Internetowe Archiwum Gazety Wyborczej

Inne tagi

beata antypiuk

(znalezionych: 4249458 )

  • Grom od Simone Weil

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra ANKA 18-12-2014

    "(...), ponieważ najważniejsze to nie zmarnować życia". Czytając to zdanie w artykule o Simone Weil ("WOE", listopad), poczułam, jakby ktoś przywalił mi młotem w głowę. Wracałam właśnie z pracy po godz. 21 i popatrzyłam na twarze ludzi w autobusie - były obojętne, czasem zrezygnowane. Zerknęłam też na swoją twarz w oknie i zobaczyłam to samo. W domu przeczytałam resztę artykułów, których wspólnym mianownikiem jest odwaga życia na własnych warunkach. Nie mogłam zasnąć, więc zaczęłam rozmyślać. Chodzę na wystawy, wykłady i koncerty, nie skąpię na bilety, książki, albumy. Moim największym marzeniem zawsze było być blisko sztuki. Ale nie śpiewam zbyt ładnie, nie mam talentu do malowania, grania czy pisania (a raczej nie mam samozaparcia, aby to szlifować) i dlatego odpuściłam. Pracuję w dużym sklepie. Dziękuję redakcji za grom, który spadł na mnie w tym autobusie. Wracam do fotografii i uczę się rysunku. Jestem pewna, że to dobry tor, aby nie zmarnować życia - bo najważniejsze to robić to, co się kocha. "(...), ponieważ najważniejsze to nie zmarnować życia". Czytając to zdanie w artykule o Simone Weil ("WOE", listopad), poczułam, jakby ktoś przywalił mi młotem w głowę. Wracałam właśnie z pracy po go

  • 2015 - rok cudów?

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra REDAKCJA WYSOKICH OBCASÓW EXTRA 18-12-2014

    Nowy Rok to czas postanowień - tych obietnic, które z przekonaniem ogłaszamy na lewo i prawo, bo przecież 1 stycznia zaczynamy nowe życie. Z takim samym zapałem co roku. Chcieliśmy w "Wysokich Obcasach Extra" to wykpić, bo przecież wiadomo, że wielkie nadzieje o nowym życiu z okazji świeżego kalendarza na ścianie rozbijają się o bruk codzienności szybciej, niż odchorujemy karnawałowe szaleństwo. No, ale czy nasz brak determinacji i krótka pamięć to powody do kpin? Skoro nie da się uciec przed planami noworocznymi - jak przed kolędami w supermarketach w grudniu czy domami z kolumnami za oknem samochodu przez cały rok - to może warto potraktować je trochę bardziej serio? Przecież większość z nas jest wdzięczna za ten noworoczny pretekst, by stare śmieci zamieść pod dywan z nadzieją, że same teleportują się tam, gdzie komuś się przydadzą (recykling to jest to!). Nasz rozmówca psycholog Leszek Mellibruda przekonuje, że postanowienia mogą mieć sens, ale pod dwoma warunkami. Pierwszy - trzeba się skupić na marzeniach, bo trudno przez cały rok się motywować do rzeczy, które nie są dla nas ważne (ach, ta nauka mandaryńskiego). Drugi - postanowienia należy zapisać, ponieważ nasz mózg poważniej traktuje to, co piszemy, niż to, co mówimy (nie on jeden!). W tym numerze "WOE" zapisaliśmy swoje marzenia na 2015 rok i namówiliśmy do tego kilka innych osób. Może czeka nas rok cudów? Nowy Rok to czas postanowień - tych obietnic, które z przekonaniem ogłaszamy na lewo i prawo, bo przecież 1 stycznia zaczynamy nowe życie. Z takim samym zapałem co roku. Chcieliśmy w "Wysokich Obcasa

  • Ciasto się wylało

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra MARIA DUBE, AGNIESZKA KRĘGLICKA 18-12-2014

    Cenię artykuły Agnieszki Kręglickiej o przygotowywaniu potraw i zdrowym jedzeniu. Ostatnio zrobiłam ciasto z jabłek według jej przepisu ("WOE", październik). Piekę ciasta od wielu lat, więc wydawało mi się, że nie będzie problemu. Ku mojemu zaskoczeniu i niestety złości, bo przygotowywałam je dla gości, ciasto okazało się klapą. Z wierzchu było wypieczone i wyglądało w porządku. Ale otworzyłam je następnego dnia - tzn. wyluzowałam krawędź tortownicy - i się wylało. Blat i podłogę musiałam sprzątać. Wszystko robiłam według instrukcji. Może to kwestia piekarnika, choć piekłam w temperaturze 180 st., jak w przepisie. Ciasto ubijałam długo i było dobrze napowietrzone. Piekarnik miał włączoną grzałkę dolną i górną. Co więc mogło być przyczyną? Proszę też o podawanie wielkości form. Jeśli przepisy są nowe, to czasem trudno oszacować, w jakiej tortownicy powinno być pieczone ciasto. I proszę o radę, jakich zamienników używać, jeśli chcę piec ciasto bez jajek? ---------- Szanowna Pani Szanowna Pani To musiały być złośliwe jajka, bo każde jajko w temperaturze 180 st. C przez 40 minut pieczenia powinno się ściąć. Pomysł, by jajka czymś zastąpić, będzie dla nich odpowiednią karą, tyle że to trudne zadanie. W wersjach wegańskich spulchniaczem biszkoptu jest proszek do pieczenia lub soda. Ale trudno polecić jeden zamiennik, bo spełniają one różne funkcje w daniach i zależnie od tego różnie powinny być wykorzystywane. Obiecuję napisać o tym szerzej. Doprawdy nie wiem, co poszło źle z ciastem jabłkowym. Ja piekę w tortownicy o średnicy 26 cm, a koleżanka, od której dostałam przepis, w szklanym naczyniu żaroodpornym o wymiarach 24 na 37 cm. Piecze to ciasto od 30 lat, i twierdzi, że udaje się ono z jabłkami, śliwkami, a nawet z mrożoną mieszanką owoców leśnych. Niestety, kraksy w kuchni czasem się zdarzają, mnie także. Dziękuję, że śledzi Pani moje teksty i z nich korzysta. ---------- CZEKAMY NA LISTY: wysokieobcasyextra@wyborcza.pl Autorki listów otrzymują książki "Olive Kitteridge" Elizabeth Strout (wyd. Nasza Księgarnia) i "Ameryka po kawałku" Marka Wałkuskiego (wyd. Znak) oraz zestaw do pielęgnacji włosów Kerastase (balsam, kąpiel i spray) Cenię artykuły Agnieszki Kręglickiej o przygotowywaniu potraw i zdrowym jedzeniu. Ostatnio zrobiłam ciasto z jabłek według jej przepisu ("WOE", październik). Piekę ciasta od wielu lat, więc wydawało

  • Czasy radosnego barbarzyństwa

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra ZBIGNIEW MIKOŁEJKO 18-12-2014

    TRZECH FACETÓW - JEDEN TAK POD SZEŚĆDZIESIĄTKĘ, a dwaj smarkaci, koło dwudziestki (kiedyś to się nazywało "sztafeta pokoleń") - ukradło warte sto tysięcy złotych palety z książkami i sprzedało je w skupie makulatury za złotych tysiąc. Pikanterii dodaje sprawie to, że duchowy przywódca tej chwackiej grupy, ów najstarszy, był też właścicielem posesji, na której magazynowano rzeczony papier. Nasz rodzimy kapitalizm - nie od dzisiaj - ma u podstaw przecież nie protestancką etykę pracy i odpowiedzialności, lecz bolesne pragnienie szybkiego napitku. Osobnicy ci to dla mnie niekłamani herosi sezonu. Ich symboliczny wyczyn dorównuje niemal dziełu tych facetów, którzy ongiś podwędzili cysternę spirytusu, na pytanie sądu o los napoju zaś odpowiedzieli zgodnym chórem: "Sprzedalim". A na kolejne: "Gdzie są te pieniądze?" - "Przepilim". Nie ma co kpić, to droga o poważnej już tradycji. Choćby rzymskiej (w Polsce, jak wiadomo, wszystkie drogi prowadzą do Rzymu). W tym świętym i wiekuistym mieście w epoce średniowiecza i renesansu marmurowe posągi antyczne - nieraz, według opinii świadków, niebywałej wartości i urody - masowo wypalano na wapno. Można też przywołać i nowsze fakty. Oto więc Michaił Bachtin, jeden z największych badaczy kultury, sfajczył swoje - zapewne wspaniałe - dzieło poświęcone "Don Kichotowi" Cervantesa, rezultat wielu lat pracy. Była wojna, a on, namiętny palacz, tytoniu miał wprawdzie dosyć, lecz ani drobiny papieru na gilzy. Opowiadam o tym nie bez poczucia grzechu, bo sam należę do upojnych nikotynistów i zapewne postąpiłbym tak samo. *** *** MORAŁ Z TYCH HISTORII w każdym razie jednaki: bywają takie momenty w dziejach, w których dobra kultury są warte najwyżej tyle, ile wart jest materiał, z którego je stworzono. Niektórzy ze stoickim spokojem kiwają nad tym głową. Mówią: "No cóż, takie mamy czasy". Albo też (jakby z pocieszeniem), że trudno - przemija pewna tradycyjna postać kultury, do której przywykliśmy, ale przecież rodzi się jej jakaś tam postać nowa, niezwiązana już ze słowem i linearnym przekazem, lecz mozaikowa i połączona z obrazem. Ja jednak takiej nadziei - nie wiem, na ile słusznie - nie mam. I wieszczę czas radosnego barbarzyństwa, które swoje wypisanie się z udziału w kulturze osłania technologicznymi gadżetami, nie zawsze przydatnymi w elementarny choćby sposób. I mydli wszystko brudną pianą pop. Pani redaktor naczelna Aneta Borowiec zżyma się - bo osoba to pogodna i bardziej w człowieczeństwo ufna - kiedy biadolę, że studenci (a i w ogóle Polacy) nic nie czytają. I dowodzi, że wciąż jest spora grupa ludzi czytających. Czytających pięknie i rozumnie piękne i rozumne rzeczy. Wolałbym nie mieć racji w tych dyskusjach, ale statystyki Instytutu Książki i Czytelnictwa Biblioteki Narodowej oraz innych ośrodków badawczych dostarczają zatrważających informacji o znikomym udziale rodaków - zważywszy skalę formalnie kształconych i formalnie wykształconych - w tak zwanej kulturze wysokiej. Jasne, że podobnie dzieje się i na kochanym Zachodzie. Tyle że dotyczy to tam na ogół klasy niższej i niższej średniej. Tych zatem, które są najczęściej w polu widzenia i w polu aspiracji Polaków. Rozbudowana tam i szeroka klasa średnia natomiast ma jednak inne aspiracje, inny sposób istnienia i udziału w kulturze. Dla mnie kierunek tego jest jasny. A droga wcale - wbrew piosence sprzed lat - nie jest wyboista. Przeciwnie: ściele się szeroko i prosto - to wymarzona autostrada do konsumpcyjnego nieba zarządzanego przez celebrytów z seriali. ---------- Prof. Zbigniew Mikołejko - filozof, profesor w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN TRZECH FACETÓW - JEDEN TAK POD SZEŚĆDZIESIĄTKĘ, a dwaj smarkaci, koło dwudziestki (kiedyś to się nazywało "sztafeta pokoleń") - ukradło warte sto tysięcy złotych palety z książkami i sprzedało je w s

  • Jak Dance zachciało się pracować

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra IWONA Z LENOWA 18-12-2014

    JAK ŻYĆ W MAŁYM MIEŚCIE? Dokładnie nie wiadomo, ale dla wszystkich jest jasne, jak nie należy żyć. Na przykład tak jak Danka, sekretarka wójta. Pierwsze lata małżeństwa z wojskowym spędziła jako typowa żona przy mężu - obiady, sprzątanie, pranie, działka, opieka nad dzieckiem. Kiedy mały Maciek ruszył do szkoły, Dance zachciało się do pracy i wtedy zaczęły się kłopoty. *** *** NA POCZĄTKU JEJ MĄŻ oficer usłyszał o jej romansie z lekarzem z miejscowej przychodni, przyjacielem wójta. Podobno między przyjmowaniem kolejnych pacjentów przybiegał w fartuchu do urzędu gminy, aby przez chwilę niby to pogawędzić z wójtem. W rzeczywistości emablował Dankę. Potem - mówiono - zaczęły się bardziej intymne schadzki. Marek nie dawał temu wiary. Danusia zaprzeczała, i to mu wystarczało. W końcu najbliższej osobie należy ufać. A też plotkarze z czasem zamilkli, dzięki czemu Marek odzyskał spokój. Decyzję Danki o tym, żeby dorabiać sprzątaniem na plebanii, uznał za dziwaczną. Żona nie musiała pracować, bo on zarabiał dość. W dodatku sprzątanie... Co to za pomysł? Od swojej połowicy oczekiwał dobrej prezencji i godnego reprezentowania go przed znajomymi. Gdzie tu miejsce dla sprzątaczki? Ale jednak co ksiądz, to ksiądz - oboje z żoną co niedziela chodzili do kościoła i Marek uznał, że pomoc udzielona proboszczowi to jakiś wkład na rzecz wspólnoty i wizerunkowy plus w oczach parafian. Ksiądz rządził lenowskimi duszami od kilku lat. Przyjechał z dalekich stron, gdzie - jak mówiono - panuje pruski dryl. Zasadniczy charakter i praktyczne podejście plebana do życia wielu onieśmielało. Oceniali go jako oschłego i zadzierającego nosa. Co innego jego poprzednik! Ten do Lenowa pasował wyjątkowo. Z wykształcenia budowlaniec. Lubił wypić, rzucić mięchem, miał gest. Zabrali go na drugi koniec kraju, do Małopolski. Miesiąc później wyjechała pani Katarzyna, urodziwa wdowa z potokiem rudych włosów spadających na szczupłe plecy. Tak się składa, że też wyjechała w góry. *** *** A TERAZ PANOWAŁ ten zupełnie niepodobny do poprzednika sztywny dusigrosz, zdystansowany i chłodny elegant. Takiemu Marek nie obawiał się powierzyć swojej zasługującej na cześć i szacunek małżonki. W sobotni wieczór przyjechał pod plebanię, żeby odebrać Dankę. Wkroczył do środka przez nowe, bezszelestnie otwierające się drzwi. Pleban ubrany w T-shirt i modne, dopasowane rurki stał za Danusią, nurzając twarz w jej włosach i trzymając ręce na jej ukrytych pod cienką sukienką piersiach. Marek trzasnął pięścią, celując w dizajnerskie okulary na kapłańskim nosie, wziął żonę za rękę i wyprowadził z plebanii. Msze w kościele przez najbliższy miesiąc odprawiał wikary, a pleban - tak mówiono w Lenowie - pojechał kurować rany wokół oka do Międzyzdrojów. - Wyleci, czy nie wyleci? - zastanawiali się na głos lenowiacy. - Nie wyleci - orzekli członkowie rady parafialnej. - Tej wiosny dostał dobrą ocenę i przez rok nikt w kurii do jego sprawy nie będzie wracał. Wniosek z tego, że nie należy żyć tak, jak żyje Danka, bo są z tego tylko kłopoty. Wszyscy muszą się potem składać na Międzyzdroje. JAK ŻYĆ W MAŁYM MIEŚCIE? Dokładnie nie wiadomo, ale dla wszystkich jest jasne, jak nie należy żyć. Na przykład tak jak Danka, sekretarka wójta. Pierwsze lata małżeństwa z wojskowym spędziła jako typo

  • Co się rymuje z Margaret?

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra ANNA BRZEZIŃSKA 18-12-2014

    Mark Twain powiedział ponoć, że historia się nie powtarza, ale się rymuje. Śledzę dyskusje nad bilansem III RP i zastanawiam się, z czym się rymuje ostatnie ćwierćwiecze. Słucham spóźnionych lamentów, że może źle się stało, kiedy po ?89 roku uwierzyliśmy w podział na pracowitych ludzi sukcesu oraz leni i nieudaczników. Że chyba coś nam umknęło, pewien rodzaj wspólnotowego myślenia, zaangażowania i odpowiedzialności. Że może zwiodły nas rozbuchany indywidualizm i przekonanie, że każdy jest kowalem swego losu. Słucham i przypomina mi się Margaret Harkett. Sześćdziesięcioletnia Margaret była ubogą wdową w angielskiej wiosce Stanmore. Mozolnie i nie zawsze uczciwie usiłowała wiązać koniec z końcem. Chadzała na żebry, ale charakter miała wredny i raczej nie wzbudzała litości. Przydybana na kradzieży grochu ze złością cisnęła koszyk na ziemię i odtąd ani jedno ziarnko grochu nie wzeszło na polu. Rządca pobił ją za podbieranie drew z pańskiego lasu i zaraz potem oszalał. Sąsiad poskąpił jej konia i raptem wszystkie konie mu zdechły. Inny nie zapłacił jej umówionej ceny za parę butów i umarł. Pan nakazał służbie, żeby nie dawano jej maślanki, i odtąd nie udawało mu się ani masło, ani sery. Niebawem sąsiedzi uznali, że Margaret jest czarownicą, czyni zło i przeklina bliźnich. Margaret miała pecha. Była biedna, stara i samotna, ale przede wszystkim urodziła się w wieku XVI. Gdyby ziomkowie zawlekli ją przed sąd parę wieków wcześniej, dostałaby pokutę za złorzeczenia, kłótnie oraz wiarę w zabobony, ale nie podłożono by jej pod pięty stosu. W średniowieczu autorytety kościelne uważały czarownice za przygłupie babiny. Karcono je za odprawianie guseł, ale nie przypisywano im paktów z szatanem ani władzy nad życiem bliźnich, bo należała ona do Boga. U progu epoki nowożytnej sprawy miały się już inaczej. Szatan obrósł w piórka i coraz częściej widywano go na ziemi, jak podjudza do złego sektę wiedźm i czarowników. Właśnie z tego powodu w 1585 roku Margaret stracono w Tyburn jako wiedźmę. Wiele teorii usiłuje tłumaczyć, dlaczego polowanie na czarownice zbiegło się z narodzinami nowożytności. Zapewne nigdy nie zrozumiemy w pełni, co się wówczas stało, pewne jest, że świat się zmieniał. Nauka oraz technologia przejmowały funkcje pełnione dotąd przez religię i magię. Druk zrewolucjonizował obieg informacji. Państwa rosły w siłę. W miastach nieśmiało kiełkował kapitalizm, a wraz z nim nowy styl życia. Margaret wyraźnie odczuwała tę zmianę, kiedy odpędzano ją, głodną, z domów sąsiadów. Mogła się pocieszać, że zgodnie z biblijną obietnicą Królestwo Boże należy do ubogich, ale na ziemi ubóstwo powoli przestawało być cnotą. Słabły tradycyjne więzi sąsiedzkiej życzliwości, które niegdyś sprawiały, że troszczono się o nędzarzy, chorych i cierpiących, wdowy i sieroty. Dobroczynność, dotąd nakaz sumienia i religii, stawała się sprawą państwową. Kolejne prawa o ubogich mnożyły zakazy żebractwa, rozwodziły się nad próżniactwem jako "matką i korzeniem wszystkich występków". W obliczu tej nowej, obiecującej ideologii wieśniacy nie widzieli powodu, żeby uszczuplać własny majątek i pomagać Margaret. Ich przodkowie uznawali wyższość moralności nad ekonomią, chociaż zapewne nie zawsze dorastali do tego ideału. Teraz ekonomia zaczęła decydować o moralności, a w ubogich i wykluczonych zobaczono wcielenie zła. Korzenie nowoczesności sięgają bardzo głęboko w przeszłość. Wbrew pozorom dużo o nich wiedzieliśmy, kiedy rozpędzano w Polsce neoliberalną karuzelę. Wśród architektów III RP było tylu historyków, że doprawdy trudno się teraz zasłaniać niewiedzą. ---------- Anna Brzezińska - historyczka, pisarka fantasy. Ma dwóch synów i trzy koty Mark Twain powiedział ponoć, że historia się nie powtarza, ale się rymuje. Śledzę dyskusje nad bilansem III RP i zastanawiam się, z czym się rymuje ostatnie ćwierćwiecze. Słucham spóźnionych lamentów

  • Umarł. Lubię to

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra ANETA, JAN GRAF 18-12-2014

    Panie Janie, ostatnio moja znajoma napisała na Facebooku, że zmarła jej siostra. Sto dwie osoby to polubiły. Czy to nie jest beznadziejne? No i czy Facebook jest od tego, żeby ogłaszać, że ktoś umarł? ---------- Lajkowanie wiadomości o czyjejś śmierci uważam za głupotę. Podobnie jak informacji o tym, że zwyrodnialec zgwałcił niemowlaka albo że zderzyły się dwa pociągi i zginęło dwadzieścia osób. Ale jako użytkownik wiem, że w świecie Facebooka "lubię to" często ma oznaczać w intencji coś innego - solidarność albo komunikat: zauważyłem i przykro mi. Jednak sam nie "polubiam" złych wiadomości, a na informację o śmierci siostry mojej koleżanki zareagowałbym komentarzem w rodzaju: "Przykro mi, wyrazy współczucia". Wielu ludzi idzie po linii najmniejszego oporu i zamiast napisać coś autentycznego i osobistego, woli kliknąć "lubię to". Właściciele kont starają się temu czasem przeciwdziałać. Kiedy portal tygodnika "Polityka" podał informację, że w Katowicach pod gruzami budynku znaleziono zwłoki małżeństwa dziennikarzy, w nawiasie pojawił się napis: "PROSIMY NIE LAJKOWAĆ TEJ INFORMACJI". Natychmiast kilka osób polubiło tę wiadomość, a inni zaczęli wyzywać ich od głąbów. Dramatyczny news został strywializowany bezmyślnością. Czy Facebook jest dobrym miejscem na informowanie o śmierci naszych bliskich? To już sprawa osobistej wrażliwości i potrzeb. Ekstrawertyk lubiący się dzielić swoimi przeżyciami z całym światem nie będzie miał oporów. Powściągliwemu do głowy nie przyjdzie, by afiszować się ze swoimi bólem. A jednak nekrologi mają długą tradycję, więc dlaczego w gazecie tak, a na Facebooku nie? Twórcy tak zwanej netykiety mają rozmaite opinie na ten temat. Na przykład prawnuk Emily Post (amerykańskiej autorki podręczników o zasadach dobrego wychowania z początków XX wieku) w swoim bestsellerze "Emily Post?s Manners in a Digital World" twierdzi, że owszem - można informować o śmierci, ale bez wchodzenia w szczegóły. Jestem podobnego zdania: sama wzmianka jest dopuszczalna, ale już robienie kącika wspomnień, opisy ostatnich chwil, zdjęcia z dzieciństwa zmarłego uważam za grubą przesadę. Warto się może zastanowić: czy nasz bliski chciałby, aby informacja o jego śmierci pojawiła się między zdjęciem jesiennej wierzby, kotem a bigosem, który podaliśmy gościom dwa tygodnie temu i którym się pochwaliliśmy, wrzucając zdjęcie na Fejsa. No i czy chciałby, aby wiadomość o tym, że umarł, ktoś polubił. Bo z pewnością ktoś taki się znajdzie. ---------- Chcecie zapytać o zasady albo pochwalić się gafą - swoją lub cudzą? Czekam na maile pod adresem: obcasy-extra@wyborcza.pl z dopiskiem "Jan Graf". Zastrzegam jednak, że nie podejmuję się rozstrzygać sporów międzysąsiedzkich i małżeńskich, choć o zasadach w tych jakże skomplikowanych związkach interpersonalnych porozmawiam z przyjemnością. Panie Janie, ostatnio moja znajoma napisała na Facebooku, że zmarła jej siostra. Sto dwie osoby to polubiły. Czy to nie jest beznadziejne? No i czy Facebook jest od tego, żeby ogłaszać, że ktoś umarł

  • KULTURALNIE Polecają Beata Kęczkowska i Robert Sankowski

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra BEATA KĘCZKOWSKA, ROBERT SANKOWSKI 18-12-2014

    WYSTAWY NIEPOSŁUSZNE PRZEDMIOTY NIEPOSŁUSZNE PRZEDMIOTY Victoria & Albert Museum, Londyn Do 1 lutego ---------- Parasolki to niedawny symbol buntu w Hongkongu, bo dziś protesty mają nie tylko swoich bohaterów, ale też rekwizyty. Ekspozycja "Disobedient Objects" poświęcona jest designowi tworzonemu przez i dla uczestników politycznych protestów na całym świecie - od końca lat 70. do dziś. Zobaczymy chilijskie ludowe tkaniny dokumentujące historie tamtejszych protestów; robota malującego graffiti; nadmuchiwane kostki brukowe i grę wideo o wydźwięku politycznym pokazującą, jak produkowane są telefony komórkowe. REMBRANDT: THE LATE WORKS REMBRANDT: THE LATE WORKS National Gallery, Londyn Do 18 stycznia ---------- Mistrz pozostaje mistrzem, obezwładnia talentem nawet w nieco słabszych obrazach. Obok Jana Vermeera i Fransa Halsa najważniejszy malarz w sztuce holenderskiej "złotego wieku" - okresu, w którym kultura, nauka, gospodarka, potęga militarna i wpływy polityczne Holandii osiągnęły apogeum. Ósmy, przedostatni syn młynarza i córki piekarza za życia osiągnął niebywały sukces, lecz umarł jako bankrut wspierany finansowo przez nieślubną córkę. Pochowano go w anonimowym grobie. Oskarżany o niemoralność i pozbawiony pieniędzy sprzedał nawet nagrobek ukochanej żony Saskii. Czy ślady tych wydarzeń znajdziemy w jego twórczości? FOTOIKONY W POLSCE. POSZUKIWANIE/GŁOSOWANIE FOTOIKONY W POLSCE. POSZUKIWANIE/GŁOSOWANIE Dom Spotkań z Historią, Warszawa Do 22 lutego ---------- 140 lat z historii Polski na 42 zdjęciach-ikonach przedstawiających przełomowe wydarzenia z dziejów Polski oraz scenki z życia codziennego. Od zdjęcia Karola Beyera przedstawiającego pięciu poległych w trakcie manifestacji antyrosyjskiej z 27 lutego 1861 po fotografię zniszczenia rzeźby Maurizia Cattelana w warszawskiej Zachęcie w grudniu 2000 roku. Pomiędzy - zdjęcia dokumentujące odzyskanie niepodległości, łamanie szlabanu na przejściu granicznym przez żołnierzy Wehrmachtu, likwidację warszawskiego getta, powstanie warszawskie, pielgrzymkę Jana Pawła II do Polski, rejestrację NSZZ "Solidarność", wprowadzenie stanu wojennego, obrady Okrągłego Stołu, powódź 1997 roku. Wystawa ma charakter interaktywny - każdy z widzów może zagłosować na zdjęcie, które uważa za najważniejsze. POSTĘP I HIGIENA POSTĘP I HIGIENA Zachęta - Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa 15 do lutego ---------- Wyniki badania mózgu Józefa Piłsudskiego, plany z 1934 roku przebudowy Warszawy w duchu higienicznym, filmy ukazujące piętnowanie osób, które dopuściły się "pohańbienia rasy". Twórczyni wystawy Anda Rottenberg analizuje związek idei modernizmu z inżynierią genetyczną i eugeniką. Przed nami prace ponad 20 artystów, m.in. Luca Tuymansa, Jana Fabre?a, Gerharda Richtera, Yael Bartany, Mirosława Bałki, Zbigniewa Libery i Joanny Rajkowskiej. Kilka z nich zostało przygotowanych specjalnie na tę wystawę. Ekspozycja poświęcona jest pułapkom modernizacji w kontekście wspólnej dla sztuki i nauki początków XX wieku idealistycznej wiary w postęp i możliwość "ulepszania". KONCERTY KAMP!, WE DRAW A KAMP!, WE DRAW A Stodoła, Warszawa 19 grudnia ---------- Polski alternatywny pop elektroniką stoi. W kończącym się właśnie roku udowodnili to tacy wykonawcy jak Xanax czy The Dumplings. Wszystko zaczęło się kilka lat temu od grupy Kamp! Ta łódzka formacja udowadnia, że polska młodzież wciąż śpiewa polskie piosenki, tylko gitary zastąpiła instrumentami klawiszowymi i laptopami. Dziś Kamp! ma już na koncie sporą porcję hitów oraz grubo ponad dwieście koncertów w Polsce i na najbardziej prestiżowych festiwalach na całym świecie. A występy na żywo są jednym z największych atutów łodzian. Tym bardziej że zespół zabiera w trasę swoich protegowanych - wrocławski duet We Draw A, który jest kolejnym obiecującym reprezentantem naszej popowej elektroniki. ROYAL BLOOD ROYAL BLOOD Palladium, Warszawa 14 stycznia ---------- Jest ich tylko dwóch, ale hałas, jaki robią, mógłby zawstydzić niejedną pełnowymiarową kapelę gitarową. Nie korzystają z typowo rockowego instrumentarium. W ich składzie jest tylko bas i perkusja. A mimo to właśnie tych dwóch chłopaków z angielskiego Brighton odpowiada za najlepsze rockowe riffy, jakie usłyszeliśmy w 2014 roku. Po sukcesie ich debiutanckiej płyty media widzą w Royal Blood już nie tylko godnych rywali Jacka White?a czy The Black Keys, lecz także nowych zbawicieli gitarowego grania. Ich występ to obowiązkowa pozycja dla tych, którzy chcą rozpocząć nowy rok mocnym, rockowym akcentem. SPORTY MIEJSKIE ZIMOWY NARODOWY, WARSZAWA Do 28 lutego ---------- W amerykańskich komediach romantycznych zimą wszystko się zaczyna lub kończy na ślizgawce. Jeżeli ta pod domem nie przyniosła wam jeszcze szczęścia, to może warto poszukać większej? Na płycie Stadionu Narodowego działa zimowe miasteczko - trzy lodowiska mają w sumie 5 tys. m kw. lodu! Do tego ice bar i górka lodowa, z której zjeżdża się na gumowych pontonach. Na głównej tafli w piątkowe i sobotnie wieczory odbywa się dyskoteka na łyżwach z muzyką na żywo. Tutaj też będą się prezentować najlepsi łyżwiarze i łyżwiarki podczas dwóch rewii na lodzie: "Xtreme Ice Show" i "Kings On Ice". W weekendy na mniejszych lodowiskach odbywają się "Poranki dla dzieci z Kinder Pingui", czyli lekcje jazdy na łyżwach dla najmłodszych. A jeśli ktoś zatęskni do rolek czy deski, to w parkingu podziemnym stadionu działa skate park. PREMIERY PŁYT ARCHIVE ARCHIVE Restriction 12 stycznia ---------- - Jedną z najwspanialszych rzeczy w Archive jest fakt, że praktycznie z każdą kolejną płytą kompletnie się zmieniamy. "Restriction" to najnowszy etap tej podróży - mówi o najnowszej płycie londyńskiej formacji jej współzałożyciel Darius Keeler. Choć działająca od połowy lat 90. ekipa ostatnio ma świetną prasę także w rodzinnej Anglii, my na jej niezwykłej mieszance muzyki klubowej, elektronicznej, trip hopu i progresywnego rocka poznaliśmy się już dawno, czego dowodem są liczne i znakomicie przyjmowane występy Archive w Polsce. Zapewne lada moment zespół dołoży do nich kolejną wizytę nad Wisłą, bo "Restriction" ma promować trasa koncertowa po całym świecie. BELLE & SEBASTIAN BELLE & SEBASTIAN Girls in Peacetime Want to Dance 19 stycznia ---------- Ukochany zespół hipsterów żyjących po tej stronie Atlantyku powraca z nową płytą. Szkoci z Belle & Sebastian zaskakiwali zarówno płytami po mistrzowsku stylizowanymi na lata 60., jak i albumami, na których w ironiczny sposób bawili się konwencją współczesnego indie rocka. Teraz zapraszają do tańca. Tak w każdym razie można przypuszczać po singlowym numerze "The Party Line", w którym więcej jest dyskotekowego funku i tanecznego electro niż gitarowej muzyki niezależnej. Tak może być na całej płycie, ale Belle & Sebastian to wyjątkowo przewrotna kapela, o czym jej fani mieli okazję przekonać się już wiele razy. Potrafią zaskakiwać. THE DECEMBERISTS THE DECEMBERISTS What a Terrible World, What a Beautiful World 19 stycznia ---------- Portland w stanie Oregon bywa nazywany tym amerykańskim miastem, w którym na scenie muzycznej wciąż trwają lata 90. Coś o tym mogliby powiedzieć członkowie pochodzącej stamtąd grupy The Decemberists. Mody się zmieniają, a oni wciąż są wierni swoim fascynacjom, w których klasyczny folk spotyka się z rockiem progresywnym i współczesną muzyką niezależną. Nagrywali już ambitne kompozycje inspirowane Szekspirem, ale też piosenki w stylu Neila Younga, które dały im nominację do nagrody Grammy. - To trochę tak, jakbyś napisał wielką powieść, aby potem wydał zbiór krótkich opowiadań - mówi szef ekipy z Portland Colin Meloy. Ciekawe, do jakiego gatunku literackiego porówna materiał z nowej płyty? WYSTAWY NIEPOSŁUSZNE PRZEDMIOTY NIEPOSŁUSZNE PRZEDMIOTY Victoria & Albert Museum, Londyn Do 1 lutego ---------- Parasolki to niedawny symbol buntu w Hongkongu, bo dziś protesty mają nie tylko swoich

  • Zaczytajmy się!

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra BEATA KĘCZKOWSKA 18-12-2014

    NIE TYLKO DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI MUR. O HISTORII POWOJENNEGO BERLINA RAFAŁ WITEK Ilustracje Dorota Łoskot-Cichocka Wyd. Egmont, Warszawa ---------- Jest rok 1989. Lili mieszka z rodzicami w Berlinie Zachodnim. Nie może zrozumieć, dlaczego miasto jest podzielone ciągnącym się ponad 150 km murem. Mam słabość do serii "Czytam sobie", w której ukazała się ta opowieść. Wydawane są w niej książki dla trzech grup czytelników - od tych, którzy dopiero samodzielnie składają słowa, przez tych, którzy sztukę czytania opanowali całkiem nieźle, po tych wreszcie, którzy czytają biegle, nawet złożone zdania. Autorzy i ilustratorzy nie stronią od trudniejszych tematów, przybliżają dzieciom wydarzenia z historii, ale też opowiadają o codziennych sprawach. Jeśli ktoś z nas dorosłych nie wie, jaką książkę kupić dzieciom, niech się nie waha. Tytuły z serii "Czytam sobie" można wybierać w ciemno. SZTUKA SZTUKA WESOŁEGO ALLELUJA, POLSKO LUDOWA ANTONI KROH Wyd. Iskry, Warszawa ---------- Rzecz o "pogmatwanych dziejach chłopskiej sztuki" pióra wybitnego etnografa Antoniego Kroha. Omawia zjawisko, jakim był rozwój sztuki ludowej w czasach PRL-u, aż do momentu, kiedy zainteresowanie nią znacznie się ochłodziło. "Latem osiemdziesiątego roku, a ostatecznie wiosną osiemdziesiątego dziewiątego skończyła się w Polsce sztuka ludowa i neoludowa - jeden z filarów naszej tożsamości przez co najmniej półtora stulecia, źródło natchnień artystów, zabawka wyższych sfer, żeton w politycznej ruletce. Arkadia wzruszeń, szczerych i udawanych" - diagnozuje Kroh. Trudno mu odmówić racji, a gdy spojrzymy na fotografie przedstawiające chałupę w Podegrodziu k. Nowego Sącza z początku XX stulecia i dom z tego samego miejsca z roku 2014, robi się jeszcze smutniej. A może to naturalna kolej rzeczy? Może nasi potomni też będą z sentymentem spoglądać na nasze domy, nawet te najszkaradniejsze? POWIEŚĆ POWIEŚĆ KRÓLOWA ŚNIEGU MICHAEL CUNNINGHAM Przeł. Jerzy Kozłowski Wyd. Rebis, Poznań ---------- "Objawienie zsyła się tylko tym, którzy są zbyt biedni i anonimowi, by uznać ich za właściwych kandydatów" - pisze Michael Cunningham. Nie o swoich bohaterach, ale mogłoby być o nich. Oto Barrett pracuje w sklepie z ciuchami, właśnie rzucił go chłopak. Jego bratu Tylerowi umiera Beth. I jeszcze Liz (nie potrafi kochać), przystojny Andrew i parę innych osób z obrzeży Nowego Jorku. Tych, co pozostają na obrzeżach nawet wtedy, gdy kręcą się po Central Parku. "Królowa Śniegu" mieści w sobie historie, które opowiedziane osobno mogłyby posłużyć za kanwę kilku porządnych dramatów z emocjami i zwrotami akcji. Jest miłość, seks, narkotyki, ambicje, śmierć, nawet trauma i tajemnica, a jednak właściwie nic się nie dzieje. Bohaterowie łażą po domu, gadają głupstwa niczym objawione myśli, a zdarzenia - nawet fundamentalne - przemykają gdzieś obok. Cunningham rozpisuje dramaty na dni (by nie rzec - godziny). I to jest chyba największa zaleta książki. INSPIROWANE HISTORIĄ INSPIROWANE HISTORIĄ WSPOMNIENIA BRUDNEGO ANIOŁA HENNING MANKELL Przeł. Ewa Wojciechowska Wyd. W.A.B., Warszawa ---------- "Zatem ta kobieta naprawdę kiedyś tam była. Archiwa nie kłamią. I co roku płaciła gigantyczny podatek" - pisze o swojej bohaterce w posłowiu Henning Mankell. Pisarz usłyszał o niej od znawcy Afryki. Wiadomo, że była Szwedką i na początku minionego stulecia prowadziła największy dom publiczny w kolonii portugalskiej (dzisiejszy Mozambik), w Lourenço Marques (obecnie Maputo). Pozostawiła po sobie ślad w dokumentach i same pytania - kim była, skąd się wzięła w Afryce, dlaczego nagle zniknęła? "Cała historia opisana w tej książce jest więc mniej lub bardziej domysłem na temat tej kobiety" - podkreśla Mankell. Tworzy wyrazisty portret Hanny, która nie podporządkowuje się białym i jest nierozumiana przez czarnych, za tło obierając szczegółowy obraz życia w koloniach. I pomyśleć, że można stać się literackim tematem, płacąc podatki... BIOGRAFIA BIOGRAFIA STARSI PANOWIE DWAJ. KOMPENDIUM NIEWIEDZY Monika Wasowska, Grzegorz Wasowski Wyd. Znak, Kraków ---------- Angielskiego osobiście nie znam, ale słyszałem o nim wiele dobrego. Wiecie, że to z Kabaretu Starszych Panów? Takiego wydawnictwa o tym fenomenalnym i niedoścignionym zjawisku dotąd nie było. Ale niech nikogo nie przeraża, że to naszpikowane wiedzą faktograficzną tomiszcze. Owszem, naszpikowane, ale najczystszym humorem, wiedzą też, ale podaną przezabawnie, jakby mimochodem. Już nikt nie będzie miał wątpliwości, kto, kiedy, jaki numer wykonywał i w jakim to było programie, kto akompaniował, kto napisał słowa, kto skomponował do nich muzykę. Przy okazji dowie się też np., jakie banknoty były w obiegu, kiedy odwołano Rajd Monte Carlo. Osobne miejsce znalazły sentencje i powiedzonka. Na koniec więc posłużę się jedną z nich: "Nie wymagajmy zbyt wiele od ludzi". NIE TYLKO DLA DZIECI NIE TYLKO DLA DZIECI MUR. O HISTORII POWOJENNEGO BERLINA RAFAŁ WITEK Ilustracje Dorota Łoskot-Cichocka Wyd. Egmont, Warszawa ---------- Jest rok 1989. Lili mieszka z rodzicami w

  • FILMOWO Polecają:

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra MAJA STANISZEWSKA, BEATA KĘCZKOWSKA 18-12-2014

    HOBBIT: BITWA PIĘCIU ARMII HOBBIT: BITWA PIĘCIU ARMII Reż. Peter Jackson FANTASY Premiera 26 grudnia ---------- Peter Jackson zamyka na zawsze drzwi do hobbiciej norki, które otworzył 13 lat temu "Władca pierścieni: Drużyna pierścienia". Jeśli ktoś nie wierzył, że 280-stronicową książkę można zamienić w trzy filmy po 160 minut każdy, przekonał się, jak wielka jest siła miłości Jacksona do Śródziemia. No i odwaga w dopisywaniu J.R.R. Tolkienowi nowych wątków i bohaterów, a raczej bohaterek - świat książki to świat bez kobiet. W ostatnim rozdziale hobbit Bilbo, który pomógł Thorinowi Dębowej Tarczy i jego krasnoludziej kompanii odbić Samotną Górę z łap smoka Smauga, będzie musiał wziąć udział w tytułowej bitwie. Będzie spektakularnie. Na finał przydadzą się chusteczki. ZIARNO PRAWDY ZIARNO PRAWDY Reż. Borys Lankosz KRYMINAŁ Premiera 9 stycznia ---------- Całkiem obiecująco zadebiutował pięć lat temu filmem "Rewers" reżyser Borys Lankosz, po czym zniknął. Teraz wraca jako autor ekranizacji kryminału jednego z najpopularniejszych polskich autorów Zygmunta Miłoszewskiego. W Sandomierzu dokonano morderstwa i upozorowano je na mord rytualny. Sprawę prowadzi Teodor Szacki, były gwiazdor warszawskiej prokuratury, który w mieście na uboczu liże rany po rozstaniu z żoną. W tej roli Robert Więckiewicz, który książkowego bohatera nie przypomina, ale skoro zagrał Wałęsę i Hitlera, to może potrafi zagrać także przystojnego prokuratora. GRA TAJEMNIC GRA TAJEMNIC Reż. Morten Tyldum DRAMAT BIOGRAFICZNY Premiera 16 stycznia ---------- Winston Churchill mówił o nim, że był osobą, która wniosła największy indywidualny wkład w zwycięstwo aliantów nad Niemcami w II wojnie światowej. Podobno przyspieszył jej koniec o dwa lata i ocalił miliony ludzi. Ale mało kto oprócz komputerowców, matematyków i historyków II wojny słyszał do tej pory o Alanie Turingu. Teraz ten genialny matematyk, kryptolog, ojciec ery komputerów i sztucznej inteligencji doczekał się hollywoodzkiego filmu o sobie, który będzie walczył o Oscary. Jego historia nie miała happy endu. Podziękowaniem rządu brytyjskiego za jego pracę było skazanie go na chemiczną kastrację za homoseksualizm. Wkrótce potem zrozpaczony Turing popełnił samobójstwo. Film o nim z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej ma przypomnieć nie tylko jego dzieło, lecz także jego tragiczny los. To, co zrobiono Turingowi, zwyczajnie szokuje. PANI Z PRZEDSZKOLA PANI Z PRZEDSZKOLA Reż. Marcin Krzyształowicz KOMEDIA Premiera 25 grudnia ---------- Są takie filmy, od których robi się cieplej na duszy. Zadedykowana mamie filmowa opowieść Marcina Krzyształowicza to doskonały przykład bezpretensjonalnego, pogodnego kina. Przenosimy się do PRL-u, gdzie mały Krzyś, synek zapalonego konstruktora latawców i nieco melancholijnej pani domu, właśnie idzie do przedszkola. Ponieważ nie sprawia mu to przyjemności, w trudnych początkach towarzyszy mu mama, która poznaje przedszkolankę Krzysia - panią Karolinę. Ta znajomość odciśnie piętno na wszystkich bohaterach tej historii. Z "Pani z przedszkola" oprócz dobrego humoru wyniesiemy też refleksję: rodzina to bardzo skomplikowana struktura, każda jest zupełnie inna - jak płatki śniegu, a miłość można odkrywać na różne sposoby. Ważne, by nie dowiedzieć się o niej za późno. RANDKI W CIEMNO RANDKI W CIEMNO Reż. Levan Koguashvili KOMEDIODRAMAT Premiera 2 stycznia ---------- Nauczyciel Sandro ma 40 lat i wciąż mieszka z rodzicami. Przy stole ciągle padają pytania, czy poznał już jakąś dziewczynę, kiedy wreszcie się ożeni, usamodzielni, będzie miał dzieci... Jemu też dokucza samotność, ale z oporami przystaje na pomysł przyjaciela, aby umawiać się na randki przez internet. No i ma rację - na podwójną randkę dociera jedynie jedna kobieta, która i tak nie znajduje z Sandro wspólnego języka. Jednak los uśmiecha się do niego - poznaje w realu kobietę, w której się zakochuje. Tu nastąpią komplikacje - trzeba przyznać, że nagromadzenie przeciwności i zapętleń, których będziemy świadkami, sprawi, że będziemy mocno trzymać kciuki za naszego starego kawalera. Finału nie zdradzę, może tylko poza tym, że nie jest on tak słodki jak gruzińskie desery. Nieco nostalgicznie o miłości w swojskim PRL-u i dalekiej Gruzji

  • Wstrząśnięty, nie mieszany

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra MICHAŁ PRYSŁOPSKI 18-12-2014

    1. Wise Drinking: Let?s Be Smart 1. Wise Drinking: Let?s Be Smart Jak odpowiedzialnie korzystać z alkoholu? Ta aplikacja umożliwia kontrolowanie, ile się wypiło. Szacuje ona na bieżąco poziom alkoholu we krwi (m.in. na podstawie wagi i płci), ostrzeże, że już nie możesz prowadzić samochodu, i pomoże znaleźć taksówkę. Polecam też funkcję codziennego śledzenia ilości wypitego alkoholu: porównuje wyniki z zaleceniami medycznymi. Wybrałem tę aplikację m.in. dlatego, że została stworzona przez producenta alkoholi - firmę Pernod Ricard. Dzięki temu chodzi w niej nie o to, żeby nie pić, ale raczej, żeby nie robić potem niczego, czego można by następnego dnia bardzo żałować. iOS, Android, darmowa 2. AlkoFakty 2. AlkoFakty Polska aplikacja będąca rodzajem interaktywnej broszury z podstawowymi informacjami o alkoholu - fakty kontra pokutujące mity, sposoby na kaca, wpływ mieszania alkoholi i inne przydatne porady. Bardzo zabawnym dodatkiem są Alkogogle, które za pomocą kamery w telefonie pokazują ci, jak będzie wyglądał świat wokół ciebie po kolejnych drinkach. Możesz podjąć wyzwanie i spróbować przejść prosto parę metrów, patrząc na świat oczami osoby po kilku drinkach. Daje do myślenia. Aplikacja zawiera też kalkulator stężenia alkoholu we krwi, ale nie tak wygodny jak w Wise Drinking. iOS, Android, darmowa 3. Cocktails by Italian Yummy 3. Cocktails by Italian Yummy Skoro wiemy już, jak mądrze korzystać z alkoholu, to przejdźmy do rzeczy. Jest wiele aplikacji z przepisami na drinki, ale ta szczególnie przypadła mi do gustu. Oprócz ponad 400 przepisów zawiera wygodną wyszukiwarkę umożliwiającą znalezienie odpowiedzi na pytania: "Co mogę zrobić z tego, co akurat mam w domu?", albo: "Jakie znasz drinki w kolorze purpurowym?". Można też obejrzeć galerię kieliszków, a nawet małe muzeum mocnych alkoholi. iOS, darmowa (wyświetla reklamy) 4. ItalianYummy 4. ItalianYummy Aplikacja Italian Yummy zawiera interaktywne przepisy na ponad setkę włoskich zakąsek, dań i deserów. Ze szczegółowymi tabelami czasu pieczenia. Dzięki niemu dowiemy się np., że okonia w piekarniku należy trzymać w temperaturze 200 st. C przez 50 minut (upiecze się), a w prodiżu - 8 minut (ugotuje się na parze). Jest też funkcja mierzenia spaghetti przypominająca metalowe miarki używane w świecie przedcyfrowym: telefon wyświetla okrąg, w którym powinna się zmieścić garść spaghetti na określoną liczbę osób. Przydatna może być też lista zakupowa uzupełniająca się o składniki wybranych przez użytkownika przepisów. iOS, darmowa (wyświetla reklamy) 5. Pocket Salsa 5. Pocket Salsa Jak towarzystwo karnawałowe już się napiło i pojadło, dobrze jest zatańczyć. Pocket Salsa zawiera filmiki instruktażowe krok po kroku, nagrania tańca zawodowców i bibliotekę rytmów salsy. Jeśli podłączymy nasz smartfon czy tablet do telewizora, to wszyscy będą mogli się poruszać i zgubić kalorie nagromadzone w czasie używania wcześniej opisanych aplikacji. iOS 3,59 euro, Android 6,42 zł Bohaterowie filmu "Powrót do przyszłości" przenieśli się przed laty do 2015 roku, do naszych czasów. I jak się okazuje, dawna wizja reżysera Roberta Zemeckisa była trafna: mamy filmy w 3D, inteligentną odzież, cyfrowych asystentów i natychmiastową komunikację. Jedynie brak za naszymi oknami latających samochodów i domowych reaktorów termojądrowych, ale to można sobie wytłumaczyć spiskiem koncernów paliwowych. Za to niezmienne w 1955, 1985 i 2015 roku było i będzie poszukiwanie świetnej imprezy. Korzystajmy z tego, co daje nam przyszłość, która nadeszła

  • Dobre słowo na rok 2015

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra WYSŁUCHAŁA NATALIA WALOCH-MATLAKIEWICZ 18-12-2014

    Pośród ogromu możliwości najważniejsza jest umiejętność wyboru tego, co dobre i właściwe dla nas Dokonywanie wyboru to w dzisiejszych czasach jednocześnie przywilej i udręka. Z mnogości możliwości oraz natłoku informacji powinniśmy nauczyć się wybierać to, co istotne. Ważne, byśmy ciągle byli sobą, nie zatracili autentyczności i soczyście czerpali z życia. ANNA ORSKA ---------- Logika zabierze cię z punktu A do punktu B, a wyobraźnia wszędzie Ten cytat z Einsteina to klucz do twórczego życia. Powszechnie się uważa, że wyobraźnia przeczy logice, tymczasem bez niej nie byłoby mowy o postępie. Gdyby naukowcy i odkrywcy kierowali się tylko logiką, podążaliby utartymi wzorcami. To właśnie wyobraźnia każe im robić coś inaczej. Einstein nigdy nie stworzyłby teorii względności, gdyby nie oderwał się w swoim myśleniu od znanych rozwiązań. Jego tok rozumowania był bliższy artyście niż naukowcowi. To dowodzi, że podążanie za wyobraźnią jest rozwiązaniem dla każdego. AGNIESZKA MACIEJAK ---------- Być bardziej uważnym Wszystko nieustannie przyspiesza, zalewa nas coraz szerszy strumień informacji, w większości nieistotnych. Jeśli człowiek chce temu strumieniowi sprostać, traci uważność. Życzę sobie i innym, byśmy nie kończyli roku z poczuciem, że przegapiliśmy fajnych ludzi i inspirujące zdarzenia. TOMASZ KOT ---------- Inwestujmy w polską sztukę Polski design przeżywa obecnie renesans - nasi artyści zaczynają być coraz bardziej doceniani za granicą, więc może pora, żebyśmy i my ich docenili. Najwyższy czas zastąpić grafiki, naczynia, meble czy bibeloty z sieciówek pracami autorskimi. Naprawdę miło mieć świadomość, że ma się w domu coś innego, niż ma pięciu sąsiadów w naszym bloku. Oryginalność to wartość, również finansowa, bo takie zakupy mogą w przyszłości okazać się świetną inwestycją. DAWID RYSKI ---------- Żeby wszyscy byli zdrowi Aby być zdrowym, należy dużo pić, jeść sporo owoców i warzyw oraz ciepło się ubierać w chłodne dni. Przy tym trzeba pamiętać, żeby po wejściu do ciepłego autobusu czy pomieszczenia zdjąć czapkę. Bardzo zależy mi, żeby zdrowe były wszystkie dzieci, ale dorosłym też tego życzę. NINA, 7 LAT ---------- Więcej wiary w siebie To przygotowuje człowieka na to, co nadejdzie. Brak wiary w zdolność kreowania własnej przyszłości powoduje zapatrzenie się w przeszłość. Tam szuka się przyczyn obecnych nieszczęść i niemożności zmian. Dotyczy to zarówno jednostek, jak i większych formacji społecznych, partii politycznych, ba - całych narodów. Zapatrzenie się w przeszłość rodzi upiory, przez co historia staje się matką nienawiści. PROF. JERZY LIMON FRYZURA I MAKE UP BEATA MILCZAREK/METALUNA Dobrze wszyscy o tym wiemy, że Nowy Rok to granica zupełnie umowna. Ale można ją przejść serio, mierząc się ze swoimi ograniczeniami, nawykami i strachami. Co tracimy? Nic. O inspirację poprosiliśmy kilka osób, które z wielką determinacją porażki traktują jak natrętną muchę. Od lat stawiają sobie nowe cele i nie boją się do nich dążyć. Jakie jest ich przesłanie na nadchodzący rok? Przeczytaj, a potem weź kartkę i sama zdecyduj, co dla Ciebie będzie ważne w 2015 roku. My będziemy trzymać kciuki

  • Szczególara

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra ROZMAWIAŁA NATALIA WALOCH-MATLAKIEWICZ 18-12-2014

    ---------- Z GABĄ KULKĄ rozmawia NATALIA WALOCH-MATLAKIEWICZ ---------- O co chodzi z tym byciem dobrym dla zwierząt i ludzi? O to, żeby - jak mówi Poloniusz w "Hamlecie" - traktować innych lepiej, niż na to zasługują? - Nawet nie chodzi mi o to, żeby ich dobrze traktować, ale po prostu być dobrym. Dla mnie w słowie "traktować" jest jakaś wyższość. Łatwiej być dobrym dla zwierząt niż dla ludzi? - Jak się słyszy, że taki piesek preriowy w jednym pisknięciu potrafi nadać komunikat: "Niski, gruby w czerwonej koszuli właśnie wszedł na nasz teren", to człowiek zaczyna się zastanawiać, czy aby na pewno zwierzęta są tak dużo bardziej prymitywne niż my. Ale jak człowiek ma się zachwycić inteligencją świni, jeśli w sklepie na każdym rogu jest szynka? Stąd moim zdaniem tylko krok do uprzedmiotowienia ludzi. Wierzę jednak, że następuje przełom w naszym stosunku do innych żywych istot - zaczynamy rozumieć, że nie jesteśmy od nich tak bardzo odrębni i różni. Ale z drugiej strony lubimy przypisywać im cechy, których nie znajdujemy w innych ludziach, choć bardzo byśmy chcieli. Idealizujemy zwierzęta i przenosimy na nie różne swoje tęsknoty. Wiele osób mówi, że kocha zwierzęta, a kiedy dzieje się im krzywda, to wybucha niepohamowaną agresją. Mówią, że zwierzęta są biedne, a ludzie źli. Widzę w tym sprzeczność. Jak masz kochać zwierzęta, nie umiejąc być dobrym dla ludzi? Co poza byciem dobrym jest ważne w życiu? - Powiem same truizmy: ludzie, których kocham czy lubię, relacje. To jest pierwszorzędne źródło życiowej energii. Gdyby człowiek wszystko robił sam, nie miałoby to sensu. Muzyka ma sens dopiero wtedy, kiedy ma słuchacza? - Granie dla siebie też jest przyjemne. Ale cała masa spraw potrzebuje towarzystwa. Kiedy sobie to pani uświadomiła? - Nie było przełomowego momentu ani jakiegoś szczególnego procesu. To u mnie intuicyjne. Po prostu widzę, czuję, że mój nastrój, kondycja emocjonalna są lepsze po interakcji z ludźmi. To stwarza energię, daje paliwo. W Polsce dość trudno o taką swobodną, radosną interakcję. Nikt nie zaczepia na ulicy, by pochwalić buty czy życzyć miłego dnia. - Fakt, nie ma jej zbyt wiele, ale to też nie jest tak, że wszystko jest zupełnie inne poza polskimi granicami. Koleżanka mieszka w Amsterdamie i mówi, że tam poszanowanie prywatności i osobistej przestrzeni jest tak wielkie, że nawet kiedy coś się dzieje, nikt nie podejdzie i nie zapyta, czy nie potrzeba pomocy. Często słyszę od cudzoziemców, że są Polakami zachwyceni. Chociaż rzeczywiście trzeba nas lepiej poznać. Znajomi z Tajwanu stwierdzili, że jesteśmy na pierwszy rzut oka bardzo smutni. Byli to ludzie szalenie zainteresowani naszą historią i zapytali, czy to możliwe, że to przez drugą wojnę światową i komunizm. Najpierw się śmiałam, ale potem stwierdziłam, że może coś w tym jest. Może ciąży nad nami jakieś historyczne widmo i mamy poczucie, że tak bez powodu cieszyć się nie wypada. Chyba jesteśmy takimi typami, które zyskują przy bliższym poznaniu. Nie zdarza się, że pani i przyjaciele siedzicie każdy z nosem w swoim smartfonie? - Pewnie, że się zdarza, wszędzie tak jest, więc czasem i u nas. Generalnie jesteśmy jednak paczką ludzi, którzy lubią się spotkać, więc nie muszą uciekać do internetu. Ale wrzuca pani swoje piosenki na YouTube?a. - I tak ktoś by to zrobił, więc wolę sama zadbać o maksymalną jakość. Osoby słuchające muzyki przez głośniki w laptopie nie usłyszą całej gamy częstotliwości, np. niskiego basu. Nie rozumiem, jak można słuchać muzyki w ten sposób, sama tego nie robię, ale akceptuję, że inni to robią. Perfekcjonistka z pani? - Szczególara. Jestem bardzo drobiazgowa w procesie powstawania utworu, nie cofam się przed ingerencją do ostatniego momentu. Ale w określeniu "perfekcjonistka" nie pasuje mi perfekcja, czyli doskonałość. Uważam, że należy osiągnąć najlepszą formę, jaką się da, ale w końcu przestać poprawiać. Ślady niedoskonałości w utworze to ślady danego roku, momentu życiowego, rejestracja niepowtarzalnej chwili. Niedoskonałości nadają charakter. A pani jakie ma niedoskonałości? - Potrafię tracić czas nie wiedzieć na czym. Bywam leniwa. Moja organizacja czasu pozostawia wiele do życzenia. Czasem siądę do pianina, czasem nie. Kiedy jestem podekscytowana nową piosenką, spontanicznie poświęcam jej dużo czasu, ale dyscypliny nie mam w sobie w nadmiarze, choć wiem, że zdyscyplinowanym prawdopodobnie udaje się więcej. Doświadczyłam tego kilka lat temu, gdy byłam w domu pracy twórczej ZAiKS-u w Zakopanem. Stwierdziłam, że skoro już jest tam pracownia z pianinem, to zejdę do niej na godzinę dziennie i czy będę miała wenę, czy nie - popracuję. Dwie piosenki z tamtego pobytu weszły na moją najnowszą płytę, a szkiców zrobiłam więcej. Czy nie jest tak, że wychowani w tradycji romantycznej przeceniamy wenę? Mamy w głowie obraz Mickiewicza i Słowackiego przerzucających się spontanicznie układanymi wierszami, podczas gdy obaj byli zaharowanymi talentami, cyzelującymi wersy i rymy. - Wena i zryw - choć nie są to praktyczne rzeczy - muszą być. One dają emocjonalny ładunek utworowi. Idę przez park, melodia czy słowa wpadają mi do głowy, jest zryw i on staje się paliwem, żeby potem wysiedzieć godziny na tyłku przy pianinie. U jednych artystów praca jest bardziej mrówcza, u innych mniej, ale mózg to narzędzie i dyscyplina go kształtuje, przyzwyczaja do określonego działania. Filozof zgłębiający zagadnienia ontologiczne przez przemyśliwanie tematu po raz setny oraz lekturę innych filozofów ćwiczy własną zdolność do wnioskowania czy stawiania tez. A pisarz czy reporter - o czym wielokrotnie mówił Kapuściński - żeby pisać, musi czytać. - Otóż to. Co do opozycji między talentem a pracą, to mniej niż tradycja romantyczna niepokoi mnie jej współczesna odsłona. Widzimy często, że w jakimś talent show wychodzi na scenę 16-latka, pięknie śpiewa i wszyscy mówią: "Ach, ona to po prostu ma, a ja niestety nie mam". W ten sposób sami negujemy swoje umiejętności. Za dużą wagę przywiązujemy do talentu. Z uzdolnionych osób robimy minibóstwa, ze szkodą dla nas samych. Oglądając show w telewizji, mało kto myśli o tym, że ta pięknie śpiewająca dziewczyna przez ostatnich pięć lat śpiewała codziennie, że kiedyś brzmiała beznadziejnie, ale ciężko pracowała. To jest ten mało atrakcyjny dla nas i mediów aspekt. A może po prostu tak nam łatwiej? Prościej skwitować: ona ma talent, a ja nie, zamiast się zaprzeć i ćwiczyć do upadłego. - To prawda, ale to też nie jest takie proste. Jako nastolatka siedziałam po kilka godzin dziennie przy pianinie, ale nie każdy ma ten luksus, że może sobie na to pozwolić. Mnie akurat rodzice stworzyli tak fantastyczne warunki, że nie miałam wielu trosk i mogłam się skupić na muzyce i innych pasjach. Skupienie jest ważne? - Podziwiam, kiedy ktoś mówi, że piosenki na jego najnowszą płytę powstały podczas trasy koncertowej. Mnie się nigdy nie udało połączyć tego z twórczą pracą. Potrzebuję chwili przy pianinie w pustym mieszkaniu. To jak pani pracuje? Po skończeniu trasy zamyka się na dwa miesiące i tworzy? - Rzadko piszę dużymi partiami, raczej fragmentami, w krótkich zrywach. Na ogół mam na warsztacie kilka piosenek jednocześnie i nad nimi pracuję. Niektóre nie przetrwają. Jeśli znika moje zainteresowanie jakimś utworem, to go wypuszczam, zostawiam. Nie wierzę, że z czegoś takiego mogłoby powstać jakieś dzieło. A kiedy się już pani leni, to jest dla siebie pobłażliwa, czy się za to biczuje? - Przyznam, że jest to stresujące. Myślę sobie: "Miałam zrobić dziś to, to i to, a dzień jakoś mi uciekł". Wszystkim nam zaszczepia się sprzeczne komunikaty. Z jednej strony słyszymy: "Bądź sobą, daj sobie przestrzeń", a z drugiej sypią się rady, jak sobie poradzić z setką wyzwań każdego poranka, z łączeniem ról itd. Wie pani, najgorzej to być bałaganiarzem, który kocha porządek. Wieczna rozterka murowana. Uważam, że przelewanie czasu jest rzeczywiście straszne, ale taka umiejętność trochę bezkształtnego, swobodnego bycia, funkcjonowania jest bezcenna. Nie mówię o siedzeniu i leniuchowaniu przy komputerze, bo internet to używka, ale o takim beztroskim nudzeniu się od czasu do czasu. To daje oddech. Głowa musi mieć przestrzeń, żeby dobrze działać. Musi czasem pobyć tam, gdzie chce, a nie tam, gdzie powinna. Lubi pani tę naszą współczesną rzeczywistość pełną pędu, wirtualnych kontaktów, konsumpcji? - Jest to fajne, ale też męczące i prowadzące do nadużyć. Umiar nie jest dziś cnotą, jakoś się go specjalnie nie promuje w mediach. Trend jest taki, że ma być rozwój, rozwój, rozwój, wciąż do przodu i do przodu, a to nie jest system do podtrzymania na dłuższą metę. Chociaż kto wie? Jest taka anegdota o fabryce pinezek, która produkowała pinezki tak wspaniałe, nigdy się nietępiące, że zbankrutowała, bo ludzie kupili je raz i mieli sprawę z głowy. A dziś lodówki, telefony, pralki psują się po półtora roku i trzeba kupić nowe. - A na portalach wciąż zmienia się szatę graficzną, w serwisach społecznościowych i aplikacjach aktualizacje nie mają końca. W supermarketach wciąż przekłada się produkty z jednych regałów na inne, żeby nam wlepić kolejny chłam. Ostatnio pojawia się ruch minimalistów. - Ale ja mam momentami wrażenie, że on jest jak kolejny gadżet: mam już wszystko, więc teraz kolej na "niemanie". Chociaż podziwiam moich znajomych, którzy mają niewiele rzeczy. To chyba wynika z ilości przeprowadzek - jak ktoś często zmienia miejsca i musi wszystko przenosić na swoich plecach, to uczy się ograniczać. Ja się zbyt wiele nie przeprowadzałam, więc mam, niestety, tendencję do obrastania w rzeczy. By odpocząć od całego tego komunikacyjno-konsumpcyjnego zgiełku, robi sobie pani czasem dni offline? - Nie pamiętam, kiedy miałam cały dzień wyłączoną komórkę. Bo musi być pani pod telefonem z powodu swojej pracy? - Takie postawienie sprawy byłoby trochę mydleniem sobie oczu. Raczej po prostu, jak wszyscy, mam nawyk bycia w kontakcie. Jeśli zapomnę komórki, czuję się trochę, jakbym wyszła z domu nieubrana, ale jednocześnie jest to stan pewnej euforii, czuję się, jakbym poszła na wagary, zachłystuję się wolnością. Oczywiście potem przychodzi myśl, że z pewnością wszyscy właśnie teraz zadzwonią z tymi najważniejszymi sprawami. Wracam do domu i od razu lecę sprawdzić komórkę, a tam zero nowych wiadomości i zero nowych połączeń. Myślę sobie wtedy, że jestem kompletną idiotką, że znów dałam się w to wkręcić. Jak odróżnić to, czego chcemy, od tego, co się nam mówi, że powinniśmy chcieć? - Nie da się tak do końca. Każdy z nas jest w jakimś stopniu antenką odbierającą z zewnątrz komunikaty i nikt nie jest na nie całkowicie odporny. Myślę, że stopień niezależności zależy od potrzeby akceptacji. Wiele osób potrzebuje poczucia przynależności do zbiorowości, bycia podobnym. W gruncie rzeczy prawie w każdej chwili podejmujemy decyzję: będę taki jak oni albo inny. Manipulują nami reklamy, media, show-biznes. - Ale nie uważam, że faszystowską ręką należy to ukrócać. Kto niby miałby decydować o tym, co jest dobrym, a co złym przekazem? Ma pani dużą potrzebę bycia akceptowaną? - Tak, ale przez bliskie osoby, nie przez wszystkich. Nie aspiruję do bycia akceptowaną przez szerokie grono na żadnym polu, również muzycznym. Nie napiszę piosenki, która się spodoba milionowi osób. Wiem, jakie są moje zdolności, i cieszę się, że jest jakaś grupa, która je docenia. Dziś łatwo doceniać - wystarcza lajk na Facebooku. - Facebook w ogóle robi się dość dziwnym miejscem, ale cieszę się, że nie uwzględnili wielu petycji i nie wprowadzili przycisku "nie lubię". Wówczas już w ogóle można by się ograniczyć do klikania przy wyrażaniu opinii. Kiedy mamy tylko "lubię to", czasem jednak trzeba napisać komentarz. Nic nie jest czarno-białe, potrzebujemy jakiejś skali. A jakie są pani zdolności? - Na pewno nie przebojowość. Lubię rzeczy gęste, zajmujące, dlatego staram się, żeby w moich tekstach było sporo treści. Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, to jestem nadaktywna, stąd dużo u mnie muzycznych zwrotów. Poza muzyką ta nadaktywność też występuje? - Chyba nie. Potrafię się oczywiście bardzo intensywnie zająć różnymi sprawami, ale nie wydaje mi się, żebym żyła intensywniej niż inni ludzie. Pani nowa płyta nosi tytuł "The Escapist". Przed czym pani ucieka? - To bardzo ciekawe, że wszyscy pytają przed czym. A powinnam zapytać do czego? - Też nie. Ja termin "eskapizm" traktuję stricte literacko. Chodziło mi o takie chwilowe odsunięcie się, oddzielenie od prozy życia, bez żadnych dodatkowych praktycznych zastosowań. Książki na przykład czytamy często wcale nie po to, żeby się czegoś nauczyć, lecz tylko po to, by się na moment oderwać od wszystkiego. Świat wyimaginowany na ogół jest bardziej kolorowy, dramatyczny, rządzi się swoją wyobrażoną logiką. Wszyscy mamy w głowie swoje narracje. Może dlatego tak lubimy seriale i filmy, tę opowieściową formę łańcucha zdarzeń, która w życiu nie jest tak wyrazista. A pani wyimaginowane światy kto i co zaludnia? - O, te światy są bardzo osobiste. Dużą ich część słychać w moich piosenkach. Często pani w te światy ucieka? - Praca muzyka ze swej natury ma w sobie dużo eskapizmu. Wchodzę w inne światy podczas nagrań czy koncertów. To fajne, ale potrafi być psychicznie męczące. Co z ciszą? Ma pani na nią miejsce i czas? - Oczywiście. U mnie wcale nie jest tak, że w tle jest ciągle jakaś muzyka, nie ma jej tak dużo. Kiedy się przemieszczam - mam słuchawki na uszach i dużo słucham. W ogóle ruch i muzyka się bardzo lubią, świetnie się czegoś słucha, chodząc czy jadąc. Ale kiedy na przykład gram dużo koncertów, lubię więcej siedzieć w ciszy. To taki system samoregulujący się. Z wykształcenia jest pani architektem wnętrz. Miała pani kiedykolwiek przekonanie, że to będzie pani zawód? - Kilka lat nawet w tym zawodzie pracowałam. Rysowanie, malowanie zawsze było dla mnie ważne i wcześnie wiedziałam, że pójdę na ASP. Architekturę wnętrz wybrałam, bo wydawało mi się, że ten kierunek łączy elementy artystyczne z praktycznymi. Jak to się stało, że dziś mogę kupić pani płytę, a nie mogę zamówić projektu salonu? - Już na studiach pisałam pierwsze piosenki, muzyka była obecna i ważna, marzyłam, żeby była moim zawodem, ale to stało się poniekąd samo. Z czasem było tego coraz więcej, pojawiły się propozycje koncertów, coraz więcej koncertów i tak się szala przechyliła. Stało się samo? Niby jak? - To się działo bardzo powoli. Pierwszą płytę nagrałam w domu, na domowym sprzęcie. Dzieliłam się swoją twórczością wyłącznie przez internet, moja muzyczna tożsamość tworzyła się w sieci, online. Potem zagrałam kilka koncercików w Jazz Café Helicon w Warszawie. Pomyślałam, że może jednak warto płytę wytłoczyć, więc przygotowałam projekt graficzny i pliki audio, i na własny koszt wytłoczyłam. Punkt zwrotny nastąpił, kiedy okazało się, że nie mogę tej płyty wstawić do sklepów, że musiałabym mieć firmę, żeby to zrobić. Zaczęłam szukać wydawcy i znalazłam. To pierwsze podejście było zresztą dość dramatyczne, bo firma była prowadzona przez bardzo nieuczciwego człowieka. Tempo tego wszystkiego było bardzo odpowiednie - miałam szansę uczyć się na błędach, nie ponosząc strat wynikających z jakiegoś szaleńczego tempa. Dzięki temu nieszczęsnemu pierwszemu wydawcy nauczyłam się na przykład uważnie przyglądać się umowom, które podpisuję, i układom, w które wchodzę. Potem były koncerty, coraz więcej koncertów. Jak będąc artystą, nie pogubić się w ilości występów, płyt, wywiadów? - Z boku może wygląda to tak, że liczba koncertów można precyzyjnie zaplanować, ale tak do końca nie jest. Występy podlegają sezonowości, no i zawsze jest kwestia zamęczenia, zanudzenia sobą publiczności. Nie mam planu, że co rok muszę wydać płytę, by nie zniknąć. "The Escapist" jest moją pierwszą autorską płytą od kilku lat. Nie da się wszystkiego zaplanować, wszyscy żeglujemy trochę tak, jak pogoda pozwala. Oczywiście osobna sprawa to nauczyć się mówić tak lub nie różnym propozycjom. Miałam moment przesytu ilością projektów, które robiłam z innymi artystami. Były momenty, kiedy liczyłam, ile piosenek mam aktualnie w głowie i wykonuję, oraz myślałam, że oszaleję. Nie umie pani odmawiać? - Uczę się i nie jest to łatwe. Najtrudniej mi odmówić z powodów czasowych - nie mogę u kogoś wystąpić gościnnie, kiedy wydaję swoją płytę, bo ile może być Gaby Kulki w radiu, w przestrzeni? Ciężko mi też odmawiać w osobistych relacjach, choć wiem, że podobno relacje, w których odmowa nie jest problemem, są zdrowe. Rok temu wzięła pani ślub. Rytuały mają dla pani znaczenie? - Dla mnie w rytuałach najważniejsi są uczestnicy. Jeśli coś wszystkich cieszy, to warto to robić, jeśli wszystkich bez wyjątku męczy - nie warto. Lubi pani celebrować? - To jest miłe, ale ja lubię kameralną skalę. Jeśli kończymy płytę, lubię wznieść skromny toast albo zrobić u siebie obiad. Tak było po zakończeniu poprzedniej trasy: wpadli przyjaciele z zespołu, posiedzieliśmy, pogadaliśmy. Mnie odpowiada nawet szybki toast po koncercie w kącie hotelowej recepcji. Dziś wszyscy żyją w takim pośpiechu, że cieszy samo to, że się udaje na moment zgromadzić. Nie jest pani ani zamaszysta w świętowaniu, ani radykalna w sądach. - Nie jestem. Mam odchyły, popadam czasem w przesadę, gdy coś jest ważne, potrafię poświęcić temu bardzo dużo czasu i energii. Ale mój charakter to umiłowanie równowagi. Mam dyskomfort, kiedy jest zaburzona. Taka po prostu jestem, to nie wynik jakiejś pracy nad sobą, wychowania czy życiowej filozofii. Dlatego nie powiedziałabym nigdy, że taki model komuś rekomenduję, bo nie uważam, że on jest dobry czy zły, a już na pewno, że jest lepszy niż inne modele. Jest mój, i tyle. Mam wielu znajomych dużo szerszym gestem wyrażających siebie. Ja wszystko ważę, co ma z kolei tę niezbyt dobrą stronę, że bywam niezdecydowana, nawet nieśmiała. Trudniej niż inni znoszę konflikty. Jestem w stanie iść na wiele ustępstw, byle zakończyć konflikt. Rzadko formułuję ostre opinie, nie jestem człowiekiem ostrych kantów i grubych kresek. Staram się zachowywać równowagę w sądach. Żadna partia polityczna z pewnością nie wynajęłaby mnie do pisania haseł na sztandary. STYLIZACJA AGNIESZKA STRAWA FRYZURA I MAKE UP BEATA MILCZAREK/METALUNA RETUSZ PIOTR HOŁUBOWICZ. GABA KULKA NA ZDJĘCIU Z MASKĄ: MASKA WILKA PROJEKT HALINA MROŻEK; NA ZDJĘCIU Z TRĄBKĄ: BIAŁA KOSZULA RODEBJER, SPODNIE (WŁASNOŚĆ ARTYSTKI), BUTY KAZAR ---------- Bądź dobry dla zwierząt. Nie-ludzkich i ludzkich To totalny truizm, ale nie ma w nim grama fałszu. Jestem przekonana, że nie można być dobrym dla ludzi, jeśli nie jest się dobrym dla zwierząt. Ale z drugiej strony jestem też nieufna wobec osób stwierdzających, że wolą zwierzęta od ludzi. To przekłamanie: że zwierzęta są wspaniałe, a ludzie beznadziejni. Nie można całej empatii przerzucić na jedne istoty, pomijając inne. GABA KULKA Nudzenie się od czasu do czasu daje oddech. Głowa musi mieć przestrzeń, żeby dobrze działać. Musi czasem pobyć tam, gdzie chce, a nie tam, gdzie powinna

  • Proszę mnie nie całować w rękę, bo ja jestem urzędnikiem!

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra ROZMAWIAŁA AGNIESZKA FEDORCZYK 18-12-2014

    ---------- Z kryminalistykiem MONIKĄ CAŁKIEWICZ rozmawia AGNIESZKA FEDORCZYK ---------- Jak ludzie mordują? - Zwykle chwytają coś, co akurat mają pod ręką: nóż, kamień, widelec, nogę od stołu. A w USA broń palną. Niekoniecznie z intencją zamordowania? - Zabójstwa są często wynikiem spięć. Gdy rozmowa zamienia się w kłótnię, a do tego dochodzi jeszcze alkohol, to nieszczęście gotowe. Często opowiadam studentom, jak to dwóch mężczyzn spotkało się, żeby uczcić przy alkoholu opuszczenie przez jednego z nich zakładu karnego. Drugi też spędził długi czas w zakładzie karnym. Ten, który wyszedł pierwszy, powiedział: "Nie ma nic gorszego niż więzienie. Wolność nade wszystko". A ten świeżo po wyjściu odpowiedział: "Są dobre strony odsiadki, ja sobie wyleczyłem wszystkie zęby. Ile by to trwało tutaj?". Pokłócili się o to, czy są same negatywy, czy może też jakieś pozytywy zakładu karnego. Jeden chwycił nóż i wbił drugiemu w serce, śmiertelnie. Rezultat? Długoletnia kara pozbawienia wolności, oczywiście. To był ten, który nie widział żadnych plusów w odsiadce. Pewnie rozczarowuję panią - ale finezyjne sposoby pozbawiania kogoś życia zdarzają się rzadko. Jak często kobiety bywają "bohaterkami" morderczych zdarzeń? - Badałam sprawy warszawskie dotyczące zabójstw i spowodowania ciężkiego uszkodzenia ciała, które skutkowało śmiercią. Kobiety występowały w nich incydentalnie. Rzadziej popełniają zbrodnie. Zwykle sprawcami i ofiarami są osoby z marginesu, często uzależnione od alkoholu, niewykształcone, płci męskiej. Nie badałam profilu takich osób, raczej elementy modus operandi [sposób działania]. Na temat istnienia w Polsce zabójstw i zabójców należących do innej kategorii mam własną teorię. Są to inteligentni ludzie, uczą się kryminalistyki i procedury karnej, planują, znają praktykę policyjną. Ci potrafią zabić tak, aby organy ścigania nie przypuszczały nawet, że zgon nastąpił na skutek przestępstwa. Wszystkie ślady, okoliczności wskazują na przyczyny naturalne, samobójstwo czy nieszczęśliwy wypadek. Wracając do kobiet zabójczyń: pamiętam sprawę kobiety, która zabiła męża. Trafiła na kilka lat do zakładu karnego. Media okrzyknęły ją cudownym dzieckiem resocjalizacji. Były z nią wywiady w radiu, w których deklarowała swoją przemianę w osobę zrównoważoną i szanującą prawo. Po kilku latach po wyjściu na wolność zabiła swojego kolejnego męża? Napisała pani książkę "Oględziny zwłok i miejsca ich znalezienia". Co to są oględziny? - Jest to czynność, podczas której najważniejsze jest wykrycie, pobranie i zabezpieczenie śladów przestępstwa. Odbywa się w miejscu, w którym do niego doszło, i służy ustaleniu, co się stało, kiedy, jak, jakie było narzędzie zbrodni, kto dokonał przestępstwa, czy był jeden sprawca, czy więcej? A kryminalistyk? Czym się zajmuje? - Ma ustalić: czy zdarzenie jest przestępstwem, jaki był motyw i kto jest sprawcą. Wykryć prawdę. Dlaczego jest potrzebny? Bo to metody taktyczne, śledcze, takie jak umiejętność przesłuchiwania podejrzanego i świadków, którymi przepełnione jest całe postępowanie przygotowawcze. Prowadzą one do tego, że proces kończy się skazaniem albo uniewinnieniem w sądzie. Pamięta pani swoje pierwsze oględziny? - Doskonale. Rok 2003, długi weekend majowy. Byłam asesorem od końca grudnia 2002 roku. Upalny dzień, ogródki działkowe na warszawskim Mokotowie. Wyglądały na opuszczone. Przechodzień, który był na spacerze, w pobliżu jednej z altanek natknął się na zwłoki. Nie miały głowy. Przyjechał lekarz sądowy, obejrzał dokładnie kręgi szyi i stwierdził, że nie widzi śladów po mechanicznych urazach czy narzędziu, które świadczyłyby, że ktoś odciął głowę. W pobliżu zwłok znaleźliśmy pasek, a ponieważ ciało leżało tam od jesieni, mógł to być wisielec, którego głowa oddzieliła się od tułowia z powodu naturalnych procesów gnilnych. Blisko był las, więc biegły brał pod uwagę, że głowę mógł zabrać lis albo pies. Policjanci szukali tej głowy, ale nie znaleźli. Zdecydowaliśmy, że sprowadzimy psa specjalnie wyszkolonego do szukania zwłok. I pies ją znalazł. Gdzie? - Kilka metrów od altanki, pod hałdą śmieci. Zawiniętą w koszulę flanelową i zawiązaną. Stało się jasne, że to nie mogło być samobójstwo. A co się zdarzyło? - Zadaniem prokuratora jest wykonanie oględzin, ale to nie znaczy, że on tę sprawę dalej będzie prowadził. Dlatego, niestety, nie wiem, jak ta sprawa się zakończyła. Nie była pani ciekawa? - Mogłam wtedy dotrzeć do szczegółów, ale miałam inne zadania. Nie mniej ciekawe. Ale te zwłoki dobrze pamiętam. Jeden z policjantów już później wyznał mi: "Ja przez panią straciłem wtedy dużo pieniędzy!". Dlaczego? - Wiedzieli, co będzie, jak podniosą te zwłoki. Założyli się, że jak to zobaczę - młoda dziewczyna, pierwsze oględziny - ucieknę z piskiem. Ale zostałam. Jestem odporna. Co pani zobaczyła? - Spod zwłok wypełzło robactwo. Nigdy później nie widziałam już takiej liczby owadów bytujących na ciele zmarłego człowieka. Zwłoki miały całkowicie wyjedzone tkanki miękkie brzucha. A gdyby pani była nieodporna? - Później już sama zaczęłam uczyć aplikantów, jak być dobrym prokuratorem, i mówić im, co trzeba robić na miejscu zdarzenia. Czasami jeździli ze mną albo ze swoimi patronami i potem opowiadali mi o swoich wrażeniach. Pamiętam, jak bardzo dobry aplikant o nieprzeciętnym intelekcie zadzwonił do mnie już jako asesor i powiedział: "Chyba spaprałem pierwsze oględziny". To był dosyć drastyczny widok - zwłoki, dużo krwi. Nie był w stanie przekroczyć progu mieszkania. Poprosił policjantów, żeby obfotografowali wnętrze. Fotografie to nie to samo co wrażenia bezpośrednie. - Oczywiście, że nie. W takiej sytuacji trzeba podejmować decyzje od razu, bo wystarczy, że technik w złej kolejności zabezpieczy ślady albo zrobi to źle i inny ślad ginie bezpowrotnie. Prokurator musi mieć wiedzę, intuicję, wskazywać, gdzie warto jeszcze poszukać. Podczas jednych z oględzin, którymi kierowałam, był w ekipie technik policyjny, chyba najlepszy, z jakim pracowałam. Miał zabezpieczyć ślady linii papilarnych na metalowej barierce - przypuszczaliśmy, że one tam są - i sięgnął po niewłaściwy proszek. Ferromagnetyczny, który nie nadaje się do metalu. Te proszki mają różne opakowania i używa się ich za pomocą innych pędzli. Ale wystarczyła chwila mniejszej koncentracji. Zauważyłam to i powstrzymałam go. Oględziny miejsca zdarzenia są niepowtarzalne. Utraconych, zniszczonych bądź niezabezpieczonych śladów z reguły nie da się odzyskać. A to one są źródłem informacji o przestępstwie i przestępcy. Co jeszcze może być śladem? - Wszystko, dlatego ich zabezpieczanie jest takie trudne. W filmach często jest to coś oczywistego - broń, but, zapalniczka - ale praktyka różni się od fikcji. Ślady daktyloskopijne, owszem, mogą być widoczne, np. naniesione krwią, jeżeli sprawca ubrudził sobie nią ręce albo zwyczajnie miał brudne dłonie. Ale w większości przypadków ten, kto przeprowadza oględziny, musi się domyślać, gdzie te ślady mogą być. Istotnym śladem może być coś, co normalnemu zjadaczowi chleba nie wydaje się nawet znaczące, np. to, czego sprawca nie zabrał, chociaż powinien. W domu zostały wybebeszone szuflady, a w widocznym miejscu stoi nietknięta kasetka pełna precjozów. - Chociażby. Wtedy przyjmujemy wersję, że ktoś próbował upozorować rabunek, a motyw w rzeczywistości był inny. Kiedy policja wzywa na miejsce prokuratora? - Musi być na miejscu, kiedy zachodzi podejrzenie tzw. przestępnego spowodowania śmierci. Przez lata pracy w mokotowskiej prokuraturze jeździłam do większości wezwań. Siedem kolejnych dni przez 24 godziny na dobę byłam pod telefonem. Trupi dyżur - tak go nazywaliśmy - wypadał mniej więcej raz na kwartał. Ile było przypadków śmiertelnych podczas takiego dyżuru? - Różnie. Kilka, kilkanaście. W jednej dzielnicy? Tak mordują w Warszawie? - Niekoniecznie mordują. Jeździłam na miejsce także przy podejrzeniu samobójstwa, bo choć samobójstwo nie jest przestępstwem, to już namowa do niego i pomoc w realizacji tak. Sprawdzałam, czy nie ma śladów wskazujących na to, że to jednak było zabójstwo, tylko ktoś upozorował samobójstwo. I zdarzyło się coś takiego? - Kolega miał taką sprawę. Już podczas oględzin widać było, że coś jest nie tak. Wisielec miał dwie bruzdy wisielcze: właściwą, która przebiega pod brodą i za uszami, oraz drugą - nienaturalną, prostopadłą do osi ciała. Ten człowiek został najpierw zamordowany, a dopiero potem powieszony. Był jeszcze drugi ślad, o którym zabójca nie pomyślał. Powieszenie bezwładnego ciała - w tym wypadku na drzewie - wymaga siły. Zabójcy, bo było ich dwoje, najpierw przerzucili sznur przez gałąź, przywiązali martwe ciało i dopiero potem je wciągali, bo tak było łatwiej. Na gałęzi pozostały widoczne ślady tarcia sznura obciążonego ciałem, a na sznurze mikroślady z drzewa. To są drobiazgi, o których w trakcie popełniania zbrodni morderca często nie myśli. A profesjonalista, który przyjeżdża na oględziny, zwraca uwagę na wszelkie potencjalne ślady. Ta sprawa szybko skończyła się skazaniem. Ofiarą był mąż, zabójcami - żona z kochankiem. Ci, którzy popełniają te mało wyrafinowane zbrodnie, szybko się przyznają? - Nie ma reguły. Sprawcy jednak zostawiają ślady, a te umożliwiają dowiedzenie zbrodni. Oczywiście, wiele może wnieść przesłuchanie podejrzanego. Kluczowe, a jednocześnie bardzo trudne jest nawiązanie kontaktu z przesłuchiwanym, tak żeby powiedział, jak było naprawdę. Bywa, że świadek też niespecjalnie chce coś powiedzieć, bo np. kryje sprawcę. Uważam, że przesłuchanie podczas postępowania przygotowawczego jest ważniejsze i trudniejsze niż to na sali sądowej. Tuż po studiach zadania prokuratora wydały mi się najciekawsze, bo sąd później w dużej mierze bazuje na tym, co zostało zgromadzone w postępowaniu przygotowawczym. Oczywiście, może się pojawić nowy świadek, zmiana zeznań. Ale przesłuchanie na sali sądowej daje mniejsze pole do popisu sądowi i stronom. Dlaczego przesłuchiwanie przez prokuratora jest ważniejsze od tego w sądzie? - Podam przykład. Jeden z moich kolegów, który miał trupi dyżur, dostał informację, że policjanci wytypowali prawdopodobnego sprawcę zabójstwa, który chciał mówić, jak było. Zaznaczę, że prawem podejrzanego jest złożenie wyjaśnień, ale ma on też prawo nie mówić nic, bez podania przyczyny - to jest jeden z najważniejszych przejawów prawa do obrony wynikających z kodeksu postępowania karnego. Kolega dostał tę informację w niedzielę, najnormalniej w świecie był zmęczony i nie chciało mu się podejrzanego przesłuchać. Zapisał tylko, że tamten się przyznaje, zrobił lakoniczny protokół. Podejrzanego tymczasowo aresztowano. I prawdopodobnie koledzy z celi poradzili mu, żeby na wszelki wypadek nic nie mówił. I faktycznie, potem nie chciał składać wyjaśnień. Sprawa się ciągnęła tylko przez to, że ktoś wcześniej o coś w porę nie zapytał i nie zaprotokołował. Przez moment problemem było nawet udowodnienie, że jest sprawcą. Udało się? - Udało. Kogo zabił? - Przechodnia. Samochodem? - Nie, nożem. Poprosił o papierosa, tamten odmówił, więc wyciągnął nóż i zabił. Wydawałoby się, że morduje psychopata, ktoś niezrównoważony, zazdrosny. - W Polsce wykrywalność sprawców zabójstw jest od lat na poziomie ponad 90 proc. Wie pani, dlaczego jest taka wysoka? Bo najczęściej zabijają najbliżsi: znajomi, członkowie rodziny, konkubenci. A najtrudniej jest ustalić sprawcę, kiedy nie ma motywu. Bo to motyw zazwyczaj jest tym, co powoduje, że prokurator domyśla się, kto może być sprawcą. Pamięta pani zabójstwo bez motywu? - Tak. Znaleziono zwłoki mężczyzny w parku. Zginął bardzo spokojny człowiek, który miał ustabilizowane życie rodzinne i zawodowe. Zero motywu. Sprawa bardzo długo stała w miejscu. To były czasy, kiedy nie było monitoringu jak teraz, niemal na każdym rogu. Bardzo długo szukano sprawcy i być może nigdy by go nie znaleziono, gdyby nie to, że pochwalił się kolegom. Dlaczego zabił? - Dwóch mężczyzn założyło się, że jeden z nich jest w stanie zabić człowieka. Umówili się, że ofiarą będzie osoba, która pierwsza przejdzie przez pasy. Był wieczór, czekali w pobliżu przejścia dla pieszych na mało uczęszczanym skwerze. Stało się, jak ustalili. Jeden zabił przechodnia, drugi wygrał okrutny zakład. Rozeszli się. Po jakimś czasie morderca pochwalił się przy alkoholu kolegom i jeden z nich zgłosił to na policję. Takie przypadki - nieznajomy zabija nieznajomego - są niezmiernie rzadkie albo może raczej: niezmiernie rzadko stwierdzane. Nie znaczy to oczywiście, że ich nie ma. Po latach pracy w prokuraturze uzmysłowiłam sobie, że każdy może się stać ofiarą zabójstwa. Wystarczy potrącić kogoś w tłoku w autobusie albo zwrócić komuś publicznie uwagę w pubie, że zbyt głośno się zachowuje. Niestety, nie wymyślam tych przykładów. Która sprawa szczególnie zapadła pani w pamięć? - Pamiętam wszystkie moje oględziny, ale jedne przebiegały szczególnie ciekawie. Pewien mężczyzna zostawił swoje mieszkanie na weekend majowy koledze, a sam pojechał do dziewczyny. Wrócił w nocy. Drzwi były zamknięte, nie mógł wejść do środka. Był nietrzeźwy, wybił więc szybę na balkonie - mieszkał na wysokim parterze - i wszedł do mieszkania. Kolega leżał na łóżku. Właściciel był na niego zły, że nie otworzył mu drzwi. Zaczął go ściągać z łóżka, szarpać za włosy. A te zostały mu w rękach. W mieszkaniu nie było prądu, bo właściciel zań nie płacił. Zapalił świeczkę i wtedy zobaczył, że kolega nie żyje. Ciało było zimne, oczy otwarte, nieruchome, zmętniałe. Z przerażenia otrzeźwiał i zadzwonił po policję. Po przyjeździe na miejsce pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, były właśnie te włosy, których pełno było na podłodze. Było gorąco, ciało leżało prawdopodobnie kilkadziesiąt godzin, i to wystarczyło, żeby rozpoczęły się procesy gnilne. Szarpnięcie za włosy spowodowało oddzielenie się ich od głowy razem z naskórkiem. Morderstwo? - Zgon naturalny z przedawkowania alkoholu. Jakie inne metody - oprócz szukania, zabezpieczania śladów - ułatwiają wykrywanie sprawców przestępstw? - Rewolucją było wprowadzenie badań DNA, które dzisiaj stosuje się powszechnie. Wystarczy włos, ślina, fragment naskórka, szkło kontaktowe zgubione przez sprawcę, zużyta chusteczka do nosa. Mamy też specjalny program komputerowy do analizy pisma ręcznego. Przykłady można mnożyć. Ale sprzęt nie zastąpi wiedzy i doświadczenia biegłego - a biegłym jest człowiek. Czy u nas leżące ciało obrysowuje się kredą, tak jak na filmach? - Tak robią Amerykanie. W Polsce robi się dokumentację fotograficzną, czasami szkice. Mamy teraz urządzenia, które pozwalają na utrwalenie miejsca zdarzenia w obrazie trójwymiarowym - kamery sferyczne, skanery trójwymiarowe. Pozwalają obejrzeć bardzo dokładnie miejsce zbrodni z każdego punktu, nawet po wielu latach. Dzięki temu wiemy, w jakiej pozycji znajdowały się zwłoki w momencie ich znalezienia. Kiedy przyjeżdżamy na miejsce, ciało bardzo rzadko znajduje się w tej pozycji, w której było pierwotnie. Najczęściej jest już rodzina, która np. odcina wisielca. A jeśli jest jakaś szansa, że ofiara żyje, to ten, kto znajdzie bliskiego, próbuje go ratować, reanimować. Przy takiej pracy czyta pani jeszcze kryminały? - Mniej niż dawniej, bo nie mam czasu. Chętnie sięgam po skandynawskie. Szczególnie podobają mi się książki Norwega Jo Nesbo. Jest tu wyrazisty bohater, policjant, który przez to, że taki trudny i opryskliwy, paradoksalnie jest sympatyczny. Lubię takie patologiczne typy. A pani bohater literacki, filmowy numer 1? - Sherlock Holmes. Bez dwóch zdań! W dzieciństwie dużo czytałam właśnie Conan Doyle?a. Intryga, tajemnica, dochodzenie do prawdy, ta jego dedukcja - to mi się podobało. Metody techniczne wykrywania przestępstw, głównie analizy chemiczne, które opisuje Conan Doyle, są dzisiaj archaiczne. Ale ile Sherlock Holmes potrafił powiedzieć o człowieku na podstawie samego wyglądu! Pamiętam zaskoczenie doktora Watsona, kiedy Sherlock oznajmił mu niespodziewanie, że wie, iż był na poczcie przy Wigmore Street i wysłał telegram. O miejscu, w którym Watson był, Sherlock wnioskował na podstawie obserwacji - rozkopano chodnik naprzeciwko urzędu, trudno nie wdepnąć w rozkop, a tylko w tym miejscu Londynu jest charakterystyczna czerwona ziemia, która przylgnęła do butów Watsona. Reszta to dedukcja - skoro Watson nie napisał żadnego listu, bo cały czas spędził z Holmesem, który przecież musiałby to zauważyć, to znaczy, że musiał wysłać telegram. Złota zasada Holmesa, której polscy śledczy nie znają - wyeliminuj wszystko, co niemożliwe. To, co pozostaje, musi być prawdziwe. BBC wyprodukowało teraz serial o współczesnym Holmesie - oglądam go z przyjemnością. Który z seriali kryminalnych jest wiarygodny? - Lubię "Pitbula" o pracy policji, choć czasami realia są przerysowane, np. to, jak brutalnie policjanci przesłuchują podejrzanych. Ale prawdą moim zdaniem jest już to, że odstresowują się alkoholem, czasem po pracy, czasem w pracy. Natomiast pokazana w serialu bieda, to, że nawet w stołecznych komisariatach brakuje papieru do drukarki albo że przełożony nie do końca jest profesjonalny, a policjant na dole hierarchii wie lepiej, to w części przypadków oddaje rzeczywistość. Ale niektóre produkcje są totalną fikcją. Niedawno widziałam w polskim serialu "Prawo Agaty" scenę, w której sąd wchodzi na salę w pięcioosobowym składzie i łańcuchy na szyi mają dwie osoby. To bzdura, bo tylko przewodniczący składu nosi łańcuch. Poza tym wiele z tego, co się dzieje w tym serialu, jest żywcem wzięte z procesu amerykańskiego. Dla widza może i atrakcyjnie wygląda, kiedy adwokat chodzi po sali i gestykuluje, tyle że z polskim procesem nie ma to nic wspólnego. Strony zawsze pozostają na swoich miejscach. Uczciwie mówiąc, proces, nawet proces karny, zwykle nie jest fascynujący. Moi studenci i aplikanci, którzy chodzą do sądu, mówią: nuda. Rozumiem potrzebę reżysera, żeby zrobić tak, by publiczności chciało się to oglądać, ale ja takich filmów nie lubię. Ten artyzm nie jest mi potrzebny i denerwuje mnie odbieganie od rzeczywistości. Czy zdarzyło się pani w trakcie przesłuchiwania, że sprawca kokietował kobietę prokuratora? - Raz, na początku mojej kariery, podejrzany poprosił mnie, żebym pokazała mu legitymację, bo jego zdaniem nie wyglądałam jak prokurator - uważał, że jestem za młoda. Nie, nie kokietują. Zresztą ja nie proponowałam podejrzanym papierosa albo kawy. To przesłuchanie, a nie towarzyska rozmowa. Nigdy nie zwracałam się też do podejrzanych po imieniu, choć wiem, że policjanci tak robią. Jak porucznik Borewicz z kultowego "07 zgłoś się"? - Ach, Borewicz. Jeden z moich ulubionych seriali (śmiech). Mam na DVD wszystkie odcinki. Chętnie do nich wracam. Była tam nieprzyjemna pani prokurator, która mówiła: "Proszę mnie nie całować w rękę, bo ja jestem urzędnikiem!" (śmiech). Czasami myślę, że kobiety muszą tak się zachowywać, jeśli chcą być traktowane jak profesjonalistki. W pracy przeszkadzają wiek, uroda. Jesteśmy czasem oceniane według stereotypu: ładna, więc głupia. Wrócę do Sherlocka - uważał, że zbytnia skromność jest cechą negatywną. Zgadzam się z nim. Więc powiem coś, czego pewnie powiedzieć nie powinnam - uważam się za osobę atrakcyjną, ale chcę, żeby mój pracodawca doceniał wyłącznie mój profesjonalizm. Bo pracę zawsze traktuję bardzo poważnie. Co panią pociąga w kryminalistyce? - Wszyscy albo niemal wszyscy czytają i oglądają kryminały. Bo w przestępstwie jest coś, co ludzi fascynuje. Gdyby było inaczej, pewnie nasza rozmowa by się nie odbyła. Prawdopodobnie każdy człowiek powiedział lub pomyślał kiedyś w złości: "Zabiję drania", myśląc o konkretnej osobie. Ale hamulce moralne są silniejsze niż pierwotny instynkt zemsty. Czytelnik - wydaje mi się - chce wniknąć w umysł zabójcy i zrozumieć, dlaczego hamulce przestały działać. Chce też podążać z policją za sprawcą, tropić go, rozwiązywać zagadkę. Jest w przestępstwie jakaś dawka adrenaliny, której czasami nam brakuje w życiu. Mnie też, odkąd przestałam pracować jako prokurator. To, jak wykrywa się sprawcę, interesowało mnie już wtedy, kiedy byłam nastolatką i w ogóle nie myślałam o studiach prawniczych. Marzyłam o historii, ale rodzice kiwali głową: "Dziecko, co ty potem będziesz robić?". Chcieli, żebym miała zawód, który zapewni mi przyszłość, samodzielne utrzymanie. Lekarz lub prawnik. - Medycyna nie wchodziła w grę - mdlałam na widok krwi. Przeszło mi dopiero wtedy, kiedy już zaczęłam aplikację prokuratorską. Uczestniczyłam w sekcjach zwłok. W czasie pierwszej siedziałam w bezpiecznej odległości od stołu, przy drugiej już pochylałam się nad nim. Mało przyjemne, ale idzie w parze z zawodem, który wtedy wykonywałam. Zdecydowałam się na prawo, bo na pierwszym roku była historia prawa, ale większość zajęć nie rzuciła mnie na kolana. Nudziłam się. Przełomowy był drugi rok i zajęcia z prawa karnego. Potem trzeci rok i wykłady z kryminalistyki z prof. Tadeuszem Tomaszewskim. Szybko pojęłam, że to jest to! Coś, co mnie interesuje i co chcę robić w życiu. Byłam dobrą studentką. Mogłam wybrać dowolne seminarium magisterskie. Wszyscy wokół mówili: "Tylko prawo cywilne" albo "Prawo handlowe, bo tylko tam są pieniądze". A ja zdecydowałam: kryminalistyka. Bo to mnie interesowało. I fascynuje do dziś. ---------- MONIKA CAŁKIEWICZ jest specjalistką z zakresu kryminalistyki i postępowania karnego, prorektorem ds. Studiów Prawniczych Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie i profesorem nadzwyczajnym tej uczelni. Autorka monografii "Kryminalistyczne badania patologicznego pisma ręcznego", "Modus operandi sprawców zabójstw" oraz "Oględziny zwłok i miejsca ich znalezienia". Karierę prawniczą zaczynała jako prokurator, obecnie jest radcą prawnym STYLIZACJA DOROTA MAGDZIARZ, MAKIJAŻ LENA KAMIŃSKA, PŁASZCZ H&M, KOSZULA HUGO BOSS, RĘKAWICZKI TARANKO W Polsce wykrywalność sprawców zabójstw jest od lat na poziomie ponad 90 proc. Dlaczego taka wysoka? Bo najczęściej zabijają najbliżsi: znajomi, członkowie rodziny, kochankowie

  • Elita woli szamana

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra MAJA GAWROŃSKA Z BERKELEY 18-12-2014

    Kalifornia to najbogatszy stan w Stanach Zjednoczonych. Tutaj znajduje się Dolina Krzemowa, najbardziej innowacyjne miejsce na świecie i serce branży nowych technologii, uniwersytet Berkeley, który wydał na świat 72 laureatów Nagrody Nobla, oraz Los Angeles - centrum amerykańskiego show-biznesu. Najmodniejszy samochód na tutejszych drogach to napędzana prądem Tesla, a najbardziej szpanerski kosz na śmieci do ogródka to taki, w którym automatyczna pokrywka otwiera się dzięki bateriom słonecznym. Ale tylko z daleka można uwierzyć, że Kalifornia to oaza nowoczesności. Ja po wyjściu z samolotu czuję się, jakbym wylądowała w? średniowieczu. Ajuwerda na wszystko Ajuwerda na wszystko Na spotkaniu świeżo upieczonych matek w kawiarni w San Francisco słyszę, że nowoczesna porodówka to wynaturzona szpitalna taśma produkcyjna. Dziś całe Berkeley rodzi we własnej wannie przy asyście instruktorki jogi. Najlepiej jednak znaleźć odpowiednie miejsce na łonie natury, na przykład w środku lasu, gdzie bez żadnego medycznego wsparcia poród odbywa się w kucki, tak jak kobiety robiły to przez wieki. Na spotkaniu matek szeptem pada także nazwisko lekarki, która fałszuje książeczki szczepień. Szczepionkom nie należy ufać, bo - według popijających napar z ziaren chia trzydziestoparolatek w długich spódnicach i słomkowych fedorach - wywołują one autyzm i cukrzycę. Muszą fałszować książeczki, bo bez stempelka dzieci nie dostałyby się do przedszkola. Wieczorem podczas kolacji gospodarze przy każdym daniu zapewniają, że wszystkie składniki są "organic", a ser prosto od kozy z zaprzyjaźnionej farmy nie był nawet pasteryzowany. Aby taki ser można było w ogóle sprzedawać, rolniczka - doktorantka z neuroinformatyki - opatruje go opisem: "Wyłącznie do konsumpcji przez psy i koty". Gdy wspominam o antybiotykach, które dostałam od lekarza, zapada niezręczne milczenie. Okazuje się, że powinnam się leczyć ajurwedą, masażami i ziółkami z China Town. Stosuje je nie tylko niedouczona ciemnota, nawet Steve Jobs, gdy chorował na raka trzustki, zanim zdecydował się na chemioterapię, przez lata kurował się sokami, akupunkturą i hydroterapią. Mimo że akurat z tym typem nowotworu trzustki zachodnia szpitalna medycyna radzi sobie całkiem nie najgorzej. Można mieć tylko nadzieję, że ten trend niedługo się przeje, jak modna ostatnio brukselka, jarmuż i inne nowinki prosto z Kalifornii. W końcu i u nas są przeciwnicy szczepionek, a media do dzisiaj komentują tragiczną historię półrocznej Magdy spod Nowego Sącza, która zmarła w domu znachora, dokąd rodzice zawieźli ją zamiast do szpitala. Wcześniej pisemnie odmówili tradycyjnej opieki medycznej, w tym szczepień, a córkę doprowadzili do stanu wygłodzenia, karmiąc ją rozwodnionym kozim mlekiem. Kłopot w tym, że w Stanach Zjednoczonych posyłanie dzieci do szamanów i gabinetów leczenia wodą to nie są odosobnione przypadki. W Dolinie Krzemowej i na wzgórzach Los Angeles wszędzie widać gabinety kręgarzy leczących dotykiem, grzybiarzy i zielarzy. Popyt na wszystko, co naturalne, i nieufność do jakiegokolwiek przemysłu z żywnościowym i farmaceutycznym na czele są tak wielkie, że ostatnio zaczęli łamać się nawet najwięksi sceptycy, czyli naukowcy i tradycyjnie wyszkoleni lekarze. Z troski o spadające dochody, bo słysząc: "Nie ma na ten temat badań - ziółka nie zaszkodzą, ale też nie pomogą", pacjenci po prostu zmieniali gabinet. Najnowocześniejsze na świecie szpitale otwierają więc centra zdrowego życia, naturalnego porodu lub medycyny alternatywnej, gdzie za odpowiednią opłatą można oddać się terapii reiki albo nauczyć medytować. Trudno w argumentach przeciwko akupunkturze czy wywarom z imbiru i chili zasłaniać się nauką, bo ta ma niewiele sensownego do powiedzenia na temat alternatywnego stylu życia. Dlatego też fundowany z rządowego budżetu Narodowy Instytut Zdrowia otworzył Centrum Badań nad Komplementarną i Alternatywną Medycyną, które dysponuje 100 mln dol. na sprawdzenie tego, czy medytacja może zastąpić leki na depresję, a tai-chi i indyjskie zioło kurkumin zapobiegają nowotworom. Podobne ośrodki powstają też w najlepszych szkołach medycznych z Harvardem na czele. Krytycy takich działań są przerażeni. - Wyrzucamy do kosza wszystko to, co nauka zdobyła w XX wieku - twierdzi David Gorski, amerykański onkolog i redaktor portalu Science-Based Medicine. Według niego pod przykrywką zdrowego trybu życia prowadzi się zabiegi, które zagrażają życiu i zdrowiu. Znachor leczy taniej Znachor leczy taniej Trudno uwierzyć, że za oceanem potrzebny jest taki portal. W końcu to stamtąd wciąż dochodzą do nas nowinki medyczne i skuteczniejsze terapie. - Ameryka to kraj kontrastów i alternatywna medycyna ma się tutaj niezwykle dobrze już od ponad stu lat - twierdzi Eric Janik, historyczka i autorka książki "Marketplace of the Marvelous". W Europie już w średniowieczu mnisi zaczęli tępić znachorów, a Janik opisuje angielskiego podróżnika, który po wycieczce do Stanów w XIX wieku był przerażony: "W życiu nie widziałem tylu znachorów, hipnotyzerów, wróżek i przeraźliwych egzotycznych pseudomedyków, co gorsza, też kobiet". Głównym powodem ich popularności był brak "zwykłych" lekarzy i horrendalne stawki tych niewielu dostępnych. Do Stanów rzadko emigrowali wykształceni ludzie, ci widzieli dla siebie przyszłość w Europie. Poza tym w tym czasie akademicka medycyna nie miała wiele do zaoferowania - głównie upuszczanie krwi, wymioty, lewatywy i chlorek rtęci, który być może odkażał, ale powodował wypadanie zębów, rany w dziąsłach, a czasem nawet deformacje szczęki. O wyższości alternatywnych medyków nad "zwykłymi" przekonały też Amerykanów dwie fale epidemii cholery. Choroba powoduje odwodnienie organizmu, więc pacjenci leczeni odwadniającymi akademickimi sposobami umierali. Trudno się dziwić, że nieufni wobec starolądowych zwyczajów i wielbiący wolny wybór Amerykanie zamiast po rtęć woleli udać się po ziółka. Spece od natury funkcjonowali spokojnie obok prawdziwych lekarzy przez dekady. W latach 40. naukowcy byli przekonani, że wreszcie raz na zawsze rozprawią się z hochsztaplerami. To wtedy przemysł farmaceutyczny ogłosił, że ma lekarstwo na wszystko - antybiotyki. Zaczęto brać je na wszystko, co popadnie. Aż pojawiły się skutki uboczne. W latach 60., cały świat zawiódł się na kolejnym wspaniałym farmaceutycznym wynalazku - talidomidzie, który był sprzedawany bez recepty jako lek przeciwbólowy dla kobiet w ciąży. Okazało się, że wywołuje on uszkodzenia płodów - cztery tysiące dzieci umarło, a te, które przeżyły, miały ciężko zdeformowane ciała, z brakiem nóg i rąk włącznie. Do tego doszedł ogólny społeczny niepokój lat 60. - zmęczenie zimną wojną, niechęć do narzucanych przez państwo norm, nieufność wobec współpracującego z państwem przemysłu i totalna moda na powrót do natury. W Kalifornii hipisi przeżywali lato miłości, a przy okazji oblężenie przeżywały gabinety alternatywnej medycyny. Obok nich powstawały zielarskie supermarkety, salony ekomasażu, studia medytacji i naturalne jadłodajnie. I wiele z nich ciągle prężnie działa. Tak jak Chez Panisse, restauracja położona niedaleko Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley prowadzona przez uważaną w Stanach za matkę ruchu slow food Alice Waters. Na stolik czekam tydzień. Klienci Waters muszą konkurować z Michelle Obamą albo z wizytującym okolicę prezydentem Chile czy Brazylii. W latach 60. Waters, zadłużona hipiska z Berkeley, walczyła o emancypację obok feministek, Afroamerykanów i studentów. Tyle że dla Waters pełnia praw oznaczała przede wszystkim pełny dostęp do zdrowego życia i jedzenia. Waters powtarza, że emancypacja to też możliwość wolnego wyboru. W końcu już Mark Twain na początku poprzedniego wieku pisał, że nie życzy sobie, aby ktoś mu dyktował, czy pójdzie do indiańskiego szamana, czy do doktora nauk medycznych po Yale. Ekoneofita z awansu Ekoneofita z awansu Bogaci Amerykanie przebierają w dziesiątkach rodzajów sałat przy dźwiękach jazzu na żywo na weekendowych targach, gdzie kawa kosztuje tyle, ile rodzina z klasy średniej niższej wydaje przez tydzień. Niezamożni Amerykanie chodzą do supermarketów, gdzie nawet w chlebie lista składników zajmuje dobre dwa akapity, a tanie mięso z przemysłowej produkcji zawiera tyle tłuszczu i chemikaliów, że wywołuje miażdżycę i stan zapalny w organizmie. Dieta Afroamerykanów, którzy prowadzą w statystykach najbardziej schorowanych mieszkańców USA, jest tradycyjnie uboga i potwornie tłusta. Korzenie tego zjawiska sięgają dużo dalej niż do fast foodów. Niewolnicy do dyspozycji mieli to, co upolowali, czyli głównie wiewiórki, i głodowe porcje słoniny wielokrotnego użytku, którą afroamerykańskie kucharki do dziś lubią przechowywać miesiącami w specjalnych plastikowych kontenerach. Podobno taka smakuje im lepiej. Uprzemysłowienie kojarzy się w Ameryce ze złą jakością, szpikowaniem wszystkiego chemią i bezczelnym oszukiwaniem konsumentów. Awans społeczny i finansowy w Ameryce oznacza więc przejście na organic, eko i naturę. Czasem na całego, bo aspirujący do wyższych sfer na całym świecie mają tendencje do przedobrzenia. Ekoneofici zaszywają się w górach, jedzą zebrane przez siebie borówki i tarzają się w błocie, nawet jeśli na te zabiegi udają się najnowszym porsche. Zaczyna się więc od jedzenia niewinnych ekologicznych buraczków, co można zrozumieć, a kończy często na porodzie w dżungli nad strumykiem. Film z tej ody do natury można zresztą obejrzeć na YouTubie. Fani medycyny alternatywnej podają jeszcze jeden powód, dla którego wystrzegają się zwykłych gabinetów lekarskich. Nowoczesny amerykański szpital czy przychodnia przypominają farmakologiczną taśmę fabryczną, na której odbywa się przegląd maszyn. Nikt nie ma czasu na słuchanie i rozmowy z pacjentami o profilaktyce, zdrowym stylu życia, ćwiczeniach, stresie czy życiowej harmonii. Na to wszystko jest za to czas w gabinetach chińskiej medycyny i studiach jogi, które prowadzą zajęcia na świeżym powietrzu wśród organicznych ziółek sprzedawanych później w koktajlach. Do tego dochodzi jeszcze poczucie dezinformacji, bo badań o tym, co szkodzi, a co nie, są setki, i trudno się w tym wszystkim połapać. Nie pomaga rynek, bo ciężko zaufać firmom, które do szkół i przedszkoli wstawiają zupki z pięcioletnią datą przydatności czy hot dogi w kukurydzianej ("warzywo!") panierce smażone w głębokim tłuszczu, a potem wmawiają rodzicom, że to promocja zdrowia. Państwo też nie przychodzi z pomocą, bo choć Michelle Obama uczy Amerykanów, jak ćwiczyć i siać marchewkę, Senat pozwala lobby żywnościowemu wprowadzić zakaz fotografowania jakichkolwiek obiektów i farm przemysłowych, żeby nie odstraszać i tak już nieźle wystraszonych konsumentów. Z tego strachu część podejmuje zupełnie nieracjonalne decyzje, takie jak nieszczepienie dzieci czy rezygnowanie z tradycyjnych przychodni. Może musi minąć trochę czasu, żeby zobaczyli, że z natury też się zrobił przemysł. I tak samo jak dla tego farmaceutycznego czy żywnościowego liczy się tu tylko i wyłącznie sprzedaż, choć być może ekosprzedawcy lepiej potrafią ukryć swój cynizm pod ładnym opakowaniem. Ekologicznym i z recyklingu oczywiście. Ziółka z China Town, niepasteryzowany ser dla kota na lunch i soczki zamiast chemioterapii. Witaj w Kalifornii. Tylko przypadkiem się nie przyznawaj, że zamiast naturalnego porodu w środku lasu wybrałaś porodówkę

  • Margaret Mitchell: Jeżeli nie mogę być pierwsza, wolę nie być wcale

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra KATARZYNA WAJDA 18-12-2014

    Atlanta, lato 1936 roku. Margaret Mitchell Marsh przymierza sukienkę w sklepie, gdy nagle słyszy głośne: "Tam jest!". Po chwili ktoś odsuwa zasłonkę przymierzalni i w filigranową pisarkę (nieco ponad półtora metra wzrostu) w samej bieliźnie wpatruje się pięć obcych pań. - Ależ ona ma mały biust! - komentują. Możliwe, że w tym samym czasie Bessie Jordan, gosposia pisarki, odbiera w domu telefon i recytuje stałą formułkę: - Nie, proszę pani, niestety, nie wiem, jak to się skończy. Panna Peggy też nie. Słyszałam wiele razy, jak mówiła, że nie ma pojęcia, czy Scarlett i kapitan Butler będą razem. Listonosz przynosi z 50 listów od czytelników dziennie, ale zdarza się, że jest ich 600. Do drzwi domu ciągle ktoś puka i prosi o podpisanie książki. Pisarka czuje się jak lokalna atrakcja turystyczna - granitowa góra Stone Mountain. Deklaruje: - Nie urodziłam się po to, żeby być sławną. Nie tylko zaskoczył ją rozgłos, jaki dała jej powieść. Jest zbyt niezależna, by gładko wejść w rolę autorki bestsellera. - Gdybym miała pojęcie o problemach, jakie wiązały się z "Przeminęło z wiatrem", zastrzeliłabym się przed rozpoczęciem powieści - mówi w 1936 roku. *** *** RODZINA URODZONEJ W 1900 ROKU MITCHELL NALEŻAŁA DO NAJLEPSZYCH W ATLANCIE, mieście południowego stanu Georgia. Przodkami pisarki byli uczestnicy walk o niepodległość w XVIII w. oraz wojen brytyjsko-amerykańskiej i secesyjnej. Wspomnienia tej ostatniej (1861-65), między rolniczym Południem (Konfederacja) a uprzemysłowioną Północą (Unia), wywołanej przez pragnące niepodległości Południe, ożywały w niedziele, gdy Mitchellowie odwiedzali starszych krewnych, zwłaszcza babcię Margaret Annie Stephens. Jej dom jako jeden z nielicznych ocalał z wojennego pożaru Atlanty - sceny z płonącego miasta będą kluczowe zarówno w książce jej wnuczki, jak i w późniejszym filmie. Podczas wizyt dziewczynka dowiadywała się, jak wyglądało życie miasta - ważnego ośrodka konfederatów - podczas wojny i po jej zakończeniu, w czasie tzw. rekonstrukcji Stanów Zjednoczonych. Alfabetu uczyła się na nazwach bitew, a podczas konnych przejażdżek z weteranami oglądała miejsca walk, słuchała kłótni o wojenne szczegóły, odgrywała rekruta, gdy rekonstruowali bitwy. Nawet matka Maybelle zamiast kołysanek śpiewała jej konfederackie pieśni. Wiedziała dużo o wojnie, ale o tym, że Południe ją przegrało, usłyszała dopiero jako dziesięciolatka. *** *** KIEDY MIAŁA TRZY LATA, OD OGNIA Z KOMINKA ZAPALIŁA SIĘ JEJ SUKIENKA i matka zdecydowała, że dla bezpieczeństwa będzie nosiła spodnie. To oddzieliło ją od świata dziewczynek, ale zbliżyło do starszego o pięć lat brata Stephensa i jego paczki - wołali na nią Jimmy, bo przypominała bohatera popularnego wtedy komiksu. Uwielbiała wspinanie po drzewach, walki w błocie, zabawy w kowbojów i Indian oraz baseball. Jednocześnie była urodzoną gawędziarką, po jej historiach o duchach brat nie mógł zasnąć. Odkąd nauczyła się trzymać w ręku ołówek - pisała, już jako kilkulatka tworzyła własne, ilustrowane książki w zeszytach, głównie przygodowe i awanturnicze opowieści. Matka wspierała te artystyczne aspiracje, ale przede wszystkim zależało jej na dobrej edukacji córki. Była czołową sufrażystką Atlanty, fascynowała ją Maria Skłodowska-Curie, więc marzyła o karierze naukowej dla córki. Kiedyś zabrała ją na wycieczkę szlakiem generała Unii Williama T. Shermana i pokazała resztki plantacji spalonych na jego rozkaz w 1864 roku. - Bezpieczny świat ich właścicieli, tutejszych mieszkańców, się rozpadł. Nasz też może, więc trzeba zawczasu przygotować broń, a nią, zwłaszcza dla kobiety, jest wykształcenie - tak pewnie brzmiała jej lekcja. Margaret ją zapamiętała i później pytana, kim będzie, przezornie odpowiadała: lekarzem. Jako nastolatka i krnąbrna uczennica Washington Seminary, prestiżowej prywatnej szkoły dla białych dziewcząt, pracowała m.in. nad powieścią "Wielka czwórka" (nie skończyła jej). Zaczęła jednak mieć - odtąd stałe - poczucie niskiej wartości: w swoim dzienniku podzieliła autorów na urodzonych i zrobionych. Pierwsi mają talent, drudzy są gorsi, i siebie zaliczyła właśnie do nich. *** *** MIAŁA CZTERNAŚCIE LAT, GDY ZRZUCIŁA CHŁOPIĘCE UBRANIE i zaczęła prowadzić życie towarzyskie. Trzy lata później potajemnie zaręczyła się z porucznikiem Cliffordem Henrym, absolwentem Harvardu. A we wrześniu 1918 roku została studentką Smith College w Northampton w stanie Massachusetts - przewrotnie wybrała Północ, ale adaptacja była trudna: ze swoim akcentem czuła się jak prowincjuszka, mimo że dzięki gawędziarskiemu talentowi zyskała sympatię paru koleżanek. W październiku tego samego roku jej narzeczony zginął na polach Francji. Margaret do końca życia wysyłała jego rodzicom kwiaty w rocznicę śmierci. Gorzkie refleksje z listów Clifforda - idealisty zderzonego z grozą wojny - powróciły w tych, które Ashley w "Przeminęło z wiatrem" pisze z frontu do Melanii. To śmierć narzeczonego wpłynęła na przenikający książkę pacyfizm i sprzeciw bohaterki wobec bezsensu wojny. Gdy wybuchła epidemia hiszpanki, w styczniu 1919 roku umarła na nią Maybelle. Margaret zbyt późno wróciła z college?u i nie zdążyła się zobaczyć z matką przed śmiercią, ale ona zostawiła dla niej list, a w nim kluczowy, choć kłopotliwy, przekaz: "Chodzi mi o to, byś pamiętała, że Twoje życie i siły należą przede wszystkim do Ciebie, Twego męża i Twoich dzieci". Naukę rzuciła jednak szybko. "Jeżeli nie mogę być pierwsza, wolę nie być wcale" - napisała do brata. Pod pretekstem poświęcenia się dla ojca zrezygnowała ze studiów, tłumacząc, że musi się zająć domem. Dwadzieścia lat później dostanie od Smith College honorowe magisterium. *** *** "CZYŻ TO NIE WYRYWA RZĘS?" - BRZMIAŁO JEDNO Z ULUBIONYCH POWIEDZONEK PEGGY i oznaczało coś szokującego. Ona uwielbiała szokować - do historii przeszedł jej towarzyski debiut w Atlancie, podczas którego na balu charytatywnym z zaprzyjaźnionym studentem wykonali taniec apaszowski. Był 1921 rok i niektórym damom parę rzęs musiało polecieć na widok dziewczyny ubranej w czarne pończochy, tegoż koloru satynową spódnicę z rozcięciem i z czerwoną szminką na ustach. Para ofiarnie zatańczyła ogniste tango, a temperaturę podnosiły okrzyki miotanej przez partnera Peggy (choć możliwe, że bolała ją noga, która po dwóch poważnych konnych wypadkach nigdy nie odzyskała pełnej sprawności). Całość uwieńczył pocałunek. "Panna Mitchell złożyła z siebie ofiarę na ołtarzu dobroczynności" - pisała prasa, a wpływowe damy były w kłopocie, bo nie widziały, jak potraktować zuchwałą Margaret, wnuczkę samej Annie Stephens. Tak naprawdę Margaret ciągnęło do innego towarzystwa - bohemy zbierającej się w Króliczej Norze. Starannie ubrana i dowcipna była jego duszą. Klęła, dużo paliła, piła (znacznie mniej, jednak lubiła pozować na pijaczkę), no a najważniejsze - opowiadała świetne historie. W tym samym czasie w listach do przyjaciół pisała o poczuciu marnowanej energii, koszmarach po zmroku, o tym, że jest nieszczęśliwa, choć nie wie dlaczego. Brakowało jej też konstruktywnego zajęcia - zamiast pisać, czytała i porównywała się na swoją niekorzyść z mistrzami. *** *** BYŁA WYZWOLONA, ALE NIE NA TYLE, BY ZDECYDOWAĆ SIĘ NA POZAMAŁŻEŃSKI SEKS. Flirtowała z mężczyznami, uwodziła ich, prowokowała i budziła pożądanie, po to by się wycofać. Jakby zadowalała ją władza, którą ma nad nimi. W końcu wyszedł z tego uczuciowy trójkąt - ona i dwóch adoratorów: Red Upshaw, pełen wdzięku marnotrawny syn szacownej rodziny prowadzący szemrane interesy (pierwowzór Rhetta Butlera, ale pozbawiony jego zalet), oraz John Marsh, najpierw nauczyciel akademicki, później dziennikarz, inteligentny i wykształcony. Pierwszy działał na jej zmysły, drugi - na intelekt, bo od początku wiedział, że ma literacki talent i w odróżnieniu od innych mężczyzn nie próbował zaciągnąć jej do łóżka. Niestety, ją wtedy pociągali dranie i jesienią 1922 roku poślubiła Reda, a John został drużbą. Małżeństwo rozpadło się po kilku miesiącach, a Peggy padła ofiarą małżeńskiego gwałtu - był podstawą rozwodu w 1924 roku. Podobnym doświadczeniem obdarzyła Scarlett, jednak jej pozwoliło ono pokonać seksualną oziębłość i otworzyć się na miłość Rhetta. *** *** KIEDY PO ROZSTANIU Z MĘŻEM MUSIAŁA ZACZĄĆ ZARABIAĆ NA ŻYCIE, John pomógł jej znaleźć pracę w dzienniku "Atlanta Journal". Redaktor naczelny uważał, że na kobiety w redakcji jest za wcześnie, ale mimo to dał jej szansę. Miała wyczucie tematu, oko do szczegółów i odważnie zapuszczała się w niebezpieczne dzielnice. Wyspecjalizowała się w reportażach oraz wywiadach (rozmawiała m.in. z Rudolfem Valentino) - dzięki nim stała się lokalną celebrytką. Najbardziej lubiła rozmowy ze starszymi mieszkańcami, nie znosiła za to samego pisania. W tym też czasie nieświadomie zaczęła kwerendę do powieści, przygotowując cykle o słynnych kobietach Georgii i konfederackich dowódcach. Wyszła za mąż za Johna, a na drzwiach ich małżeńskiego mieszkania zawiesiła dwie wizytówki: "Margaret Mitchell" i "John Marsh" (później zastąpiła ją jedna: "Państwo Marsh"). I choć była znaną reporterką, to wiosną 1926 roku zakończyła dziennikarską karierę. Mąż się martwił, że jej praca bywa niebezpieczna, uważał też, że to on powinien móc utrzymać żonę. Ona z kolei, motywowana także przez niego, myślała o poważniejszej literaturze, na razie pisząc wprawki - nowelkę o "jazzowej" dziewczynie i szkic "Ropy Carmagin" osadzonej w realiach XIX wieku. Decyzja zapadła po jego awansie i jej wypadku samochodowym, po którym odnowiła się kontuzja nogi. To oznaczało koniec z tańcem, co Mitchell gorzko podsumowała: "Stateczność jako kara za bycie dziką". Lekarz kazał jej odpoczywać. *** *** "W CHWILI SŁABOŚCI ZACZĘŁAM PISAĆ KSIĄŻKĘ" - to słynne zdanie Mitchell budowało legendę o pani domu, która w chwilach wolnych od obowiązków, dla przyjemności swojej i męża, tworzy epickie dzieło o starym Południu. W rzeczywistości Margaret, wychowana w domu ze służbą, nigdy nie prowadziła gospodarstwa, a pisanie "Przeminęło z wiatrem" było ciężką pracą i rodzajem terapii, do której namawiał ją mąż. Faktycznie dokuczała jej noga, ale też chętnie uciekała od pisania (i wysiłku), ciągle coś ją martwiło, popadała w depresję. John najpierw przynosił jej z biblioteki stosy książek, ale któregoś dnia zamiast nich - ryzę papieru i używanego remingtona. Oznajmił, że skoro wszystko już przeczytała i chce więcej, musi sama napisać. O czym? O tym, na czym zna się najlepiej. To był przełomowy moment. Później sami mówili o sobie - mamusia i tatuś "Przeminęło z wiatrem" (z prawdziwego rodzicielstwa zrezygnowali z powodu jego epilepsji, co Peggy przyjęła z ulgą). Margaret pisała książkę codziennie. Ubrana w sztruksy i koszulę męża, po sześć, osiem godzin stukała w maszynę. Na tło wybrała wojnę i rekonstrukcję w stanie Georgia z kobiecego punktu widzenia oraz wymyśliła dwie pary bohaterów, z wyrazistą Pansy Hamilton w centrum. - Jak to się stało, że niektórzy przetrwali trudny czas, a inni nie? - to pytanie miało przewijać się przez całą książkę. Swym dziennikarskim zwyczajem zaczęła historię od końca, pisząc ostatni rozdział. Potem niechronologicznie skakała po fabule i wkładała kolejne napisane części do kopert - wkrótce cały ich stos zalegał w salonie. Niektóre rozdziały miały po cztery-pięć wersji, inne - łącznie z pierwszym - zostawiała niedokończone. By się nie pogubić, bohaterom zakładała fiszki. Kiedy zdjęto jej gips, przesiadywała w bibliotece, a wieczorami John czytał, co napisała - zalecał poprawki, motywował. Tylko on wiedział, że pisze. Gdy ktoś ich odwiedzał, Peggy przykrywała papiery ręcznikiem. Większość tekstu napisała w latach 1926-32, niespiesznie, nie myśląc o druku. Miała też dłuższe przerwy spowodowane "uczuciem pokory" - pojawiało się, gdy przeczytała dobrą książkę o wojnie i uznawała, że sama tak nie potrafi. W 1934 roku chciała już porządkować maszynopis, ale znowu miała wypadek samochodowy, więc zamiast tego leżała w gorsecie i czytała książki. *** *** JEJ PRZYJACIÓŁKA LOIS COLE, PRZEDSTAWICIELKA WYDAWNICTWA MACMILLAN, WIEDZIAŁA O KSIĄŻCE Z PLOTEK KRĄŻĄCYCH PO ATLANCIE i wspominała o tym wiceprezesowi firmy Haroldowi Lathamowi, który wiosną 1935 roku wybierał się na Południe szukać literackich talentów. Na przyjęcie zorganizowane dla Lathama Peggy zaprosiła paru młodych pisarzy. Gdy jednak pytał o jej powieść, unikała odpowiedzi, aż w końcu ktoś rzucił: - Peggy, nie wyglądasz na kogoś, kto napisałby książkę wartą przeczytania przez Macmillana. To ją sprowokowało - wieczorem pozbierała koperty i zaniosła Lathamowi do hotelu, który z kamienną twarzą kazał boyowi kupić tanią walizkę, by je pomieścić. Według legendy nazajutrz, podczas podróży, dostał telegram: "Rozmyśliłam się, proszę odesłać tekst". W rzeczywistości Peggy poprosiła o to trzy miesiące później, uznając, że oddanie tekstu w tej formie było nieprofesjonalne i chce poprawić maszynopis. Ale wtedy Latham wiedział już, że dostał przyszły bestseller. *** *** OSZOŁOMIONA AUTORKA ZGODZIŁA SIĘ UPORZĄDKOWAĆ CHAOS, wprowadzić poprawki i stworzyć książkę. Podpisała umowę z wydawcą i na kilka miesięcy pochłonęła ją tytaniczna praca nad liczącym ponad tysiąc stron tekstem - John, wówczas już szef reklamy w Georgia Power, wziął urlop, by jej pomóc. Najpierw wybrali ostateczny tytuł, wykorzystując wers "Gone with the wind" z poematu E. Dowsona, i zmienili imię głównej bohaterki (Pansy na Północy to "ciota"). Potem - korekta ortograficzna, stylistyczna, sprawdzanie historycznych szczegółów: kiedy wyszły z mody suknie na kołach, a weszły turniury, jaka była pogoda pod Jonesborough... Tu perfekcjonizm Peggy sięgał obsesji. Szukała w bibliotece, pytała farmera rozrzucającego obornik w ogródku o czas sadzenia określonych gatunków bawełny. Ten zaciekawił się, jak wygląda życie pisarza. - Człowiek się poci, jęczy, drapie, dostaje wysypki, a potem czuje, że brzydko pachnie - odpowiedziała Peggy. - Jak się nad tym dłużej zastanowić, to pisanie książek nie różni się aż tak bardzo od rozrzucania obornika, prawda? - podsumował farmer. W końcu wycieńczona autorka dostała z nerwów czyraków na głowie - właśnie wtedy, gdy miała być fotografowana do promocji książki. Macmillan zadbał o wielką kampanię reklamową i jeszcze nim powieść zadedykowana Johnowi oficjalnie ukazała się na rynku 30 czerwca 1936 roku, już była bestsellerem. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy sprzedano milion egzemplarzy, a w lipcu prawa do ekranizacji za rekordowe 50 tys. dolarów kupił producent David O. Selznick. Margaret nie chciała się angażować w ogólnokrajową promocję, ale zależało jej na dobrym przyjęciu w Georgii i dlatego zgodziła się spotkać z czytelnikami. Znowu wyrwała rzęsy: kiedy przyznała, że wątpi, czy jej książka się sprzeda, bo "przez długie lata bohaterka kochała męża innej kobiety i nigdy nic z tym nie zrobili", dwie damy zemdlały. *** *** MODA NA KSIĄŻKĘ OGARNĘŁA CAŁY KRAJ, łącznie z prowincjonalnymi mieścinami, dokąd Macmillan zazwyczaj nie wysyłał książek. Trzy dolary nie były zaporową ceną, bo kryzys dobrze wpłynął na rynek wydawniczy: ludzie szukali odskoczni od problemów, a Scarlett ze swoją determinacją była bohaterką na trudne czasy. Dom Marshów był zasypywany listami, na które Peggy odpowiadała osobiście. Odbierała wszystkie telefony, wpuszczała wielbicieli, podpisywała przysyłane książki i odsyłała je czytelnikom. Była nieustannie zaczepiana na ulicy i miała dość. "Wszyscy byli tak cudowni, tak cudowni, że prawie jestem trupem" - napisała w liście do Lois i uciekła z miasta w góry. Według legendy spontanicznie, z pięcioma dolarami w kieszeni, wskoczyła do auta. W rzeczywistości zaplanowała wypad, zabrała do hotelu książeczkę czekową i maszynę, na której pisała podziękowania dla recenzentów rozpoczynające się od opisu ucieczki. Pod koniec 1936 roku Marshowie już wiedzieli, że "dziecko" na zawsze zmieniło ich życie, jednak nie chcą, by je zrujnowało. Dlatego noworocznym postanowieniem Peggy było: wyznaczyć granice i podzielić obowiązki w opiece nad nowym rodzinnym biznesem - w zarządzaniu nim Marshom zaczął pomagać brat autorki, prawnik. Poza tym - koniec z podpisywaniem książek! Zaczęła więc odsyłać przysłane egzemplarze i... dołączała do nich podpisany list z wyjaśnieniem, dlaczego nie może ich podpisać. Ograniczyła też wywiady i wystąpienia publiczne (choć zdobycie Nagrody Pulitzera musiała skomentować), ale za to dementowała plotki - i to prawie każdą - z lęku, że zniszczą jej reputację. A było ich wiele: o dużych pieniądzach (Marshowie płacili wysokie podatki), drewnianej nodze, luksusowym jachcie czy Johnie jako autorze powieści. Zaprzeczała też, że bohaterowie mieli swoje pierwowzory: wszystko powstało w jej głowie. Musieli też zadbać o prawa autorskie, zwłaszcza że popełnili błąd, nie zatrudniając od początku specjalisty (stąd niekorzystne zapisy w umowach, np. z Selznickiem). Walczyli więc np. z firmą, która obiecywała klientom, że po zakupie termy ich zmartwienia "przeminą z wiatrem", z fanami powieści wymyślającymi i upubliczniającymi jej alternatywne zakończenia czy też usiłowali wyznaczyć granice organizacjom non-profit wykorzystującym cytaty. Z kolei autorka pracy o historii Ku-Klux-Klanu pozwała Margaret o naruszenie praw autorskich (jak zresztą każdego, kto pisał o tych samych wydarzeniach bez podania jej książki jako źródła) i domagała się 6,5 mld dolarów. Pozew został oddalony, niedługo później powódka umarła na atak serca, Margaret musiała jednak opłacić prawników. Prawdziwym polem minowym były wydania zagraniczne. "Przeminęło z wiatrem" budziło zainteresowanie na całym świecie, ale USA nie podpisały tzw. konwencji berneńskiej, co przy pewnych zaniedbaniach Macmillana przy rejestracji praw za granicą dało możliwość publikacji legalnych, acz nieautoryzowanych przekładów bez wypłacania tantiem autorce. Marshowie się jednak nie poddali i w efekcie jak mało kto przysłużyli się ochronie praw autorskich za granicą. Jej symbolem była ośmioletnia sprawa holenderska, ostatecznie wygrana - nieważne, że odzyskane tantiemy były znikome wobec kosztów procesu, istotne były zasady. *** *** MARGARET NIE UDAŁO SIĘ WYWALCZYĆ umowy, która dawałaby jej prawo do wglądu w scenariusz i akceptowania go, więc postanowiła w ogóle nie mieszać się do ekranizacji. Jednak producent filmu przez dwa lata skutecznie rozniecał zainteresowanie projektem (zdjęcia od końca 1938 roku) i pisarka musiała dementować plotki, że np. Clark Gable napisał do niej, grożąc podcięciem sobie gardła, jeśli nie będzie Rhettem. Choć odrzuciła propozycję bycia konsultantką i zarekomendowała regionalistów, to ludzie Selznicka nękali ją pytaniami typu: jak Mammy zawiązywała swój turban? Odpowiadała, że nie wie, i groziła oskarżeniem o łamanie umowy. Obawiała się jednak o szczegóły historyczne, i słusznie - później miała zastrzeżenia, że filmowa Tara jest za mało skromna. Gorzko żartowała: "Mogłabym założyć całkiem liczne stowarzyszenie południowców, których dziadkowie nie mieszkali w dworkach z białymi kolumnami". Jednak film się jej spodobał. Jego uroczysta premiera - 15 grudnia 1939 roku w konfederackiej Atlancie - była świętem miasta. Po pokazie pisarka powiedziała kilka słów do publiczności, a potem Selznick zaaranżował sekretne spotkanie Margaret z Gable?em. - O czym, do diabła, mielibyśmy rozmawiać? - spytała aktora. - Jeśli pani nie wie, to ja tym bardziej - odparł. Film bił rekordy kasowe - zarobił milion dolarów w tydzień. Dokładnie rok po premierze pewna matka w Arkansas nazwała swoje nowo narodzone trojaczki: Gone, With i Wind. Powróciły pytania o sequel - Mitchell twierdziła jednak, że nie napisze i nie chce, by ktokolwiek to robił. Ale Selznick miał kontrakt z Vivien Leigh i proponował, by wymyśliła historię córki Scarlett - z czwartego małżeństwa, albo jej wnuczki. Paradoksalnie dopiero II wojna pozwoliła trochę odetchnąć Margaret i wyjść z roli autorki bestsellera. Była m.in. wolontariuszką w Czerwonym Krzyżu i korespondowała z Amerykanami na froncie. Po wojnie wróciły stare problemy, np. z nieautoryzowanymi sequelami. Znalazła czas, by wysyłać paczki do europejskich wydawców, ale wciąż nie miała go na kolejną książkę. Ponoć myślała m.in. o powieści o pisarce, ofierze własnego sukcesu. *** *** 11 sierpnia 1949 roku wyszli z Johnem do kina na "Opowieści kanterberyjskie". Na przejście dla pieszych wjechał pijany kierowca i potrącił Margaret. Pięć dni leżała w obleganym przez ludzi szpitalu. Umarła 16 sierpnia. Na jej pogrzeb przyszło tyle ludzi, że potrzebne były wejściówki. Kierowca został oskarżony o nieumyślne spowodowanie śmierci i spędził w więzieniu niecały rok. Jego córka do dziś uważa, że był kozłem ofiarnym. Ponieważ Margaret nie chciała, żeby jej osobiste dokumenty upubliczniono, John z oporami spalił maszynopis (poza kilkoma stronami dla potwierdzenia autorstwa). Większość papierów jednak została: w 1951 roku Marsh umarł, a Stephens, spadkobierca siostry, postanowił je zachować. *** *** Parę razy oskarżano ją o rasizm. Gdy była studentką Smith College w 1918 roku, wyszła z sali na znak protestu wobec obecności czarnoskórej studentki. Uczelnia była na Północy i nie było tam segregacji rasowej, ale jej, białej dziewczynie z Południa, przebywanie razem z czarnoskórą osobą wydało się niestosowne. Gdy wykładowczyni skrytykowała ją, Margaret była szczerze zaskoczona. A blisko 20 lat później zdziwiły ją zarzuty o rasizm wobec "Przeminęło z wiatrem", książki odsłaniającej jej protekcjonalny stosunek do czarnoskórych: są jak wymagające opieki dzieci. Z żalem pisała do grającej w filmie Mammy Hattie McDaniel, że nie mogła usłyszeć, jak oklaskuje ją Atlanta, jednak sama nie protestowała wobec obowiązującej tu segregacji rasowej i nie żądała obecności czarnoskórych aktorów na premierze. Gdy w latach 90. na listę bestsellerów weszła jej odnaleziona po latach powieść "Zaginiona wyspa", którą napisała, gdy miała 16 lat i podarowała Henry?emu Angelowi, przyjacielowi z młodości i adoratorowi, Margaret znowu zaszokowała. Okazało się też, że w 1941 roku dostała list od dr. Benjamina Maysa, mentora pastora Martina Luthera Kinga oraz dziekana Morehouse College kształcącego czarnoskórych lekarzy, z prośbą o wsparcie stypendialne studentów. Robiła to anonimowo i hojnie do końca życia, a w jej korespondencji z Maysem nie było śladu protekcjonalizmu. Wspierała też budowę izby przyjęć dla Afroamerykanów. Margaret Mitchell wyrywa rzęsy nawet po śmierci. ---------- Korzystałam m.in. z: Ellen F. Brown i John Willey Jr., "Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów", tłum. Emilia Skowrońska, Aleja Róż, Warszawa, 2013; Anne Edwards, "Nie przeminęło z wiatrem", tłum. Anna Soszyńska, Rachocki i S-ka, Pruszków, 1995; Marianne Walker, Margaret Mitchell and John Marsh, "The Love Story Behind ?Gone With The Wind?", Peachtree Publishers, Atlanta, 1993 - Jak wygląda życie pisarza? - zapytał farmer Margaret Mitchell. - Człowiek się poci, jęczy, drapie, dostaje wysypki, a potem czuje, że brzydko pachnie - odpowiedziała. - Czyli pisanie książek nie różni się aż tak bardzo od rozrzucania obornika, prawda? - podsumował farmer

  • KARNAWAŁY BYŁY FEERYCZNE

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra BEATA KĘCZKOWSKA 18-12-2014

    Kiedyś pierwszy raz w życiu wyszłam na bal w czarnej sukni. Nie było wtedy zwyczaju, by młode panienki ubierały się na czarno, chyba tylko w głębokiej żałobie. A ja marzyłam o sukni, którą zobaczyłam w którymś domu mody, aksamitnej, czarnej, z białymi bufkami... Wreszcie, po paru karnawałach, mama mi pozwoliła!" - wspomina Maria ze Zdziechowskich Sapieżyna. Młodość spędziła na polowaniach i balach, wyszła za księcia Jana Sapiehę. We wrześniu 1939 roku uciekła z Polski z dwójką małych dzieci. W czasie wojny była agentką francuskiego Resistance, kilka lat spędziła we włoskich i niemieckich więzieniach. Do Polski wróciła w latach 90., wspomnienia spisała u schyłku swojego życia. W opisywanej czarnej sukni wystąpiła na balu, nie przeszkodziło jej nawet to, że tuż przed nim na kolacji poplamiła ją sosem z pieczonej kaczki. "Jak gdyby nic, świetnie się bawiłam" - zapewniała. Nie ona jedna - Warszawa dwudziestolecia międzywojennego słynęła z najlepszej zabawy. Zaczynało się już 1 stycznia, Nowy Rok hucznie witano w mieszkaniach, na balach i w niezliczonej liczbie lokali. Bawili się wszyscy. Bogaci i biedni. W najelegantszym lokalu Warszawy - hotelu Bristol - i tancbudach na Woli i Czerniakowie. Pojawienie się każdego nowego lokalu szeroko komentowano i natychmiast sprawdzano menu. Trwała wojna polsko-bolszewicka, gdy otworzył się np. Stępek Grande Taverne przy placu Zbawiciela. Oprócz sali na rauty i sal jadalnych lokal wyróżniał się czymś jeszcze. "W podziemiach urządzono kompletną dla Warszawy nowość, w dużych miastach Zachodu powszechnie znaną. Są tam wydawane tak zwane American drinks" - donosił tygodnik "Świat". Alkoholowe koktajle były nowością, w dwudziestoleciu preferowano likiery - od Baczewskiego i Kantorowicza. W lutym 1922 roku po raz pierwszy zatańczono w wyremontowanej sali balowej Hotelu Europejskiego. Na co dzień spotykano się u Wróbla - na wódce, śledziach i flakach, nieopodal znajdowała się Ziemiańska zawładnięta przez literatów, a premiery teatralne opijano w restauracji Simon i Stecki przy Krakowskim Przedmieściu. Sporym wzięciem cieszyła się Adria założona pod koniec lat 20. przy ul. Moniuszki. W podziemiach mieściła salę dansingową na 1500 osób, ze słynnym obrotowym parkietem, w której przygrywała orkiestra Golda i Petersburskiego. Bawili się w niej politycy, dyplomaci, aktorzy i oficerowie. Tu wręcz należało powitać Nowy Rok. Gości zabawiał sam dyrektor lokalu Franciszek Moszkowicz, obowiązkowo z ulubionym szympansem na rękach. Ledwie przebrzmiały noworoczne toasty, ruszano do tańca. "Po południu były potańcówki, the dansant, a wieczorem - kolacje i bale. Tańczyło się do świtu. Z nadejściem karnawału ściągały z całej Polski matki z córkami na wydaniu i młodzi ludzie w poszukiwaniu ewentualnej małżonki" - czytamy u Marii ze Zdziechowskich Sapieżyny. Księżna w pewnym momencie aż wzdycha: "Karnawały były feeryczne!", i dowodzi, że współcześnie nie możemy sobie nawet wyobrazić, jak wyglądały bale w niektórych pałacach i prywatnych domach, a także rezydencjach dyplomatów. Wychwala bale w rezydencji włoskiej - ambasador miał zwyczaj sprowadzać z Włoch wagon kwiatów i obdarowywać bukiecikiem każdą z zaproszonych pań. W rezydencji posła USA panie pewnego razu zostały obdarowane kapeluszami - posłem był wówczas Hugh Stetson, pochodzący z rodziny znanych kapeluszników. Innym razem goście dostali srebrne pudełeczka z godłem USA. *** *** POCZĄTKI PUBLICZNYCH BALÓW sięgają czasów panowania Augusta III. To wcale nie oznacza, że wcześniej się nie bawiono - owszem, tyle że zwykle we własnym gronie. Wraz z rosnącym zainteresowaniem redutami - jak nazywano bale publiczne - zaczęto je organizować w kilku miejscach w Warszawie. Odbywały się od niedzieli do czwartku. W piątek i sobotę odpoczywano. Już w 1821 roku "Kurier Warszawski" informował, że modne stało się picie szampana. "Niektórzy kupcy warszawscy utrzymujący handle winne i korzenne - donosił dziennik - sprowadzają w tym roku nierównie więcej szampańskiego wina niż dawniej. Trunek ten staje się coraz bardziej używańszym". Jak pisze Stanisław Milewski w "Intymnym życiu niegdysiejszej Warszawy", "na redutach tańczono, hazardowano się w karty (działało tu mnóstwo szulerów) i odbywały się miłosne schadzki w wynajmowanych gabinecikach. Były też bufety, ale o bardzo wygórowanych cenach, bo miejscowi restauratorzy i cukiernicy musieli się wysoko opłacać ?antreprenerowi?, który organizował reduty w wynajętym pałacu. Nie każdego już było stać na bufet; wystarczyło mu, że wydał 9 złotych na bilet wejścia". Towarzystwo było mocno wymieszane, twarze ukrywano pod maskami. Bale karnawałowe w Resursie Kupieckiej przy Senatorskiej gromadziły po 600 osób, nieco mniej liczne były te w Resursie Obywatelskiej na Krakowskim Przedmieściu, ale już w sali magistratu na placu Teatralnym mogło się pomieścić aż 2 tys. imprezowiczów. "Często ?balowano" pod pozorem wspomożenia biednych na tzw. balach filantropijnych. Bolesław Prus bardzo wykpiwał ten obyczaj: ?Niewątpliwą dobroczynność naszego miasta - pisał w kronice z 1880 roku - w pewnych wypadkach przedstawić by można takim sposobem: Niewiasta piękna - décoletée w stopniu wyższym. Włosy nieco nadwyrężone i przysypane pudrem. Suknia za rs. 120, zmiętoszona i oberwana. Dama ta, zmęczywszy się w tańcu za rs. 10 i straciwszy na ubiór, karetę, bukiet, trzewiczki itd. około rs. 200, zapracowała dla ubogich grosz, który im ofiarowuje?". "?Bale filantropijne" usypiały sumienia, że coś się robi na rzecz ubogich" - kwituje Stanisław Milewski. *** *** NASI PRZODKOWIE LUBILI SIĘ BAWIĆ. Bal dobroczynny Towarzystwa Pomocy Ociemniałym "Latarnia", bal na rzecz Czerwonego Krzyża, bal Instytutu Propagandy Sztuki w Warszawie, Bal Prasy Sportowej, Bal Polskiego Jedwabiu, bale w rezydencjach dyplomatów, bale prywatne... Okazji nie brakowało. Na Balu Polskiego Jedwabiu w 1929 roku prezydentowa Mościcka i inne panie wystąpiły w kreacjach z polskiego jedwabiu. "Wieziony w tryumfie wjeżdża olbrzymi oprzęd jedwabniczy, wyskakuje z niego zgrabna panna przebrana za motyla (motyl niewątpliwie polski) i ofiarowuje pani Prezydentowej, jako protektorce polskiego jedwabnictwa, piękny bukiet kwiatów" - donosiła prasa. Nigdzie jednak emocje nie były tak wielkie jak na ekskluzywnych balach mody - organizowanych aż do 1939 roku - w salonach Hotelu Europejskiego, na których "nic nie jest za piękne i za kosztowne dla tych, co bawią się w karnawale". Wybierano tam Królową i Króla Mody, co szczegółowo komentowała prasa. W 1929 roku w szranki stanęły: aktorki Zula Pogorzelska (w różowo-niebieskiej krynolinie) i Hanka Ordonówna ("zakuta w sztywną srebrną lamę, jak rycerz średniowieczny w stal"). "Najbardziej gorączkują się firmy. Taka Królowa Mody to przecież tajemnica powodzenia, niewyczerpane źródło dochodów. Nieliczni cierpliwi doczekali rannej godziny, w której królowa roku 1928, pani Maria Balcerkiewiczówna, włożyła swój diadem na chłopięcą główkę pani Pogorzelskiej, obranej królową na rok 1929" - pisał "Teatr i Życie Wytworne". W następnych latach kilka razy z rzędu tytuł ten przypadał aktorce Verze Bobrowskiej, a także Marii Bogdzie, a w 1937 roku - Ninie Andrycz. Ale nie tylko znane z kabaretów, teatru i filmu panie zdobywały owo zaszczytne miano. Na początku lat 30. przyznano je Eugenii Wachowiczowej, współwłaścicielce słynnej warszawskiej restauracji U Wróbla i innych lokali gastronomicznych, która pod względem elegancji rywalizowała nawet z ambasadorową Włoch, panią Tomassini. Wśród panów Królami Mody zostawali m.in. dwaj przystojniacy - słynny konferansjer teatrzyku Qui Pro Quo Fryderyk Jarossy oraz pisarz i poeta Jarosław Iwaszkiewicz. *** *** PRZED KARNAWAŁEM NAJWIĘKSZE WARSZAWSKIE DOMY MODY PRZEŻYWAŁY OBLĘŻENIE. Popularnością, wielkością, jakością towarów, ale też wysokimi cenami - wszystkie przebijał istniejący do lat 30. XX w. dom mody Bogusława Hersego, nazywany przez Stefanię Grodzieńską "takim naszym polskim Diorem". Od początku naszego wieku mieścił się we własnej kamienicy u zbiegu Marszałkowskiej i Erywańskiej (dziś Kredytowej). Na stroje stać było tylko nielicznych - dość wspomnieć, że jedną ze stałych klientek była Hanka Ordonówna. Anna Sieradzka w "Modzie w przedwojennej Polsce" przywołuje wspomnienia Zofii z Grabskich Kirkor-Kiedroniowej, żony Józefa Kirkor-Kiedronia, ministra przemysłu i handlu w latach 1923-25: "Wbrew swym zasadom oszczędnościowym mąż skosztował się na suknię od Hersego, ale to się opłaciło. Bo w zimie służyła mi ona - po odpowiedniej przeróbce - na wszystkie bale, rauty i obiady proszone (wieczorne). Nie wstydziłam się tego, że żona ministra przemysłu i handlu ma tylko jedną reprezentacyjną toaletę ani że jeździ wraz z mężem starym, rozklekotanym autem. Ministrowie, premier, także i prezydent zachowywali wówczas wielką oszczędność (...)". Domów mody w Warszawie było wiele, ale z Hersem niewiele mogło konkurować. Te, których nie było stać na suknie od Hersego, zadowalały się ofertą braci Jabłkowskich. Polki uwielbiały być modne, ale zawsze pozostawały praktyczne - w pismach rozpisywano się o tym, jak jedną elegancką suknię można przysposobić na rozmaite okazje. W drugiej połowie lat 20. modne panie zakładały prostą suknię-koszulkę z głębokim dekoltem na plecach. "Suknia taka miała być dostosowana do ówczesnych modnych tańców - charlestona, shimmy, fokstrota - wymagających szybkich, energicznych, niemal akrobatycznych ruchów, toteż często pojawiały się w niej boczne rozcięcia u dołu spódnicy" - pisze Anna Sieradzka. Tkaniny musiały błyszczeć, na balu należało być widoczną. Nie dość, że używano połyskliwych tkanin, to dodatkowo wyszywano je koralikami i złotymi nićmi. Buty miały być wygodne - podobnie jak te na co dzień - na niewielkim obcasie, z paskiem zapinanym na klamerkę. Często były z tej samej tkaniny co suknia. Torebki obowiązywały niewielkie, przypominały woreczki, a często zastępowano je metalowym niewielkim kompaktem zawieszonym na sznureczku, który mógł pomieścić szminkę i lusterko. Kobiety zakładały długie sznury pereł i bransolety, nie zapominały o kolczykach podkreślających obowiązującą wówczas fryzurę chłopczycy. W latach 30. powróciły długie suknie. Ich gorącym zwolennikiem okazał się malarz Stefan Norblin, który w 1930 roku w czasopiśmie "Świat" opublikował wypowiedź "O długiej sukni słów kilka": "Nareszcie doczekaliśmy się powrotu długiej sukni i z radością widzimy, jak kroczy tryumfalnie połyskująca wszystkiemi barwami tęczy i aniliny długa, powłóczysta, falująca i jak roztacza wkoło urok swej kobiecości. Jak uwodzi harmonją linii, miękkością każdego ruchu, gracją każdej pozy. Jak w delikatnym uścisku spowija biodra i jak wstydliwym ruchem zakrywa w bajecznych fałdach skarb kobiecych nóg. Skończyło się królowanie odkrytych po pas nóg. Długa suknia wraca im ich dawny tajemniczy urok. Dosyć mamy tych obnażonych kończyn i dawno zblazowaliśmy się ich zbyt częstym widokiem. Żadnemu pokoleniu męskiemu od czasów jaskiniowca nie było danem oglądać w swem życiu tyle nóg kobiecych, ile myśmy musieli się naoglądać przez ostatnie kilka lat". W latach 30. toalety balowe zdominowały dwa modele - obcisłe, krojone ze skosów suknie o wężowej linii, naśladujące filmowe kreacje gwiazd Hollywood. Czasem z fantazyjnymi rozcięciami i drapowaniami oraz niewielkim trenem. Szyto je ze lśniących tkanin - srebrnych i złotych lam, błyszczących jedwabi lub z matowej tkaniny ozdobionej dżetami. Drugi typ to krynolinki o gładkiej górze i szerokich, naszytych falbankami spódnicach, wykonane z lekkiego tiulu, szyfonu lub koronki. W toaletach wieczorowych przeważały jasne, pastelowe barwy. Początkowo miały one dość duże dekolty i odsłaniały ramiona, w drugiej połowie lat 30. zaś były bardziej zabudowane od góry, za to zyskały mocno poszerzone na ramionach rękawy. *** *** ŚCIANY WYŁOŻONE OGROMNYMI LUSTRAMI, okazały żyrandol, balkon dla orkiestry, zawsze buduar dla pań - sale balowe musiały być na najwyższym poziomie. "W pierwszym dziesięcioleciu Drugiej Rzeczpospolitej bale odbywały się jeszcze według dziewiętnastowiecznego scenariusza. Zawsze zaczynały się polonezem, a pierwsze pary tworzyli najznakomitsi goście. Panie przy wejściu otrzymywały specjalne karnety, w których panowie zapisywali się na kolejne tańce. Zabawą kierował wodzirej - na lewym ramieniu fraka nosił przypięte długie, kolorowe wstążki" - piszą Maja i Jan Łozińscy w "Balach i bankietach Drugiej Rzeczpospolitej". Bale kończyły się zwykle nad ranem, bywało, że i o godz. 8, zawsze mazurem. Z czasem na parkietach, zwłaszcza tych dansingowych, zaczęły królować nowsze tańce - one-step, charleston, shimmy, lambeth-walk. Dalekie były od dostojności poloneza, swobodne, rytmiczne, nie mogły wzbudzać aplauzu, zwłaszcza dostojnych matron. "Przy kotylionie widok zgrabnych, ładnych panien w jasnokolorowych prostolinijnych sukniach balowych, wywijających w trakcie śpiewanych walców, był uroczy i miły, ale dźwięki fokstrotów i one-stepów, które zawsze przeważały, stały się a la longue wprost zmorą, zwłaszcza jak feta przeciągała się do rana! Lubiłam też patrzeć na mazura, choć mało kto, zwłaszcza wśród tancerzy, umiał tańczyć jak za naszych dawnych czasów, chyba że przypadkiem zjawił się ktoś ze starej gwardii, Zamoyski lub stary Józef Plater!" - zżymała się jedna z nich. U Marii ze Zdziechowskich Sapieżyny czytamy, że najpiękniejszą tańczącą parą była Tilly Ciechanowiecka (matka Andrzeja, profesora i znawcy sztuki) z Adamem Zamoyskim z Wysocka, a mazura najlepiej tańczyła księżna Czetwertyńska. Jednak bale nie zawsze wzbudzały zachwyt. Sportsmenka, rzeźbiarka i malarka Maria Ginter, wówczas 17-letnia, o uciechach karnawału 1939 roku pisała: "Nikogo nie znamy. Jest nudno i sztywno. Siedzimy z rodzicami. Trzeba tańczyć z jakimiś wyrafinowanymi lalusiami, których dopiero co się poznało. Starsze panie obserwują przez lornetki. Trzeba trzymać się prosto, nie gestykulować, nie biegać, nie mówić głośno i w ogóle zachowywać się ?z gracją i dystynkcją?, jak przystoi dobrze wychowanej dorosłej pannie. Mamusia mówi, że mam ruchy jak młody źrebak i że pasuję lepiej do stajni niż do salonu. Cóż dziwnego? Przecież tam spędzam najwięcej czasu". Plotkowano o dorocznych balach studentów Szkoły Sztuk Pięknych. Liczył się pomysł na strój, nikt nie żałował sobie trunków, zabawa nie miała hamulców. Strój miał zaskoczyć, ale też zaszokować. "Obmyśliłem sobie kostium ?poławiacza pereł?. Wanda Telakowska opowiada, że byłem całkiem nagi, ale to jest nieprawda, miałem tylko obnażone ramiona. A zresztą wszystko było przykryte gęstą siatką pereł" - obruszał się na krytykę swojego stroju Jarosław Iwaszkiewicz. Pod koniec karnawału zmęczone bywaniem warszawskie elity uciekały do Zakopanego. Magazyn "Teatr i Życie Wytworne" zdradzał: "Umiejętność posługiwania się nartami w Zakopanem nie obowiązuje, natomiast należy nosić strój super-sport oraz narty, jeśli nie na nogach, to przynajmniej na ramieniu". Sezon zimowy zamykał bal prasy w sali zakopiańskiego pensjonatu Bristol organizowany przez koncern prasowy Mariana Dąbrowskiego, wydawcy "Ilustrowanego Kuriera Codziennego". Jarosław Iwaszkiewicz pisał: "Nie tylko powietrze gór upajało, ilości alkoholu, jakie się w Zakopanem normalnie zużywało, przechodziły moje skromne możliwości". ---------- Przy pisaniu korzystałam m.in. z książek: "Intymne życie niegdysiejszej Warszawy" Stanisława Milewskiego, Iskry; "Życie codzienne arystokracji" Mai i Jana Łozińskich, PWN; "Bale i bankiety Drugiej Rzeczpospolitej" Mai i Jana Łozińskich, Prószyński i S-ka; "Moda w przedwojennej Polsce" Anny Sieradzkiej, PWN CO PODAĆ DO STOŁU? MAJONEZ! CO PODAĆ DO STOŁU? MAJONEZ! Radzi Maria Ochorowicz-Monatowa: "Na licznych balach i zebraniach często dla braku miejsca nie podaje się wcale gorącej kolacji, lecz zastawia bufet zaopatrzony w najrozmaitsze zakąski, zimne potrawy, sałaty, kompoty i torty. (...) Oprócz zimnych zakąsek (...) można ustawić na półmiskach ładnie przybrane i pokrajane następujące potrawy: majonez z ryb, majonez z homarów, majonez z drobiu, majonez z ozora, auszpik z pasztetu, auszpik z ryb, auszpik z drobiu, auszpik z ozora i cielęciny, auszpik z wątróbki i mózgów, auszpik z prosięcia, pasztet ze zwierzyny, pasztet z wątróbek gęsich w auszpiku, chaud froid z kwiczołów, salmis z bekasów i kuropatw, mus z zająca, szynka, ozory, galantyna z drobiu, galantyna z prosięcia, fałszywy łosoś z cielęciny, seefish z cielęciny, sztufada z pieczeni cielęcej, głowa faszerowana z dzika, forszmak ma zimno, roastbeef po angielsku, indyk na zimno, zając na zimno z farszem, udziec sarni, sałata zielona, sałata z pomidorów, sałata japońska, sałata majonezowa, sałata zimowa mieszana, sos tatarski, sos majonezowy Remoulade, sos musztardowy, torty w różnych gatunkach, wódki, likiery, koniaki, piwo i wino". "Żadnemu pokoleniu męskiemu od czasów jaskiniowca nie było danem oglądać w swem życiu tyle nóg kobiecych, ile myśmy musieli się naoglądać" - o karnawałowych kreacjach w 1930 roku pisał malarz Stefan Norblin

  • Wesoło i czasem goło

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra NATALIA WALOCH-MATLAKIEWICZ 18-12-2014

    1. 2. 3. 4. 5. 6. 7. 8. Żywiołowo, z wyobraźnią i wyuzdaniem, religijnie i zupełnie świecko. Raz w roku świat bawi się, jakby nie było jutra

  • Kto ci napisze scenariusz na życie?

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra ROZMAWIAŁA BOŻENA AKSAMIT 18-12-2014

    ---------- Z LESZKIEM MELLIBRUDĄ * rozmawia BOŻENA AKSAMIT ---------- Czy podsumowania mają sens? - W komunikacji podsumowanie uważa się za jeden z podstawowych sposobów zarządzania rozmową. Powinno się je robić po kwadransie. Ma służyć uświadomieniu sobie, dokąd doszliśmy, co ustaliliśmy i co jest jeszcze do zrobienia. Sądzi się, że osoba, która dokonuje podsumowania, kieruje rozmową. A te, które pod koniec roku nie dają nam spać po nocach? - Podsumowania - miesięczne, kwartalne, roczne - są narzędziem porządkowania przeszłości i budowania przyszłości. Wskazują kierunki. Porządkują nasze zachowania i przemyślenia. Ich pisanie ma głęboki sens, niezależnie od tego, czy obejmują tydzień czy pół roku. Mają związek z religią? Wielu katolików składa przyrzeczenia podczas Wielkiego Postu. - Nie wiązałbym tego z religią, raczej z rytuałem. Religia, jako część kultury tworzącej tożsamość społeczną, wprowadzała pewne narzędzia. Pacierz to nic innego jak codzienne wieczorne podsumowanie dnia. Z psychologicznego punktu widzenia to fantastyczne rozwiązanie, szczególnie w obecnych czasach chaosu i turbulencji. Dzisiaj dla większości ludzi to abstrakcja - opowiedzenie każdego wieczoru, co się stało tego dnia - dobrego i złego - i co z tego wynika na jutro. Czyli pochwala pan pacierz. - To bardzo dobry rytuał, który przez pośpiech i pęd staje się marginalny. Wiąże się to w dużym stopniu z zanikiem autodyscypliny. Podsumowanie wymaga dyscypliny, a wielu z nas ma z tym kłopot. Teraz ludzie raczej odwołują się do symboli większej rangi, konkretniejszych rozmiarów - jak Nowy Rok albo Wielki Post. Łatwiej nam dyscyplinować się do rzeczy, które są źródłem przyjemności albo podporządkowane są promowanym w świecie wartościom, obecnie taką jest np. zdrowie. Łatwiej codziennie jeździć na rowerze albo biegać, niż zdobyć się na 10 minut refleksji nad dniem. Noworoczne przyrzeczenia składamy chętnie. Będziemy się ruszać, rzucimy palenie, zmienimy pracę, bo toksyczny szef zatruwa nam życie. - Koniec roku, który wiąże się z przełomowym momentem - oczywiście magicznym, bo czym się różni 31 grudnia od 1 marca? - bardziej sprzyja podsumowaniom czy składaniu obietnic. Zwykle to działania o charakterze symbolicznym, bo wiadomo, że 70 proc. tych przyrzeczeń nie jest realizowanych i już w okolicy lutego, marca o nich zapominamy. Często składamy obietnice nie po to, by je spełnić, ale by kogoś - lub siebie - uspokoić. Może nie warto ich robić? Po co się frustrować? - Znam małżeństwo, które w sytuacjach szczególnie trudnych dokonuje bilansu życiowego. Analizują przeszłość, odpowiadając sobie na pytanie - co z tych rzeczy, które zrobili w ciągu ostatnich kilku tygodni lub miesięcy, służyło ich marzeniom. Marzeniom? - Tak, odpowiadają, co z tego, co zrobili, pomaga w ich realizacji, a co nie ma z nimi żadnego związku, i wtedy zastanawiają się, dlaczego robią rzeczy, które ich oddalają od marzeń. Po jednym z takich podsumowań przyjaciel uznał, że to, co robi, nijak się ma do tego, co by chciał robić, i że te same pieniądze może zarobić inaczej, choć będzie to wymagało trochę więcej wysiłku. Zrezygnował z pracy na uczelni. Ważne jest, żeby plany były wyraźnie zdefiniowane, i to w miarę szczegółowo, bo podsumowanie nie może być wyłącznie źródłem ogólnych pomysłów na przyszłość. Trzeba być konkretnym. Czasami do bólu i znudzenia. Przede wszystkim trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: czego ja chcę? - Tak, ale to także kwestia woli i wiary. Woli, by zrobić coś nowego, i wiary, że ta zmiana przyczyni się do poprawy jakości życia. Wiele osób, żyjąc w kieracie codzienności, nie wie, czego chce - poza pieniędzmi - od siebie lub życia. Stąd albo rutyna, albo życiowy chaos. A chodzi o pewien rodzaj programowania zmian w życiu. Podsumowanie jest pierwszym krokiem, bo nie można zmienić życia, jeśli się nie wie, co jest w nim do zmiany. A wola, by coś zmienić, osadza się na motywacji czy raczej automotywacji, której nam często po prostu brakuje. Taki podsumowująco-planujący człowiek nie przypomina panu robota? Gdzie miejsce na wolność, pójście na żywioł, "jakoś to będzie"? - Antoni Kępiński, mój profesor psychiatrii, zawsze mówił, że pełna wolność i pełen chaos to jest choroba psychiczna. Ludzie bez ram - które wprowadzają sobie sami lub robią to za nich inni - gubią się i rozlatują psychicznie. Niszczą siebie. Zatem programuję zmiany w życiu. Mogę zrobić to w myślach, zapisać lub komuś opowiedzieć. Forma jest istotna? - Tak. To, co zostało tylko "pomyślane", ma o połowę mniejsze znaczenie niż zapisane na kartce. Myśli zapisane mają też większą rangę niż słowa powiedziane drugiej osobie. Wiąże się to z działaniem naszego mózgu, a szczególnie pamięci. Badania pokazują, że ludzka pamięć jest głęboko zawodna, a nawet, że modyfikuje się zależnie od okoliczności. Jeśli pani zobowiązała się do czegoś tylko w myślach, pani mózg może "odtworzyć" to w zmodyfikowanej formie. Generalnie mózg chodzi na skróty, więc umysł pomoże nam znaleźć wytłumaczenie, dlaczego nam nie wyszło i czemu nasz plan wcale nie był taki ważny. Co daje zapisanie na kartce? - Zupełnie inne obszary mózgu biorą udział w analizie tego, co myślimy, a inne analizują treści czytane. Nasz mózg przetwarza równocześnie około 8 mln impulsów, wykonując w każdej sekundzie ponad 2 tys. różnych operacji. Szlaki wzrokowe są kilkunastokrotnie "szersze" od wszystkich innych narządów percepcji, są jakby uprzywilejowane. Warto to wykorzystać. Czy sposób zapisania ma znaczenie? - Nie ma znaczenia, czy to będzie kartka czy monitor komputera lub tabletu. Znaczenie jednak ma sposób zapisu - osoby, które zapisują swoje plany czy podsumowania, powinny robić to jak najbardziej konkretnie. Precyzyjnie należy określać czas, zadania czy kolejne kroki. Przez dwa tygodnie będę robił pięć przysiadów, następne dwa - dziesięć itd.? - Na tym właśnie polega budowanie scenariusza zmian. Życie według scenariusza? - Wszyscy żyjemy według jakichś scenariuszy, pytanie tylko, kto je nam pisze. Jeżeli pani mąż wprowadził do rodzinnego planu godzinny spacer każdego wieczoru, to może pani w tym uczestniczyć lub nie. Ważne jest autorstwo takiego scenariusza? Czy swoje realizujemy chętniej niż cudze? - Ważniejsze jest, czy chcemy taki scenariusz realizować. Rosną całe pokolenia, które mają dużą łatwość wpisywania się w cudze scenariusze. Im młodsze pokolenie, tym chętniej korzysta ze scenariuszy. Dostarcza je im świat wirtualny i ich moc rażenia jest olbrzymia. Jeżeli skrzyknięcie się 100 czy 200 tys. osób za pomocą internetu zabiera 48 godzin, to pokazuje to, że ludzie potrafią znaleźć czas, energię - co więcej, uzasadnienie - aby uznać taki plan za swój. Niektórzy z młodych uczeni są pisania własnych scenariuszy, np. w biurach karier działających przy uniwersytetach, gdzie uczy się absolwentów modelowania własnej kariery. Na czym polega taki scenariusz? - Zanim powstanie, formułuje się definicję drogowskazów życiowych, czyli: dokąd zmierzasz, co jest dla ciebie karierą dzisiaj, a co będzie jutro. Taki scenariusz zakłada, że plany są po to, aby je zmieniać, więc obejmuje także zmiany i rozłożenie ich w czasie. W planowaniu przyszłości zawsze jest element podsumowania przeszłości, ale robiony w kontekście tego, co chcemy robić w przyszłości. Marzeniem wielu, nie tylko młodych, są pieniądze. - To nie jest źle, bo mają konkretny powód do tworzenia scenariusza. Wskazówką w budowaniu takich scenariuszy jest zasada "trójnoga działań". Najczęściej, gdy chcemy coś zmienić, zastanawiamy się, co możemy zrobić nowego. Owszem, jest to ważne, ale stanowi tylko pierwszą z trzech nóg. Kolejny element "trójnoga" polega na wyłuskaniu z przeszłości działań, które były szkodliwe, czyli uświadomienie sobie, czego nie należy robić. Czasami rzeczy, których należy unikać, są ważniejsze od nowych pomysłów. Trzecim elementem jest wybranie ludzi, działań i zachowań nam sprzyjających. To jest obszar, którego nie chcemy i nie powinniśmy zmieniać. A co z szukaniem autorytetów? Porozmawianiem z kimś mądrym, doświadczonym życiowo? - Żyjemy w trudnych czasach - rodzice i pokolenia dojrzałych ludzi nie są w stanie nam pomóc, bo żyli i kształtowali się w innej rzeczywistości. Obecnie autorytet jest coraz częściej zastępowany przez różne technologie. Na naszych oczach powstaje nowa forma autorytetu - Instant. Wielu seniorów to zjawisko traktuje z lekceważeniem. A to jednak błąd. Słuchanie mędrca z długą, siwą brodą nie jest dobrym pomysłem? - Coraz więcej dowodów wskazuje na to, że ludzie nie uczą się na własnych błędach, co więcej, nie uczą się też na własnym doświadczeniu. Czyli nieprawdą jest, że bardziej doświadczeni są mądrzejsi. Nasza psychika powstrzymuje nas przed wyciąganiem konstruktywnych wniosków z własnych błędów. Wręcz przeciwnie, chętnie powtarzamy te same, nie przyznając się, że już nam się to zdarzyło. Nawyk jest silniejszy? - Mamy kłopoty z przenoszeniem analogii z naszych doświadczeń do bieżących zdarzeń. Nawykowo porównujemy się z innymi, również w przypadku błędów, i szybko dochodzimy do wniosku, że "innym" zdarzają się nawet poważniejsze "wpadki" - i to częściej niż nam! - albo że nasze błędy są niczym w porównaniu z błędami "innych". Taki nawykowy "cykl neutralizacji" własnych błędów powoduje, że zamiast się na nich uczyć, odruchowo usprawiedliwiamy się przed sobą, co daje spokój i lepsze samopoczucie, lecz zabija energię potrzebną do zmian i autokorekty. A znowu mówienie innym o ich błędach wprost, nazywając je po imieniu, jest mało efektywne. Bardziej pouczające jest, kiedy ludzie zobaczą inne osoby popełniające podobne błędy. Wówczas mają szansę przekroczyć granicę zrutynizowanego myślenia o sobie i innych. Uczymy się tylko na cudzych błędach? - Na swoich też, ale nie jest to łatwe. Istnieją trzy źródła autokorekty własnych błędów: 1. Konsekwencje - często modyfikują nasze zachowanie, lecz nie zawsze zmieniają nasze myślenie o błędach. Dlatego konsekwencje działają doraźnie na zmianę zachowania, ale w dłuższym przedziale czasu nie mają siły motywującej do utrwalania zmian. 2. Opinie i reakcje innych ludzi - często bardziej i głębiej bierzemy sobie do serca potrzebę zmiany, gdy spotkamy się z reprymendą lub negatywną oceną. Bliscy i osoby podobne do nas - pod różnym względem, np. statusu, prestiżu - mają dwukrotnie większe szanse na zmienienie naszego zachowania. 3. Autorefleksja - czasem jest związana z przeżywanymi emocjami: "wstydziłem się", "złościłem" czy "bałem". Może stać się krytyczną masą, która spowoduje, że zmienimy swoje zachowanie, wyciągniemy skuteczne, krytyczne wnioski. Które z tych źródeł motywacyjnych jest najważniejsze? - Najistotniejsze jest to, co pochodzi z naszej autorefleksji, ale większość ludzi jej unika. Ciężko nam się zatrzymać i dokonać analizy. To jest przykre, więc nie chcemy się koncentrować na nieprzyjemnych momentach, a błędy się z tym wiążą. Dlatego łatwiej jest nam myśleć w kategoriach: co muszę zrobić, żeby znajomi, przełożeni czy bliscy następnym razem nie pokazywali mi, że coś źle zrobiłem, żebym nie wychodził na jełopa. Łatwiej też jest nam myśleć, że musimy coś zrobić, aby uniknąć konsekwencji. Refleksja każe nam się przyznać, że czegoś nie zrobiliśmy właściwie. W zarządzaniu istnieje zasada lustra, czyli jeśli pojawiają się kłopoty i trudności, to menedżer podchodzi do zwierciadła i patrząc w swoje odbicie, zastanawia się: "Czego nie zrobiłem, a mogłem? Co wykonałem źle?". A jak jest wszystko dobrze, to podchodzi do okna i mówi: "Dziękuję wam bardzo". My często uciekamy do okna i mówimy: "Nie wyszło nam, bo inni, bo okoliczności, bo...". Można się tego oduczyć? - Trzeba być gotowym na zmiany. Powinienem spojrzeć na siebie z różnych perspektyw, nie tylko jednej - własnej. Spytać innych, co sądzą o moich działaniach, zachowaniu - konkretnych, a nie ogólnie o mnie jako osobie. W praktyce najczęściej ludzie krytykują innych, a nie ich zachowania. To jest najważniejszą przeszkodą w zmianie, bo gdy ktoś ocenia nas samych - a nie nasze zachowania czy reakcje - to pojawia się naturalny mechanizm obronny, który wypiera nawet słuszną treść na rzecz podtrzymywania dobrego mniemania o sobie. Rzadko kto jest w stanie rozpoznać ten mechanizm u siebie i potrafi powstrzymać jego działanie. Czasami można skorzystać z perspektywy całkowicie abstrakcyjnej - co na mój temat myśli mój pies albo kot. To pozwoli spojrzeć nam na siebie z zupełnie innego pułapu: obowiązków czy troskliwości. Takie podejście wymaga odwagi, otwartości, wyjścia ze schematów i z rutyny. Kolejnym warunkiem uczenia się na własnych błędach jest gotowość do zmierzenia się z nimi, przyjrzenia się im "prosto w oczy". Są tacy, którzy uważają, że skoro nie uczymy się na błędach, to powinniśmy skupić się tylko na przyszłości. Działać, a nie zajmować się analizowaniem przeszłości. To też jest droga, ale przy założeniu, że będziemy kierować się realiami i uwzględniać różne "społeczne zwierciadła", w których "odbijają się" nasze zachowania. Czy każda osoba może być naszym "zwierciadłem"? Czy opinie wszystkich są równie ważne? Czasem trzeba oddalić się od opinii innych ludzi, szczególnie osób z naszej dawnej przeszłości lub takich, które nazywamy "toksycznymi". Pierwsi zostali w pewnym sensie porzuceni, więc mało kto nie będzie odczuwał zazdrości, żalu, a może nawet gniewu - i nie ma co liczyć, że te emocje nie przesłonią ich osądu. Toksyczni często mają skłonność do manipulacji albo mają na tyle duże problemy ze sobą, że lepiej w ogóle ich unikać, a co dopiero "przeglądać" się w nich. Można odciąć przeszłość grubą kreską? - Niektórzy potrafią odgrodzić się od przeszłości i pójść nową ścieżką. Sporo ludzi praktykuje jogę - chodzi mi o system filozoficzny, a nie popularne ćwiczenia rozciągające. Dla wielu to sposób na oderwanie się od siebie, od swojej przeszłości. Uczą się nowych sposobów bycia, myślenia, pojawiają się nowe wartości. Do tego trzeba jednak silnej wiary i determinacji. Najważniejsze jest jednak przekonanie, że człowiek potrafi się zmieniać, a wszystkie przysłowia typu "starych drzew się nie przesadza" albo "osobowości nie można zmienić" to fikcja. A pan sądzi, że możemy się zmienić? - Tak. Człowiek może zmienić siebie i swoje życie. Dziś widać szczególnie dużo przykładów transgresji międzygeneracyjnej. Coraz więcej jest dowodów na to, że wymiar biologiczny, wiek człowieka, nie warunkuje stylu życia. Ludzie lubią wędrować między generacjami w różne strony. Są oczywiście tacy, którzy żyją wedle tradycyjnych scenariuszy, jakie napisała dla nich kultura, która odchodzi już do lamusa - i tacy, którzy, gdy kończą 55 lat, to zajmują się głównie "przeżuwaniem" życia i szykują się do odejścia. Ale spotykamy coraz więcej 70-latków, którzy są o kilka generacji młodsi - potrafią dbać o siebie i swoje zdrowie, wciąż coś robią, zajmują się czymś nowym. Jednak część z nas patrzy z niesmakiem na takich "czerstwych dziadków" czy "dzidzie-piernik". - Do dzisiaj się spieram z twórczynią pojęcia "dzidzia-piernik" Hanią Bakułą, czy nie jest to określenie zbyt krzywdzące. Hania ma ostre spojrzenie, jest malarką. Pojęcia te mówią o sztywności postaw i poglądów, i moim zdaniem takim osobom brakuje wyobraźni, co by się stało, gdyby przekroczyły sztywne ramy swojego myślenia i zachowania. Albo są tak w nich "przetresowane", że to, co robią i jak żyją, wydaje im się jedyne i właściwe - dla wieku, płci czy statusu. Mogą też być stale wzmacniane w tych swoich poglądach przez otoczenie, ludzi równie sztywnych jak oni. W związku z tym sztywniacy czują się świetnie w towarzystwie sztywniaków, a dla takich większość rzeczy, o czym mówimy, czyli zmiana i rozwój, to abstrakcja. Tacy ludzie o tym nie myślą, bo są zbyt zajęci utrzymaniem na co dzień swojego sztywniactwa. ---------- * DR LESZEK MELLIBRUDA - specjalizuje się w psychologii biznesu,były wykładowca Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Autor 80 publikacji naukowych i ponad 250 publikacji popularnonaukowych Jeśli jestem gotowy na zmiany, to powinienem spojrzeć na siebie z różnych perspektyw. Spytać innych, co o mnie sądzą. Albo skorzystać z perspektywy całkowicie abstrakcyjnej i zapytać siebie: co o mnie myśli mój kot?

  • SIADAJ!

    [ QOB RP ] - Wysokie Obcasy Extra NATALIA WALOCH-MATLAKIEWICZ 18-12-2014

    Najpopularniejsza polska pisarka to wcale nie Katarzyna Grochola, ale Beata Pawlikowska. Dziennikarka i podróżniczka, która napisała 61 książek. Po całej serii podróżniczej teraz woli wydawać poradniki - dotąd napisała ich 26 - o tym, jak odnaleźć szczęście, miłość, samego siebie oraz idealnie ekologiczną kaszę jaglaną. Żebyśmy nie myśleli, że życiową mądrość odnalazła w Przasnyszu, na okładkach pozuje w kolorowych hinduskich strojach. Elizabeth Gilbert w roczną podróż po Włoszech, Indiach i Indonezji wyjechała zdruzgotana rozwodem i zagubiona. Wróciła jak po duchowym liftingu, z nowym mężczyzną u boku, i napisała o tym książkę "Jedz, módl się, kochaj", która od razu trafiła na listę bestsellerów "New York Timesa", na której pozostała przez kolejnych 200 tygodni. Książka - przetłumaczono ją na 30 języków z chińskim włącznie - rozeszła się w 100 mln egzemplarzy. Iluzja, że gdzieś indziej jest recepta na dobre, pełne, szczęśliwe życie, sprzedaje się dziś lepiej niż miłość na rozlewisku, perwersje pana Greya czy zagadkowe morderstwa, nad którymi pochyla się detektyw z kacem. Każdy ma przynajmniej jednego znajomego, który przemieszcza się po świecie - wolny jak ptak dzięki pracy w korporacji lub pieniądzom rodziców. To ukłucie pod mostkiem, które czujesz, oglądając jego zdjęcia spod drapacza chmur w Kuala Lumpur czy z plaży w Jimbaran, to nie prosta zazdrość, lecz tęsknota za tym, by uciec gdzieś, gdzie życie będzie nasycone kolorami jak fotki z Instagramu, a nie wyblakłe jak odbitka z kliszy ORWO. Czy jedziemy na trekking w Himalaje, czy na samotny wypad w zaułki Marrakeszu, tak naprawdę próbujemy dotrzeć do krainy Gdzie Indziej, tej współczesnej Nibylandii, która obiecuje nam wszystko, czego nie ma Tutaj. Gdzie indziej jest odpowiedź na pytanie, czego naprawdę chcemy. Gdzie indziej przyjdą lepsze pomysły na ten projekt, ten biznes, tę powieść, które wciąż nie mogą się urzeczywistnić. Gdzie indziej z pewnością moglibyśmy być lepszą wersją siebie samych. *** *** PRZEKONANIE, ŻE PODRÓŻ MOŻE ODMIENIĆ ŻYCIE, JEST DOŚĆ MŁODE, bo możliwość podróżowania zdemokratyzowała się stosunkowo niedawno. Jeszcze w XIX w. większość ludzi na Ziemi mogła przemieścić się na tyle, na ile starczyło sił we własnych nogach. Google Maps oblicza, że 200 km z mojego domu w Toruniu do redakcji "WOE" w Warszawie pokonałabym po 43 godzinach wędrówki. Od XVII w. co zamożniejsi Europejczycy mieli do dyspozycji dyliżans - jeździł z prędkością 18 km na godzinę, co oznacza, że wspomniany dystans przebyłabym w 11 godzin. Gdybym jechała nieprzerwanie, co było niemożliwe, bo co 50 km należało zmienić konie w zaprzęgu. Przełomem był parowóz. Panny mdlały od zawrotnej prędkości 40 km na godzinę, a wraz ze świstem lokomotyw kraje i krainy zaczęły się jakby kurczyć. Przez wieki podróżowaniu dla zaspokojenia ciekawości oddawali się tylko skrajni ekscentrycy pokroju Herodota czy Marco Polo. Jeździli, by sprawdzić, czy prawdą jest to, co pisano na brzegach starych map: że dalej żyją już tylko smoki. Jeździli po know-how: sprawdzić, jak gdzie indziej prowadzi się wojny, co jedzą i w co wierzą inni. Często odkrywali, że życie wszędzie jest takie samo, choć ludzie różnych narodów i plemion inaczej się ubierają i mówią innymi językami. Dla większej części ludzkości przemieszczanie się było przykrą uciążliwością, na którą nikt się sam nie skazywał. Podróżowali niewolnicy wysyłani statkami do nowych panów, żołnierze pędzeni kaprysami królów na wojny, biedacy szukający najemnej pracy. Garstkę podróżników stanowili pielgrzymi, dla których trud drogi był umartwianiem się za grzechy. Szczęśliwy był ten, kogo życie nie zmuszało do ruszania się ze swojego kąta. Z czasem ludzie coraz powszechniej zaczęli żywić przekonanie, że podróże kształcą (mój ojciec dopowiada zawsze, że tylko wykształconych), i zaczęli się przemieszczać coraz częściej i liczniej. Najpierw tylko zamożni arystokraci i mieszczanie z orszakami służby i piramidami kufrów, potem też biedniejsi. Wreszcie w zasadzie wszyscy zaczęli marzyć o tym, by zobaczyć, co się dzieje gdzieś indziej, niż przyszło im żyć. Dziś EasyJet i Ryanair oferują bilety w cenie pary butów, a pozasezonowe wczasy w Turcji kosztują tyle co w Łebie. W każdej kolorowej gazecie znajdziemy materiał o kimś, kto wyjechał i postanowił zostać. Po fali działaczek dobroczynnych, które zadomowiły się w Afryce, i artystów emigrujących do Nowego Jorku przyszła kolej na zwykłych ludzi, którzy odkryli, że w tym roku źródło mądrości bije w? Gruzji. Podróże na skali prestiżu wylądowały wyżej niż piękny dom czy luksusowy samochód. Jak myślicie, kto zbierze więcej lajków: koleżanka, która sfotografuje się przy nowym audi, czy koleżanka, która dwa lata oszczędzała i oto wrzuca na Facebooka zdjęcie z uśmiechniętym Tybetańczykiem zrobione na targu gdzieś w zaułku Lhasy? No właśnie. *** *** LATEM 1886 R. LAVINIA DICKINSON OTWORZYŁA KUFER STOJĄCY W ROGU POKOJU. Zamierzała wreszcie spalić korespondencję siostry, o co ta poprosiła przed śmiercią. W kufrze prócz listów znalazła wiersze. Dokładnie 1775. Weszły one do kanonu literatury, a ich autorkę uczyniły najwybitniejszą amerykańską poetką. Liryki zawierające egzystencjalne rozważania i metafizyczne refleksje o ludzkim losie do dziś nie straciły na aktualności. Emily Dickinson pisała je przez wiele lat swojego skromnego życia, które upłynęło na opiekowaniu się domem i rodzicami. Rodzinne Amherst w stanie Massachusetts, miasto wielkości Lęborka, poetka opuściła tylko cztery razy: wyjechała w niedługie podróże do Filadelfii, Waszyngtonu oraz dwukrotnie do Bostonu. 41 lat przed śmiercią Dickinson pisarz i filozof Henry David Thoreau przeprowadził się na dwa lata do prostej chaty, którą zbudował nad jeziorem Walden. Pobyt tam opisał w swoim najsłynniejszym dziele "Walden, czyli życie w lesie". Eseje w nim zawarte to odważna krytyka konsumpcyjnego, nowoczesnego społeczeństwa, obrona prostych wartości i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o sens człowieczego życia. Książka stała się inspiracją dla założycieli brytyjskiej Partii Pracy, była biblią zbuntowanej młodzieży lat 60. ubiegłego wieku, a dziś jest jednym z filarów rosnącego w siłę ruchu minimalistów. Poza eksperymentem życia w leśnej głuszy Thoreau również niezbyt ruszał się ze swojego miejsca. Życie spędził jako nauczyciel w miasteczku Concord, które dziś liczy około 16 tys. mieszkańców. Notabene leży ono zaledwie 74 mile, czyli jakieś 119 km, od Amherst, gdzie mieszkała Dickinson. Gdyby ta dwójka chciała się spotkać, dyliżansem mieliby do siebie około sześciu godzin drogi. Tyle że żadne z nich nie wychodziło z założenia, że podróż w magiczny sposób poszerzy ich horyzonty. W 1510 r. Mikołaj Kopernik miał 37 lat i przeniósł się do Fromborka, gdzie został przez kolejne prawie 33 lata. O ile w młodości podróżował bardzo dużo, m.in. studiował we Włoszech, o tyle teraz opuszczał miasto tylko wtedy, kiedy nakazywały mu to obowiązki zarządcy dóbr kościelnych. Bywał w Gdańsku, Elblągu, Lidzbarku, w czasie wojny bronił zamku w Olsztynie, ale z dalekimi wojażami skończył. Obserwował za to niebo, robił na kartkach obliczenia i przez wiele lat pisał "O obrotach sfer niebieskich". W 1539 r. przyjechał do niego Joachim Retyk, który dwa lata przesiedział z Kopernikiem nad redakcją tekstu i ostatecznie namówił go na jego wydanie. Dzieło wyszło w 1543 r., a astronom podobno zobaczył je dzień przed śmiercią, która zastała go w skromnym pokoju na fromborskim wzgórzu katedralnym. Uczony niemal dosłownie ruszył Ziemię z posad, siedząc spokojnie w miasteczku na rubieżach Europy. *** *** NOWA SUKIENKA MA NAM POPRAWIĆ NASTRÓJ, ciągłe surfowanie po internecie - dostarczyć inspiracji i poszerzyć wiedzę, weekendowy coaching - pomóc uwierzyć w siebie i obudzić wewnętrznego olbrzyma. Podróżowanie - tak z pozoru wyrafinowane - jest tylko lepszym gatunkowo odpryskiem naszego ciągłego rozproszenia i kompulsywnych zachowań. Wszystkie one są desperacką próbą nadania życiu głębszego sensu oraz zapanowania nad frustrująco szybko uciekającym czasem. Wydawać by się mogło, że możliwość szybkiego przemieszczania się pozwala nam zaoszczędzić czas - kto sto lat temu mógł zjeść śniadanie w Krakowie, a lunch w Londynie? Niestety, jak wszystkie nowoczesne wynalazki, również ten nas z niego okrada. Znasz to uczucie z ostatniego dnia urlopu, że oto dwa tygodnie minęły jak mgnienie oka? A teraz pomyśl o jednym dniu egzotycznych wakacji sprzed roku. Wydaje ci się, że płynął leniwie jak kadry u Bergmana? Otóż to: urlop leci jak szalony, gdy trwa, ale z perspektywy wydaje się długi. Jest to - jak objaśnia w swojej książce "Czas zakrzywiony: odkrywając tajemnice postrzegania czasu" ("Time Warped: Unlocking the Mysteries of Time Perception") Claudia Hammond, dziennikarka BBC i pisarka - tzw. paradoks wakacji. W codziennej rutynie zdobywamy co najwyżej kilka nowych doświadczeń tygodniowo. Na wyjeździe natomiast nawet kilka każdego dnia. Dlatego naszemu mózgowi z perspektywy czasu wydaje się, że urlop musiał trwać bardzo długo, skoro tyle się w tym czasie wydarzyło. W drogę pcha nas - o czym pisał niedawno w "Wyborczej" filozof prof. Tadeusz Gadacz - nieustanne nienasycenie nowością. Częste wojaże obfite w doświadczenia mogą zatem dać nam wrażenie bardzo długiego i interesującego życia, które jednak... zleci nam jak z bicza trzasł. Wieczny pęd z powodu "paradoksu wakacji" może sprawić, że nie zauważysz upływu czasu i pewnego dnia nagle spojrzy na ciebie z lustra siwa staruszka, którą się stałaś nie wiedzieć kiedy. *** *** LUBIMY PODRÓŻE, BO DAJĄ NAM WRAŻENIE, ŻE ZNÓW COŚ ZACZYNAMY. Początek to iluzja, że jeszcze wszystko jest możliwe, nadzieja, że tym razem uda się lepiej niż poprzednio. Seneka radzi jednak zostać w domu: powinieneś odmienić duszę, nie powietrze. Twierdził, że zajęty człowiek nie jest w stanie prawdziwie się oddać żadnej dziedzinie, bo rozproszony umysł w nic nie potrafi głębiej wniknąć. Nade wszystko jednak uważał, że najmniej nadaje się do życia jako takiego, które jest najtrudniejszą ze sztuk. Jego zdaniem nadzieja, że podróż, czyli kolejne zajęcie, nas odmieni, jest daremna, bo w każdą drogę zabieramy siebie samych. Pico Iyer, podróżnik i pisarz, pewnego dnia zdał sobie sprawę z tego, że wylatał półtora miliona kilometrów na pokładach samolotów American Airlines. W wykładzie, który można obejrzeć w serwisie TED, opowiada, jak za namową kolegi na weekend zamknął się w katolickiej pustelni. Tam zrozumiał, że przemieszczanie się - ten cud, który nie był dany naszym pradziadkom - ma sens jedynie wtedy, kiedy możemy się też zatrzymać. W swojej książce "Sztuka bezruchu: przygoda pójścia donikąd" ("The Art of Stillness: Adventures in Going Nowhere") pisze: "Nic nie sprawia, że czuję się lepiej - spokojniejszy, czystszy i szczęśliwszy - niż bycie w jednym miejscu, pochłonięty książką, rozmową, muzyką". W świecie futbolu zawodnicy i trenerzy rotują po całym świecie jak na turnieju szybkich randek. Arsene Wenger natomiast od 1996 r. mieszka w Londynie i szkoli piłkarzy Arsenalu. W tym czasie zrobił w klubie prawdziwą rewolucję i jest jedynym menedżerem piłkarskim w historii angielskiej ekstraklasy, który zaliczył cały sezon bez jednej porażki (2003/04). Nieustannie dostaje propozycje z klubów z całego świata, ale w maju przedłużył kontrakt z Arsenalem na kolejnych kilka lat. Bo jak można się skupić na celu, gdy wciąż cię nosi? Sposób na osiąganie celu jest dość prosty - wystarczy robić krok za krokiem konsekwentnie w tym samym kierunku, a nie w kilku naraz. Wtedy możesz zmienić nie tylko swoją duszę, lecz także rzeczywistość wokół siebie, czyli Senekowe powietrze. *** *** "DZIANIE SIĘ" JEST PRZEREKLAMOWANE. Psychologowie dziecięcy uważają, że najlepszym sposobem na rozwinięcie kreatywności u dziecka jest pozwalać mu się ponudzić. Wożone z jednych zajęć pozalekcyjnych na drugie nigdy nie odkryje, jak fantastyczne możliwości zabawy daje patyk i kawałek sznurka. Dla dorosłych wymyślono prosty test na kreatywność, który często podsuwa się kandydatom na wymagające innowacyjnego myślenia stanowiska: wymień dziesięć zastosowań gumki do ścierania innych niż ścieranie. Banalnie proste? Otóż okazuje się, że nie - jak przychodzi co do czego, ludziom nic nie przychodzi do głowy. Oglądanie świata bez zmiany patrzenia na świat nas nie ubogaci. A patrzeć inaczej można wszędzie. Dlatego kiedy następnym razem pozazdrościsz koleżance wyprawy do Indii, pomyśl o Kancie, który całe życie spędził w prowincjonalnym Królewcu. Potem siądź przy kuchennym oknie i znajdź za oknem pięć rzeczy, których nigdy wcześniej nie zauważyłaś. Może któraś podpowie ci, co zrobić z tą gumką do ścierania. JAKIŚ POMYSŁ? MOŻE TAKI: JAKIŚ POMYSŁ? MOŻE TAKI: "Taka jestem zabiegana, że nie mam czasu pomyśleć". Ile razy w miesiącu to mówisz? Jak przestać kręcić się jak bąk i uspokoić myśli? Przede wszystkim ćwiczyć. * Mój dziadek ma takie przekleństwo zarezerwowane dla wyjątkowo nielubianych osób: "Życzę ci inwentaryzacji w pasmanterii!". Otóż taka inwentaryzacja to całkiem niezły pomysł dla zabieganych - nic tak nie zatrzymuje w miejscu i nie czyści głowy z natłoku myśli jak proste, monotonne czynności. Możesz zacząć od uporządkowania szuflady z nićmi i guzikami. Do wyboru masz też zabawę folią bąbelkową, drylowanie owoców na konfiturę, czyszczenie fug między kafelkami i polerowanie sztućców. * Siedź bezczynnie, jeśli masz okazję. Następnym razem, kiedy będziesz jechać pociągiem lub siedzieć w poczekalni u lekarza, nie zabieraj książki ani gazet, wyłącz smartfon. Patrz w ścianę, za okno lub na ludzi. Idź do sauny zamiast na zumbę. * W najbliższy długi weekend zrezygnuj z wyjazdu, podczas którego będziesz latać od rana do nocy po muzeach. Pojedź do gospodarstwa agroturystycznego. Kaczki, kury i droga na Ostrołękę to świetne spowalniacze czasu i pędzących myśli. * Postaw sobie cel wymagający zatrzymania się codziennie wieczorem na pięć minut: ucz się trzech słówek z angielskiego, czytaj po kolei hasła w encyklopedii, sprzątaj na raty stare zdjęcia. Przez wieki podróż była dopustem bożym, kto mógł, nie ruszał się z domu. Dziś podróżować chcą wszyscy. Wierzymy, że gdzieś indziej odnajdziemy siebie, a życie wreszcie nabierze kolorów jak fotka z Instagramu. Czyżby?

Polecane

  • Własny, przestronny, z ogródkiem

    Kupno domu kilku-, a zwłaszcza kilkudziesięcioletniego, niesie ze sobą spore ryzyko Jak i co sprawdzać kupując dom? Na co zwracać...

  • Sprawa z Poznania zwaliła mnie z nóg. Ale to incydent

    Rozmowa z Danutą Gadziomską * Karol Dolecki: Jak pani skomentuje to, co się stało w Poznaniu? Danuta Gadziomska: Bez wątpienia p...

  • Minus 79 sądów rejonowych

    Minister sprawiedliwości mimo protestów sędziów, PSL-u i opozycji podpisał rozporządzenie likwidujące 79 małych sądów rejonowych ...

  • Kradli pod nosem szefa

    Z kasy Biura Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Katowicach wyparowało co najmniej pół miliona złotych. Z tego powodu kierująca...

  • W SKRÓCIE

    Porodówka w remoncieOddział położniczy w szpitalu Biziela przechodzi gruntowny remont. - Wymieniana jest instalacja elektryczna,...

  • Bez muzycznych mielizn

    Po dwóch latach pojawi się na jedynym koncercie w gdyńskim Uchu wrocławska formacja Robotobibok, jeden z najważniejszych zespołów...

Polecane tematy