościoła i dotąd ich nie odnaleziono. Z kolei serce Ludwiki Marii Gonzagi, drugiej żony Władysława IV, która po śmierci męża poślubiła jego przyrodniego brata Jana Kazimierza, spoczęło w okazałej, i - niestety - niezachowanej do naszych czasów marmurowej urnie w warszawskim kościele wizytek (w XIX w. wykonano nowy relikwiarz - srebrną puszkę w kształcie serca, która przetrwała wojnę na chórze za klasztorną klauzurą). Sam Jan Kazimierz po abdykacji w 1668 r. wyjechał do Francji, gdzie zmarł cztery lata później. Jego szczątki sprowadzono na Wawel, ale urna z sercem pozostała w paryskim kościele Saint W taki oto sposób za sprawą Wazów nastała u nas moda na chowanie oddzielnie urn z sercami i następni królowie przed śmiercią zostawiali instrukcje co do pochówku tych organów. Mięsień sercowy Michała Korybuta Wiśniowieckiego złożono w warszawskim kościele kamedułów, Jana III Sobieskiego w warszawskim kościele kapucynów, a Augusta II Wettina - w katakumbach kościoła przyzamkowego w Dreźnie (zniszczonego doszczętnie podczas nalotu alianckiego w 1945 r.). Za przykładem królewskim szli magnaci. Osobne pochówki serc już w XVII w. popularne były wśród Zamoyskich, w następnym stuleciu w ich ślady szli m.in. Sanguszkowie, Lubomirscy, Leszczyńscy oraz przedstawiciele wielu pomniejszych rodów. Stanisław Załęski, autor monumentalnej pracy "Jezuici w Polsce", twierdzi, że wzrost liczby osobnych pochówków serc dał się zaobserwować szczególnie po sejmie 1717 r. Sarmacki katolicyzm sprzyjał takim praktykom, bo uroczystości żałobne stawały się okazją do ukazania potęgi rodu. Ceremonie grzebania serc nie ustępowały właściwym pogrzebom. Dla relikwiarzy ze złota i srebra wznoszono przykryte kirem drewniane konstrukcje, przy których księża odprawiali egzekwie. Kościół ostatecznie zabronił takich obrzędów na początku XX w., gdy papież Pius X zakazał wyjmowania wnętrzności z ciał papieskich i osobnych ich pochówków. Jednak przez wieki rzymscy pontyfikowie aprobowali takie praktyki. Średniowieczny renesans Średniowieczny renesans O odrębnych pochówkach serc świadczą znaleziska ze starożytnego Egiptu z XV w. p.n.e. Jak przypuszczają naukowcy, Egipcjanie usuwali serce i inne wnętrzności, by ciało się nie psuło i można je było lepiej zabalsamować. Starożytni Grecy nie praktykowali tego zwyczaju, a Rzymianie palili zwłoki, więc wyjmowanie wnętrzności nie było potrzebne. Oddzielne pochówki serc pojawiły się na nowo w średniowiecznej chrześcijańskiej Europie. Znawca tematu prof. Michał Rożek pisze: Chrześcijanie uważali grób za Nic dziwnego, że serce, w którym Duch Święty rozpoczynał dzieło odnowy człowieka mającej się zakończyć chwalebnym zmartwychwstaniem, zostało uznane za godne równie uroczystego pochówku jak ciało. W średniowieczu wielu chrześcijan widziało w sercu "grób duszy". Pierwsze odnotowane w średniowieczu wycięcie serca po śmierci odbyło się w 754 r. - wyjęto je z ciała zamordowanego we fryzyjskim Dokkum biskupa Bonifacego, apostoła Niemiec i Niderlandów. Ciało męczennika złożono w kościele w Fuldzie, a serce przewieziono do katedry w Moguncji. W obu miastach powstały wokół relikwii ośrodki kultu. Ale osobne pochówki serc zdarzały się w tamtym czasie wśród członków elit państwa Franków, a ślad tego można odnaleźć w słynnej "Pieśni o Rolandzie", której bohater ginie wraz z towarzyszami w walce z Saracenami. Jego śmierć opłakuje Karol Wielki, który nakazuje wyjęcie serc z ciał bohaterów, owinięcie ich w całuny i złożenie w sarkofagu z białego marmuru. Władcy bez serca Władcy bez serca Żyjący w latach 975-1018 kronikarz Thietmar z Merseburga wspomina jednak, że w przypadku cesarza Ottona I (zm. w 973 r. w Memleben), a także arcybiskupa magdeburskiego Waltharda (zm. w 1012 r. w Giebichenstein) z ciał wyjęto wnętrzności, ale nie odbyły się oddzielne uroczyste pochówki serc. Nieco inaczej postąpiono z cesarzem Ottonem III (zm. w 1002 r. koło Viterbo) - wnętrzności złożono w dwóch urnach i pochowano w Augsburgu, a ciało pojechało z Augsburga do Akwizgranu. Ale Thietmar nie pisze, czy w Augsburgu oddzielnie pochowano cesarskie serce. Odrębne pochówki zaczęły się upowszechniać w XII w. W 1135 r. król Anglii Henryk I pojechał do Normandii odwiedzić córkę i zięcia, objadł się tam nieświeżymi minogami, zatruł i zmarł. Ciało wystawiono w Rouen, ale zięć Henryka postanowił odesłać je do Anglii, więc medyk wyjął wnętrzności, w tym mózg. Lekarz, który podjął się tego zadania, wkrótce zmarł w wyniku infekcji, natomiast zwłoki szybko zaczęły się rozkładać. Wtedy wezwano rzeźnika, który serce oprószył solą i zaszył w wołowej skórze. Po jakimś czasie to samo zrobił z ciałem, które przewieziono do opactwa w Reading w Anglii. W Rouen pochowano serce, w Reading - korpus. Odtąd w Europie coraz częściej dochodziło do oddzielnego grzebania serc, a jednym z najgłośniejszych stał się pochówek króla krzyżowca Ryszarda I Lwie Serce (1157-99). Ryszard leży obok ojca Henryka II i matki Eleonory Akwitańskiej w opactwie Fontevraud w Andegawenii, natomiast jego serce - zgodnie z życzeniem władcy - spoczywa w katedrze w Rouen. Miało to być wyrazem miłości Ryszarda do Normandii i kiedy król ten umierał, nie budziło zdziwienia. Do rozpowszechnienia praktyki odrębnego pochówku serca przyczyniły się krucjaty. Jak piszą Simon i Thomas Amidonowie, Ciało i państwo Ciało i państwo Takie praktyki nie zawsze podobały się teologom i decydentom kościelnym. W 1294 r. papież Bonifacy VIII zakazał odrębnego pochówku serc, lecz jego następca Benedykt XI musiał w 1303 r. cofnąć ten zakaz. Okazało się, że praktyka ustanawiania oddzielnych "grobów duszy" stała się zbyt popularna wśród elit i od II połowy XIII w. po każdym zgonie króla Francji z królewskich zwłok wydobywano serce oraz inne narządy. Sercu, a czasem także jelitom, wątrobie i mózgowi Francuzi urządzali oddzielne pogrzeby, a każda z tych ceremonii stawała się okazją do wyrażenia czci dla królewskiego ciała symbolizującego państwo. Jednak ciało władcy wyrażało też jedność państwa, więc do XVI w. we Francji królewski korpus oraz urny z sercem i innymi wnętrznościami mimo wszystko starano się chować w jednym grobowcu w Bazylice św. Dionizego w Saint-Denis pod Paryżem. Z czasem, za sprawą debat teologicznych prowadzonych w epoce kontrreformacji o wojnie toczonej przez duszę i ciało, sercu, czyli siedlisku duszy, zaczęto nadawać większą wartość niż innym członkom. W XVII w. królowie i parowie francuscy szczegółowo omawiali w testamentach, jak mają być grzebane ich serca. Sowicie płacono za organizację ceremonii pogrzebowych (ze specjalnymi oracjami ku czci serca zmarłego) i za epitafia z nagrobkami serc (tzw. kardiotafia, niektóre bardziej okazałe od grobowców dla ciała). W XVII w. przykład z Francji rozprzestrzenił się w innych krajach, a moda na grzebanie serc zapanowała szczególnie w Szkocji, na Węgrzech, w Austrii i Niemczech oraz we Włoszech - przede wszystkim na dworze papieskim. Olbrzymią liczbę papieskich relikwiarzy serdecznych oglądać można w kościele św. Wincentego i Anastazego w Rzymie. Polscy Wazowie nie byli zatem wyjątkiem. Serca wielkich Polaków Serca wielkich Polaków Na ziemiach polskich w XIX i XX w. w sercach ważnych zmarłych widziano romantyczne symbole dumy narodowej, bohaterstwa, tęsknoty za niepodległą ojczyzną. Świadectwo nostalgii za Polską dostrzegano np. w umieszczeniu w filarze kościoła św. Krzyża w Warszawie serca Fryderyka Chopina, które potajemnie przywiozła z Paryża siostra kompozytora. Ale wmurowaniu urny w filar kościelny nie towarzyszyła żadna ceremonia. Uroczyście za to pochowano w XIX w. serca ks. Hugona Kołłątaja (w Wiśniowej koło Sandomierza) i ks. Stanisława Konarskiego (w krakowskim kościele pijarów). Serce Władysława Reymonta umieszczono w 1924 r. nieopodal serca Chopina w kościele św. Krzyża. W 1927 r. przywieziono ze Szwajcarii serce Tadeusza Kościuszki, które zanurzone w glicerynie z dodatkiem ziół cudem ocalało w powstaniu warszawskim (od 1983 r. urna z sercem Naczelnika eksponowana jest w odbudowanym Zamku Królewskim w Warszawie). Podczas powstania spłonęło natomiast przechowywane w jednym z warszawskich klasztorów serce Karola Szymanowskiego. Jednym z ostatnich wielkich Polaków, któremu wyjęto serce, był zmarły w 1941 r. w USA Ignacy Jan Paderewski. Po 45 latach od śmierci tego wybitnego pianisty i polityka jego serce spoczęło w Amerykańskiej Częstochowie - w Doylestown w Pensylwanii. Ale najsłynniejszym pogrzebem serca w XX-wiecznej Polsce był pochówek organu Józefa Piłsudskiego w grobie jego matki na wileńskiej Rossie - Marszałek życzył sobie tego w testamencie, zainspirowany być może odkryciem dokonanym w "miłym mieście" w 1931 r. Wtedy to Wilia zalała dużą część wileńskiej starówki, m.in. plac Katedralny. W podziemiach katedry odkryto nieznane dotąd krypty i stwierdzono, że w jednej z nich są ciała króla Aleksandra Jagiellończyka oraz dwóch żon Zygmunta Augusta: Barbary Radziwiłłówny i Elżbiety Rakuszanki. Nieco dalej, w krypcie pod kaplicą św. Kazimierza, znaleziono jeszcze coś. Prof. Marian Morelowski ogłosił wkrótce na łamach pisma "Alma Mater Vilnensis", że zespół pod jego kierunkiem natrafił na dwie puszki: Krypty z królewskimi grobami zamurowano w Wilnie podczas najazdu moskiewskiego w 1655 r. i od tego czasu nie wiadomo było, gdzie są. Po sensacyjnym znalezisku w 1931 r. wilnianie byli dumni, że i ich miasto jest nekropolią władców, a ze szczególnym sentymentem odnosili się do Władysława IV, który wedle potocznej opinii tak ukochał Wilno, że postanowił zostawić w nim serce. Prawda o schorowanym królu lubieżniku niespecjalnie była znana. Co więcej, po złożeniu serca Marszałka na cmentarzu na Rossie opowiadano nad Wilią, że w "miłym mieście" swój spoczynek znalazły "dwa prawdziwie królewskie serca". Korzystałem m.in. z książek: Stephena i Thomasa Amidonów "Genialna maszyna. Biografia serca", tł. Adriana Celińska, Kraków 2012, oraz Mieczysława Czumy i Leszka Mazana "Poczet serc polskich", Kraków 2005. Od drugiej połowy XIII w. po zgonie króla Francji ze zwłok wydobywano serca i inne narządy. Monarszym sercom, a czasem też jelitom, wątrobom i mózgom, Francuzi urządzali oddzielne pogrzeby, a każda z tych ceremonii stawała się okazją do wyrażenia czci dla królewskiego ciała symbolizującego państwo.

  • Miliony księdza Sauniere?a

    [ TAH RP ] - Ale Historia ARKADIUSZ STEMPIN* 02-03-2015

    Latem 1885 r. ten 33-letni duchowny przejął ubożuchną parafię ze stojącą obok kościoła pod wezwaniem św. Marii Magdaleny plebanią przypominającą chatkę pasterską w górach. Zamieszkał w niej wraz z gospodynią i jej 16-letnią córką Marie, w której szybko zakochał się na zabój. Po kilku latach z biedującego proboszcza stał się właścicielem rezydencji o nazwie Villa Bethania, otoczonej wspaniałym parkiem z małpkami i pawiami. Skromny do niedawna księżulo nabywał akcje kolei żelaznych i kompanii naftowych, żyjąc sobie przyjemnie z ukochaną Marie, której matka w międzyczasie zmarła. W 1960 r. historią Sauniere?a i jego tajemniczego bogactwa zainteresowali się francuscy dziennikarze i wysunęli hipotezę, że duchowny musiał znaleźć skarb. Z kolei w 1967 r. poczytny pisarz i archeolog amator Gérard de Sede opublikował książkę pt. "Przeklęte złoto z Rennes, czyli życie Bérengera Sauniere?a" z kopią manuskryptu, który rzekomo uczynił z proboszcza krezusa. Skarb króla Dagoberta Skarb króla Dagoberta Jak pisze de Sede, ksiądz pożyczył od gminy pieniądze, by odremontować kościół, i w czasie przebudowy ołtarza w 1897 r. robotnicy natrafili na ukryte tam stare pergaminy, w tym rękopis z wersami pochodzącymi z Nowego Testamentu. W łacińskim tekście szereg liter wystawał do góry poza linijki, a po ich złożeniu powstawało francuskie zdanie: Za sprawą książki de Sede?a do wioszczyny zaczęli ściągać poszukiwacze skarbów z łopatą w jednej i Biblią w drugiej ręce, ale niczego nie znaleźli. Nikt też nie zdołał udowodnić, że ksiądz Sauniere sam cokolwiek znalazł, wiele natomiast przemawiało za tym, że zapis na pergaminie został w 1960 r. sfałszowany. Jak ujawnił dziennikarz Jean-Luc Chaumeil, dziedzic spuścizny zmarłego w międzyczasie de Sede?a, ten miał mu się przyznać, że pergamin z manuskryptem dostał pocztą od anonimowego nadawcy. Istotnie, manuskrypt spisany był na pergaminie pochodzącym z 1960 r., dostępnym w sklepach papierniczych, a litery nie wyglądały na napisane przed wiekami. Odkrycia redaktora Lincolna Odkrycia redaktora Lincolna Czysta mistyfikacja? Brytyjski dziennikarz Henry Lincoln był innego zdania. W 1980 r. w bestsellerze "Święty Graal, święta krew" wysunął przypuszczenie, że "ktoś coś wiedział i swoją wiedzę postanowił w zaszyfrowany sposób przekazać dalej", a kluczowa jest treść, a nie data powstania przekazu. Zdaniem Lincolna nie ma znaczenia, czy manuskrypt powstał w 1980 r., czy w 1890 r., ponieważ "są dowody, że Sauniere coś wiedział". Dowody te znajdują się w kościółku pochodzącym z VI w. (czyli z czasów panowania Merowingów), a zdaniem Lincolna podczas remontu ksiądz Sauniere zaszyfrował tajemnicze informacje w reliefach i kamiennych posągach. Tuż obok głównego wejścia jest rzeźba Asmodeusza, demona, który według tradycji żydowskiej strzeże ukrytych skarbów. Istotnie, motyw niezwykły w kościele katolickim. Nad rzeźbą wyryty jest francuski napis Skarby katarów i Wizygotów Skarby katarów i Wizygotów W okolicach Rennes-le-Château miały być ukryte dwa legendarne skarby. Jeden - katarów, heretyków, którzy na nieodległym wzgórzu Montségur w XIII w. wznieśli swoją katedrę. Przeciwko tym schizmatykom religijnym królowie francuscy organizowali krucjaty, a katarzy przed decydującym szturmem zdołali ukryć złoto w okolicy. Jednak zdaniem badaczy słowo "Syjon" w manuskrypcie mogło też wskazywać na zupełnie inny trop. Na Łuku Triumfalnym cesarza Tytusa na rzymskim Forum jeden z reliefów ukazuje rabunek przez Rzymian Świątyni w Jerozolimie w 70 r. W 410 r. skarb pochodzący ze Świątyni dostał się w ręce Wizygotów, którzy złupili Rzym, i miał być wywieziony w okolice Rennes-le-Château. Kiedy proboszcz dorobił się nagle wielkich pieniędzy, uznano, że musiał znaleźć jeden z tych skarbów, tyle tylko, że żaden z drogocennych przedmiotów - ani ze skarbu katarów, ani ze skarbu Wizygotów - nie wypłynął nigdy na światło dzienne. A przecież duchowny musiał je spieniężyć, skoro dysponował gotówką? Aura tajemnicy otacza także działalność księdza w parafii, a zwłaszcza przebudowę świątyni i wyryty nad portalem łaciński napis: Ród Jezusa Ród Jezusa Wielu zarzucało Sauniere?owi sprzeniewierzanie się zasadom Kościoła katolickiego, a jednym z dowodów na to ma być figura Dzieciątka Jezus przy ołtarzu trzymana przez Maryję i św. Józefa. W tej niecodziennej podwójnej ikonografii interpretatorzy doszukują się ukrytego przekazu, w którym kluczowa rola przypada Marii Magdalenie. Kiedy Jezus wypędził z niej siedem demonów, przyłączyła się do jego uczniów i zdaniem niektórych badaczy miał się on z nią ożenić. Egzegeci ci powołują się na wyjątkową pozycję Marii Magdaleny, o której wiemy z Ewangelii św. Jana - to ona odkryła pusty grób po zmartwychwstaniu i to jej jako pierwszej ukazał się zmartwychwstały Chrystus. Autorzy pokroju de Sede?a czy Lincolna twierdzą, że w swoim kościółku Sauniere uhonorował heretycką interpretację Biblii z wątkiem miłosnym Chrystusa i Magdaleny. Na dodatek w myśl legendy o przybyciu na południe Francji 10 lat po ukrzyżowaniu Chrystusa dwóch sióstr jego matki z Marią Magdaleną ta ostatnia została pochowana w Langwedocji. Wszystkie trzy miały też żyć do śmierci w Saintes-Maries-de-la-Mer niedaleko Rennes-le-Château. Ksiądz Sauniere znany był z czczenia Marii Magdaleny. Henry Lincoln powtarza teorię o małżeństwie Jezusa z Marią Magdaleną i ich dzieciach, protoplastach rodu, który przetrwał do dziś. Twierdzi też, że przez 20 wieków Kościół zakulisowo i uporczywie zwalczał ród Jezusa i Magdaleny. Papieże jako namiestnicy Chrystusa rościli sobie prawo do namaszczania królów jako pomazańców bożych, tymczasem - jak przekonuje Lincoln - to potomkowie Jezusa mieli zasiadać na tronach państw chrześcijańskich. Pergamin, który miał znaleźć ksiądz Sauniere, stanowi dla niego dowód: wspomniany tam skarb oznaczał nie złoto, lecz krew Jezusa, czyli jego ród, a Dagobert II do niego należał. Władca ten świetnie pasował do tej sensacyjnej historii - w 656 r. w wyniku spisku został uprowadzony do Irlandii i ukryty w jednym z klasztorów. Rzekomo stało się to na zlecenie papieża, a celem było usunięcie prawowitego władcy. W końcu 20-letni Dagobert zbiegł z klasztoru i przejął władzę w państwie Franków, ale jego wrogowie nie dali za wygraną - zwabili młodego króla na polowanie do lasu i zamordowali. W Mons przechowywane są relikwie ogłoszonego świętym Dagoberta, a czaszka nosi ślady uderzeń, co potwierdza hipotezę o zamordowaniu członka rodu Jezusa - jak zapewniają Lincoln i jemu podobni. Zakon Syjonu Zakon Syjonu I wskazują na inicjały PS znajdujące się na pergaminie z Rennes-le-Château, rzekomo oznaczające W zbiorach Biblioteki Narodowej w Paryżu znajduje się bowiem dokument potwierdzający istnienie tajnego stowarzyszenia. Trafił tam ze spuścizny niejakiego Lobineau, tyle tylko, że został sporządzony w 1967 r. i zawiera listę nazwisk znanych osób będących wielkimi mistrzami Zakonu Syjonu. Są na niej Leonardo da Vinci, Isaac Newton, Victor Hugo, Jean Cocteau, Dagobert II, a także Gotfryd de Bouillon, jeden z wodzów I krucjaty i pierwszy władca Królestwa Jerozolimskiego. Lincoln snuje zatem teorię o przejęciu przez Gotfryda spuścizny Jezusa i powołaniu przezeń Zakonu Syjonu. Dokument w Bibliotece Narodowej wspomina o jeszcze jednej osobie - to Hugo de Payens, założyciel i pierwszy wielki mistrz templariuszy. Jak twierdzi Lincoln, rycerze-zakonnicy kamuflowali istnienie Zakonu Syjonu. Król Francji Filip IV Piękny i papież Klemens V doprowadzili do upadku zakonu i spalenia templariuszy za rzekomy homoseksualizm i bluźnierstwa. W rzeczywistości papież i król dybali na majątek templariuszy, ale naturalnie Lincoln przekonuje, że zginęli, bo znali prawdę o rodzie Jezusa. Zamek Rennes-le-Château zamieszkiwała niegdyś rodzina Blanchefortów, których przodek Bertrand był szóstym z kolei wielkim mistrzem templariuszy. Przed śmiercią w 1781 r. ostatni z rodu Blanchefortów miał zdradzić tajemnicę o Zakonie Syjonu miejscowemu proboszczowi, a ten spisał ją na pergaminie i ukrył w kościółku. Sto lat później dokument miał odnaleźć ksiądz Sauniere. Zdaniem Lincolna pojechał z nim do Paryża, ponieważ nie pojmował znaczenia tego odkrycia. Kiedy pokazał zagadkowy pergamin paryskim arystokratom, znaleźli się wśród nich strażnicy wiedzy o rodzie Jezusa, bo po zniszczeniu zakonu templariuszy arystokraci potajemnie podtrzymywali istnienie Zakonu Syjonu. I tak oto wiejski proboszcz został dopuszczony do polityczno-religijnych układów, a jego milczenie członkowie tajnego stowarzyszenia sowicie wynagradzali. W ten sposób zamyka się teoria Lincolna. Niejasnego pochodzenia dochody księdza Sauniere?a tłumaczy on istnieniem tajnego sprzysiężenia. Sztuczki księdza Sauniere?a... Sztuczki księdza Sauniere?a... Kiedy w 1900 r. Sauniere rozpoczął prace remontowe, wieść o bogatym duchownym dotarła do pobliskiego Carcassonne będącego siedzibą biskupa diecezjalnego Paula-Félixa Beuvain de Beauséjour, który zażądał od księdza wyjaśnień. Ten bronił się, że majątek zawdzięcza donatorom chcącym pozostać anonimowymi, ale biskup nie dał mu wiary i w końcu go zawiesił oraz nakazał opuszczenie probostwa. Od tej decyzji ksiądz się odwoływał, ale bezskutecznie. Dokumenty ze spuścizny Sauniere?a zaświadczają, że księżna Marie-Thérese de Chambord, członkini rodu Habsburgów oraz wdowa po pretendencie do korony francuskiej, w 1886 r. podarowała księdzu znaczną kwotę pieniędzy na renowację jego kościoła. De Chambord wspierała paryski kościół Sacré-Coeur, bastion wiary katolickiej w świeckiej III Republice Francuskiej, a do dotacji na rzecz Sauniere?a miały ją skłonić jego rojalistyczne kazania. Miał on jednak dochody także z innych źródeł. Wśród dokumentów będących w posiadaniu członków rodziny Captierów, z których jeden nabył plebanię razem z całym inwentarzem, są rachunki za odprawiane msze. Ksiądz zgodnie z prawem kanonicznym odprawiał co dzień trzy msze za zmarłych i przedkładał informacje o tym kurii, ale w rzeczywistości inkasował opłaty za setki mszy odprawianych na lewo. I to właśnie handel mszami miał być podstawą jego niebotycznych dochodów. Przez dwie dekady miał się dorobić równowartości 900 tys. euro. W czasach Sauniere?a dochodowe msze za zmarłych kurie rozdzielały pomiędzy poszczególnych księży. Sauniere, czując się pominięty, wziął sprawy w swoje ręce i listownie oferował swoje usługi różnym katolickim stowarzyszeniom i wspólnotom, natomiast honoraria otrzymywał bezpośrednio, z pominięciem kurii. Za tę działalność w końcu został wykluczony ze stanu duchownego, a Marie Dénarnaud, z którą żył i mieszkał pod wspólnym dachem, zapisał majątek w obawie, by nie został mu skonfiskowany, bo przecież doszedł doń nielegalnie. A co z wielkim spiskiem? Historią o ubogim księdzu, który odnalazł pergamin, ze skarbami, królem Dagobertem II? Z przemilczanym przez Kościół małżeństwem Jezusa z Marią Magdaleną? I tajnym Zakonem Syjonu? ...i Pierre?a Plantarda ...i Pierre?a Plantarda W tym momencie tej historii pojawia się nowa postać. To Pierre Plantard. W archiwum miasteczka Saint-Julien pod Genewą znajduje się dokument zaświadczający, że tajne stowarzyszenie stworzył nie Gotfryd de Bouillon w XI w., lecz Pierre Plantard, który 7 maja 1956 r. powołał do istnienia Zakon Syjonu mający pomagać ubogim. Swoją nazwą nawiązywał on do pobliskiego pasma Montagne de Sion. Na jednym ze wzgórz miał powstać klasztor Prieuré pomyślany nie jako dom zakonny, ale jako miejsce spotkań religijnych dla świeckich. Plan pozostał wyłącznie na papierze, a Plantard rozwiązał klub po trzech latach. Co go zainspirowało, by niedoszłą organizację charytatywną sprzedać jako największy tajny związek w dziejach ludzkości? Temu urodzonemu w 1920 r. Francuzowi przyszło któregoś dnia do głowy, że może być w prostej linii potomkiem Merowingów i pełnoprawnym królem Francji. W 1950 r. razem z przyjacielem, belgijskim markizem i aktorem Philippe?em de Chérisey, pomysł przelał na papier. Ci dwaj do spółki z Gérardem de Sede?em wydali książkę "Przeklęte złoto w Rennes" i zamieścili w niej słynny manuskrypt na pergaminie. Historia o tajemniczym dokumencie i ukrytym skarbie zadziałała jak magnes, a dziennikarze z całego świata chcieli zobaczyć oryginał, którego trzej szalbierze pokazać nie mogli. Dlatego kolejno fałszowali oni drzewa genealogiczne i sporządzili listę znanych osobistości będących rzekomymi wielkimi mistrzami tajnego Zakonu Syjonu, którego nazwę zapożyczyli od charytatywnego klubu Plantarda. W 1967 r. dokument "Les Dossiers Secrets" zarejestrowali w paryskiej Bibliotece Narodowej, a pieczęć archiwum państwowego nobilitowała przekręt i nadawała mu urzędowy charakter. Brytyjczycy wchodzą do gry Brytyjczycy wchodzą do gry W 1979 r. nastąpił zwrot w historii Rennes, którą teraz wzięli na warsztat trzej Brytyjczycy: wspomniany już Henry Lincoln oraz Michael Baigent i Richard Leigh. Ci dziennikarze natrafili oczywiście na osobę Plantarda i zorganizowali w kinie spotkanie z rzekomym potomkiem Merowingów. Dziennikarz Jean-Luc Chaumeil tak je zapamiętał: Spotkanie zaowocowało książką "Święty Graal, święta krew", która wyszła spod pióra brytyjskich tym razem bałamutników. Przejęli oni sensacyjne story od Francuzów i rozwinęli je, wymyślając mit o linii pochodzącej od Jezusa, czyli materiał wyjściowy dla "Kodu Leonarda da Vinci" Dana Browna. Wynieśli Plantarda na spadkobiercę dynastii Merowingów i puścili w obieg bajeczkę o wielowiekowej egzystencji Zakonu Syjonu. Ale puentą było uczynienie Plantarda ostatnim przedstawicielem linii zapoczątkowanej przez Jezusa i Marię Magdalenę. Hipoteza bazująca na sfałszowanym dokumencie, rzekomo odnalezionym przez Sauniere?a w Rennes, odróżnia się od innych fantasmagorii tym, że poparta jest faktami historycznymi. "Rzeczywistość historyczna i fantastyczna zachodzą na siebie, zanieczyszczając się wzajemnie" - mówi niemiecki mediewista Jan Rüdiger. Postscriptum Postscriptum 17 stycznia 1917 r. legendarnego duszpasterza dopadł w ogrodzie zawał. Ksiądz wyspowiadał się przed proboszczem z pobliskiej Couizy, który udzielił mu rozgrzeszenia i wyszedł od umierającego blady jak kreda. Sauniere, który zmarł 22 stycznia na skutek wylewu, do końca bezskutecznie walczył o przywrócenie do stanu kapłańskiego. Marie Dénarnaud przeżyła sekretnego małżonka o 40 lat. Były proboszcz, który złamał śluby kościelne, ale o ukrytych skarbach czy o największym sprzysiężeniu w dziejach ludzkości nic nie wiedział, pozostawił w spadku potomności historię do dziś budzącą emocje. Nadal bowiem wielu poszukuje rodowych powiązań z Merowingami, których protoplastami mieli być Jezus i Maria Magdalena. ---------- *Arkadiusz Stempin - historyk i politolog, profesor w Wyższej Szkole Europejskiej w Krakowie i na Uniwersytecie Alberta Ludwika we Fryburgu Bryzgowijskim O Rennes-le-Château, wiosce w Langwedocji u podnóża Pirenejów, napisano prawie 500 książek i nakręcono wiele filmów. Sprawił to nieżyjący od prawie stu lat ksiądz milioner François Bérenger Sauniere.

  • W KSIĘGARNI

    [ TAH RP ] - Ale Historia RED 02-03-2015

    ARCHIWUM MITROCHINA. KGB I ŚWIAT ARCHIWUM MITROCHINA. KGB I ŚWIAT CHRISTOPHER ANDREW, WASILIJ MITROCHIN Rebis 2015 (wydanie poprawione, dodruk) Gdy w grudniu 1996 r. okazało się, że do Wielkiej Brytanii zbiegł z Rosji oficer KGB, który zna nazwiska setek szpiegów Moskwy, rzeczniczka prasowa rosyjskiego wywiadu drwiła z artykułu: "Setki ludzi! Takie rzeczy się nie zdarzają. Każdy dezerter może znać najwyżej dwa-trzy nazwiska, ale nie setki". A jednak Wasilij Mitrochin, archiwista I Zarządu Głównego KGB, znał ich setki. Przez wiele lat wynosił z biura dokumentację, kopiował ją i zakopywał w konwiach na mleko na daczy. W 1992 r. został przerzucony do Wielkiej Brytanii. Historyk Christopher Andrew wraz z Mitrochinem przez lata opracowywali wykradzione materiały. REZYDENCJE W STAREJ FOTOGRAFII REZYDENCJE W STAREJ FOTOGRAFII WSTĘP: WIT KAROL WOJTOWICZ Bosz 2014 Klimatyczny album ze znakomitymi fotografiami, głównie z lat międzywojennych, ale i z początku XX w., przedstawiającymi 40 rezydencji polskiej arystokracji, ziemiaństwa i nowobogackich. Album jest piękny, ale też ma słabe strony. Po pierwsze, nawigację - o tym, jaki obiekt oglądamy, informuje zaledwie niewielka nazwa w prawym górnym rogu rozkładówki, i nie od razu można się połapać, co mamy przed oczami. Po drugie, brakuje choć krótkiej informacji o obiektach. A to, że neogotycki pałac w Opinogórze należał do Krasińskich, Przecław do Koniecpolskich, a Łańcut do Lubomirskich, nie jest wiedzą tajemną. WROCŁAW TKWI W SZCZEGÓŁACH WROCŁAW TKWI W SZCZEGÓŁACH BEATA MACIEJEWSKA I STANISŁAW KLIMEK Via Nowa 2014 Nie jest to klasyczny album, choć zawiera mnóstwo zdjęć detali architektonicznych zabytków Wrocławia uchwyconych obiektywem Stanisława Klimka. Może nawet ważniejsze od zdjęć są opowieści wrocławskiej autorki "Ale Historia" o wydarzeniach i ludziach, których dzieje splotły się z ukazanymi w albumie miejscami. Maciejewska opisuje np. historię tkacza lnu, który w 1568 r. umarł przy ołtarzu na swoim ślubie powalony przez zarazę, biskupa nakrytego przez błazna na seksie z zakonnicą czy też Abrahama Aschera, żydowskiego chłopca z Breslau, który zapamiętał Hitlera przemawiającego z balkonu hotelu Monopol. ARCHIWUM MITROCHINA. KGB I ŚWIAT ARCHIWUM MITROCHINA. KGB I ŚWIAT CHRISTOPHER ANDREW, WASILIJ MITROCHIN Rebis 2015 (wydanie poprawione, dodruk) Gdy w grudniu 1996 r. okazało się, że do Wielkiej Bryta

  • Co władza ludowa dawała w naturze

    [ TAH RP ] - Ale Historia ADAM LESZCZYŃSKI 02-03-2015

    W maju 1956 r. Edward Gierek jako szef Wydziału Przemysłu Ciężkiego KC PZPR dostał projekt ministra górnictwa węglowego w sprawie budowy domków fińskich dla przodujących górników. Minister Franciszek Waniołka pisał: Wykonaniu planu zagrażała rotacja pracowników, problem, z którym władza ludowa nie radziła sobie nawet w najczarniejszym stalinizmie. Według Błażeja Brzostka, autora książki o warszawskich robotnikach w okresie stalinowskim, wymiana załóg w niektórych stołecznych fabrykach sięgała 150 proc. rocznie! Ludzie ci pracowali w jednym miejscu góra kilka miesięcy, a potem przechodzili do kolejnego zakładu, często w innym miejscu w kraju. Dyrektorzy fabryk narzekali, że robotnicy notorycznie porzucają pracę zaraz po przyuczeniu do zawodu, co rzeczywiście fatalnie wpływało na wydajność. A ponieważ gospodarka gwałtownie potrzebowała siły roboczej - trwał plan sześcioletni (1950-55), czyli tworzenie przede wszystkim przemysłu ciężkiego - o nową pracę, często lepiej płatną, nie było trudno. Dyrektorzy próbowali różnych sztuczek, żeby powstrzymać odchodzenie robotników, np. zatrzymywali część pensji za pierwsze miesiące, którą wypłacali dopiero wtedy, gdy delikwent swoje już przepracował. Dawało to nadzieję, że za szybko nie ucieknie. Robotnicy nie zamierzali się jednak podporządkowywać i władze miały z nimi znacznie większy kłopot niż z pracującymi w biurach inteligentami. Na przykład notorycznie i masowo nie przychodzili do pracy w dni robocze, na co reagowano zaostrzaniem przepisów o "socjalistycznej dyscyplinie pracy", grożąc za różne wykroczenia poważnymi karami (z aresztem i sądowym nakazem pracy włącznie). Ale i kary nie działały, a trudno je też było wymierzać masowo, bo w końcu robotnicy byli "klasą przodującą" w ustroju socjalistycznym. Chcąc nie chcąc, władze uciekały się także do marchewki. W 1956 r. minister Waniołka pisał, że bez lepszych warunków mieszkaniowych nawet w postaci tanich domków fińskich trudno będzie wykonać plan. Górnicy żądają... Górnicy żądają... Wniosek ministra Waniołki nie został uwzględniony, ale górnikom coś trzeba było dać - po krwawo spacyfikowanym buncie robotników w Poznaniu w czerwcu 1956 r. władze świetnie zdawały sobie sprawę z coraz większego niezadowolenia społeczeństwa z powodu niskich płac i pustych półek w sklepach. A już szczególnie obawiały się górników: twardych, przyzwyczajonych do niebezpiecznej pracy mężczyzn zgrupowanych wówczas w zasadzie w jednym regionie kraju i mających wspólne interesy. Co więcej, węgiel był głównym źródłem dewiz i pozostał nim do samego końca ustroju, mimo wielu prób przestawienia eksportu na artykuły przemysłowe. Przez całe dekady za dolary z eksportu węgla kupowano maszyny do fabryk, rozmaite zagraniczne komponenty niezbędne do produkcji przemysłowej i wiele innych rzeczy. System przywilejów górniczych powstawał od początku Polski Ludowej - np. prawo o wyższych emeryturach uchwalono w 1951 r. Kiedy władza słabła, górnicy pokazali swoją siłę, np. w październiku 1956 r., kiedy to Zarząd Główny Związku Zawodowego Górników zrzeszający 300 tys. górników i pracowników kopalń wypowiedział układ zbiorowy i zażądał podwyżek. W notatce skierowanej do sekretarza KC PZPR Edwarda Ochaba ówczesny wicepremier Piotr Jaroszewicz nazywał ten krok "aktem czysto formalnym i wysoce szkodliwym" i pisał tak: Związek zażądał dodatkowo jeszcze 1,8 mld zł. Ten postulat - martwił się Jaroszewicz - ...i dostają ...i dostają Górnikom, a także innym grupom zawodowym, władza dawała przywileje, ale raczej w naturze niż w pieniądzu. Było to racjonalne, biorąc pod uwagę permanentne "niedobory rynkowe" wywołane m.in. nadmiarem pieniędzy na rynku wewnętrznym, co skutkowało długimi kolejkami przed sklepami i pustymi półkami. A władze niechętnie podnosiły ceny, zwłaszcza żywności, bo groziło to wybuchem społecznym. W różnych momentach historii PRL rządzący woleli tolerować puste sklepy albo wprowadzać kartki, niż podnosić ceny, które zrównałyby podaż i popyt oraz pokazały realną siłę nabywczą Polaków. Równocześnie jednak szefowie gospodarki starali się powstrzymać podwyżki, żeby nie powiększać nierównowagi rynkowej, stwarzając tym samym problem dyrektorom kopalń, hut i innych zakładów szukających pracowników, których musieli czymś zachęcić. Tymczasem większych pieniędzy dać nie mogli. Górnicy zarabiali zresztą znacznie lepiej niż przeciętny obywatel - od 2,5 do 3 razy więcej niż włókniarki - ale np. nauczyciele czy kolejarze, również korzystający z przywilejów, nie mieli zbyt wysokich płac. System przywilejów branżowych rozrastał się stopniowo i nieuchronnie przez kolejne dekady PRL. Raz przyznanych przywilejów władza nie odbierała, a często rozszerzała je na dodatkowe grupy pracowników, w przypadku górnictwa np. na pracowników administracji kopalń, którzy pod ziemię nie zjeżdżali. I tak np. w październiku 1955 r. Komitet Wojewódzki PZPR w Stalinogrodzie zwracał się o przyznanie przywilejów górniczych pracownikom etatowym aparatu partyjnego w kopalniach. W marcu 1956 r. specjalnymi emeryturami objęto m.in. pracowników aparatów związków zawodowych i organizacji partyjnych, o ile wcześniej pracowali co najmniej pięć lat pod ziemią. Tak oto krok po kroku rozrastał się system przywilejów branżowych - pod koniec PRL większość zarabiała kiepsko, w sklepach było niewiele, za to prawie każda grupa branżowa miała przywileje: dłuższe urlopy, deputaty, darmowe bilety kolejowe, trzynaste pensje... Nieprzypadkowo Karta górnika uzyskała ostateczną postać pod koniec grudnia 1981 r., kiedy sytuacja gospodarcza stała się zupełnie katastrofalna, a kraj w praktyce był bankrutem obłożonym zachodnimi sankcjami. Tymczasem górnictwo - główne źródło dewiz - należało do twierdz zawieszonej w stanie wojennym "Solidarności". Na dodatek zaraz po ogłoszeniu stanu wojennego 16 grudnia 1981 r. podczas szturmu na strajkującą kopalnię Wujek członkowie oddziałów pacyfikacyjnych zabili dziewięciu górników i ranili 24. Pod datą 1 stycznia 1982 r. Mieczysław F. Rakowski, wicepremier i bliski współpracownik generała Wojciecha Jaruzelskiego, cytował w swym w dzienniku szacunki korespondenta agencji Reuters, że nawet 2 mln Polaków może umrzeć z zimna w nieogrzewanych mieszkaniach, z takim oto komentarzem: Szpada, mundur, lepszy sklep Szpada, mundur, lepszy sklep 30 grudnia 1981 r. w rozporządzeniu w sprawie Karty górnika rząd przyznawał przywileje pracownikom kopalń węgla kamiennego i brunatnego, piasku podsadzkowego, soli kamiennej, rud kruszców, glinki ogniotrwałej, glin szlachetnych, barytów, anhydrytów, kaolinów, magnezytów, gipsów, dolomitów, kwarcytów i siarki - a także pracownikom ratownictwa, miernictwa, górniczych robót budowlanych, zaopatrzenia, zbytu i transportu. Nieco mniejsze przywileje dostali także pracownicy szkół górniczych, przemysłu maszyn górniczych, inspektorzy techniczni z urzędów górniczych, wreszcie górniczego zaplecza naukowo-badawczego. Stanowili ogromną liczbę - samych górników wydobywających węgiel było wówczas ponad 300 tys. Rozporządzenie dawało górnikom (i innym) liczne prawa honorowe - np. do noszenia munduru, zaś po przepracowaniu 25 lat pod ziemią do szpady górniczej, a także do tytułu Zasłużony Górnik PRL. Przyznawało dodatkowe wynagrodzenie miesięczne sięgające 60 proc. płacy zasadniczej dla górników z 15-letnim stażem wypłacane w Barbórkę. Czas pracy pod ziemią został ograniczony do sześciu lub siedmiu godzin na dobę; inne przywileje to np. dodatkowy płatny urlop, ekwiwalenty urlopowe, zwrot kosztów za bilet na wakacje (w wysokości odpowiadającej cenie biletu kolejowego na pociąg osobowy II klasy na trasie 600 km tam i z powrotem). Do tego wszystkiego dochodziły deputaty węglowe dla górników, emerytów i rencistów górniczych, wdów (wdowców) i "zupełnych sierot po nich", 500 zł na pomoce naukowe dla dzieci górników (raz w roku), pożyczki "na zagospodarowanie" w wysokości 100 tys. zł (ok. 10 średnich pensji) przyznawane przez państwo po zawarciu małżeństwa i umarzane po pięciu latach nienagannej pracy pod ziemią. Duża część tych przywilejów była jednak warunkowa: opuszczenie nawet jednego dnia pracy pod ziemią bez usprawiedliwienia powodowało ich utratę. No i jeszcze górnicy mogli korzystać z własnych, lepiej zaopatrzonych sklepów, sanatoriów i ośrodków wypoczynkowych oraz czerpać przyjemność z działalności branżowych orkiestr, zespołów artystycznych i sportowych, utrzymywanych naturalnie przez państwo. Łatwiej im też było o mieszkania oraz talony na samochody. Karta hutnika, Karta skalnika Karta hutnika, Karta skalnika Górnicy należeli do najbardziej uprzywilejowanych, ale niemało też dawała Karta stoczniowca, która wywodziła się z pierwszego w polskim przemyśle okrętowym układu zbiorowego podpisanego w maju 1946 r. przez przedstawicieli Zjednoczenia Stoczni Polskich oraz Zarządu Głównego Związku Zawodowego Pracowników Stoczniowych i potem była stopniowo rozszerzana (np. w 1951 r. przyznano stoczniowcom dodatkowe uprawnienia emerytalne). W wydanej w 1973 r. książce "Stabilizacja kadr: zagadnienia społeczne, ekonomiczne i prawne" jej autorzy Wojciech Muszalski i Adam Sarapata wspominają też o m.in. Karcie energetyka (1956), Karcie hutnika (1957), Karcie skalnika (1958). Dodać do tego trzeba Kartę chemika (1985) i wprowadzoną w lutym 1982 r. Kartę nauczyciela dającą nauczycielom m.in. prawo do rocznego pełnopłatnego urlopu zdrowotnego po siedmiu latach pracy oraz prawo do wcześniejszego przejścia na emeryturę. Jak pisze Maciej Bałtowski, historyk gospodarki PRL, wszystkie te akty przygotowywano z wielką celebrą i traktowano jako sukces polityki społecznej władzy. W praktyce destabilizowały one system, przywileje jednych grup budziły bowiem niechęć innych i do dziś są zarzewiem sporów i protestów. RZĄDOWE LECZNICE I "ERKI" RZĄDOWE LECZNICE I "ERKI" *W "Alfabecie Urbana" dawny rzecznik rządu PRL i były szef TVP wspomina złośliwie znanego krytyka filmowego Zygmunta Kałużyńskiego: *Urban doskonale wiedział, jak działa lecznica rządowa, *Nie słynęła jednak z najlepszych lekarzy. *Lecznica budziła niechęć jako symbol przywilejów elity PRL. *Innym rodzajem przywileju, którym dysponowało w PRL kilkaset osób, Zamiast podwyżek komuniści woleli przyznawać przywileje, nie przejmując się zbytnio tym, że górnicy, hutnicy, stoczniowcy i przedstawiciele innych branż wzbudzają coraz większą zazdrość i wściekłość obywateli mniej lub wcale nieuprzywilejowanych.

  • WARTO OBEJRZEĆ

    [ TAH RP ] - Ale Historia RED 02-03-2015

    TAJEMNICE HISTORII: JAKI ZNAK TWÓJ? TAJEMNICE HISTORII: JAKI ZNAK TWÓJ? ŚRODA 00:00 | FOCUS TV | SERIAL DOKUMENTALNY | POLSKA 2014 A co by było, gdybyśmy w godle zamiast orła mieli koguta, gołębia albo pawia? Zdaniem heraldyków ptakiem widocznym na denarze Bolesława Chrobrego może być orzeł, paw lub gołębica. Stało się inaczej, a na piastowskich herbach, pieczęciach i sztandarach pojawił się z czasem stuprocentowy orzeł. Pod koniec XIII w. Przemysł II, pierwszy król po latach rozbicia dzielnicowego, zaopatrzył go w koronę, czyniąc symbolem wskrzeszonego królestwa. TALIANKA TALIANKA PIĄTEK 20:25 | TVP 1 | SERIAL OBYCZAJOWY | UKRAINA/ROSJA 2014 Radziecki lotnik Stiepan, zestrzelony podczas lotu nad okupowaną Europą, trafia do obozu jenieckiego we Włoszech, skąd udaje mu się uciec i dołączyć do partyzantów. Poznaje wśród nich sanitariuszkę Juliettę, niegdyś gwiazdę kabaretu. Po zakończeniu wojny Stiepan ze swą włoską żoną i córeczką wraca do ZSRR, gdzie dowiaduje się, że jest zdrajcą, i trafia do łagru. To w skrócie fabuła "Talianki", imponującej wiernie odtworzonymi realiami opowieści o dniu powszednim sowieckiej "klasy średniej". BRAZYLIJSKIE BLIŹNIĘTA DOKTORA MENGELE BRAZYLIJSKIE BLIŹNIĘTA DOKTORA MENGELE PONIEDZIAŁEK 22:00 | FOCUS TV W latach 60. w brazylijskim Cândido Godói zaczęło się nagle rodzić dużo jasnowłosych bliźniąt. Miasteczko odwiedzał wtedy niejaki doktor Weiss, który podawał kobietom swoje preparaty. Cândido Godói leży tuż przy granicy z Paragwajem, gdzie po wojnie zaszył się doktor Josef Mengele znany z okrutnych eksperymentów medycznych w Auschwitz. POLSCY BOHATEROWIE WOJENNI. KRYSTYNA SKARBEK POLSCY BOHATEROWIE WOJENNI. KRYSTYNA SKARBEK PONIEDZIAŁEK 22:05 | TVP 1 Czy rzeczywiście była muzą Iana Fleminga, twórcy Jamesa Bonda? To pogłoska, a jednak Krystyna Skarbek nadawała się na dziewczynę Bonda. Po wybuchu wojny znalazła się w Wielkiej Brytanii, stając się pracownikiem brytyjskiego wywiadu. Działała w Egipcie, na Węgrzech, w Polsce, we Francji. Zginęła pchnięta nożem przez rozczarowanego kochanka. TAJEMNICE III RZESZY. LIS PUSTYNI TAJEMNICE III RZESZY. LIS PUSTYNI ŚRODA 20:00 | NATIONAL GEOGRAPHIC | SERIAL DOKUMENTALNY | USA 2011 Erwin Rommel był jednym z najzdolniejszych feldmarszałków Hitlera - świetnie spisał się we Francji w 1940 r., a potem podczas wojny w Afryce Północnej, gdzie zyskał przydomek "Lis Pustyni". Z powodu kontaktów ze spiskowcami, którzy w lipcu 1944 r. usiłowali zabić Hitlera, został zmuszony do samobójstwa, choć Niemcy się tego nie dowiedzieli - oficjalnie zmarł wskutek odniesionych ran. TU STALINOGRÓD TU STALINOGRÓD CZWARTEK 22:05 | PLANETE+ | FILM DOKUMENTALNY | POLSKA 2013 7 marca 1953 r., dwa dni po śmierci Stalina, władze zmieniły nazwę Katowice na Stalinogród. Maciej Muzyczuk pokazuje, jak zmianę nazwy miasta rozgrywała propaganda komunistów i z jakimi problemami zmagały się władze - błyskawicznie wymieniano szyldy na urzędach, pieczęcie, druki. Autor stara się też odpowiedzieć na pytanie, jak na nową nazwę zareagowali Górnoślązacy. NOCNE TRANSPORTY Z KOSZYC NOCNE TRANSPORTY Z KOSZYC SOBOTA 00:05 | PLANETE+ | FILM DOKUMENTALNY | FRANCJA 2013 László Csatáry jako komendant żandarmerii nadzorował getto w Koszycach. Kiedy władzę na Węgrzech przejęli strzałokrzyżowcy, brał udział w deportacji 15,7 tys. Żydów do Auschwitz. Po wojnie, wróciwszy z Kanady do Budapesztu, tłumaczył się, że tylko wypełniał dokumenty i stemplował sprawozdania. TAJEMNICE HISTORII: JAKI ZNAK TWÓJ? TAJEMNICE HISTORII: JAKI ZNAK TWÓJ? ŚRODA 00:00 | FOCUS TV | SERIAL DOKUMENTALNY | POLSKA 2014 A co by było, gdybyśmy w godle zamiast orła mieli koguta, gołębia al

  • Prezydent przyjeżdża do Ostrowca

    [ DLO KI ] - Strony Lokalne Kielce AGNK 02-03-2015

    Wybory 2015. Prezydent Bronisław Komorowski przyjedzie dziś do Ostrowca Świętokrzyskiego. W ramach kampanii wyborczej z mieszkańcami regionu spotka się na Rynku o godz. 16. Z kolei w piątek do Kielc przyjedzie kandydat PiS Andrzej Duda. Spotkanie z wyborcami zaplanowano w Targach Kielce. A w sobotę do regionu przyjedzie Bronkobus. - Tego dnia zabierze z Kielc działaczy, którzy wybierają się na konwencję pana prezydenta do Warszawy - wyjaśnia Joanna Winiarska, szefowa sztabu prezydenta Komorowskiego w województwie świętokrzyskim. Wybory 2015. Prezydent Bronisław Komorowski przyjedzie dziś do Ostrowca Świętokrzyskiego. W ramach kampanii wyborczej z mieszkańcami regionu spotka się na Rynku o godz. 16. Z kolei w piątek do Kielc

  • Historyczna wygrana Korony

    [ DLO KI ] - Strony Lokalne Kielce MACIEJ SIERPIEŃ, BIAŁYSTOK 02-03-2015

    - Interesuje mnie dobra organizacja gry. Chcemy grać blisko siebie, asekurować się, ale w miarę możliwości oczywiście prowadzić grę - mówił przed meczem Ryszard Tarasiewicz. Taktyczny plan Korony mógł legnąć w gruzach już w drugiej minucie. Z dystansu uderzył Maciej Gajos, piłkę przed siebie odbił źle interweniujący Vytautas Cerniauskas, z dobitką pospieszył Kamil Świderski, ale tym razem Litwin znakomicie zablokował uderzenie pomocnika Jagiellonii. W dziewiątej minucie gospodarze mieli kolejną szansę, gdy po dośrodkowaniu Patryka Tuszyńskiego na raty piąstkował piłkę Cerniauskas. Bardzo gorąco w kieleckim polu karnym zrobiło się w samej końcówce, gdy z 16 m z rzutu wolnego tuż nad poprzeczką uderzył Maciej Gajos. Korona w szesnastce Jagiellonii gościła sporadycznie. Kielczanie nie potrafili w pierwszej połowie uspokoić gry, na dłużej utrzymać się przy piłce. Wysoki pressing gospodarzy sprawiał im mnóstwo problemów. Kłopoty z rozgrywaniem akcji piłkarze Tarasiewicza mieli nawet we własnej strefie defensywnej. Jagiellonia, ustawiona często całym zespołem na połowie kielczan, stale zmuszała ich do błędów, strat, a w najlepszym wypadku dalekich wykopów piłki. Trzeba jednak oddać Koronie, że poza kilkoma potknięciami bardzo sprawnie radziła sobie w defensywie z rozbijaniem ataków białostoczan. Od początku drugiej połowy kielczanie więcej jakości dołożyli również w ofensywie. Korona wreszcie potrafiła przenieść ciężar gry na połowę rywala. I w 53. minucie wyszła na prowadzenie. Akcję świetnie za-inicjował Vlastimir Jovanović, rozegrał na lewą stronę do Kamila Sylwestrzaka, a ten znakomicie obsłużył Olivera Kapo, który głową trafił do siatki. To jego piąty gol w sezonie. Swoją trzecią bramkę w rozgrywkach w 63. minucie zdobył Radek Dejmek. Czeski stoper najprzytomniej zachował się w polu karnym Jagiellonii, gdy po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Pawła Golańskiego i prze- dłużeniu Piotra Malarczyka z najbliższej odległości podwyższył wynik. Kielczanie z tak korzystnym rezultatem cofnęli się i ograniczyli do szukania szans w kontratakach. Jagiellonia rzuciła zaś do przodu wszystkie siły. I co chwila zmuszała Koronę do wytężonej pracy w defensywie. Piłkarze Tarasiewicza nie ustrzegali się jednak błędów. W ostatnim kwadransie sporo pracy miał Cerniauskas. Litwin bronił bardzo pewnie, ale nic do powiedzenia nie miał w 88. minucie, gdy po faulu Dejmka rzut karny wykorzystał Tuszyński. Koronie na szczęście udało się utrzymać koncentrację do końca i mogła świętować historyczne trzy punkty w Białymstoku. - W pełni zrealizowaliśmy przedmeczowe założenia. Wiedzieliśmy, że najsilniejszą bronią Jagiellonii są kontrataki, i chcieliśmy przede wszystkim w tym elemencie wyeliminować rywala. Spodziewaliśmy się, że grając konsekwentnie w obronie, to z przodu będą okazje. Bardzo się cieszymy z wygranej, bo to dla nas ważne trzy punkty. Cieszy też seria meczów bez porażki - powiedział Tarasiewicz. - Mecz kosztował nas wiele sił, bo Jagiellonia to bardzo dobry zespół. Mieliśmy jednak przygotowany swój plan i udało się go wykonać - dodał Golański. ---------- Jagiellonia Białystok Bramki: Jagiellonia: Korona: Sędziował: Korona wygrywa pierwszy raz w historii w Białymstoku. Znów była dobrze zorganizowana w defensywie, ale jakość pokazała też po przerwie w ofensywie.

  • Effector bliżej 12. miejsca

    [ DLO KI ] - Strony Lokalne Kielce KAMIL JÓŹWIK 02-03-2015

    SIATKÓWKA. Nadspodziewanie gładkie zwycięstwo kieleckiej ekipy w pierwszym meczu play-off z AZS Częstochowa. W rewanżu do pełni szczęścia potrzebne będą dwa sety. Czwarta z rzędu wygrana Effectora pod Jasną Górą ani przez chwilę nie była zagrożona. Nerwówka pojawiła się tylko w końcówce pierwszej (z 22:17 na 23:22) i trzeciej partii. W niej cztery setbole mieli częstochowianie, ale to goście skorzystali z drugiej szansy. Kluczem do sukcesu okazał się rewelacyjny blok. Kielczanom udało się zatrzymać 15 ataków rywali, w tym siedem w trzeciej odsłonie. Mecz rewanżowy jutro w Hali Legionów (godz. 18). W przypadku wygranej akademików 3:0 lub 3:1 o wszystkim zdecyduje "złoty set" (do 15). Każdy inny rezultat premiuje Effectora awansem do kolejnej rundy (walka o miejsca 5.-12.) ---------- AZS Częstochowa AZS: Effector: MVP meczu: SIATKÓWKA. Nadspodziewanie gładkie zwycięstwo kieleckiej ekipy w pierwszym meczu play-off z AZS Częstochowa. W rewanżu do pełni szczęścia potrzebne będą dwa sety. Czwarta z rzędu wygrana Effectora po

  • IPN znalazł kości sanitariuszki "Inki"

    [ DLO GD ] - Strony Lokalne Gdańsk ROMAN DASZCZYŃSKI 02-03-2015

    Szczątków Danuty Siedzikówny ps. "Inka" historycy gdańskiego IPN szukali od kilku lat. Nie wiadomo było nawet, czy cokolwiek się zachowało - jedna z wersji mówiła, że zwłoki sanitariuszki wrzucono do dołu z wapnem. - Miejsce pochówku "Inki" udało się znaleźć niedawno, na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku, dosłownie dziesięć metrów od jej symbolicznego nagrobka - mówi Karol Tymiński, krewny sanitariuszki. - Nieoficjalnie wiem o tym od kilkunastu dni. - O tym, że znaleziono szczątki "Inki", świadczą wyniki badania DNA, przeprowadzone przez specjalistów z Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie - mówi Sławomir Rybicki, zastępca szefa Kancelarii Prezydenta RP. - Dla rodziny przygotowany został specjalny dokument, tak zwana nota identyfikacyjna. Karol Tymiński ma 22 lata, studiuje informatykę na Uniwersytecie Gdańskim. Jest wnukiem Brunona Tymińskiego, rodzonego wujka "Inki". - Mój dziadek jest bratem nieżyjącej od dawna mamy "Inki" - mówi Karol. - Dziadek żyje, mieszka w Ełku, ma 92 lata i jak na swój wiek cieszy się dość dobrym zdrowiem. Ma tylko kłopoty ze słuchem. Dobrze pamięta "Inkę". Na niedzielną uroczystość w Pałacu Prezydenckim zaproszono przedstawicieli rodziny Danuty Siedzikówny, którzy mieszkają we Wrocławiu. "Inka" była sanitariuszką 5. Wileńskiej Brygady AK pod dowództwem majora Zygmunta Szyndzielarza, ps. "Łupaszka". W 1946 r. znalazła się z jednym z oddziałów na Pomorzu, uczestniczyła w akcjach bojowych na Kaszubach i w okolicach Sztumu. Funkcjonariusze UB aresztowali ją w lipcu 1946 r., gdy pojechała do Gdańska po materiały opatrunkowe. Została rozstrzelana 28 sierpnia wraz z innym żołnierzem "Łupaszki" - Feliksem Selmanowiczem ps. "Zagończyk". Śledztwo i proces, którym została poddana "Inka", historycy określają dziś mianem parodii. Wszystko wskazuje na to, że na Siedzikównie UB dokonało zemsty za niepotwierdzone pogłoski, że domagała się zabicia ubeków wziętych do niewoli przez jej kolegów z oddziału. "Inka" nikogo nie wydała podczas śledztwa. Do znajomych przesłała z więzienia gryps, w którym napisała: "Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba...". W dniu śmierci miała niespełna 18 lat. Pamięć "żołnierzy wyklętych" uczczono również w niedzielę w Gdańsku. Defilada upamiętniająca żołnierzy rozpoczęła się pod kościołem św. Brygidy. Uczestnicy przemaszerowali ulicami Katarzynki, Podmłyńską, Pańską, Węglarską, Kołodziejską, Tkacką i Długą. Specjalnymi gośćmi defilady było ok. 20 "żołnierzy wyklętych" - mieszkających głównie w Trójmieście działaczy AK i różnych formacji wojskowych z czasów II wojny światowej. Kombatanci przyglądali się przemarszowi z przedproża Ratusza Głównego Miasta, a gdy już większość uczestników defilady znalazła się na ul. Długiej, weterani zostali przez nich uczczeni oklaskami. Znaleziono szczątki "Inki" - bohaterskiej sanitariuszki oddziałów majora "Łupaszki", zamordowanej przez UB latem 1946 r. w Gdańsku. Jej krewni oficjalnie dowiedzieli się o tym podczas uroczystości z okazji Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych

  • GDAŃSK. MIASTO OD NOWA

    [ DLO GD ] - Strony Lokalne Gdańsk MACIEJ DRZEWICKI (GAZETA WYBORCZA) 02-03-2015

    Mija 70 lat od końca II wojny światowej. Wojny, która na nowo ustaliła granice w Europie. Gdańsk - miejsce, w którym "wszystko się zaczęło" - stał się miastem polskim. Początkowo tylko na mapie, bo w morzu gruzów trudno było rozpoznać dawne ulice, kamienice, charakterystyczną gdańską zabudowę. Wojna odcisnęła straszliwe piętno na mieście, ale przede wszystkim na mieszkających w nim ludziach. Tysiące osób zginęło, kolejne tysiące wyemigrowały. Wiemy, że o tych sprawach warto i trzeba mówić, nie można o nich zapomnieć, przemilczać. To już było, a przecież to także część naszej - gdańskiej spuścizny. I my zapomnieć ani przemilczać nie zamierzamy. Jednocześnie jednak niosący śmierć i zniszczenie rok 1945 oznaczał też nowy początek. W gdańskim morzu gruzów pozostali nieliczni, ale ciągnęli tu już nowi mieszkańcy - uciekający od zgliszczy poprzedniego życia, szukający zapomnienia o okropieństwach wojny. Tu miał być ich nowy dom. Gdańsk stał się ich nowym początkiem. Jednocześnie - to oni nadali mu swoją twarz, podzielili się swoją historią. Nasze współczesne miasto, po ulicach którego chodzimy na co dzień, zawdzięczamy właśnie im - naszym pradziadkom, dziadkom i rodzicom. I to właśnie im - ich losom, historiom - chcielibyśmy się bliżej przyjrzeć, ocalić od zapomnienia. Bo to już nasza historia. Z okazji 70-lecia zakończenia wojny Gdańsk i "Gazeta Wyborcza Trójmiasto", przy życzliwej pomocy Muzeum Historycznego Miasta Gdańska rozpoczynają wielką zbiórkę wspomnień, zdjęć, pamiątek z lat 1945+. Akcję nazwaliśmy "Gdańsk. Miasto od nowa". Szukamy świadków tamtych wydarzeń, ludzi, którzy trafili do Gdańska po wojnie, odbudowywali miasto, znaleźli tu dom. Czas biegnie szybko. Wiemy, że nie zawsze jest to już możliwe. Dlatego liczymy też na wspomnienia ich dzieci, wnuków, opowieści rodzinne, albumy, stare zdjęcia. W "Wyborczej" będziemy drukować nadsyłane przez Państwa wspomnienia, Wasze zdjęcia, przypominać fakty nieco już - albo zupełnie - zapomniane. Bardzo ważne: rok 1945 jest dla nas cezurą, ale nie szukamy wspomnień tylko z tamtego roku. Cała druga połowa lat 40. była przecież nowym początkiem. Do pielęgnowania pamięci o naszej historii najnowszej chcemy zachęcić wszystkich gdańszczan, niezależnie od wieku. Stąd pomysł na konkurs organizowany m.in. w szkołach - od podstawówek po ponadgimnazjalne. Zadanie konkursowe dla uczniów brzmi: porozmawiaj ze swoimi rodzicami, sąsiadami, dziadkami o powojennym Gdańsku. Jak wspominają dawne lata? Wychowali się tutaj czy przyjechali w poszukiwaniu lepszego życia? Może uczestniczyli w odbudowie miasta? Spisz ich opowieści, choć nie jest to jedyna forma prac, jakie dopuszczamy w konkursie. Mogą to być też fotografie, rysunki, filmy... Konkurs obejmuje też oczywiście osoby dorosłe. Bardzo liczymy na Państwa wspomnienia. Albo wspomnienia Waszych rodziców, sąsiadów, znajomych. Prace należy wysłać na adres mailowy: promocja@gdansk.agora.pl lub pocztowy: Gazeta Wyborcza Oddział Gdańsk, ul. Tkacka 7/8 Gdańsk z dopiskiem "Gdańsk. Miasto od nowa". Każda praca musi zawierać dane zgłaszającego: imię, nazwisko, adres mailowy, nr telefonu, a w wypadku osób niepełnoletnich: imię, nazwisko, adres mailowy, nr telefonu opiekuna oraz jego zgodę na udział niepełnoletniego w konkursie. Każdy uczestnik może przysłać dowolną liczbę prac. Przewidzieliśmy nagrody w czterech kategoriach: dla uczniów szkół podstawowych, gimnazjów, szkół ponadgimnazjalnych i dla dorosłych. Na nagrodzonych we wszystkich kategoriach czekają tablety, na uczniów - m.in. konsole gier, czytniki e-booków, dla dorosłych - albumy. Na prace czekamy do 20 marca. Koniec II wojny światowej dla Gdańska i tysięcy ludzi, których wojenna zawierucha tu rzuciła, był nowym początkiem. Wówczas narodziło się miasto, które kochamy, które dziś jest naszą "małą ojczyzną". Ocalmy wspomnienia tych, którzy budowali nowy Gdańsk

  • Pomysły na Podwale

    [ DLO GD ] - Strony Lokalne Gdańsk ANNA DOBIEGAŁA 02-03-2015

    Forum Rozwoju Aglomeracji Gdańskiej we współpracy z Politechniką Gdańską rozpoczęło opracowanie koncepcji przebudowy Podwala Przedmiejskiego. Na konferencji zorganizowanej w siedzibie Stowarzyszenia Architektów Polskich zainaugurowało projekt "Strategia przekształceń Podwala Przedmiejskiego w Gdańsku". W konferencji wzięli udział prof. Heinz Nagler z Brandenburskiego Uniwersytetu Technicznego oraz prof. Piotr Lorens z PG. Remigiusz Kitliński, pełnomocnik prezydenta miasta ds. komunikacji rowerowej, przedstawił koncepcję przekształcenia Podwala Przedmiejskiego przygotowaną przez Urząd Miejski. Zakłada ona wprowadzenie przejść naziemnych w miejsce tuneli oraz otwarcie trzech skrzyżowań na przedłużeniu ulic Chmielnej i Łąkowej. Przygotowywana przez FRAG koncepcja odwołuje się do berlińskiego projektu przebudowy Molkenmarkt & Klosterviertel przygotowanego przez prof. Heinza Naglera. Prof. Nagler podkreślał konieczność zrównoważenia i dostosowania przestrzeni miejskiej do różnego rodzaju użytkowników: pieszych, rowerzystów, kierowców, turystów i mieszkańców. Zwracał również uwagę na współpracę z odbiorcami danej przestrzeni na etapie projektowania. Prof. Piotr Lorens: - Na świecie odchodzi się od autostrad miejskich w kierunku budowy alei miejskich, które mają szanse stać się ważną przestrzenią publiczną. Podwale Przedmiejskie rozcina obszar Śródmieścia, w kontekście zmniejszających się potrzeb komunikacyjnych w tym obszarze należy myśleć o przywróceniu tej przestrzeni jako łączącej dwie części miasta. Po pierwsze, należy rozważyć zwężenie przekroju ulicy; po drugie, uspokojenie ruchu; po trzecie, zagospodarowanie terenu, który bezpośrednio przylega do Podwala. Inaugurację projektu poprzedziły badania, w których wzięło udział prawie 500 respondentów. Wynika z nich, że mieszkańcy Śródmieścia uznają obecny kształt Podwala Przedmiejskiego za jeden z najważniejszych problemów dzielnicy, 90 proc. z nich widzi potrzebę rewitalizacji tego obszaru. - Podwale Przedmiejskie można zaprojektować w taki sposób, że nie będzie ono dzielić Śródmieścia bardziej, niż np. al. Grunwaldzka dzieli Wrzeszcz. Obecnie dość jednoznacznie przestrzeń ta zdominowana jest przez ruch kołowy. Chcemy opracować taką strategię, która będzie akceptowalna przez mieszkańców i innych interesariuszy, będzie realna ekonomicznie i technicznie oraz możliwa do wdrożenia - mówi Karol Spieglanin z FRAG-u. Spotkania z mieszkańcami Śródmieścia - indywidualne i warsztatowe - zostały zaplanowane na marzec i kwiecień tego roku. Na konferencji obecny był również Piotr Grzelak, zastępca prezydenta Gdańska ds. polityki komunalnej. - Podwale Przedmiejskie to kluczowe miejsce na mapie Gdańska i Śródmieścia zarówno pod względem komunikacyjnym, jak i urbanistycznym, dlatego bardzo dobrze, że toczy się na jego temat dyskusja - mówił wiceprezydent Grzelak w rozmowie z "Wyborczą". - Niezależnie od projektu FRAG-u miasto prowadzi analizy dotyczące roli i funkcji komunikacyjnej samej drogi. Przygotowujemy propozycję zmian. Chciałbym, aby zmiany na Podwalu zbiegły się z efektem otwarcia tunelu pod Martwą Wisłą, który w istotnym stopniu przeformatowuje układ komunikacyjny w Gdańsku. Forum Rozwoju Aglomeracji Gdańskiej wspólnie z mieszkańcami Śródmieścia opracuje koncepcję przebudowy Podwala Przedmiejskiego.

  • Samir S. oskarżony

    [ DLO GD ] - Strony Lokalne Gdańsk GRZEGORZ SZARO 02-03-2015

    Śledztwo w tej sprawie trwało prawie dwa lata. Prowadzili je policjanci z wydziału dochodzeniowo-śledczego Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, pod nadzorem prokuratora z wydziału do spraw przestępczości zorganizowanej i korupcji Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że akt oskarżenia jest już gotowy i lada dzień trafi do sądu. Proces powinien rozpocząć się za kilka miesięcy. Zdaniem prokuratury Samir S. popełnił potrójną zbrodnię na tle rabunkowym. 33-letniemu Rosjaninowi azerskiego pochodzenia grozi dożywocie. Do zbrodni doszło w połowie marca 2013 roku. Ofiarami są 33-letni Adam K., jego 30-letnia konkubina i ich 16-miesięczna córeczka. Wszyscy zostali zastrzeleni z pistoletu w mieszkaniu przy ul. Długiej w Gdańsku. Samira S. policjanci zatrzymali dzień po zdarzeniu. Policjanci z CBŚ przygotowali na niego zasadzkę przed blokiem przy ul. Władysława IV w Elblągu, w którym mieszkał. Mężczyzna był już spakowany i przygotowywał się do wyjazdu z Polski. W mieszkaniu Samira S. policjanci znaleźli pistolet Walther, z którego padły strzały, oraz przedmioty pochodzące z miejsca zbrodni. Samir S. nigdy nie przyznał się do winy. Prokuratura przygotowała akt oskarżenia.

  • PRACA NA TARGACH

    [ DLO GD ] - Strony Lokalne Gdańsk MACIEJ DZWONNIK 02-03-2015

    Zdjęcie z wakacji w CV, "sportowe" wysyłanie aplikacji do wielu pracodawców, nieodpowiedni strój, otwarty profil na Facebooku z niestosownymi treściami - takie i wiele innych błędów popełniają młodzi ludzie stawiający pierwsze kroki na rynku pracy. Okazję do zdobywania wiedzy na temat budowania swojego wizerunku i przede wszystkim do nawiązania pierwszego kontaktu z przyszłym pracodawcą będą mieli już we wtorek 10 marca. W budynku AmberExpo przy ul. Żaglowej w Gdańsku, tuż obok PGE Areny, ruszą wtedy całodzienne targi pracy Career EXPO, jedna z największych tego typu imprez w Polsce. W tym roku targi odbywają się w aż siedmiu miastach: Poznaniu, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Warszawie, Katowicach i właśnie w Gdańsku. Poszukiwani inżynierowie i programiści, ale nie tylko Poszukiwani inżynierowie i programiści, ale nie tylko - Targi, jak Career EXPO, to dla nas świetna okazja nie tylko do poznania przyszłych pracowników, ale także do zaprezentowania im profilu naszej firmy, zakresu działań oraz naszych celów i wartości - mówi Dominika Arendt z działu rekrutacji i HR z Sii, czołowej w kraju firmy w branży usług IT i inżynierii przemysłowej. - Na tę chwilę zatrudniamy w całej Polsce ponad dwa tysiące inżynierów, ale rozrastamy się i nasze potrzeby rekrutacyjne rosną. Na targach będziemy poszukiwać więc przede wszystkim kandydatów na stanowiska związane z rozwojem oprogramowania, testowaniem i utrzymaniem systemów IT. Oprócz tego zatrudniamy automatyków, robotyków czy inżynierów mechaników. Ponadto poszukujemy młodych pracowników z mniejszym doświadczeniem, którzy stawiają pierwsze kroki na rynku pracy. Mamy dla nich przygotowany specjalny program staży i praktyk, często skutkujących zatrudnieniem na stałe w Sii. Oprócz Sii młodych pracowników będzie poszukiwało na gdańskich targach niemal 70 innych pracodawców. Na kogo będą zwracać szczególną uwagę? Przede wszystkim na absolwentów i młodych specjalistów z różnych branż, ale również na studentów, będących dopiero na początku kariery albo stojących przed wyborem swojej przyszłej ścieżki zawodowej. Firmy biorące udział w wydarzeniu reprezentują głównie następujące sektory: inżynieria, IT, finanse, sprzedaż, BPO/SSC, FMCG, marketing, logistyka, consulting oraz obsługa klienta. Udział w targach może być świetną szansą dla młodych ludzi na szybkie rozpoczęcie satysfakcjonującej kariery lub wzbogacenie tej już rozpoczętej o nowe doświadczenia. Formuła Career EXPO umożliwia odwiedzającym nie tylko sprawne rozeznanie się wśród lokalnych i ogólnopolskich ofert pracy, ale również przewiduje szereg szkoleń, debat i prelekcji. Targi szansą na pracę, ale też... kompromitację Targi szansą na pracę, ale też... kompromitację Wielu pracodawców podkreśla, że najważniejszym aspektem przy pierwszym kontakcie z potencjalnym pracownikiem jest rozmowa. Ważne jest jednak nie tylko wrażenie, które po sobie zostawimy, ale też nasza formalna wizytówka, czyli curriculum vitae. Tutaj, niestety, wielu młodych popełnia kardynalne błędy, które w dalszej perspektywie mogą uniemożliwić podjęcie pracy. Jakie konkretnie? - Młodzi ludzie potrafią na przykład umieścić w CV swoje zdjęcie z imprezy albo z wakacji w ciepłych krajach - mówi Olga Papacz, ekspert ds. employer brandingu w serwisie GazetaPraca.pl, współorganizatora targów Career EXPO. - Taki szczegół od razu dyskwalifikuje kandydata. Ponadto nierzadko umieszczają w nim wiele niepotrzebnych informacji, takich jak miejsce zamieszkania czy stan cywilny. Skupiają się na eksponowaniu jednej umiejętności w kilku, a czasem nawet kilkunastu podpunktach. Tymczasem pracodawcę nie do końca interesuje, jak aplikujący nauczył się danego języka, tylko fakt, że zna go biegle. Nie musi wiedzieć, że kandydat uczył się go od podstawówki. Osobną kwestią jest też nasz, wydawałoby się prywatny, wizerunek w internecie i na portalach społecznościowych. - Podczas szkoleń, które prowadzę z młodymi ludźmi szukającymi pracy, spotykam się stosunkowo często z oburzeniem: jakim prawem ewentualny przyszły pracodawca przeszukuje internet w poszukiwaniu informacji o nas i przegląda choćby nasz facebookowy profil? - podkreśla Papacz. - Tymczasem młodzi powinni mieć świadomość, że zarówno przy poszukiwaniu pracy, jak i poszukiwaniu pracownika zachodzi zasada wzajemności. Tak jak my weryfikujemy informacje o potencjalnym pracodawcy, tak on wertuje internet w poszukiwaniu informacji o nas. Warto sprawdzić, jakie informacje pojawiają się w Google?u po wpisaniu naszego imienia i nazwiska. Pamiętajmy, że to te właśnie informacje jako pierwsze zobaczy nasz ewentualny pracodawca czy rekruter. W dzisiejszych czasach kontrola naszego wizerunku w sieci jest kluczowa. Kandydaci często o tym zapominają, ich profile na Facebooku są publiczne, a potencjalny pracodawca może zobaczyć na nich zdjęcie kandydata z imprezy, na której nie zachowywał się do końca odpowiednio, lub chociażby przeczytać prywatne opinie na dany temat, nierzadko wyrażane w mało kulturalny sposób. Takie sytuacje mogą przekonać pracodawcę, że z danym kandydatem nie ma co wiązać przyszłości. W takim przypadku nie dochodzi nawet do rozmowy kwalifikacyjnej. Na co zwrócić uwagę przed wizytą na targach? Na co zwrócić uwagę przed wizytą na targach? Przede wszystkim na strój, sposób wysławiania się oraz indywidualne podejście do oferty pracodawcy. Aplikujący często bowiem przychodzą na targi w codziennym stroju, tak jakby wybierali się na spacer ze znajomymi, a nie na ewentualną rozmowę o pracę. Tymczasem na targach, tak jak na każdej rozmowie o pracę, obowiązuje strój formalny. Warto o tym pamiętać. - Wielu kandydatów do pracy nie zadaje sobie też trudu, aby sprawdzić, czym się zajmuje bądź kogo poszukuje dana firma. A przecież wszystkie te informacje dostępne są w internecie. To kardynalny błąd - podkreśla Papacz. - Ponadto aplikujący wysyłają CV hurtowo, jedną wersję do wszystkich pracodawców. Tymczasem warto poświęcić nieco czasu przed targami, zapoznać się z ofertą i profilem działalności wystawców i dopasować swoją aplikację pod jej wymogi. Z pewnością zwiększy to nasze szanse. Pozostaje ostatnia, za to jedna z najważniejszych kwestii - rozmowa z rekruterem. - Ważnym aspektem przy pierwszym kontakcie jest dla nas rozmowa z kandydatem. To świetne pole do wzajemnego poznania, my opowiadamy o pracy u nas, a kandydat o swoim doświadczeniu i oczekiwaniach - wyjaśnia Arendt. - Ze względu na liczne projekty, które realizujemy w Sii, cały czas poszukujemy nowych pracowników. Rekrutację prowadzimy oczywiście nie tylko na targach, ale do potencjalnych kandydatów docieramy również za pośrednictwem ogłoszeń w prasie i portalach branżowych, rekomendacji pracowników, mediów społecznościowych, jak też przez naszą stronę internetową. Targi są jednak świetną okazją na szybkie zapoznanie się z kandydatami i przyspieszenie procesu rekrutacyjnego. Częstym zarzutem aplikujących wobec pracodawców jest brak późniejszego kontaktu. Poszukujący pracy często nie wie, czy po przesłaniu CV do firmy ktokolwiek w ogóle się z nim zapoznał i czy zamierza się skontaktować. Na szczęście to zjawisko maleje, firmy coraz poważniej podchodzą do aplikujących o pracę. Jeśli otrzymamy CV od uczestnika targów pracy takich jak Career Expo, to jego kandydatura na pewno u nas nie przepadnie - zapewnia Arendt. - Ma on dużą szansę na bezpośrednie spotkanie z nami i bycie zaproszonym na rozmowę kwalifikacyjną, a co za tym idzie - na zatrudnienie. Targi Career EXPO ruszają we wtorek 10 marca w budynku AmberExpo przy ul. Żaglowej 11 w Gdańsku. Początek o godz. 11, zamknięcie ok. 19. Udział jest bezpłatny, konieczna jest jednak wcześniejsza rejestracja. Można jej dokonać za pośrednictwem strony Careerexpo.pl, skąd można również pobrać swój darmowy, imienny bilet. Istnieje jednak możliwość rejestracji także przed wejściem na imprezę. Nierzadko jednak aplikujący popełniają kardynalne błędy już przy pierwszym kontakcie z pracodawcą.

  • Lotos Trefl bliżej półfinału

    [ DLO GD ] - Strony Lokalne Gdańsk 02-03-2015

    Siatkarze Lotosu Trefla od zwycięstwa rozpoczęli rywalizację w ćwierćfinale play-off PlusLigi. Gdańszczanie pokonali na wyjeździe Transfer Bydgoszcz 3:1 i do awansu do półfinału brakuje im już tylko jednej wygranej. Awans do najlepszej czwórki podopieczni Andrei Anastasiego mogą zapewnić sobie już we wtorek w Ergo Arenie. Więcej informacji o Lotosie Treflu znajdziesz na trojmiasto.sport.pl Siatkarze Lotosu Trefla od zwycięstwa rozpoczęli rywalizację w ćwierćfinale play-off PlusLigi. Gdańszczanie pokonali na wyjeździe Transfer Bydgoszcz 3:1 i do awansu do półfinału brakuje im już tylko

Polecane

  • Własny, przestronny, z ogródkiem

    Kupno domu kilku-, a zwłaszcza kilkudziesięcioletniego, niesie ze sobą spore ryzyko Jak i co sprawdzać kupując dom? Na co zwracać...

  • Sprawa z Poznania zwaliła mnie z nóg. Ale to incydent

    Rozmowa z Danutą Gadziomską * Karol Dolecki: Jak pani skomentuje to, co się stało w Poznaniu? Danuta Gadziomska: Bez wątpienia p...

  • Minus 79 sądów rejonowych

    Minister sprawiedliwości mimo protestów sędziów, PSL-u i opozycji podpisał rozporządzenie likwidujące 79 małych sądów rejonowych ...

  • Kradli pod nosem szefa

    Z kasy Biura Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Katowicach wyparowało co najmniej pół miliona złotych. Z tego powodu kierująca...

  • W SKRÓCIE

    Porodówka w remoncieOddział położniczy w szpitalu Biziela przechodzi gruntowny remont. - Wymieniana jest instalacja elektryczna,...

  • Bez muzycznych mielizn

    Po dwóch latach pojawi się na jedynym koncercie w gdyńskim Uchu wrocławska formacja Robotobibok, jeden z najważniejszych zespołów...

Polecane tematy